wtorek, 30 października 2018

O potyczkach z życiem i tatuażach na sercu

Znajoma jest tym rodzajem dziewczyny, które zwykłam nazywać supermenkami. Kobiety dające sobie radę z życiem w każdym, nawet najtrudniejszym momencie. Gotowe tulić swoje dzieci do snu, by z samego rana ruszyć do pracy- jednej, drugiej, czasem nawet trzeciej. Zdolne zadbać o siebie i swoich najbliższych bez względu na to, czy ktoś im w tym pomaga, czy nie. Moje kochane supermenki biorą się za bary z życiem i bez trudu powalają je na łopatki. Nawet jeżeli walka czasem jest nierówna. Nawet jeżeli ciężko i boli. Gdy ostatnio zauważyłam na przedramieniu znajomej nowy tatuaż, pomyślałam sobie, że w jej przypadku nie dziwi nic. Trzy słowa po łacinie. Słowa niejakiego Seneki. Prosty i oczywisty przekaz. Vivere militare est.


Życie jest walką. Kropka. Niby nic dodać, nic ująć. A jednak coś (niech będzie, że jej nowy tatuaż) skłoniło mnie do tego mojego wędrowania w rozmyślaniach. Bo czy trzeba być absolutną siłaczką, by móc sobie taki tekst wytatuować? Znajoma trenuje zawzięcie crossfit, biega w błocie na runmageddonach, wychowuje dwójkę dzieci i ma trzecie w drodze, a w wolnym czasie prowadzi własną firmę. Nie mam bladego pojęcia, jak ona to robi. Ale czego się nie dotknie, jest w tym świetna.

Zastanawiam się jednak, czy każdą walkę, którą toczymy w życiu, da się tak łatwo opisać słowami. I czy każdy tatuaż, który mamy, widać gołym okiem na skórze? Czy nie jest tak, że słowa zagrzewające do boju każdy z nas ma wytatuowane na sercu?

Życie jest wieczną walką. Wieczną, bo nigdy nie brakuje rzeczy, o które warto walczyć. I wieczną, bo nigdy nie kończy się chęć, by o nie walczyć. Gdy tracimy wolę walki... Nasze serce zamiera. Bije dalej, owszem. Ale jego praca traci sens. Zupełnie jakby skrzypce przestały służyć do tworzenia muzyki. 

Myślałam o tych wszystkich małych walkach, które toczymy na co dzień. O tych potyczkach z życiem, o których czytam w wiadomościach od Was. O potyczkach moich i Waszych, z psem w tle i nie tylko. Walczę ostatnio o tak wiele rzeczy, że momentami trudno mi już ocenić, które potyczki udaje się wygrać, a w których wciąż przegrywam. Do niedawna walczyłam o względny spokój w domu. Jeśli jesteście z nami od dłuższego czasu, to wiecie, że między naszymi psami nie zawsze panowała zgoda. Jacek, którego przygarnęliśmy 2 lata temu zaburzył pewną niepisaną harmonię między Bubą i Koprem. Harmonię, w której to Koper decydował co, jak i kiedy się wydarza. Był katalizatorem wszystkich akcji, a starzejąca się już Buba wrzuciła na luz i dawała się ponieść jego energii, lub (co coraz częściej się zdarza) zajmowała się sobą. Jacek był dodatkowym elementem, dla którego w psiej układance nie było z początku miejsca. To miejsce trzeba było zrobić. Pracowaliśmy i walczyliśmy na wielu polach. Była kastracja obu panów (na razie chemiczna). Były spotkania z behawiorystami. Były długie, kilkugodzinne spacery, podczas których panowie mieli się zarówno zmęczyć, ale też zrozumieć tę jedną, podstawową zasadę. Że przewodzę ja. I co by się nie działo, i co by się w życiu nie zmieniało- przewodzę ja i za mną należy podążać. Ja ustalam zasady. Ja i Darek, rzecz jasna, ale od zawsze było wiadomo, że rolę złego policjanta w domu pełni Pani. Koper widział, że traktujemy Jacka zupełnie na równi i powoli, bardzo powoli zaczął się z nową sytuacją oswajać. Dziś mogą leżeć wspólnie na jednym posłaniu. Mogą położyć się ze mną na kanapie, gdy czytam. Mogę głaskać jednego, na oczach tego drugiego. Jeszcze rok temu było to nie do pomyślenia. I choć wciąż jeszcze zdarza im się mieć gorszy dzień i obchodzić się od rana szerokim łukiem, to widząc jak razem gziochają się na naszym łóżku (a gdzieżby indziej, przecież tam najlepiej), jestem o nich spokojna. Mogą zostać razem w domu na kilka długich godzin i nic się nie dzieje. Zostali już parę razy w psim hoteliku i nic się nie stało. Tym samym odzyskaliśmy nieco spokoju i swobody. Wygraliśmy tę małą walkę. Ale za rogiem już czekają następne.


Walka o spełnienie tego jednego marzenia, które- o, ironio!- najtrudniej spełnić. Wciąż nie słychać tupotu małych stópek w naszym-nie naszym, wynajmowanym domu. Walczymy. Bo warto.

Walka o siebie nawzajem, bo bycie razem to wieczna praca o utrzymanie się na powierzchni. O tyle trudna, że czasem trzeba utrzymywać na powierzchni nie tylko siebie ale też drugą osobę. Walczymy. Bo warto.

Walka o siebie. Bo, o czym przekonałam się dość mocno w ostatnim czasie, dokoła nas zwykle jest najwięcej tych ludzi, którzy mają nam do zaoferowania gotowy przepis na to, jak mamy żyć. Ze świeczką szukać należy tych, którzy powiedzą: "Rób to, co uważasz za słuszne." Walczę. Od niedawna. Bo warto.

Nieustannie walczymy. Wygrywamy, przegrywamy... Nie zawsze zresztą różnica między wygraną i przegraną jest taka oczywista. Czasem by wygrać, musimy najpierw przegrać. Niezależnie jednak od sytuacji, nie wolno nam tracić woli walki. Nasze serce musi wiedzieć, po co bije. Musi mieć wyraźny cel. Choćby nawet bardzo odległy punkcik na horyzoncie. I tak. Każdy z nas ma tatuaż. Wyraźnie wyryte słowa na sercu. Słowa zagrzewające do boju. 

2 komentarze:

  1. Chyba każdy z nas walczy. Mniej lub więcej. Potyczki z życiem nas wzmacniają. Byle tylko nie zabiły. Kiedyś, kiedyś do głowy by mi nie przyszło, że jestem w stanie tak dużo znieść. A wiem, że w niedługiej przyszłości, kolejne potyczki mnie czekają. Mam nadzieję, że włączę ducha walki i nie poddam się

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę, że dasz radę. Ze wszystkim. Bo Ty właśnie jesteś supermenką :)

      Usuń