piątek, 30 września 2016

Jak już umrzesz

Wracam do domu i wołam Darka. Zastaję go z zaczerwienionym nochalem i szklistymi oczami w łóżku.

- Kochanie, tylko mi się teraz nie rozchoruj. Tyle mamy teraz spraw na głowie. Hydraulika trzeba wezwać, kaloryfery odpowietrzyć, do Agatki i maluchów zaglądać, Jaca na spacery zabierać i osobno nasze pieseły i po auto w sobotę mamy pojechać i jeszcze ta imprezka w weekend...
- Wiem. Odwołaj wszystko. Ja umieram.
- Biedactwo. Masz gorączkę?
- Nie.
- Ból głowy, mięśni?
- Nie.
- Wymioty, biegunkę?
- Nie.
- Wysypkę?
- Też nie.
- Ból gardła, kaszel?
- Nie.
- A to co ci dolega?
- Katar.
- Kochanie, nie chcę cię martwić, ale jeśli planowałeś umrzeć na katar, to raczej nic z tego.
- Dlaczego?
- Na katar się nie umiera.
- Umiera się. Jestem na to żywym dowodem.
- A więc jednak żyjesz, ty żywy dowodzie. To wstawaj i dzwoń po tego hydraulika.
- Już. Tylko jeszcze chwilkę poleżę i poumieram sobie.
- Dobrze. Jak już umrzesz, to zejdź na dół. Zrobię ci herbatę.

źr. /pinterest/

2 komentarze:

  1. :-) Tak, to jest, gdy Najdroższy ma katar.
    PS. Wysłałam wiadomość na pocztę

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahah skąd ja to znam !! U mnie podobnie odbywa się umieranie w roli męża, co najlepsze ja muszę być nieśmiertelna a jemu wolno umierać. Muszę wziąć się na sposób i spróbować sobie trochę "po umierać"

    OdpowiedzUsuń