niedziela, 8 marca 2020

Do moich sióstr, kobiet

Dawniej nosiłyśmy gorsety.
Nie wiem, czy któraś z Was miała kiedyś coś takiego na sobie.
I nie. Nie mówię o seksownym fatałaszku z koronki i jedwabiu, w którym chciałby nas zobaczyć wieczorem partner. Mam na myśli prawdziwy, zbrojony metalowymi fiszbinami i ciasno wiązany sznurówką gorset który założyć można tylko z pomocą drugiej, i to silnej, kobiety.

Dawno temu, w odległych czasach studenckich odwiedziłam w Anglii muzeum poświęcone Jane Austen. W jednej sekcji wystawy prezentowano stroje z epoki. Mało tego. Przykładowy strój można było nawet przymierzyć.
Wskoczyłam w pełną plisów i falban spódnicę chcąc choć przez moment poczuć się jak bohaterka ulubionych powieści.
Pomijam fakt, że ilość kolejnych warstw sztywnego materiału pozwalała właściwie tylko stać w miejscu. Ewentualnie dreptać małymi kroczkami. Ale na pewno nie zapewniała swobody ruchu. Jednak to, co zaskoczyło mnie najbardziej, to właśnie gorset.
Zasznurowany bardzo mocno (a poprosiłam panią obsługującą tę część wystawy, by zasznurowała go dokładnie tak, jak zrobionoby to w dawnych czasach) właściwie nie pozwalał zaczerpnąć tchu. Przepona była ściśnięta jak wyżymana ścierka. Powietrza mogłam nabrać tylko odrobinę. Miałam wrażenie, że w takim stanie mogę tylko szeptać. Głos wiązł mi w gardle. Mało tego. Stałam wyprostowana jak kłoda nie mogąc się schylić. Jako kobieta nie miałam się odzywać. Śmiać w głos ze sprośnych żartów, rozsiąść się wygodnie w fotelu. Opowiadać z pasją o swoim życiu. Oddychać pełną piersią. Spróbowałam usiąść na nieprzypadkowo postawionym obok krześle. I ku rozbawieniu przyglądających się temu ludzi, upadłam. Zamiast wylądować tyłkiem na krześle, poleciałam w bok jak kawał drewna.
Nawet śmiać się nie mogłam. W pewnym momencie poczułam panikę. Byłam w potrzasku.
Gorset i piękna suknia oczywiście wyczarowały ze mnie kopciuszka. Z lustra spoglądała na mnie majestatyczna dama. Biust uniósł się i pięknie zarysował, sylwetka się wysmukliła.
Ale co z tego? - pomyślałam, skoro mogę tylko stać, milczeć lub szeptać i co najwyżej przysiąść na kraniuszku krzesła będąc w pełni wyprostowaną.

Dlaczego o tym piszę? Bo mam wrażenie, że choć czasy ciasnych gorsetów minęły...

Kobiety na całym świecie nadal zamyka się w potrzasku. Społeczeństwo nadal chce nas widzieć w skrępowaniu.

Zabrzmi to jak manifest feministki. Nic bardziej błędnego. Feministkom mam za złe głupotę, histeryczne popadanie w skrajności i kompletny brak zrozumienia czym jest szacunek do kobiet, o który tak bardzo głośno (a nie zawsze z sensem) walczą.


Stąd ten tytuł posta.

Do moich sióstr, kobiet. Do przyjaciółek. Do matek. Do koleżanek z pracy. Do Was cudowne istoty dźwigające na swoich barkach troskę o przyszłość nas wszystkich.

Z okazji Dnia Kobiet podarujcie sobie najpiękniejszy prezent. Wyjątkowy dar, który możemy podarować sobie same. Nie czekając aż ktoś nas zauważy i doceni. Zauważcie i doceńcie siebie same.

Zdejmijcie gorset utkany z oczekiwań innych ludzi. Rozwiążcie go supełek po supełku. Powoli. Lub zerwijcie go jednym nagłym gestem i rzućcie w pinezkę przez okno! Jak kto woli.

Ja swój gorset rozwiązywałam latami. Nie dało się inaczej. Za dużo było supłów. Zawiązywanych ścisło przez lata wychowania na dobrą córkę, na dobrą uczennicę, dobrą dziewczynkę, dobrą żonę.

Po sieci krążył niedawno filmik zatytułowany "Be a lady, they said". I choć odnosił się głownie do sfery cielesnej kobiecości, wywarł na mnie i moich znajomych ogromne wrażenie. Bo na każdym kroku mówi nam się, jacy mamy być. Jacy. Bo to dotyczy również mężczyzn.

U mnie w domu nie mówiono "bądź damą". Bądź grzeczną dziewczynką- mówili.

Grzeczną, czyli jaką?

Siedź prosto, łokcie ze stołu, uśmiechnij się do zdjęcia, podziękuj, pocałuj wujka w policzek na przywitanie nawet jak nie masz na to ochoty, bo wujek cuchnie papierosami i alkoholem na odległość.
Nie śmiej się tak głośno, nie siadaj jak chłopak, uważaj bo pobrudzisz sukienkę, nie przeszkadzaj starszym.
Nie rozmawiaj z obcymi, nie chodź sama po zmroku, uważaj co mówisz, milczenie jest złotem, pokorne ciele dwie matki ssie.

Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam samodzielne życie. Wewnętrzny głos podpowiadał mi czego chcę i jaką drogą pragnę podążać. Ale bycie grzeczną dziewczynką nie pozwalało mi tego głosu słuchać. Zaczęłam się buntować. I słuchać tylko siebie. Dziś żałuję tylko, że tak dużo czasu mi zajęło zrozumienie, że mogę mieć zdanie innych gdzieś. Kompletnie gdzieś. Pamiętam, gdy pierwszy raz powiedziałam do kogoś te dwa słowa, których na filmach amerykańskich stanowczo nadużywają. Poczułam zawstydzenie, bo przecież tak nie wolno... I ulgę. Bo dokładnie to miałam na myśli, a inne słowa mojego sprzeciwu nie były brane na poważnie.

Czy gorset zniknął? A guzik! Nadal jest. Od czasu do czasu, gdy się zagapię, ktoś znowu wkłada mnie w jakieś ciasne ramy, które mi nie pasują. A ja na to pozwalam. Bo chęć bycia grzeczną dziewczynką, bycia lubianą i zaakceptowaną jest tak głęboko zakorzeniona. Nie sposób jej wyrwać z korzeniami.

Dlatego ten tekst piszę w równym stopniu do Was, co do siebie.

Mamy prawo mówić NIE, gdy coś nam nie pasuje.
Mamy prawo egzekwować to NIE. Domagać się uszanowania naszego sprzeciwu.

Mamy prawo oczekiwać, że będziemy traktowane z szacunkiem a nasze słowa będą brane na poważnie.

MAMY PRAWO OCZEKIWAĆ SZACUNKU. Nie dlatego, że jesteśmy kobietami i coś nam się należy bardziej niż mężczyznom. Dlatego, że jesteśmy ludźmi i należy nam się to, co wszystkim ludziom.

Bądźmy szczere wobec siebie. Nie zgadzajmy się na to, co niewygodne. Na to, co uwiera i nie pozwala oddychać. Nie bójmy się zmian i bycia sobą. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi. Jeśli boisz się być w pełni sobą w obawie przed reakcją otoczenia... Zmień otoczenie.

Nie musisz dostosowywać się do świata.
Niech świat spróbuje dostosować się do Ciebie!

Nie musisz starać się nadążyć za światem. Niech to świat dostosuje swoje tempo do Ciebie!

Nie musisz zgadzać się ze wszystkimi.
Niech wszyscy uszanują Twoje zdanie!

Tego Wam życzę. Kochane siostry, kobiety.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza