czwartek, 8 września 2016

Wszystko jest na mojej głowie, czyli gdzie byliśmy, kiedy nas nie było

Dawno nie napisałaś nic na blogu – powiedział któregoś ranka Darek. – Jesteś pewna, że to nie koniec twojej blogerskiej przygody? Właśnie ogarnialiśmy śniadanie naszych psowatych, co wymaga współpracy i koncentracji. Najpierw przygotowujemy cztery michy jedzenia, później ja stawiam dwie większe na podłodze i pilnuję, żeby Buba i Koperek zajęli się pałaszowaniem swojego posiłku, podczas gdy Darek wymyka się cichcem z domu i zanosi dwie mniejsze miski do ogrodu. Musi przy tym pokonać stare, skrzypiące drzwi, strome schodki i obrośniętą winem furtkę do ogrodu. I dopilnować, by nasze futrzaki nie pokonały tej samej drogi w ślad za nim. Gdyby wybiegły na ogród, mogłoby dojść do starcia wojsk polsko-niemieckich. Hmm... Niezbyt to poprawne politycznie określenie, ale właśnie tak by to wyglądało. Dlaczego? O tym zaraz.


Śniadanko
Koniec? Ja? Że niby ja miałabym przestać pisać bloga? We łbie nie potrafiło mi się zmieścić to, co zasugerował Darek. Przecież blog to właściwie moje drugie ja. Moje życie. Moja pasja. Zaraz też wpadłam w doskonale mu znaną formę mnie. Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie. Tak będę o sobie mówiła na potrzeby tego wpisu. Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie to postać komiczna. 

Po pierwsze primo, zawsze wynajduje sobie milion zajęć, z czego przeważająca większość nie ma szczególnego znaczenia i jest wymyślana tylko i wyłącznie na potrzeby stworzenia zasłony dymnej, która ma ukryć fakt, że z różnych powodów boi się zmierzyć z tym, co jest faktycznie istotne. Wiecie, jak z tym pracowaniem. Muszę pracować. Nie chce mi się. No, to najpierw sprawdzę sobie maile, poukładam na biurku, przejrzę doniesienia ze świata mody. I pod koniec dnia wpadnę w panikę, że znowu nie popracowałam. No, właśnie.

Po drugie primo, Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie podchodzi do wszystkich swoich zajęć absolutnie i śmiertelnie poważnie. Nie ma więc znaczenia, czy chodzi o rozwieszenie prania, wypielenie ogródka, czy rozkręcenie intratnego biznesu. Wszystko musi być wykonane perfekcyjnie. 

Po trzecie primo... Co tu dużo gadać? W życiu każdego człowieka przychodzi czasem taki moment, że zaczyna się wydarzać tyle, że właściwie nie pozostaje nam nic innego, jak tylko usiąść wygodnie w fotelu, rozłożyć ręce i przeczekać. Problem polega na tym, że Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie w ogóle nie bierze takiej opcji pod uwagę. Wszystko trzeba jakoś ogarnąć i wszystkim trzeba się zająć. Oczywiście w pojedynkę, bo przecież tylko ja wiem, jak odpowiednio segregować faktury, układać to cholerne pranie i pielić bratki (trzeba urywać uschnięte kwiatki zanim zawiążą główki z nasionkami- wtedy obficiej kwitną). Finał jest taki, że nie pamiętam już kiedy ostatnio usiadłam w fotelu. Z doniesień znajomych wiem, że mam w kuchni bardzo wygodny fotel.

Dosyć tego – pomyślałam. Dosyć przejmowania się wszystkim i całodobowo. Psy nakarmione, wojny udało się znowu uniknąć, alleluja! Wzięłam zakurzony laptop, podeszłam do fotela w kuchni i nieśmiało, przepraszająco wręcz, zasiadłam. Najpierw prosto, jak rodzice przy stole uczyli, by już po chwili rozsiąść się wygodnie z odnóżami przewieszonymi przez oparcie. Cholera! – pomyślałam. – Naprawdę wygodny ten fotel. Własność właścicieli domu, który wynajmujemy. Jeden z tych mebli, co do których się uparłam, że nie wynosimy do piwnicy. Fotel zostaje i basta! No, właśnie. Bo wynajmujemy dom we wsi. Ale o tym też zaraz.


Podobno wygodny fotel ;)
Otwieram stronę swojego bloga, żeby zobaczyć, o czym to ja tam ostatnio... Jezu Smaryjo! (tak wołałam w dzieciństwie i akurat przyszło mi to określenie do głowy). Ostatni wpis na początku kwietnia. Jeszcze tylko szybki look na datę, czy oby na pewno chodzi o kwiecień tego roku... Uff!
Siedzę i wgapiam się w monitor. Co ja mam teraz zrobić? Wysłać wszystkim czytelnikom prywatną wiadomość z przeprosinami? Będzie trudno. Napisać oficjalną wiadomość na facebooku, że miałam ciężki wypadek i wylądowałam na kilka miesięcy w szpitalu? Na co się trafia na kilka miesięcy do szpitala? W między czasie namiętnie publikowałam zdjęcia swoich psich dzieci, więc nic z tego. No, dobra. To nie pozostaje mi nic innego, jak tylko... Nadrobić ten stracony czas. 

Biorę kartkę i długopis (tradycyjne metody górą!) i próbuję spisać, co to też się przez te kilka miesięcy działo u Ja, ty i 2 psy. Lista niezbyt okazała ale ma wiele podpunktów zapełnionych tymi nieistotnymi sprawami, co to wszystkie są na mojej głowie. 

W zeszłym roku była przeprowadzka na wieś do cudnego, starego dworku. O tym gdzieś tam, kiedyś pisałam. Ale nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza te rzeczy, które miały być z założenia tymczasowe. Zamieszkaliśmy z moją mamą żeby, będąc już na wsi, poszukać czegoś własnego. Wytrzymaliśmy rok. Kolejna przeprowadzka. Dom wynajęty od znajomych w samym centrum wsi (określenie trochę na wyrost). Od frontu widok na kościół (i coniedzielne kazania docierające do nas z kościelnych głośników), po prawo cmentarz (codziennie przypominający nam o nieuchronności tego, co nas czeka), po lewo tablica ogłaszająca koniec wsi (mówiłam, że centrum to określenie na wyrost), a z tyłu pole i pasące się krówki (i aromat „wiejska bryza” wpadający przez otwarte okna). Ale ja- jak nakręcony króliczek Duracella. Trzy miesiące remontowałam, odgruzowywałam i sprzątałam stary dom, w którym przez kilka lat mieszkały tylko pająki i mała myszka znaleziona w piwnicy. Panie świeć nad jej duszą. Na cmentarz nie miała daleko. Kuchnię odmalowaliśmy na kolor świnkopeppowy (kto ma dzieci, ten wie o co chodzi) i wierzcie lub nie- to był Darka pomysł. Siedzę sobie teraz w tej różowiuchnej kuchni pachnącej już moim gotowaniem i czuję się królową wszechświata. Bo podobno, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wzmocniło nas takie ciągłe przeprowadzanie się. Jesteśmy teraz o milion razy bardziej elastyczni niż kiedyś. Potrafimy się obejść z minimalną ilością rzeczy, bo mnóstwo bambotli pogubiło się gdzieś między miejscem zamieszkania numer 1, 2 i 3. Udało nam się też coś nadzwyczajnego. Ze starego budynku a la betonowa kostka zrobiliśmy miejsce pachnące i smakujące domem. I to przy minimalnym nakładzie. Finansowym, bo pracy było w pytę. Jest coś szczególnego w takim wiciu gniazdka. Jakiś rodzaj podekscytowania i przygody. Bo urządzasz to swoje nowe miejsce i myślisz sobie: „O! Tu będę siedzieć pod kocykiem i czytać. A tu będę gotować z widokiem na pasące się krówki.” Zupełnie jakby się tworzyło swoje życie na nowo.


W poszukiwaniu nowych ścieżek

Gdy tak sobie urządzaliśmy gniazdko, w między czasie działo się wiele spraw księgowo-urzędowo-firmowych. W szczegóły nie będę wchodzić, bo to ani miejsce ani czas. Dla potrzeb wytłumaczenia mojej nieobecności na blogu powiem tylko, że nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewaliśmy się, że zrobienie zwykłego baru nad rzeką będzie wymagało tyle cierpliwości i czasu. O planowanym przez nas hotelu nie wspomnę. Niech żyją urzędy i prawa, które są jak wiersze. Interpretacja zależy od interpretującego.


Zawsze uśmiechnięta Agatka
Zrozumieliśmy też, co mieli na myśli nasi znajomi, gdy- dowiedziawszy się rok temu, że przeprowadziliśmy się na wieś- powiedzieli: „Teraz to się już od psów nie opędzicie.” Wygląda na to, że ludzie mieszkający na wsi i posiadający odcisk psiej łapy na sercu są traktowani jako swego rodzaju mini schroniska. Takie okna życia dla psów. Niechcianych, chorych i takich, które po prostu się znudziły. Znaleźliśmy już 4 psiaki. Dwóm nadal szukamy domu. Temat rzeka i  to niestety zanieczyszczona, bo wygląda na to, że jak pies się błąka po lesie, to jest biedny i trzeba mu pomóc, ale jak już go ktoś przygarnie i chce mu znaleźć dom, to już taki biedny nie jest. Fundacje co najwyżej poklepią po ramieniu i powiedzą, że się dobrze zrobiło, ale to na tyle. Mają dosyć swoich podopiecznych, a przecież psiakom nie grozi już żadne niebezpieczeństwo. Co można w tej sytuacji zrobić? Można zadzwonić do gminy, bo ma przecież obowiązek zająć się psami bezdomnymi. I tu jest problem, bo jeśli pies jest już przygarnięty, to nie jest bezdomny. Można go było zostawić w lesie i wtedy zgłosić gminie. Ale do tego trzeba by mieć serce z kamienia. A my go niestety nie mamy. Zresztą telefon do gminy równa się odwózka do schroniska. Nie, dziękuję. Podwieźć do schronu możemy i sami, ale to żadna opcja. Powtórzę za Darkiem. Żaden pies nie zasługuje na schronisko. Ale niektóry człowiek, owszem. Na przykład ten, który wyrzucił nam te dwie bidy do lasu nad rzeką. Prawdopodobnie rodzeństwo, prawdopodobnie chowane blisko człowieka, w domu. I prawdopodobnie się znudziły. Może problemem było zachowanie Agatki. Bo lubi się bawić. Właściwie, to poza jedzeniem tylko zabawa jej w głowie. Żeby zachęcić do zabawy, skacze. Nikt nie wpadł na pomysł, by ją tego po prostu oduczyć. Maluchy przebywają u nas już od dwóch miesięcy. Dbamy, kochamy i szukamy im domów. My możemy im niestety zaoferować tylko nocleg na kocykach w drewutni. Dziewczyny nie przypadły sobie do gustu a panowie są gotowi urządzić sobie inscenizację "Ojca chrzestnego" w naszym ogródku.


Całuśny Jacuś i nasza betonowa kostka :)
Dobra- starczy już tych podpunktów na liście, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się użalam nad sobą. Nie narzekam. Układamy sobie to nasze wspólne życie na ogół po swojemu i jest nam dobrze. Tylko czasem jakoś tak za dużo tych spraw, którymi trzeba się zająć. Zwłaszcza nieswoich spraw. Nie tylko blog na tym cierpi. Od pół roku próbuję już skończyć książkę. Na razie cicho sza, bo ja z tych, co to nie lubią się chwalić. Wystarczy już tylko spisać zakończenie i będzie gotowa. Tylko kiedy ja to zrobię? Biorę z powrotem laptop i już chcę zacząć pisać pierwszy od pół roku wpis na bloga...

Darek zbiega po schodach na dół.
- Słońce! Nie widziałaś gdzieś mojego notesu? Tego czarnego.
- Na stoliku obok łóżka.

Tylko Darek zniknie z powrotem na schodach, dzwoni telefon. Mama prosi, żeby ją podwieźć do sklepu. Robię w głowie szybki rachunek. Trzy godziny wyjęte z życia, bo zakupy dla mojej mamy to rzecz święta, a świętość należy celebrować. Umawiamy się za godzinę. Do tego czasu zdążę coś sensownego napisać.
Odkładam słuchawkę (a raczej wciskam to czerwone kółeczko na smartfonie) i nagle słyszę furgot, jakby stado koni przebiegało przez korytarz. Cała podłoga drży, Koper i Buba wpadają roześmiani do kuchni. Buba siada i wpatruje się we mnie tym swoim labradorowatym spojrzeniem pod tytułem „Proszę. O cokolwiek. Ale proszę.” Koper wskakuje mi na kolana i chwyta mnie zębami za koszulkę, co w dialekcie koprowym oznacza: „Chodźmy na spacer, już, teraz. Bo jak nie to zrobię kupę za łóżkiem.”

No, do jasnej ciasnej! Znowu wszystko jest na mojej głowie.

4 komentarze:

  1. :-) Nareszcie wróciłaś, ale się działo. :-) Proszę o ciąg dalszy... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już siadam i piszę :) Dzięki za cierpliwość

      Usuń
  2. Pisz częściej pliiisss :)

    OdpowiedzUsuń