wtorek, 16 października 2018

O najpiękniejszym "nie mogę" na świecie

Ci wariaci od psów - mówią już o nas w wiejskim sklepie, czyli w naszym lokalnym centrum kultury. A ja się śmieję w duszy, bo na wsi (a zresztą pewnie i w całej Polsce, tyle że w mieście ludzie w ogóle się nie znają i nie zwracają na siebie uwagi) już tak jest, że każdy jakąś tam łatkę ma. I przyznam się szczerze, że ze wszystkich łatek na świecie chyba już wolę właśnie tę.

Nasz obecny podopieczny- Funio

A zaczęło się tak banalnie. Dwa psiaki porzucone na naszym terenie nad rzeką. Jacek i Agatka, bo bezpodstawnie posądzaliśmy je o więzy rodzinne. Moja mama mówiła: " Zostaw je. Niech sobie pójdą do kogoś innego." Ale jedyne co potrafiłam odpowiedzieć, to "nie mogę". Potem nawet mama podrzucała małym psiakom jakieś pyszne dupki od kiełbasek, a ja jeździłam po wsi i rozklejałam plakaty. Czyje? Kto przygarnie? Kto da dom? Jeśli można, to i dom i serce.

Początki przechowalni. Teraz są już dwa porządne kojce

Dziś budujemy niemal od podstaw gminną przechowalnię i staramy się dać znalezionym na naszym terenie psiakom szansę na znalezienie domu zanim trafią do schroniska. Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, poza kilkoma cudownymi przykładami schronisk w Polsce- większość to bilet w jedną stronę. Brakuje funduszy, brakuje wolontariuszy, brakuje dobrej organizacji a zamiast tego szerzy się kumoterstwo. Pies jest w tym wszystkim mało istotny. Staramy się to zmienić choćby na tę naszą, małą, lokalną skalę. Dzięki władzom naszej gminy jest to możliwe. Właśnie postawiliśmy dwa kojce. Teren na którym są położone jest ogrodzony i graniczy z lasem. Władze gminy partycypują w kosztach. Dostajemy karmę i fundusze na podstawową obsługę weterynaryjną. Resztę, póki co, dajemy radę udźwignąć sami. Jeśli trafia się psiak potrzebujący specjalnej diety, gotuję mu w domu. Suplementów diety- tak bardzo potrzebnych psiakom zabiedzonym, które w swoim życiu nigdy nie jadły mięsa a jedynie suchy chleb- szukamy po promocjach i kupujemy hurtowo, żeby wyszło taniej. Dla naszego ostatniego podopiecznego nadszarpnęłam oszczędności i kupiłam rękawicę do czesania. Bo bał się szczotki, a czesania potrzebował jak ryba wody. Jeździmy do przechowalni dwa razy dziennie i karmimy, spacerujemy, czeszemy, głaszczemy, rozmawiamy, poznajemy i uczymy. Czasami tak oczywistych spraw, jak to, że ręka nie bije.

Dlaczego? Bo nie możemy inaczej.

Kilka lat temu jechaliśmy pod wschodnią granicę. Na trasie nadarzyńskiej minęliśmy młodego psa. Praktycznie psie dziecko. Biegał wzdłuż drogi i dosłownie zaglądał do wnętrz samochodów. Minęliśmy go. Bo jechaliśmy załatwić ważną sprawę. Bo nie jechaliśmy sami. Bo w domu mieliśmy pole walki między Jackiem i Koprem- naszymi psiakami, których przyjaźń rodziła się w bólach. Bo to, bo siamto. Do dzisiaj pamiętam tego psiaki. Był duży, młody i tak bardzo zagubiony. Będę go pamiętać do końca życia. Wracaliśmy po kilku godzinach tą samą drogą i już go nie było. Chcę wierzyć, że ktoś jednak się zatrzymał. Że ktoś pomógł. Bo nie mógł inaczej. My wtedy, delikatnie mówiąc, daliśmy ciała. Dla nas poczucie winy, gdy się nie pomoże jest zbyt ciężkie do udźwignięcia. Wolimy pomagać. Choć przyznaję, lekko nie jest.

Po każdym psiaku, którego wyprawiamy do nowego domu, na jego miejsce znajdujemy dwa kolejne. Poza miastem psy są rzadko kiedy czipowane. Zdarza się, że budzimy się rano pełni energii do działania, by po całym dniu złapać takiego doła, że już nic tylko załamać ręce. Bo choćbyśmy nie wiem co robili, wszystkim psom nie pomożemy. Ale przychodzi kolejny dzień i pomagamy dalej. Bo nie możemy inaczej.

Nasz pierwszy podopieczny. Stefan znalazł dom u prawdziwych owczarkolubów. Kumpluje się dziś z kotem i mieszka w Warszawie.

W chwilach kryzysu kazałam obiecać Darkowi, że już żadnych psich bid nie będziemy brali pod swoją opiekę. Bo to nas stanowczo za mocno angażuje. Przecież jeszcze trzeba pracować, zarabiać, jeść. Żyć w miarę normalnie. Mamy przecież milion własnych problemów na głowie- jak każdy. I co? Mijając kolejną wystraszoną psicę, zatrzymujemy auto. Pakujemy do bagażnika, żeby dopiero w drodze zastanowić się, co dalej. Tak było ze szczeniakiem, którego znaleźliśmy w rowie. Biegał wzdłuż ruchliwej drogi, a za kości miednicy można było złapać palcami- taki był chudy.  Darek wpadł w chwilową panikę, bo w przechowalni miwjsca nie było a na naszym podwórku rządzi Koper i żadnych nieproszonych gości sobie nie życzy. Ale ja nawet się nie zastanawiałam. I pomogliśmy. Bo nie mogliśmy inaczej.

Dziś myślimy o założeniu stowarzyszenia lub fundacji. Bo to, co na razie robimy to tylko kropla w morzu potrzeb. A to jest ogromne morze. I zapytajcie mnie, zapytajcie Darka. Dlaczego to robimy? Bo po prostu nie mogę. Nie mogę inaczej. I to jest najpiękniejsze "nie mogę" na świecie.

Dopiero zaczynamy naszą przygodę z pomaganiem. Piszcie do nas z poradami, jak najlepiej ogarniać taką pomoc. Piszcie z wątpliwościami i z waszymi wnioskami na temat sytuacji bezdomnych zwierząt w Polsce. Jesteśmy bardzo ciekawi Waszych opinii.

środa, 10 października 2018

O zwiedzaniu innych plaż, wzdychaniu na pomoście i podróżowaniu na własnych zasadach

Mieliśmy z tatą naszą plażę. Brzmi dumnie. Nasza plaża była jedynie udeptanym przez krówki łagodnym zejściem do wody. I wcale nie naszym, bo nienależącym do nikogo. A jeśli już do kogoś, to do tych krówek i do gospodarza, co to je do wodopoju pędził z łąki. Jezioro też nie było przecież nasze. Ale jeździliśmy na nie co roku w wakacje, a mówiąc, że "jedziemy nad Lubie" mieliśmy trochę takie wrażenie, jakbyśmy jechali do siebie. Malutki domek z dykty stawał nam się na dwa miesiące całym światem. Naszym światem. Plaża zaś była takim naszym miejscem. Tam się uczyłam łowić ryby. Nie mogę tego pamiętać, bo pływam od zawsze, ale to pewnie właśnie tam popłynęła pierwsza Zuzia żabka. Czy może raczej jeszcze kijanka. Co roku przyjeżdżaliśmy nad Lubie. Co roku tato wypożyczał na miejscu łódkę. I co roku pływaliśmy niemal codziennie na sam koniec jeziora (a wierzcie mi- to wyjątkowo długie jezioro i tato się musiał nieźle nawiosłować) tylko po to, by odpocząć chwilę i posiedzieć na naszej plaży. Lata mijały. Zuzia żabka zaczęła rosnąć i szukać w swoim życiu nowych i niewydeptanych jeszcze ścieżek. Czy też nowych plaż- niewydeptanych przez krowy. Zaczęłam namawiać tatę, na wyprawy w inne miejsca. Ba! Żeby udowodnić tacie, że tam za cyplem na pewno jest jakieś urocze miejsce, sama chwytałam za wiosła i wiosłowałam, aż mi się pęcherze porobiły. Kochany, cierpliwy tato siedział cicho i odwiedzał ze mną wszystkie te cudowne miejsca ukryte w linii brzegowej jeziora. Odwiedzaliśmy zaciszną zatoczkę schowaną w trzcinach, gdzie można było dosłownie usłyszeć jak karp porusza dno pod wodą. Docieraliśmy do miejsca gniazdowania czapli siwych, gdzie krajobraz przypominał ten z księżyca, bo choć ptaki w locie wyglądają pięknie, to sieją wokół siebie spustoszenie na miarę małej bomby atomowej. Zaglądaliśmy do miejsca, gdzie do jeziora wpadał niewielki strumyczek a w tafli jeziora przeglądały się buki tak stare, że pamiętały czasy, gdy w powietrzu nie było jeszcze ani grama zanieczyszczeń przemysłowych. Ale choćbyśmy powiosłowali nie wiem jak daleko i zobaczyli po drodze istne cuda, zawsze- wcześniej czy później- wracaliśmy na naszą plażę. Tam, gdzie znaliśmy każde drzewo. Gdzie łabędzie miały nadane przez nas imiona. I gdzie zwieszając nogi z malutkiego pomostu można było sobie westchnąć tak, jak się wzdycha po powrocie do domu.


Dlaczego o tym piszę? I to tak znienacka, po ponad rocznej przerwie (ha! po zapowiedziach, że z blogiem koniec)...

Bo właśnie wróciłam na moją plażę. Na mój pomościk. I głęboko westchnęłam.

Po ponad roku kombinowania, szukania nowych dróg (plaż, jak kto woli) i wymyślaniu, co by tu jeszcze w tym życiu sobie wyczarować, wracam. Do tego, co zawsze było moje. Do miejsc, w których jestem u siebie. I właśnie to uczucie- uczucie bycia "na miejscu"- jest mi w tej chwili tak bardzo potrzebne.

Wracam do pisania bloga. Bo bez względu na to, jak bardzo zaprzątam sobie głowę innymi rzeczami, pisanie jest (zawsze było) moim domem. A pisanie, choć jest zajęciem samotnym, daje w przypadku bloga możliwość ekspresowej interakcji z kimś po drugiej stronie. Wierzcie, lub nie, ale ja przez cały rok myślałam o Was. O Waszych potyczkach z życiem, z których mi się zwierzacie. O Waszych cudownych sposobach na życie, które mi opisujecie. I o Waszym wsparciu, którego w różnych sytuacjach otrzymujemy (ja i Darek) tak wiele. Próby zakończenia Ja, ty i 2 psy i rozpoczęcia nowego bloga o odmiennej tematyce spełzły na niczym, bo inny blog był już nie mój. I nie Wasz. Choćby pomysł jego założenia opierał się na najciekawszych założeniach- wracam na moją malutką plażę.

Wracam do pisania w ogóle. Po kilku latach przekonywania siebie, że pomysły i projekty innych mogą być śmiało moimi pomysłami. Po walce o zachowanie siebie w świecie oczekiwań przyjaciół (tych prawdziwych i tych na niby). Wracam do mojego małego biureczka z IKEI wciśniętego w kącik w salonie. Mój kącik. Tam, gdzie świat dosłownie nie ma granic, bo wydarza się w mojej własnej głowie. W przygotowaniu powieść obyczajowa. Nie powiem, że kończę, bo z doświadczenia wiem, że kończenie zabiera najwięcej czasu. Ale już blisko. Trzymajcie mnie proszę za słowo. A gdy będzie już gotowa- trzymajcie kciuki. Bo przede mną ciężka droga i walka o zdobycie zainteresowania wydawcy.

Na koniec wracam do pewnych pierwotnych założeń. Bo pamiętam, że przeprowadziliśmy się z Darkiem na wieś, by żyć spokojniej. Ale zamiast trzymać się tego planu, pozwoliliśmy, by różne wydarzenia raz po raz wywracały nam świat do góry dnem. Jakiś czas temu i w jakiejś tam sytuacji przyjaciółka zauważyła ze śmiechem- Zuzia, ja nie wiedziałam, że ty potrafisz tak na kogoś krzyknąć! Sytuacja była bardziej śmieszna niż poważna. Na całe szczęście. Bo mogę teraz o niej wspomnieć bez wstydu i zażenowania. Ale ta intymna prawda jest taka, że w ostatnim roku nauczyłam się krzyczeć i przeklinać jak nikt inny. Czasami łapię się na tym, że sama już siebie nie poznaję. Złość i poirytowanie stały się zupełnie normalnym elementem mojego dnia. A niestety negatywne emocje mają to do siebie, że rozrastają się jak drożdże. I w krótkim czasie przenoszą się na wszystko wokół. I już nie ma znaczenia, kto zdenerwował, kto zrobił przykrość. Jesteśmy źli na wszystko wokół.

Opłynęliśmy z Darkiem jezioro. Zwiedziliśmy inne plaże. I doszliśmy wspólnie do wniosku, że wracamy do naszego miejsca. Dosłownie i w przenośni. Dość życia pomysłami innych ludzi. Dość czekania, aż ktoś pozwoli nam dojść do głosu. Mamy po trzydzieści parę lat. Zaczyna nam się robić bliżej do czterdziestu. Wiemy już, w czym jesteśmy dobrzy. Wiemy, co sprawia radość i daje poczucie dobrze wykonanej roboty. Wiemy też, z czym nam nie po drodze. I nauczyliśmy się jednej prostej zasady. Że nawet najskromniejsza i niedaleka podróż jest lepsza niż ta do odległych krajów, jeśli podróżujemy na własnych zasadach.

Kochani czytelnicy. Jeśli macie jeszcze do mnie cierpliwość- zostańcie z nami. W następnych postach postaram się pokrótce nadrobić zaległości. Troszkę się zadziało, bo choć merdających ogonów w naszym domu wciąż można się doliczyć trzech, to mamy pod opieką cztery psy. Jak to możliwe? Niedługo wyjaśnię. A teraz lecę nakarmić psiaki, zaparzyć kawę i siadam do pisania. Tylko sobie jeszcze przysiądę na chwilę i głęboko westchnę... :)