poniedziałek, 14 stycznia 2019

Są ważniejsze rzeczy, niż czysta podłoga

Mam nieodkurzone podłogi. Podszerstek naszych psów łączy się w większe aglomeracje i jest gnany przeciągami po podłodze, jak te krzaczki po bezdrożach na dzikim Zachodzie. Nasze auto zaczęło przypominać obwoźną lecznicę dla zwierząt z elementami folkloru w postaci papierków po hot dogach (pozostajemy w tematyce psiej) rozsianymi po podłodze. Moja mama, gdy mam ją gdzieś podwieźć (wiadomo, na wsi córa z prawem jazdy to cenny nabytek), najpierw pyta, którym autem pojedziemy. No, tak. Bo drugie auto, to wyjściowe, nie pachnie psią karmą. Tą świeżą i tą powtórnie przetworzoną, bo się któremuś pasażerowi w drodze do weterynarza ulało. Piwnicę naszego domu, pieszczotliwie zwanego dziuplą (jesteśmy na etapie seriali o narkobosach) zamieniliśmy w magazyn karmy, kocy i lekarstw. Bardzo ucieszyły się z tego posunięcia zwłaszcza nasze domowe myszki, z którymi bawimy się w kotka i myszkę. Nie potrafilibyśmy użyć żadnej zdecydowanej metody. Oboje z Darkiem należymy do tych osób, które na widok biednego motyla, co się znalazł po złej stronie okna lecą po słoik i kartkę. Tak więc nasze piwniczne myszki łapiemy w tak zwane żywołapki. Pułapki zaś otwieramy na podwórku, blisko ściany drewutni. Po kilku dniach myszki wracają i znowu się łapią i tak w kółko Macieju. Teraz łapią się rzadziej, bo na co komu włazić do pułapki dla marnego kawałka słoninki, jak w zasięgu wzroku kilkanaście worów z aromatyczną karmą dla psów.

Zuzia i szczaniaki

I wszystko to pewnie zajmowałoby mnie i martwiło. Widząc podłogę pełną śladów psich łapek (nie ma to jak zima pełna błota), zaraz ruszyłabym po mopa. Samochód trafiłby do myjni, pralni i pod test białej rękawiczki mojej mamy, a piwnica... Rozłożyłabym więcej żywołapek.

Ale sęk w tym, że ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu.

Funio nie nadaje się do Psiechowalni. Jego potrzeba bycia blisko ludzi jest ogromna. Jego budę umieściliśmy pod oknem kuchni, żeby cały czas czuł i słyszał naszą obecność

Gdy zaczynaliśmy w połowie zeszłego roku pomagać psiakom w naszej gminie, myślałam, że będzie to zajęcie... poboczne. Takie coś, co się robi w wolnej chwili, w dodatku dopiero wtedy, gdy już nadmiar wolnych chwil wykorzystało się na leżenie plackiem. Na dodatek robiliśmy to razem z Darkiem. We dwoje raźniej, co dwie głowy i takie tam. Przez 3 pierwsze miesiące mieliśmy pod opieką jedynie jednego owczarka niemieckiego. Stefan nie był kłopotliwy. Z wdzięcznością przyjmował każdą spędzoną z nim chwilę, ale też jasno dawał do zrozumienia, że pozostawiony w gminnej przechowalni chętnie utnie sobie drzemkę.

Darek na spacerze z Rudim. Rudi znalazł dom po dwóch tygodniach, choć wiele osób nie dawało mu na to szansy. Rudi był w średnim wieku i miał pogryziony pyszczek

Gdy dziś myślę o początkach naszej przechowalni, mam wrażenie że ktoś celowo nie pokazał nam od razu całego spektrum problemu, żeby nas nie spłoszyć. Zaczęliśmy od jednego Stefana, a dziś awansowaliśmy już do rangi magików, którzy z raptem 2 kojcy wyczarowują bezpieczne miejsce dla 8 psów. A w porywach nawet dla 16, gdy trafiły nam się dwa mioty szczeniąt. Nieoficjalnie pomagamy jeszcze kilku psom, nawet jeżeli stworzenie im ogłoszenia w internecie to jedyne, co faktycznie możemy zrobić.

Nasz pierwszy podopieczny. Stefan. Nauczyliśmy się od niego więcej niż on od nas

Na górze Darek pracuje nad projektami, a u jego stóp śpi malutki Sid. Nasze psiaki odpoczywają po spacerze na posłaniu w salonie. W budzie pod oknem kuchni śpi zadowolony po ciepłej kolacji Funio. W przechowalni 4 kilometry od nas pięcioro psów zasypia nie mogąc się już doczekać jutrzejszego dnia, gdy o 9 rano przyjadę do nich z jedzeniem i tym czymś, czego większość z nich nigdy w życiu nie zaznała. Z troską. Będą spacery, również indywidualne. Będzie nauka psich podstaw. Będzie zabawa i przytulanie. Po drodze do Psiechowalni- jak nazwaliśmy to miejsce, wpadnę jeszcze do dwóch psiaków umieszczonych grzecznościowo u sąsiadów. Będę mówić i opowiadać, że są bezpieczne wierząc, że może z czasem mi uwierzą.
Gdy wrócę, będzie już koło południa i na spacer zabiorę najpierw Funia, który pomimo naszych prób i kilku podejść nie dogadał się z naszymi psami, a później nasze psiaki, bo bez względu na to, ilu psom pomagamy, nasze nie mogą czuć się odstawione na boczny tor.
I gdy już wrócę do domu, starczy mi siły, żeby coś tam upichcić, coś tam uprać i posiedzieć chwilę z malutkim Sidem. Prawdopodobnie nie będzie mi się już chciało odkurzyć i posprzątać w aucie. Są ważniejsze rzeczy, niż czysta podłoga. A jak już mam ganiać z wywieszonym językiem i odkurzaczem w dłoni, to wolę wieczorem wziąć malutkiego Sida na kolana i poczytać mu książkę.

Zosia- jeden z naszych "dzikusków" i nauka zaufania

Pomaganie zmienia człowieka. To najszczersza prawda. Pomaganie ustawia rzeczy ważne i ważniejsze w odpowiednim szeregu. I nie. Czyste podłogi nie są na tej liście na najwyższej pozycji. Choć, o zgrozo!, był czas, gdy uważałam, że lśnienie parkietu i walory smakowe obiadu, to rzeczy, które definiują mnie jako kobietę. Czy się sprawdzam w roli gospodyni? Czy odpowiednio dbam o domowników? Tylko czy codziennie nowa zupa w garku i podłoga, z której można jeść sushi, to wszystko? Czy to jest najważniejsze? Odpowiedzialność za tych, którzy na nas polegają i na nas liczą... Tak. To całkiem niezły priorytet. Zwłaszcza, jeśli mowa tu o istotach, które same nie są w stanie się sobą zająć. Za każdym razem, gdy ktoś mówi, że pies sobie poradzi, przed oczami staje mi ten sam obraz. Porzucona suczka, która oszczeniła się w najlepszej kryjówce, jaką mogła znaleźć. W bobrzej norze. Jedno z jej szczeniąt utopiło się w rzece, gdy tylko maluchy zaczęły podążać za matką. Brzeg w tym miejscu był wyjątkowo stromy. Bez opieki człowieka pies sobie nie poradzi. Troskę jesteśmy psom wręcz winni. Czy tego chcemy, czy nie. Domyślam się, że to nie wilk prosił się o bycie udomowionym. Przywiązaliśmy psy do siebie. Złamaliśmy ich dziki charakter. Uzależniliśmy je od siebie. Pozostawianie ich teraz samym sobie i mówienie, że pies sobie poradzi jest okrucieństwem najwyższej rangi.

Rysio i Stasio. Spędziły całe święta w rowie przy drodze na Nasielsk. Mijane przez setki samochodów. Nikt się nie zatrzymał. Stasio jest gotów do adopcji. Rysio musi jeszcze popracować nad zaufaniem

Nasza przygoda z Psiechowalnią trwa dalej. W ubiegłym roku, choć działaliśmy mniej więcej od czerwca, udało nam się umieścić w nowych, dobrych domach ponad 20 psów. W tym roku, choć mamy dopiero połowę stycznia, mamy za sobą już dwie adopcje.
Codziennie przeżywamy ogromne sukcesy. Pierwszy spacer Maksia, gdy odważył się nam zaufać i pójść z nami pomimo krępującej go smyczy. Pierwszy buziak Zosi, która trafiła do nas, jako totalny dzikusek. Każdego dnia przeżywamy też ogromne dramaty. Bo każdy kolejny psiak, którego znajdujemy lub który jest nam zgłaszany to dramat. To smutna historia zaniedbania, porzucenia lub przemocy. Pomagamy jednemu psu, a w jego miejsce znajdujemy trzy kolejne.

Czy to się kiedyś skończy? Nie wiem. Ale musimy działać. Taki jest nasz priorytet.

2 komentarze:

  1. To się nie kończy... Z roku na rok według mnie jest gorzej, tyle psów i kotów do adopcji..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety to prawda. Mam nadzieję, że nowe prawa coś zmienią.

      Usuń