czwartek, 23 stycznia 2020

My. Psy z lasu


MY. PSY Z LASU

To my. Psy z lasu.

Może widziałeś nas dziś jadąc do pracy. Może mijasz nas tak często, że już przestałeś zwracać na nas uwagę. Wrośliśmy w krajobraz Polski podmiejskiej zupełnie tak, jak mech wrasta w korę drzew. Twoje dzieci bezpiecznie przypięte w swoich fotelikach przyklejają wzrok do szyby, gdy wieziesz je do przedszkola. I widzą świat za oknem auta. Pole. Las. Porzucony pies. Las. Pole. Może nawet w swojej dziecięcej wierze w dobro tego świata pokażą paluszkiem na coś, co według nich nie pasuje do kompozycji obrazu. Może nawet zawołają. Mama! Piesek! Spoglądasz we wsteczne lusterko, uśmiechasz się do swojej pociechy i wtórujesz: Tak! Piesek! A jak robi piesek? Hau! Hau!

Tylko że ten piesek nie robi już hau hau. Ten piesek nie robi już nic. Już nie szczeka. Nie piszczy i nie biega. Resztek sił starcza mu już tylko na to by... Być. Jeszcze przez moment. Jeszcze przez chwilę. Być skulonym. Niewidocznym. Aż w końcu błogosławiony sen zabierze stąd tę odrobinę porzuconego życia. I skończy się strach. I skończy się ból. I będzie już dobrze.

My, psy z lasu, nigdy nie chciałyśmy tu trafić. Nigdy nie chciałyśmy wrosnąć w krajobraz. I być niewidoczne.

Niektóre z nas wyszły samodzielnie na spacer. Człowiek nie szukał. Wróci – mówił. – Zawsze wraca. Ale tym razem oddaliły się za daleko. Ciekawe zapachu za rogiem odeszły dalej niż zwykle. I gdy już chciały wrócić do bezpieczeństwa i ciepła zwanego domem... Droga była inna niż zwykle, otoczenie nieznajome. Szły przed siebie tak długo, aż poczuły że ze zmęczenia sztywnieją im łapy. Nie miały pojęcia, gdzie szukać pomocy i jak zdobywać pożywienie. Nigdzie wokół nie było misek z suchą karmą a spotykani ludzie przeganiali i rzucali kamieniami. Schronienie zapewniły gęste krzaki, gdzie można się było choć na chwilę skulić i zasnąć. Mijały dni, mijały noce. Piękne kiedyś futerko zamokło i splątało się. Strach przed wielkim światem nie pozwalał opuszczać swojej kryjówki. I coraz trudniej było sobie przypomnieć czym był dom.

Niektóre zostały porzucone, bo miały czelność zajść w ciążę. Takiego kłopotu nie robi się człowiekowi. Człowiek wtedy wywozi do lasu. I szczenięta się rodzą w opuszczonej lisiej norze. I pomimo opieki i troski matki, mało które przeżywa choroby i ataki dzikich zwierząt.

Inne, tak jak ja, zostały do lasu przywiezione. Ale nie na spacer. Nie na pieszą wędrówkę. Człowiek wjechał do lasu i zwolnił tylko na tyle, by uchylić drzwi i wyrzucić mnie do rowu. Ludzie często tak robią z rzeczami, których nie chcą. Nazywają je śmieciami i pozbywają się ich bez sentymentu.
Nie mogłem zrozumieć, co się stało. Nie wiedziałem, czego się ode mnie oczekuje. Czy mam usiąść i zaczekać aż Pan wróci? Ostatnie co widziałem to światła oddalającego się samochodu. Nie wytrzymałem i ruszyłem za nim. Biegłem ile sił w łapach, ale był za szybki. Biegłem tak długo, jak długo widziałem światła. Potem nastała ciemność i noc obudziła wszystkie dźwięki lasu. Słyszałem sowy w konarach drzew i przelatujące nad głową nietoperze. Słyszałem jak jeże buszują w liściach i sarny ocierają się o młode brzózki. Wszystkie te zwierzęta były u siebie w domu, a ja byłem sam. Mój człowiek odjechał. 

Fot. /plonskwsieci.pl/

Przez kilka dni siedziałem dokładnie w tym miejscu, gdzie po raz ostatni widziałem światła samochodu. Gdy tylko usłyszałem nadjeżdżające auto, zrywałem się na równe nogi i gnałem przed siebie. Może to on! – myślałem. Biegłem i biegłem, ale nie mogłem nikogo dogonić. Koła obracały się tak szybko, a tryskający spod nich piach ranił mi oczy. Poczułem jak w moich łapach brakuje sił. Chciałem biec dalej. Dogonić samochód, dogonić człowieka. Znowu wskoczyć mu na kolana... Ale brakowało mi sił.

Głodny i zmęczony znalazłem rów pełen worków. Rozgryzałem je jeden po drugim i zaglądałem do środka. Szukałem jedzenia. I jeszcze czegoś. Czegoś o wiele bardziej mi potrzebnego. Szukałem zapachu człowieka. Chciałem móc choć na moment poczuć jego zapach. Zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że on jest przy mnie. Chciałem... Chciałem przestać być tak bardzo sam.
Od tej pory kręciłem się już przy workach. Nadal podnosiłem głowę, gdy tylko przejeżdżało obok jakieś auto. Ale nie biegłem już za nim. Brakowało mi sił. Mijały dni, noce. I znowu dni. Leżałem już tylko skulony. Niczego już nie chciałem. Na nic nie czekałem. Czasami jeszcze tylko ujrzałem za szybą mijającego mnie samochodu wpatrzoną we mnie buzię dziecka. Wyciągało w moim kierunku paluszek. Jak przez mgłę przypominałem sobie dawne życie. Zabawę z dziećmi. Ich śmiech. Ale auto mijało mnie nie zwalniając. A ja już nawet nie reagowałem.

Fot. /plonskwsieci.pl/

To my. Psy z lasu. Nie powinno nas tu być. Ale jesteśmy. Każdego roku pojawiają się nowi. Dla większości z was jesteśmy niewidoczni. Wrastamy w krajobraz. I choć zmęczenie, głód i zimno nie dają szansy, by zbyt długo użalać się nad swoim losem, to mamy wrażenie, że los z nas zakpił.

Bo kiedyś las był naszym domem podobnie jak jest domem sów, jeży i saren. Umieliśmy się w nim odnaleźć i umieliśmy się o siebie zatroszczyć. Człowiek odebrał nam naszą wolność, naszą dzikość. Ale w zamian podarował coś, czego nie sposób wycenić. Więź zupełnie wyjątkową. Przyjaźń między dwoma gatunkami, które choć nie rozumieją swojej mowy, potrafią się porozumiewać. Więź silniejszą i bardziej bezwarunkową niż cokolwiek innego na tym świecie.

A teraz ten sam człowiek odbiera nam ten dar pozostawiając nas z niczym. Nie umiemy już być dzikie. Nie znamy poczucia wolności. Przywiązanie do człowieka jest wytatuowane w naszych sercach. Nauczyłeś nas być w Ciebie zapatrzonym. A teraz wywozisz nas do lasu i porzucasz. Odbierając tę jedną rzecz, która równie ważna jest dla nas, co pożywienie, czy woda. Swoją przyjaźń.
My. Psy z lasu. Pragnące jedynie kochać i być blisko człowieka. Porzucone. Zostawione. Nieupilnowane. Z gasnącą nadzieją w oczach, która czasem jeszcze tylko rozbłyśnie ostatkiem sił na widok nadjeżdżającego auta.

                       --- Koperek, znaleziony na dzikim wysypisku śmieci pod Płońskiem 21 stycznia 2020r.