wtorek, 26 listopada 2019

Zjawisko Wolnej Chwili

Patrzę na częstotliwość z jaką ostatnio zamieszczam nowe wpisy na blogu i łapię się za głowę. Był taki czas, gdy prowadzenie bloga było właściwie TYM najważniejszym zajęciem w moim życiu. Oczywiście była praca, było zarabianie pieniędzy i kombinowanie na co je wydać... Ale, jakoś kompletnie wbrew modzie i współczesnym zwyczajom, nigdy nie uczyniliśmy z zarabiania pieniędzy najważniejszego celu życia. To właśnie opisywanie Wam zabawnych historii naszej psio-ludzkiej bandy, dzielenie się z Wami ciekawymi pomysłami rodem z kuchni (kuchni, w której zawsze siedział jakiś żebrzący o przysmaki mokry nos) oraz- powiem to wprost- świadome i pełne premedytacji zarażanie Was naszym nieco zwariowanym i baaardzo psiolubnym spojrzeniem na życie było zawsze powodem, dla którego wstawałam z łóżka z uśmiechem na twarzy. Z ochotą na kolejny dzień. I z łbem wypchanym pomysłami. Co by tu odczynić. W kuchni. W sercu. W życiu.

Czy coś się od tamtego czasu zmieniło?

Cóż. Zrobiło się nas więcej. Nasze stado się powiększyło. Nie koniecznie w taki sposób, jaki miałam na myśli ;) Ale takie jest życie, prawda? Bierze nasze pragnienia i spełnia je. Tylko nie koniecznie w takiej formie, jaką sobie wyobrażaliśmy. Mało tego. Mam nawet wrażenie, że ktoś na górze z dziecięcą wprost radością przeinacza nasze modlitwy i odczytuje życzenia na opak. Zupełnie jakbyśmy próbowali nauczyć małe dziecko jak wymawiać trudne słowo. Naleśniki. Na-leś-ni-ki. No, teraz powtórz sam. Nalejsiki. Właśnie tak wołałam na swoje ulubione danie, gdy byłam mała. Zawsze przeinaczałam.


Tak. Nasza rodzina się powiększyła. Gdy piszę te słowa, wokół moich nóg śpią ułożone jak wianuszek już nie dwa, a cztery psy. A ja dalej zamieniam się w sopelek lodu topniejący na słońcu na widok malutkich stópek i malutkich rączek dzieci naszych przyjaciół. I dalej marzę, że może kiedyś takie stópki będą tuptać obok mnie, a rączki trzymać mnie za ręce. Może powinniśmy w duszy powtarzać: "Marzę o kolejnym psie... marzę o kolejnym psie..." I wtedy na pewno przewrotny los ześle nam dzieciątko ;)

Nasze zaangażowanie w pomaganie- już nie takie małe, jak na początku- również się rozrosło. Rozmnożyło nawet, bo mam wrażenie, że gdy robisz coś tak zwariowanego, że aż cudownego, w dodatku pomagasz innym, a tym samym- przynajmniej w jakimś stopniu- pomagasz samemu sobie... To że spotkasz innych zwariowanych ludzi pozostaje tylko kwestią czasu. I tak są dni, że niemal od świtu do nocy udzielamy się w lokalnym stowarzyszeniu pomagającym zwierzętom. Mieliśmy swój wkład w jego powstawanie. Na naszych oczach grupa ludzi wiodących na co dzień swoje własne życia spotkała się i postanowiła robić razem coś bardzo ważnego. Pomagać tym, którzy o pomoc prosić nie umieją. W każdym razie- nie przy pomocy słów. Bo gdy już raz spojrzysz w oczy suczce, która urodziła swoje szczenięta zimą w szczerym polu, która nie miała nawet szansy znaleźć lepszego schronienia, bo człowiek przegnał ją dosłownie tuż przed porodem... Gdy zobaczysz w tych oczach strach, nawet nie o siebie lecz o młode... Gdy zobaczysz to nieme błaganie o litość... Już nigdy więcej nie powiesz, że zwierzęta nie potrafią mówić. Wystarczy tylko nauczyć się patrzeć, by je zrozumieć.


Gdzieś w międzyczasie wydarza się jeszcze to zwykłe życie. Praca, choć w moim przypadku jest tylko przedłużeniem mojej miłości do psów i trudno nazwać obowiązkiem to, co od niedawna robię, wciąż jest pracą, do której trzeba wstać i na którą trzeba mieć siły. A tych czasami brakuje. Choć mam wrażenie, że to co najbardziej mi te siły odbiera, to ludzie. Tak bardzo wszystko komplikujemy. Tak bardzo utrudniamy sobie nawzajem. Widzimy problemy i powody do kłótni tam, gdzie wystarczyłoby się do siebie uśmiechnąć i życzyć sobie dobrego dnia. Przecież jeśli nie jest nam po drodze, zawsze możemy się pozdrowić i więcej nie spotykać. Nikt nas nie zmusza do tkwienia w toksycznych relacjach. Banalnie to proste, ale wierzcie mi, dojście do tego zajęło mi kupę czasu.


Myślę teraz o tych wszystkich cudownych rzeczach które robię każdego dnia. I o tych zupełnie NIE cudownych. A, co! One też są potrzebne. Gdyby nasze życie było tylko i wyłącznie przyjemne, zanudzilibyśmy się na śmierć. Albo byśmy zwariowali. Nie wiem, co jest gorsze. Pamiętam, że jednym z powodów, dla których przeprowadziliśmy się na wieś, była potrzeba zwolnienia tempa. Potrzeba znalezienia wolnej przestrzeni w życiu. Miejsca na... Na życie. Pamiętam, że w mieście byliśmy w wiecznym pośpiechu. Wciąż się spieszyliśmy a i tak nie mieliśmy czasu nawet na tak proste rzeczy, jak zjedzenie wspólnie śniadania.

Teraz, po kilku już latach spędzonych na wsi, mam wrażenie że jesteśmy jeszcze bardziej zajęci niż kiedyś. Może powinno mnie to martwić, ale jest inaczej. Cierpimy na chroniczny brak czasu. Ale nie dlatego, że coś nam ten czas zabiera. Nie dlatego, że czas przecieka przez palce. Wymyka się z rąk. Nie. Czasu jest wiecznie mało, bo robimy tak wiele. Tak wiele rzeczy ważnych. Istotnych dla nas i dla innych. Zapełniamy swój dzień faktycznym działaniem. Jesteśmy bardziej aktywni niż kiedykolwiek. Mogę się zerwać o świcie, schować nieuczesane włosy pod czapką, narzucić stare spodnie narciarskie i mocno złachaną, ale ciepłą kurtkę i z termosem pod ręką ruszyć do przechowalni, by przed pracą zająć się psami, które nas potrzebują. W drodze powrotnej robię zakupy na targu, zostawiam kosz w korytarzu i z marszu biorę nasze piesy na spacer. Z uśmiechem na twarzy wracam, by przygotować nam obiadokolację. Darek już rozpalił w piecu i w domu robi się przyjemnie ciepło. Psy zmęczone śpią na dywanie. Wieczorem jest jeszcze czas żeby pobawić się z naszą tymczasowiczką Bellą, posłuchać muzyki, coś uprać, coś odkurzyć, raz na jakiś czas spotkać przyjaciół... Jest czas, by żyć. Pomimo bycia bardzo zajętymi, czujemy że żyjemy bardziej niż kiedykolwiek.

I tylko to zjawisko tak zwanej "wolnej chwili" przytrafia nam się zdecydowanie za rzadko. Wiecie. Wtedy, gdy mówimy "zrobię to w wolnej chwili". W naszym przypadku taka wolna chwila pojawia się niezbyt często.

Obiecuję Wam jednak, że na blogu będzie nas teraz ciut więcej. Będę pisać. W wolnej chwili ;)