sobota, 16 września 2017

Małe, wielkie zmiany

- I jak? Coś się zmieniło?

Koleżanka wpatrywała się we mnie wyczekująco. I choć podobne pytanie słyszałam już parokrotnie, wciąż miałam małe wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że moja odpowiedź będzie rozczarowująco nudna.

Od naszego ślubu minął dokładnie miesiąc. W tym zdaniu kryje się też małe wytłumaczenie ciszy na blogu. Małe, bo na głowie mieliśmy ciut więcej, niż tylko wianek panny młodej. Ale to już temat na inną opowieść. Taką przy kieliszku wina. A nawet dwóch.

15 sierpnia 2017 roku powiedzieliśmy sobie tak. I co? I nic. Zupełnie nic to nie zmieniło. Jesteśmy ze sobą już tak długo, że zdarza nam się roześmiać ze słów, których to drugie jeszcze nawet nie wypowie. Wystarczy spojrzenie i już wiemy, co temu drugiemu po głowie chodzi. Przeszliśmy kilka burz i huraganów. Zmokliśmy nie raz. Dziś wiemy, że w życiu zdarzają się ulewne deszcze ale ramiona tej drugiej osoby są w takich chwilach bezpiecznym portem. Żeglujemy przez każdy dzień na zmianę stawiając żagle i łapiąc wiatr, to znów zwijając je i chroniąc się przed niebezpieczeństwem. I od tych paru ładnych lat robimy to razem. Dziś nie potrafiłabym już żyć sama. Nie, nie sama. Sama dałabym sobie świetnie radę. Ale nie chcę już być bez niego. Lubię zasypiać wsłuchana w jego oddech i budzić się w jego ramionach. Lubię rozmawiać przy śniadaniu o naszych wielkich wspólnych planach i o rzeczach małych, codziennych. Lubię śmiać się ze wspólnych wygłupów i czuć ten błogosławiony spokój, jaki daje świadomość, że przy tej drugiej osobie możemy być całkowicie sobą. Nawet jeśli to oznacza, że czasami coś się w nas popsuje, coś będzie nie takie, jakie byśmy chcieli. I tak! Lubię też te trudne chwile. Mam nadzieję, że to nie czyni ze mnie masochistki. Lubię, kiedy się nie zgadzamy i sprzeczamy nawet o największe głupoty. Lubię, gdy przyparci do muru musimy czasem postawić się światu i tupnąć nogą. Lubię, gdy w zmęczeniu któreś coś chlapnie niepotrzebnie i boleśnie zrani. Lubię każde wyzwanie rzucane nam przez los. Bo to jak nauka tańca. Na początku nogi ci się plączą i depczesz partnerowi po palcach. Ale z czasem zaczynasz czuć rytm i zapominasz o wstydzie. Stawiasz odważniej kroki, a w twoje biodra wkrada się zmysłowa miękkość, o którą się nie podejrzewałeś. Tańczysz. Tańczysz z życiem. Przewidujesz każdy kolejny krok i dopasowujesz się do jego ruchów. Jesteś elastyczny. Wiesz na ile cię stać i nie boisz się kolejnych wyzwań. Takie jest życie. I taka jest miłość. To taniec w którym uczysz się nie wstydzić siebie. Poznajesz drugą osobę. Dopasowujesz swoje ruchy do jej ruchów, a czasem sam narzucasz rytm. I jeśli już raz stworzycie harmonię... Cóż. Nie pokona was żadna burza. Trudności staną się jedynie kolejną okazją, by podnieść wysoko głowę (nie mylić z zadzieraniem nosa) i powiedzieć: "A my ci życie pokażemy! Razem damy radę!"

Tak więc, czy coś się w naszym życiu zmieniło? Zupełnie nic. Mamy teraz oboje złoty krążek na palcu, kilka cudnych wspomnień i piękny album ze zdjęciami. Poza tym wszystko pozostaje bez zmian. Mamy siebie. Mamy siebie od początku. Każde trzyma to drugie i nie pozwala upaść. A jeśli już, to upadamy razem. I wstajemy razem.

Zresztą, kto ma w domu psa, ten wie, że nie ma mowy o jakimkolwiek załamywaniu się czy poddawaniu się trudnościom losu. Rano trzeba wstać i wyjść na spacer. I kropka.

fot. Monika Bojanowska MBM ART

4 komentarze:

  1. Skądś to znam :-) U nas też nic się nie zmieniło, ale są wspomnienia :-)
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zuziu wyglądaliście cudownie.Szczęścia życzę ogromnego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie o miłości i codziennościach wspólnego życia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Duuuuuużo szczęścia życzę :) Oby spełniło się to o czym marzysz Zuziu. Ja w to wierzę, choć coraz mniej wiary we mnie. Po śmierci męża nie ma kto zająć się naszymi psami, bo ja z daleka od domu. Szukam domu dla Jawy, najcudowniejszej i najmądrzejszej wyżlicy na świecie. I nikt jej nie chce dać nowego domu, choć jest piękna i młoda.

    OdpowiedzUsuń