wtorek, 19 września 2017

Po prostu


Dalej walczymy. O spełnienie marzeń. I dalej staramy się nie poddawać. Choć są takie momenty, gdy wyjątkowo trudno o wiarę.

Gdy zgłaszasz się do szpitala na badania i widzisz te słowa na skierowaniu. Niepłodność pierwotna. Najbrzydsze słowa jakie znam. Czytasz te słowa i coś się w tobie kruszy i obsypuje po kawałeczku. Nogi uginają się pod ciężarem medycznych sformułowań. Sam świstek papieru jest od nich tak ciężki, że podajesz go lekarce drżącymi rękoma. Czujesz się jak ten przeterminowany jogurt w lodówce. Niezdatny do użytku.

Kolejne badania prowadzą do nikąd. Lekarze filozoficznie stwierdzają, że dalej wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Jednocześnie każde kolejne badanie jest coraz mniej przyjemne. Pojawiają się nawet takie całkiem bolesne. Przed sprawdzaniem drożności jajowodów lekarz pyta, czy jestem na to gotowa? Przez myśl mi przelatuje, żeby odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że ostatni mężczyzna, który zadał mi to pytanie został moim mężem. Gryzę się jednak w język, bo ani to miejsce, ani czas na żarty. Rozkraczona pozycja i obecność studentów też nie sprzyja wesołości. Kiwam więc tylko głową i cichutko powtarzam swoją mantrę. Chcę zostać mamą. Po prostu chcę zostać mamą.

Po prostu jest słowem kluczem. Sęk w tym, że różne rzeczy przestały się wydarzać po prostu. Ludzie przestali po prostu mieć dzieci. Przestali po prostu zakładać rodziny. Spędzają sporą część życia na planowaniu przyszłości, a przyszłość i tak wydarza się swoim tokiem.

I my planowaliśmy. Że najpierw się sobą nacieszymy, później przeprowadzimy na wieś, weźmiemy ślub i będziemy mieli dzieci. Gdzieś w międzyczasie miał być jeszcze zbudowany dom i rozwinięta kariera zawodowa. I wszystko szło mniej więcej zgodnie z planem. Mniej więcej, bo życie zawsze umie wtrącić swoje 5 groszy. Gdy zaczęliśmy się starać o dziecko (pragmatycznie zabraliśmy się do rzeczy przed ślubem) żartowaliśmy, że pewnie pójdzie szybko, że będą od razu trojaczki... Dzieci naszych znajomych rodziły się i dorastały, a my żartowaliśmy jakby coraz mniej. Z roku na rok traciliśmy nadzieję.
Nie udało nam się po prostu zajść w ciążę. W chwili kompletnej słabości powiedziałam Darkowi, że jeśli los bywa przekorny, to pewnie nie będzie nam dane mieć dzieci. Bo nie potrafię sobie wyobrazić większej złośliwości niż odebranie komuś tego, o czym ten marzy najbardziej. A przecież właśnie tak bywa w życiu, że gdy już przez moment wszystko się układa, to coś się poprostu musi... Jakieś rzeczy wydarzają się po prostu. Te smutne.

Niepłodność pierwotna. Rozglądam się po dziewczynach na łóżkach obok. Słucham ich historii. Niektóre mają już dzieci, wnuki. Niektóre same jeszcze są dziećmi. Wszystkie mają swoje rzeczy, które po prostu się im przydarzyły lub takie, które po prostu wydarzyć się nie chcą. Nie mam co narzekać- myślę. Słuchając niektórych historii mam nawet wyrzuty sumienia, że tu jestem i zajmuję łóżko. Inne dziewczyny mają ogromne problemy, bóle i zmartwienia. Ja przyszłam tylko na badania. Wciąż mam jeszcze nadzieję. Wciąż mam o co walczyć.

Wierzę, że się uda. Wierzę, że wkońcu któreś badanie wskaże przyczynę naszych kłopotów i pozwoli sobie z nią poradzić. Kiedyś spojrzę na moje maleństwo i wyszepczę mu do uszka: "Tak długo na Ciebie czekałam".

sobota, 16 września 2017

Małe, wielkie zmiany

- I jak? Coś się zmieniło?

Koleżanka wpatrywała się we mnie wyczekująco. I choć podobne pytanie słyszałam już parokrotnie, wciąż miałam małe wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że moja odpowiedź będzie rozczarowująco nudna.

Od naszego ślubu minął dokładnie miesiąc. W tym zdaniu kryje się też małe wytłumaczenie ciszy na blogu. Małe, bo na głowie mieliśmy ciut więcej, niż tylko wianek panny młodej. Ale to już temat na inną opowieść. Taką przy kieliszku wina. A nawet dwóch.

15 sierpnia 2017 roku powiedzieliśmy sobie tak. I co? I nic. Zupełnie nic to nie zmieniło. Jesteśmy ze sobą już tak długo, że zdarza nam się roześmiać ze słów, których to drugie jeszcze nawet nie wypowie. Wystarczy spojrzenie i już wiemy, co temu drugiemu po głowie chodzi. Przeszliśmy kilka burz i huraganów. Zmokliśmy nie raz. Dziś wiemy, że w życiu zdarzają się ulewne deszcze ale ramiona tej drugiej osoby są w takich chwilach bezpiecznym portem. Żeglujemy przez każdy dzień na zmianę stawiając żagle i łapiąc wiatr, to znów zwijając je i chroniąc się przed niebezpieczeństwem. I od tych paru ładnych lat robimy to razem. Dziś nie potrafiłabym już żyć sama. Nie, nie sama. Sama dałabym sobie świetnie radę. Ale nie chcę już być bez niego. Lubię zasypiać wsłuchana w jego oddech i budzić się w jego ramionach. Lubię rozmawiać przy śniadaniu o naszych wielkich wspólnych planach i o rzeczach małych, codziennych. Lubię śmiać się ze wspólnych wygłupów i czuć ten błogosławiony spokój, jaki daje świadomość, że przy tej drugiej osobie możemy być całkowicie sobą. Nawet jeśli to oznacza, że czasami coś się w nas popsuje, coś będzie nie takie, jakie byśmy chcieli. I tak! Lubię też te trudne chwile. Mam nadzieję, że to nie czyni ze mnie masochistki. Lubię, kiedy się nie zgadzamy i sprzeczamy nawet o największe głupoty. Lubię, gdy przyparci do muru musimy czasem postawić się światu i tupnąć nogą. Lubię, gdy w zmęczeniu któreś coś chlapnie niepotrzebnie i boleśnie zrani. Lubię każde wyzwanie rzucane nam przez los. Bo to jak nauka tańca. Na początku nogi ci się plączą i depczesz partnerowi po palcach. Ale z czasem zaczynasz czuć rytm i zapominasz o wstydzie. Stawiasz odważniej kroki, a w twoje biodra wkrada się zmysłowa miękkość, o którą się nie podejrzewałeś. Tańczysz. Tańczysz z życiem. Przewidujesz każdy kolejny krok i dopasowujesz się do jego ruchów. Jesteś elastyczny. Wiesz na ile cię stać i nie boisz się kolejnych wyzwań. Takie jest życie. I taka jest miłość. To taniec w którym uczysz się nie wstydzić siebie. Poznajesz drugą osobę. Dopasowujesz swoje ruchy do jej ruchów, a czasem sam narzucasz rytm. I jeśli już raz stworzycie harmonię... Cóż. Nie pokona was żadna burza. Trudności staną się jedynie kolejną okazją, by podnieść wysoko głowę (nie mylić z zadzieraniem nosa) i powiedzieć: "A my ci życie pokażemy! Razem damy radę!"

Tak więc, czy coś się w naszym życiu zmieniło? Zupełnie nic. Mamy teraz oboje złoty krążek na palcu, kilka cudnych wspomnień i piękny album ze zdjęciami. Poza tym wszystko pozostaje bez zmian. Mamy siebie. Mamy siebie od początku. Każde trzyma to drugie i nie pozwala upaść. A jeśli już, to upadamy razem. I wstajemy razem.

Zresztą, kto ma w domu psa, ten wie, że nie ma mowy o jakimkolwiek załamywaniu się czy poddawaniu się trudnościom losu. Rano trzeba wstać i wyjść na spacer. I kropka.

fot. Monika Bojanowska MBM ART

wtorek, 28 marca 2017

Bo tak właśnie działa drużyna

Chłopaki pobiegali o świcie po polu i teraz śpią smacznie na łóżku w naszych nogach. We śnie dalej gonią te wszystkie ptaszki i zające. Buba nie śpi. Udaje. Rozłożona obok łóżka (kochana Buba jako jedyna nie kwestionuje zasady "na łóżko nie wolno") czuwa. Gdy tylko Darek uchyli jedną powiekę, odtańczy przed nim radosny taniec rozmerdanego ogona strącając przy tym wszystko z naszych nocnych szafek. A zaraz potem odstawi przedstawienie pod tytułem "Biedny, głodny piesek". To jej popisowy numer. Rola godna Oscara. To nic, że śniadanie było obfite. Darek i tak się nabierze i pomaszeruje dać pieskom żwaczyka. Teraz odsypia zarwaną noc. Siedział nad projektem niemal do świtu. Ostatnie poprawki przed rozpoczęciem prac budowlanych. Taki zawód.


Mam chwilę spokoju. Tę cenną, drobną chwilę spokoju, by uporządkować myśli. Czasami czuję się w takich momentach, jak strateg wojenny. Rozkładam mapy i palcem wyznaczam trasę przemarszu wojsk. Bo każdy dzień to taka nasza mała batalia ze światem. Codzienna walka o normalność. O zachowanie spokoju w chwilach, gdy wszystko wywraca się do góry dnem. I o dostrzeganie tych mikrych i kruchych chwil, gdy dosłownie na sekundę wszystko jakoś cudownie zaczyna do siebie pasować. Układa się. Na czele tej walki stoję ja. Dumnie jak generał rozglądam się dokoła i staram się przewidzieć każde, nawet najdrobniejsze zagrożenie. Oczywiście wszystkiego przewidzieć się nie da i wtedy... No, cóż. Dochodzi do starcia z życiem. Tak właśnie było na początku roku. Ale o tym zaraz.

Codziennie tyle rzeczy trzeba upchnąć w jednym dniu, że miałoby się ochotę rozwałkować zegar i rozciągnąć godziny. Myślę, jak to będzie, gdy pojawią się kiedyś dzieci. Cóż. Będzie trzeba jeszcze mocniej rozwałkować. Tymczasem na głowy pospadało nam ostatnio dużo. I nie ma wyjścia. Jakoś to wszystko trzeba ogarnąć. A w międzyczasie jeszcze radzić sobie z codziennością. Zaraz cały dom się obudzi. Chłopaki znowu pokłócą się o to, kto ma prawo wskoczyć na kanapę pierwszy i będzie trzeba porozstawiać po kątach. Bubę przeprowadzić po schodach na dół, bo schody to samo zło i trzeba się ich bać. Darek rozpocznie swoją codzienną wyprawę badawczą w poszukiwaniu pasujących do siebie części garderoby i będzie:

- Słońce, a widziałaś gdzieś moją niebieską koszulkę?
- Tak.
- Ale gdzieś na terenie domu?
- Nie. Mijałam ją, jak wracałam ze sklepu. Była bardzo rozżalona, że nie pozwoliłeś jej nocować w szafie i postanowiła się wyprowadzić, żeby dać ci czas na przemyślenia.

A później zaraz rozpocznie się poszukiwanie karty od samochodu trwające całą wieczność, bo ktoś wymyślił, że kluczyki do auta są passe i teraz mamy samochód na kartę. Kluczyków nie gubiliśmy nigdy, bo ciężkie i brzęczą. W dodatku przypięte do ogromnego breloka są właściwie nie do zgubienia. Kartę gubimy notorycznie. Zwykle w którejś kieszeni. Ludzkość zatacza koło i zaczyna sobie deptać po piętach. Zaczynamy poprawiać rozwiązania, które są z gruntu dobre. Z różnym skutkiem. Ot, takie klucze. Co komu przeszkadzały kluczyki do auta? Wygodne to i praktyczne. Można sobie powróżyć na Andrzejki. A karta? Kartą to się można co najwyżej podrapać po...

I dalej to już dzień jak co dzień. Różne sprawy do załatwienia, telefony, spotkanie z klientami, zamówić kajaki, bo rozwijamy dalej temat naszej plaży nad rzeką. Pomiędzy- zakupy, obiady, psia micha i może jakiś spacer. Albo prace w ogrodzie, jeśli ładny dzień. Ostatnio przy wykopywaniu ziemi na nową rabatkę Koper mało nie zagryzł mi łopaty. Tak się chłopak sfrustrował, że aż zaczął żałośnie śpiewać. Robi tak, gdy już nie wie, jak inaczej zwrócić na siebie uwagę. Rabatka powstała pod orzechem. Jak się okazało- to był jego orzech. Razem z ziemią wykopałam cztery prasowane kości. Koper nie odzywał się do mnie przez resztę dnia, a nowo powstałą rabatkę z Bogu ducha winnymi szafirkami ostentacyjnie obszczał.


Nasz dzień kończy się zawsze tak samo. Najpierw wieczorną głupawką chłopaków (jest bieg przez przeszkody po kanapach i bitwa na poduszki) a na koniec trzeba jeszcze pieseły odprowadzić na posłanka na górze. Chłopaki odprowadzają się sami, w dodatku na wyścigi. Schody mamy karkołomne w naszym wynajmowanym domku, ale to im nie przeszkadza. Kto pierwszy, ten lepszy i lepiej, żeby im nikt akurat nie stał na drodze. Bubcię trzeba po schodach prowadzić i motywować. Najtrudniej jej ruszyć. Jak już pokona pierwszy schodek to nabiera takiej prędkości, że wpada na chłopaków na górze jak w kręgle. Śpią jak aniołki. Każde na swoim posłanku. Koper na swoim posłanku tylko dupskiem. Reszta spoczywa na ziemi. Tak lubi najbardziej. Jacusiowi trzeba robić z kocyka grajdołek bo do spania wybiera zawsze największe posłanie, w którym później czuje się zagubiony. A Bubie podkładamy pod pysio podusię.

I tak dzień za dniem. Bierzemy się z życiem za bary i czasami nawet udaje nam się zamienić te zapasy w niezłą zabawę z gilgotaniem i salwami śmiechu w tle. Ale jak to zwykle w życiu bywa, kiedyś wszystko się musi...

Nieszczęścia chodzą parami. Tak mówią. A ja wiem już jedno. Nigdy więcej w trudnej chwili nie powiem, że gorzej już być nie może. Bo zawsze może. W naszym przypadku nieszczęścia nie chodzą parami. W naszym przypadku nieszczęścia łączą się w ogromne tabory i przejeżdżają po nas z szybkością Pendolino.

Nie wiem, co rozpoczęło naszą serię niefortunnych zdarzeń. W nowy rok wkraczaliśmy z całą masą pozytywnej energii. Bo 2017 miał być dla nas pełen cudownych zwrotów akcji. Obrączki wybrane, w głowie i kalendarzu ułożony plan działania w kwestii... Hmm... W kwestii tych dzieci, których jeszcze nie mamy, a bardzo byśmy chcieli mieć. Nowe plany i pomysły na resztę życia zaczęły w nas kiełkować na długo przed nadejściem wiosny. A od pojawienia się w naszym życiu Jacusia czuliśmy, że cała nasza banda zrobiła się bardziej... Kompletna. Jacenty wniósł do naszego życia nową jakość. Nie. Nie nową. Starą i dobrze nam znaną. Jacuś, tak jak kiedyś Majusia, ma w sobie tyle ciepła, radości i wdzięczności za każdy dzień, że działa na nas jak balsam łagodzący wszystkie rozdrażnienia i zaczerwienienia.


I nagle coś zaczęło zgrzytać. Jakby nasze życie przez przypadek przeskoczyło nie na te tory, co trzeba. Dalej jechaliśmy do przodu, ale krajobraz za oknem zaczął się drastycznie zmieniać. A my? Nie mieliśmy nad tym żadnej kontroli.

Gdy chłopcy pierwszy raz się ze sobą spięli, wpadliśmy w popłoch. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że łączy ich przyjaźń. Od czasu do czasu pojawiał się jednak temat sporny, a wtedy żaden nie był skłonny, by odpuścić. Jacek był na przegranej pozycji. Mniejszy, delikatniejszy. Gdy po którejś awanturze przyszedł do mnie kulejąc, powiedziałam dość. I postawiłam chłopakom ultimatum. Albo się dogadacie, albo obojgu szukamy nowych domów.

Będę do końca świata żałować, że choćby przeszło mi to przez myśl. Prawda jest jednak taka, że gdyby się nie dogadali... Nie mogłam dopuścić, by Jackowi, któremu zaoferowaliśmy u nas bezpieczne schronienie, stała się krzywda.

Były spotkania z behawiorystą, była totalna zmiana w traktowaniu chłopaków. Zaczęliśmy dostrzegać ich różnice. Jacek jest typem kanapowca. Uwielbia zabawę i długie spacery, ale równie mu dobrze, gdy może cały dzień przespać. Koper... Koper jest wyzwaniem. Potrzebuje ruchu, ale nie tylko. Szybko się nudzi i instynktownie szuka nowych wrażeń. Wzięliśmy się więc za chłopaków na całego. Spacery w nowe miejsca. Indywidualne wyjścia tylko z Koperkiem i zabawa w szukanie, którą uwielbia. Musieliśmy mieć przy tym oczy dookoła głowy i zauważać każdy moment, gdy chłopcy zaczynali się najeżać, ale to zaczęło przynosić rezultaty. Do naszego domu zaczął wracać spokój.

I wtedy telefon. Mój dziadzio, najukochańszy dziadzio jest w szpitalu w Bydgoszczy. Niby tylko badania, ale tydzień w szpitalnym łóżku trudno nazwać wakacjami. Chłopaki wciąż wymagali naszej czujności, ale uznaliśmy, że Darek sobie poradzi. Może nawet taki moment beze mnie dobrze im zrobi. Trochę luzu. Miałam jechać autobusem, ale w ostatniej chwili Darek stwierdził, że mnie zawiezie. Zabrał się z nami również jego brat. Uwielbiam jeździć samochodem, a taka przejażdżka to świetny moment, by pogadać i się pośmiać.

Nie ujechaliśmy pół drogi- telefon. Zadzwoniła mama chłopaków. Źle się poczuła. Kilka pytań i już wiedzieliśmy, że sprawa jest poważna. Błyskawiczny telefon po pogotowie i po sąsiadów. Z trasy pojechaliśmy prosto do szpitala.

W szpitalu... Ech... Brutalne zderzenie z rzeczywistością. Mama nieprzytomna. Badania porobione, wyniki są ale trzeba czekać na lekarza, żeby te wyniki odczytał. Czekaliśmy kilka godzin. Czekaliśmy my, czekała mama. Później wszystko zamieniło się w lawinę zdarzeń. Rozległy wylew, transport do Warszawy, operacja.

Przez dwa tygodnie dzieliliśmy życie między szpital i dom. I graliśmy w totka. Bo jak inaczej nazwać codzienne trzymanie kciuków i skreślanie kolejnych zmartwień? Na początku powtarzaliśmy sobie: "Jest dobrze, ale nie cieszmy się, bo wszystko się jeszcze może zdarzyć".

A jednak wygraliśmy los na loterii. Mama z dnia na dzień czuła się lepiej. Kto nie wiedział, że miała wylew, w życiu by się nie domyślił.

I gdy już zaczęło z nas schodzić napięcie i zmartwienie... Chłopcy spięli się kolejny raz. Tym razem skończyło się u Jacka szwami.

Nie potrafię... Nie znam takich słów, żeby opisać, co wtedy czułam. Nasz świat powoli walił się i palił. Udawało nam się ugasić jeden pożar, a ogień zaraz wybuchał w innym miejscu. To wtedy wypowiedzieliśmy te słynne słowa. Gorzej już być nie może. Myliliśmy się.

Schodząc któregoś dnia do piwnicy, Darek pośliznął się i upadł na rękę. Może zawiniło słabe oświetlenie, może zmęczenie ostatnimi wydarzeniami. Efekt? Złamanie z przemieszczeniem. Niewiele pamiętam z tych kilku dni. Wiem tylko, że ze zmęczenia chodziłam na rzęsach. Zawiozłam Darka na SOR. Z poczekalni obdzwaniałam znajomych i szukałam kogoś, kto by nam pomógł pogodzić Jaculę i Kopra. W szpitalu Darkowi zrobili prześwietlenie, ale chirurg stwierdził, że "niczego nie widzi". Doradził altacet. Ze złamaną ręką nadal jeździliśmy odwiedzać mamę w szpitalu. Chłopców zostawialiśmy pod naszą nieobecność w osobnych pokojach. Na próżno. Koper nauczył się otwierać klamkę, a Jacuś wyciągał spod drzwi gumową blokadę. Wracaliśmy do domu i zastawaliśmy ich śpiących na jednym posłaniu jakby nigdy nic.

Wiedziałam, że czeka nas poważna rozmowa na temat przyszłości Jacka i Kopra. Wiedziałam też, że liczba opcji drastycznie nam się zmniejsza. Ale Darek nie pozwolił mi nawet wypowiedzieć na głos tego, czego oboje się obawialiśmy. Ze złamaną ręką zabierał ich na spacery, żebym trochę odpoczęła.

Ostatnia próba. Spotkanie z behawiorystą. Tym razem okazało się, że wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy o wychowywaniu psów to bzdura. Najlepsze podejście? Zdrowy rozsądek, konsekwencja i spokój. Z marszu polubiłam nowe metody, ale miałam mnóstwo obaw. Wiedziałam, jak bardzo chłopcy potrafią się zatracić w awanturze i wpadałam w panikę na samą myśl, że to się znowu zdarzy. Bezsilności, jaką się wtedy czuje, nie da się z niczym porównać.

Ale mama Darka czuła się zupełnie dobrze. Lada dzień miała wyjść ze szpitala. Ręka, nastawiona przez lokalnego znachora, zrastała się i bolała coraz mniej. Czyżby? Wszystko znowu zaczynało się układać?

Doszliśmy do wniosku, że napięcie między chłopakami nie jest niczym innym, jak tylko lustrzanym odbiciem naszych nerwów. Od kilku tygodni w naszym domu atmosfera była tak napięta, że dałoby się ją pokroić nożem. Całe szczęście już teraz będzie lepiej- mówiliśmy. - Teraz wszystko się już uspokoi.

Na dwa dni przed powrotem mamy Darka do domu, telefon. Ostatnimi czasy wykształciła się we mnie autentyczna awersja do dźwięku dzwonka. W słuchawce zmęczony i zmartwiony głos babci. Z dziadkiem źle. Nie wstaje już z łóżka.

Spakowałam się w jeden plecak i następnym pociągiem ruszyłam do Koszalina. Darek został z psami i złamaną ręką żeby doglądać mamy. Całą podróż wpatrywałam się w tę samą stronę książki i zastanawiałam się, czy jadę do dziadzia, żeby mu dodać otuchy, czy żeby się pożegnać. W pewnym momencie łzy jak grochy dosłownie wylały się z moich oczu. Widocznie już się tam nie mieściły. Wytarłam je szybko ręką, zamknęłam książkę i resztę drogi udawałam, że śpię. Młoda dziewczyna obok mnie przez całą drogę trajkotała z koleżanką o planowanym ślubie. Jak cudownie byłoby być na jej miejscu- myślałam - i martwić się jedynie o to, czy koronkowy tren nie zaplącze się w obcasy w tańcu.

Dojechałam do dziadków późnym wieczorem. Zdążyłam tylko życzyć dziadziowi dobrej nocy i porozmawiać chwilę z babcią. Następnego dnia wstałam o szóstej i... Zamieniłam się w automat. To chyba najlepsze określenie. Biegałam po zakupy, załatwiałam różne sprawunki, nagotowałam obiadu na kilka dni, i pomogłam babci posprzątać, bo ze wszystkim, co do tej pory dzieliło się na dwie osoby została nagle sama. A dziadzio? A dziadzio jak się okazało był po prostu bardzo zmęczony. Ze zwykłych badań w szpitalu wrócił obolały, przemęczony i z ogromną odleżyną na nodze. Bo tak to już jest w naszym kraju, że szpitale są różne. W jednych się leczy, a w innych wpędza w choroby.

Pojechałam do dziadków na dwa dni, zostałam na tydzień. Wyjechałam dopiero, gdy widziałam, że babcia da już sobie radę. Dziadzio obiecał, że jak następnym razem się zobaczymy, to zabierze mnie na spacer. Zamierzam trzymać go za słowo. Z przyjemnością.

Teraz wszystko już wraca powoli do normy. Powoli, bo ostatnie wydarzenia spowodowały takie spiętrzenie różnych spraw do załatwienia, że Darek siedzi po nocach by nadgonić z pracą, a ja dopiero dziś znalazłam chwilę, by usiąść i coś napisać. Hmm... Dłuższą chwilę, sądząc po długości tekstu. Nasze dni wróciły do normy. Do tej zwariowanej i zabieganej, psio-domowej normy, której nam ostatnio tak bardzo brakowało.

Chłopaki zdążyli się już przebudzić i właśnie bawią się na łóżku w zabawę "kto komu zajrzy głębiej do paszczy". Jacuś ma przewagę, bo siedzi na Koperku. Z góry łatwiej jest wylizać przeciwnikowi podniebienie. Darek nadal śpi, co doprowadza Bubę do granic wytrzymałości. Nadal udaje, że też śpi, ale ogonek już majta co chwilę, jakby na próbę przed głównym występem. Zaraz cały dom się obudzi i zapanuje chaos. Radosny, kochany chaos codziennego życia.


I choć już wiem, że nieszczęścia chodzą parami a czasami nawet spadają nam na głowę całą lawiną... Wiem też, że razem damy radę. I nawet jeśli jedno z nas na moment się przestraszy i postanowi zrezygnować, to drugie mu na to nie pozwoli. Bo tak właśnie działa drużyna. A nasza jest wyjątkowa. Psio-ludzka.