wtorek, 19 września 2017

Po prostu


Dalej walczymy. O spełnienie marzeń. I dalej staramy się nie poddawać. Choć są takie momenty, gdy wyjątkowo trudno o wiarę.

Gdy zgłaszasz się do szpitala na badania i widzisz te słowa na skierowaniu. Niepłodność pierwotna. Najbrzydsze słowa jakie znam. Czytasz te słowa i coś się w tobie kruszy i obsypuje po kawałeczku. Nogi uginają się pod ciężarem medycznych sformułowań. Sam świstek papieru jest od nich tak ciężki, że podajesz go lekarce drżącymi rękoma. Czujesz się jak ten przeterminowany jogurt w lodówce. Niezdatny do użytku.

Kolejne badania prowadzą do nikąd. Lekarze filozoficznie stwierdzają, że dalej wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Jednocześnie każde kolejne badanie jest coraz mniej przyjemne. Pojawiają się nawet takie całkiem bolesne. Przed sprawdzaniem drożności jajowodów lekarz pyta, czy jestem na to gotowa? Przez myśl mi przelatuje, żeby odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że ostatni mężczyzna, który zadał mi to pytanie został moim mężem. Gryzę się jednak w język, bo ani to miejsce, ani czas na żarty. Rozkraczona pozycja i obecność studentów też nie sprzyja wesołości. Kiwam więc tylko głową i cichutko powtarzam swoją mantrę. Chcę zostać mamą. Po prostu chcę zostać mamą.

Po prostu jest słowem kluczem. Sęk w tym, że różne rzeczy przestały się wydarzać po prostu. Ludzie przestali po prostu mieć dzieci. Przestali po prostu zakładać rodziny. Spędzają sporą część życia na planowaniu przyszłości, a przyszłość i tak wydarza się swoim tokiem.

I my planowaliśmy. Że najpierw się sobą nacieszymy, później przeprowadzimy na wieś, weźmiemy ślub i będziemy mieli dzieci. Gdzieś w międzyczasie miał być jeszcze zbudowany dom i rozwinięta kariera zawodowa. I wszystko szło mniej więcej zgodnie z planem. Mniej więcej, bo życie zawsze umie wtrącić swoje 5 groszy. Gdy zaczęliśmy się starać o dziecko (pragmatycznie zabraliśmy się do rzeczy przed ślubem) żartowaliśmy, że pewnie pójdzie szybko, że będą od razu trojaczki... Dzieci naszych znajomych rodziły się i dorastały, a my żartowaliśmy jakby coraz mniej. Z roku na rok traciliśmy nadzieję.
Nie udało nam się po prostu zajść w ciążę. W chwili kompletnej słabości powiedziałam Darkowi, że jeśli los bywa przekorny, to pewnie nie będzie nam dane mieć dzieci. Bo nie potrafię sobie wyobrazić większej złośliwości niż odebranie komuś tego, o czym ten marzy najbardziej. A przecież właśnie tak bywa w życiu, że gdy już przez moment wszystko się układa, to coś się poprostu musi... Jakieś rzeczy wydarzają się po prostu. Te smutne.

Niepłodność pierwotna. Rozglądam się po dziewczynach na łóżkach obok. Słucham ich historii. Niektóre mają już dzieci, wnuki. Niektóre same jeszcze są dziećmi. Wszystkie mają swoje rzeczy, które po prostu się im przydarzyły lub takie, które po prostu wydarzyć się nie chcą. Nie mam co narzekać- myślę. Słuchając niektórych historii mam nawet wyrzuty sumienia, że tu jestem i zajmuję łóżko. Inne dziewczyny mają ogromne problemy, bóle i zmartwienia. Ja przyszłam tylko na badania. Wciąż mam jeszcze nadzieję. Wciąż mam o co walczyć.

Wierzę, że się uda. Wierzę, że wkońcu któreś badanie wskaże przyczynę naszych kłopotów i pozwoli sobie z nią poradzić. Kiedyś spojrzę na moje maleństwo i wyszepczę mu do uszka: "Tak długo na Ciebie czekałam".

sobota, 16 września 2017

Małe, wielkie zmiany

- I jak? Coś się zmieniło?

Koleżanka wpatrywała się we mnie wyczekująco. I choć podobne pytanie słyszałam już parokrotnie, wciąż miałam małe wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że moja odpowiedź będzie rozczarowująco nudna.

Od naszego ślubu minął dokładnie miesiąc. W tym zdaniu kryje się też małe wytłumaczenie ciszy na blogu. Małe, bo na głowie mieliśmy ciut więcej, niż tylko wianek panny młodej. Ale to już temat na inną opowieść. Taką przy kieliszku wina. A nawet dwóch.

15 sierpnia 2017 roku powiedzieliśmy sobie tak. I co? I nic. Zupełnie nic to nie zmieniło. Jesteśmy ze sobą już tak długo, że zdarza nam się roześmiać ze słów, których to drugie jeszcze nawet nie wypowie. Wystarczy spojrzenie i już wiemy, co temu drugiemu po głowie chodzi. Przeszliśmy kilka burz i huraganów. Zmokliśmy nie raz. Dziś wiemy, że w życiu zdarzają się ulewne deszcze ale ramiona tej drugiej osoby są w takich chwilach bezpiecznym portem. Żeglujemy przez każdy dzień na zmianę stawiając żagle i łapiąc wiatr, to znów zwijając je i chroniąc się przed niebezpieczeństwem. I od tych paru ładnych lat robimy to razem. Dziś nie potrafiłabym już żyć sama. Nie, nie sama. Sama dałabym sobie świetnie radę. Ale nie chcę już być bez niego. Lubię zasypiać wsłuchana w jego oddech i budzić się w jego ramionach. Lubię rozmawiać przy śniadaniu o naszych wielkich wspólnych planach i o rzeczach małych, codziennych. Lubię śmiać się ze wspólnych wygłupów i czuć ten błogosławiony spokój, jaki daje świadomość, że przy tej drugiej osobie możemy być całkowicie sobą. Nawet jeśli to oznacza, że czasami coś się w nas popsuje, coś będzie nie takie, jakie byśmy chcieli. I tak! Lubię też te trudne chwile. Mam nadzieję, że to nie czyni ze mnie masochistki. Lubię, kiedy się nie zgadzamy i sprzeczamy nawet o największe głupoty. Lubię, gdy przyparci do muru musimy czasem postawić się światu i tupnąć nogą. Lubię, gdy w zmęczeniu któreś coś chlapnie niepotrzebnie i boleśnie zrani. Lubię każde wyzwanie rzucane nam przez los. Bo to jak nauka tańca. Na początku nogi ci się plączą i depczesz partnerowi po palcach. Ale z czasem zaczynasz czuć rytm i zapominasz o wstydzie. Stawiasz odważniej kroki, a w twoje biodra wkrada się zmysłowa miękkość, o którą się nie podejrzewałeś. Tańczysz. Tańczysz z życiem. Przewidujesz każdy kolejny krok i dopasowujesz się do jego ruchów. Jesteś elastyczny. Wiesz na ile cię stać i nie boisz się kolejnych wyzwań. Takie jest życie. I taka jest miłość. To taniec w którym uczysz się nie wstydzić siebie. Poznajesz drugą osobę. Dopasowujesz swoje ruchy do jej ruchów, a czasem sam narzucasz rytm. I jeśli już raz stworzycie harmonię... Cóż. Nie pokona was żadna burza. Trudności staną się jedynie kolejną okazją, by podnieść wysoko głowę (nie mylić z zadzieraniem nosa) i powiedzieć: "A my ci życie pokażemy! Razem damy radę!"

Tak więc, czy coś się w naszym życiu zmieniło? Zupełnie nic. Mamy teraz oboje złoty krążek na palcu, kilka cudnych wspomnień i piękny album ze zdjęciami. Poza tym wszystko pozostaje bez zmian. Mamy siebie. Mamy siebie od początku. Każde trzyma to drugie i nie pozwala upaść. A jeśli już, to upadamy razem. I wstajemy razem.

Zresztą, kto ma w domu psa, ten wie, że nie ma mowy o jakimkolwiek załamywaniu się czy poddawaniu się trudnościom losu. Rano trzeba wstać i wyjść na spacer. I kropka.

fot. Monika Bojanowska MBM ART