środa, 10 października 2018

O zwiedzaniu innych plaż, wzdychaniu na pomoście i podróżowaniu na własnych zasadach

Mieliśmy z tatą naszą plażę. Brzmi dumnie. Nasza plaża była jedynie udeptanym przez krówki łagodnym zejściem do wody. I wcale nie naszym, bo nienależącym do nikogo. A jeśli już do kogoś, to do tych krówek i do gospodarza, co to je do wodopoju pędził z łąki. Jezioro też nie było przecież nasze. Ale jeździliśmy na nie co roku w wakacje, a mówiąc, że "jedziemy nad Lubie" mieliśmy trochę takie wrażenie, jakbyśmy jechali do siebie. Malutki domek z dykty stawał nam się na dwa miesiące całym światem. Naszym światem. Plaża zaś była takim naszym miejscem. Tam się uczyłam łowić ryby. Nie mogę tego pamiętać, bo pływam od zawsze, ale to pewnie właśnie tam popłynęła pierwsza Zuzia żabka. Czy może raczej jeszcze kijanka. Co roku przyjeżdżaliśmy nad Lubie. Co roku tato wypożyczał na miejscu łódkę. I co roku pływaliśmy niemal codziennie na sam koniec jeziora (a wierzcie mi- to wyjątkowo długie jezioro i tato się musiał nieźle nawiosłować) tylko po to, by odpocząć chwilę i posiedzieć na naszej plaży. Lata mijały. Zuzia żabka zaczęła rosnąć i szukać w swoim życiu nowych i niewydeptanych jeszcze ścieżek. Czy też nowych plaż- niewydeptanych przez krowy. Zaczęłam namawiać tatę, na wyprawy w inne miejsca. Ba! Żeby udowodnić tacie, że tam za cyplem na pewno jest jakieś urocze miejsce, sama chwytałam za wiosła i wiosłowałam, aż mi się pęcherze porobiły. Kochany, cierpliwy tato siedział cicho i odwiedzał ze mną wszystkie te cudowne miejsca ukryte w linii brzegowej jeziora. Odwiedzaliśmy zaciszną zatoczkę schowaną w trzcinach, gdzie można było dosłownie usłyszeć jak karp porusza dno pod wodą. Docieraliśmy do miejsca gniazdowania czapli siwych, gdzie krajobraz przypominał ten z księżyca, bo choć ptaki w locie wyglądają pięknie, to sieją wokół siebie spustoszenie na miarę małej bomby atomowej. Zaglądaliśmy do miejsca, gdzie do jeziora wpadał niewielki strumyczek a w tafli jeziora przeglądały się buki tak stare, że pamiętały czasy, gdy w powietrzu nie było jeszcze ani grama zanieczyszczeń przemysłowych. Ale choćbyśmy powiosłowali nie wiem jak daleko i zobaczyli po drodze istne cuda, zawsze- wcześniej czy później- wracaliśmy na naszą plażę. Tam, gdzie znaliśmy każde drzewo. Gdzie łabędzie miały nadane przez nas imiona. I gdzie zwieszając nogi z malutkiego pomostu można było sobie westchnąć tak, jak się wzdycha po powrocie do domu.


Dlaczego o tym piszę? I to tak znienacka, po ponad rocznej przerwie (ha! po zapowiedziach, że z blogiem koniec)...

Bo właśnie wróciłam na moją plażę. Na mój pomościk. I głęboko westchnęłam.

Po ponad roku kombinowania, szukania nowych dróg (plaż, jak kto woli) i wymyślaniu, co by tu jeszcze w tym życiu sobie wyczarować, wracam. Do tego, co zawsze było moje. Do miejsc, w których jestem u siebie. I właśnie to uczucie- uczucie bycia "na miejscu"- jest mi w tej chwili tak bardzo potrzebne.

Wracam do pisania bloga. Bo bez względu na to, jak bardzo zaprzątam sobie głowę innymi rzeczami, pisanie jest (zawsze było) moim domem. A pisanie, choć jest zajęciem samotnym, daje w przypadku bloga możliwość ekspresowej interakcji z kimś po drugiej stronie. Wierzcie, lub nie, ale ja przez cały rok myślałam o Was. O Waszych potyczkach z życiem, z których mi się zwierzacie. O Waszych cudownych sposobach na życie, które mi opisujecie. I o Waszym wsparciu, którego w różnych sytuacjach otrzymujemy (ja i Darek) tak wiele. Próby zakończenia Ja, ty i 2 psy i rozpoczęcia nowego bloga o odmiennej tematyce spełzły na niczym, bo inny blog był już nie mój. I nie Wasz. Choćby pomysł jego założenia opierał się na najciekawszych założeniach- wracam na moją malutką plażę.

Wracam do pisania w ogóle. Po kilku latach przekonywania siebie, że pomysły i projekty innych mogą być śmiało moimi pomysłami. Po walce o zachowanie siebie w świecie oczekiwań przyjaciół (tych prawdziwych i tych na niby). Wracam do mojego małego biureczka z IKEI wciśniętego w kącik w salonie. Mój kącik. Tam, gdzie świat dosłownie nie ma granic, bo wydarza się w mojej własnej głowie. W przygotowaniu powieść obyczajowa. Nie powiem, że kończę, bo z doświadczenia wiem, że kończenie zabiera najwięcej czasu. Ale już blisko. Trzymajcie mnie proszę za słowo. A gdy będzie już gotowa- trzymajcie kciuki. Bo przede mną ciężka droga i walka o zdobycie zainteresowania wydawcy.

Na koniec wracam do pewnych pierwotnych założeń. Bo pamiętam, że przeprowadziliśmy się z Darkiem na wieś, by żyć spokojniej. Ale zamiast trzymać się tego planu, pozwoliliśmy, by różne wydarzenia raz po raz wywracały nam świat do góry dnem. Jakiś czas temu i w jakiejś tam sytuacji przyjaciółka zauważyła ze śmiechem- Zuzia, ja nie wiedziałam, że ty potrafisz tak na kogoś krzyknąć! Sytuacja była bardziej śmieszna niż poważna. Na całe szczęście. Bo mogę teraz o niej wspomnieć bez wstydu i zażenowania. Ale ta intymna prawda jest taka, że w ostatnim roku nauczyłam się krzyczeć i przeklinać jak nikt inny. Czasami łapię się na tym, że sama już siebie nie poznaję. Złość i poirytowanie stały się zupełnie normalnym elementem mojego dnia. A niestety negatywne emocje mają to do siebie, że rozrastają się jak drożdże. I w krótkim czasie przenoszą się na wszystko wokół. I już nie ma znaczenia, kto zdenerwował, kto zrobił przykrość. Jesteśmy źli na wszystko wokół.

Opłynęliśmy z Darkiem jezioro. Zwiedziliśmy inne plaże. I doszliśmy wspólnie do wniosku, że wracamy do naszego miejsca. Dosłownie i w przenośni. Dość życia pomysłami innych ludzi. Dość czekania, aż ktoś pozwoli nam dojść do głosu. Mamy po trzydzieści parę lat. Zaczyna nam się robić bliżej do czterdziestu. Wiemy już, w czym jesteśmy dobrzy. Wiemy, co sprawia radość i daje poczucie dobrze wykonanej roboty. Wiemy też, z czym nam nie po drodze. I nauczyliśmy się jednej prostej zasady. Że nawet najskromniejsza i niedaleka podróż jest lepsza niż ta do odległych krajów, jeśli podróżujemy na własnych zasadach.

Kochani czytelnicy. Jeśli macie jeszcze do mnie cierpliwość- zostańcie z nami. W następnych postach postaram się pokrótce nadrobić zaległości. Troszkę się zadziało, bo choć merdających ogonów w naszym domu wciąż można się doliczyć trzech, to mamy pod opieką cztery psy. Jak to możliwe? Niedługo wyjaśnię. A teraz lecę nakarmić psiaki, zaparzyć kawę i siadam do pisania. Tylko sobie jeszcze przysiądę na chwilę i głęboko westchnę... :)

4 komentarze:

  1. Cudownie, ze napisalas. Codziennie przez ostatni rok wchodzilam na bloga i juz tracilam nadzieje, ze bedzie nowy wpis. Piekne przemyslenia i bardzo madre. Jestem bardzo ciekawa nowych historii o Waszych merdaczach. Pozdrawiam, dziekuje:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam czekałam i się doczekałem. Pisz Zuziu pisz. Bardzo jestem ciekawa co u Was słychać. Jak piesy, co z Wami. Pamiętasz jak szukałam domów dla moich wyzlow ? Znalazły. Skuter był krótki czas ze mną w w ynajmowanym pokoiku. Adoptowali go wspaniali ludzie których nie interesowało ze pies ma ponad 10 lat. Pokochali bardzo. A wczoraj pożegnali go. Rok czasu był z nimi szczęśliwy. A mnie już nikt na świecie nie pozostał. Co roku kogoś ubywalo. Kaktus, Krzysiek, Jawa i wczoraj Skuter. A jeziora Lubie poznałam i bardzo mi się tam podobało.
    Czekam na dalsze Twoje wpisy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za powrót

    OdpowiedzUsuń
  4. Nareszcie, nareszcie powrót. Tyle czekania, sprawdzania czy kolejny post już jest. Na szczęście promyczek nadziei nie zgasł :D Czekamy na dalsze wieści i oczywiście przepisy :D Bo czym byłby ten blog bez pysznych przepisów na psie jak i ludzkie jedzonko ;) I proszę NIGDY, ale to NIGDY nie kończyć tego bloga! Dla mnie jest natchnieniem do tworzenia psich ciach (tych ludzkich też ) :D:D Pozdrawiam Ewelina :)

    OdpowiedzUsuń