wtorek, 25 października 2016

Szczęście wydarza się mimochodem

Siedzę wieczorem na kanapie i misternie dziergam szalik na zimę. Mam już prawie połowę, a zeszło mi się na to chyba z miesiąc. Czasu zawsze tak mało. Kochanie siedzi na górze nad projektem, Koper drzemie obok mnie na kanapie, a Buba pochrapuje w swoim posłanku. W drewutni śpią wtulone w mamę cztery małe sysaki, a w nowiutkiej, ocieplonej budzie wyłożonej słomką śpi Jacuś, co do którego mamy pewne niecne plany, ale o tym zaraz. Po domu cicho szeleści odgłos śpiących psów, a w okna stukają krople deszczu. Gdzieś pod płaszczem zagmatwanych myśli pojawia się ta nieśmiała myśl, co to boi się wyrazić na głos. W obawie, że czar pryśnie, że słowo zapeszy. Myśl, że szczęście jest. Po prostu jest. Wydarza się tu i teraz. Mimochodem.


W nowym gniazdku na wsi zwanym pieszczotliwie Dziuplą nie mamy telewizora. Od miesięcy planujemy sobie przywieźć stare, czarne pudło z Warszawy i ustawić na szafce, by wypełniło dźwiękami popołudniową ciszę. Planujemy i... Zawsze coś nas powstrzymuje. Mieć telewizor? Ale po co?

Obejrzeliśmy ostatnio wiadomości wieczorne u mojej mamy. Wróciłam do domu psychicznie zmaltretowana. Jak po praniu mózgu. Za dużo. Cały mój umysł krzyczał: za dużo!

Jedne kobiety walczą o wolność, inne o życie. Nagle się okazuje, że można ze sobą walczyć używając tych dwóch haseł, choć przecież oba są jednakowo ważne i jednakowo pozytywne.

Jedni krzyczą, żeby coś wyjaśniać, inni- żeby to pogrzebać w przeszłości. Nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby wyjaśnić i wtedy pogrzebać, bo przecież wiadomo, że najbardziej drażnią sprawy nie wyjaśnione, a zamiatanie pod dywan jest możliwe tak długo, jak długo kurz pod dywanem się jeszcze mieści. Kiedyś przestaje się mieścić i mamy wielki bałagan do ogarnięcia.

Codziennie na świecie wybucha jakaś nowa wojna, w której giną niewinni ludzie, a w telewizorze mądre głowy dywagują, czy maryśka powszechnie w Polsce dostępna, choć może nie w sklepie jest tylko narkotykiem czy też może być medyczna. Nagle wszyscy ogłupieli i zapomnieli że morfina to też narkotyk. I jest medyczna. Ale o morfinę nikt się nie spiera, a jeszcze do niedawna był w aptekach dostępny lek przeciwbólowy z kodeiną- pochodną morfiny. Bez recepty.

Matko- myślę. - Czy ci wszyscy ludzie powariowali? Tyle gadania, tyle sporów... Po co? Żeby tylko udowodnić innym, że to właśnie ja mam rację. Po co?

Jakie to u licha ma znaczenie, kto ma rację? Wszyscy ją mamy. Z racją już tak jest, że każdy ma jej po trochu. Prawda to już inna bajka. Ta jest jedna i niepodzielna. Tylko że akurat w telewizorze pojawia się rzadko.

Sama mam na każdy temat swoje racje, ale chyba już mi przeszedł pęd do walki. Nagle zdałam sobie sprawę, że wykłócanie się o to, kto tej racji ma najwięcej to czysta strata czasu i energii. Innych proszę tylko o jedno. O szacunek dla moich wyborów, bo są moje i tylko moje. Do nikogo innego należeć nigdy nie będą. I o ile nie krzywdzę innych, nikt nie ma prawa mi mówić, co powinnam robić i co powinnam myśleć.

Odkładam swoje prawie pół szalika, głaszczę drzemiącego Koperka i idę założyć ciepłą bluzę i kalosze. Wychodząc wołam w kierunku schodów, że zaraz wrócę. Darek nie pyta, gdzie idę. Wie, że gdybym tylko mogła, rozłożyłabym sobie w drewutni łóżko polowe i w ogóle stamtąd nie wychodziła.

- Słońce, nie przesadzasz troszkę? - pyta tylko czasami. - Przecież maluchy mają mamę. Ona się o nie zatroszczy.
- Wiem, wiem. Ale ja nie będę spokojna, jeśli nie zajrzę, nie sprawdzę. Czy mają ciepło, czy nie są głodne, czy któreś nie wylądowało przypadkiem pod śpiącą mamą, czy nie wypadło z posłanka, a może któregoś boli brzuszek i trzeba pomasować...


Latam więc co chwilę w tę i z powrotem i doglądam.

Uchylam cichutko drzwi drewutni i mówię zwyczajowe "Cześć, kochani!", bo przecież przyszłam odwiedzić przyjaciół.

Biegną mi na powitanie 2 czarne łepki wiecznie dziękujące spojrzeniem za ten skromny dach nad głową. Nie ma za co - mówię i głaszczę każde z osobna.

Agatka wskakuje z powrotem do posłanka i spogląda na mnie z dumą. Zobacz- zdaje się mówić - jak rosną. Coraz mniej w jej spojrzeniu strachu. Nie ma powodu się martwić. Pomagamy jej jak możemy. Dbamy, jak o swoje. Szukamy nowych domów. Codziennie po kilka razy pilnuję, by najmniejsze dostało się do najlepszego cysia.


Maluchy ziewają rozespane i instynktownie wtulają się w maminą sierść. Misio ląduje standardowo pod agatkowym uchem. Głaszczę te ciepłe i mięciutkie ciałka i już wiem. To jest szczęście. Właśnie się wydarza. I w tym zaklęta jest jedyna i niepodzielna prawda.

A Jacuś...

... Zostaje z nami. :)

6 komentarzy:

  1. Cóż za wspaniała wiadomość! Śledzę przygody Agatki i Jacusia i mocno ich dopinguję. Bardzo się cieszę, że zostaje z Wami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też. Chłopak wniósł w nasze życie jakąś nową jakość. I... przypomniał nam Maję. Ma ten sam, dobroduszny i łagodny charakter :)

      Usuń
  2. Wyglądają uroczo ! <3
    Oby więcej takich ludzi o wspaniałym sercu.
    Gratulację za to, co robisz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Teraz jeszcze tylko musimy znaleźć domki na maluchów i Agatki. Wtedy świat faktycznie stanie się odrobinę lepszym miejscem :)

      Usuń
  3. :-) Powiem jedno - tak czułam, że tak się skończy, że jednak któreś u Was zostanie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz... My też tak czuliśmy. Od początku szukaliśmy domku dla obojga, ale... Mieliśmy kilka telefonów w sprawie Jacusia i za każdym razem mówiłam, że chłopak jest już zarezerwowany. No i był :)

      Usuń