wtorek, 23 lutego 2016

Jak ryba w wodzie, czyli jak my sobie dawaliśmy radę z dwoma psami w mieście

Od czasu do czasu przyjeżdżamy do Warszawy na kilka dni. Zawsze się nazbiera wiele spraw do załatwienia, na czele spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i nadrabianie zaległości nagromadzonych w skrzynce pocztowej. Niby mieszkamy tylko 50 kilometrów od miasta, ale to już jest odległość pod tytułem "większa wyprawa" i w życiu codziennym trudno naszym znajomym znaleźć czas na wypad za miasto, a i my niechętnie przyjeżdżamy do miasta. A, no właśnie...

Wychowana w mieście (niedużym, ale dawniej wojewódzkim, a to nie byle co!) zawsze czułam się wśród gąszczu ulic i w plątaninie budynków, jak ryba w wodzie. W każdym mieście, w jakim zdarzyło mi się mieszkać szybko oswajałam przestrzeń wokół siebie i wydeptywałam własne ścieżki. Gdy zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę na wieś, to ja byłam tą stroną pełną obaw. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam, czy ja się na wsi będę dalej czuła, jak ta rybka w wodzie. Bałam się, że będę raczej biednym karpiem z supermarketu, z trudem łapiącym powietrze.

Gdy kilka tygodni temu wybraliśmy się do Warszawy (oczywiście z psami, bo o ile nie musimy, nie zostawiamy naszych dzieci samych) wpadłam w panikę. Jak my tu w ogóle mogliśmy normalnie funkcjonować? - pytałam Darka raz po raz. Tu nikt nie patrzy sobie w oczy w windzie. I nikt nie zagada wesoło na spacerze (poza psiarzami, rzecz jasna, ale ja zawsze uważałam, że psiarze to taki odrębny gatunek, więc to się nie liczy). Jedna wyprawa samochodem po zakupy wystarczyła, żebym na razie przesiadła się na autobus. Tak mnie strąbili na parkingu, że aż się zarumieniłam. Chyba za wolno się spieszyłam za kierownicą. No i spacery z psami...

Ech, po pierwszym dłuższym spacerze wróciłam do domu zalana łzami. Sprawa była na prawdę poważna, bo w ferworze emocji łkałam i odgrażałam się, że tu i teraz sprzedajemy mieszkanie i kupujemy przyczepę kempingową. Byle tylko nie musieć już nigdy wracać do miasta (aktualnie pomieszkujemy na wsi u mojej mamy ale ten stan rzeczy nie może i nie powinien trwać wiecznie - w grę wchodzi zdrowie psychiczne obu stron).

Co ja się muszę nałazić w mieście, żeby znaleźć miejsce, gdzie mogę w miarę spokojnie spuścić nasze pieseły ze smyczy, żeby się wyhasały. Aktualnie cały Gocław- mój kochany, dawniej zielony Gocław- jest szczelnie utkany z zamkniętych osiedli i cudnie zielonych trawniczków z wetkniętą jak wisienka na torcie tabliczką "Pies- persona non grata". Jeśli pójdę tych kilka kilometrów i dojdę do parku, to jeszcze mam pewność, że mi się dzieciak Koperek wylata. Ale rano i wieczorem nie mogę sobie na taki marsz pozwolić (głównie dlatego, że w końcu bym padła). No więc idę na ten poranny spacer dokoła jeziorka gocławskiego, które kiedyś było cudownym, na wpół dzikim terenem. Nawet prawdziwego żurawia można tu było spotkać. Teraz chodniczek wokół jeziorka bardziej przypomina spacerownik więzienny. Dokoła szczelnie piętrzą się osiedla. Jedno wybudowano tak blisko jeziorka, że jakby kto chciał, to z balkonu latem chlup do wody. Psy oczywiście na smyczach automatycznych, bo za dużo tu wszystkiego, co mogłoby je zainteresować i odciąć kontakt z bazą. Rowerzyści czerpiący jakąś dziwną satysfakcję ze spłoszenia mi psów, gdy z nimi spaceruję. Biegacze, nie rozumiejący podstawowej zasady zachowania przy psach mówiącej: "po piąte- nie biegaj". Inne psy, nie zawsze, a wręcz rzadko socjalizowane. Te wszystkie miłe słowa kierowane do moich psich pociech: "Ach, jaki ładny piesio!". Samochody, petardy rzucane przez podrostków, odgłosy budowy, bo przecież gdzieś w okolicy zawsze jest plac budowy...

Wracam z porannego spaceru wykończona, choć trwał raptem pół godziny. Zastanawiam się, dlaczego na naszym osiedlu ktoś chciał mnie jeszcze dobić i podkręcił ciężar drzwi wejściowych tak, że żeby je otworzyć muszę przyjąć pozycję na Pudziana i to z dwiema automatycznymi smyczami w ręku. Później jedne drzwi trzymam nogą, a rękoma ciągnę następne, bo przecież są dwie pary, a Buba boi się drzwi i przejdzie przez nie dopiero wtedy, gdy wszystkie stoją przed nią otworem. W windzie mój ulubiony sąsiad patrzy na mnie z dezaprobatą i pyta: "Na długo pani wróciła?" A ja po tonie głosu domyślam się, że raczej nie cieszy się na mój widok, bo to ten sam sąsiad, który mi kiedyś powiedział, że wszystkie psy w mieście to się powinno wystrzelać. Po wyjściu z windy idę za psami i chusteczką higieniczną wycieram po nich ślady łapek, bo nie daj Boże ktoś zauważy, że nabłociły i znowu dostanę reprymendę od ochrony osiedla. Pobyt w tak przyjaznym otoczeniu spowodował, że wykształcił się we mnie autentyczny lęk. Permanentnie boję się, że nasze piesy będą tu komuś przeszkadzać. Psy nie wybiegane. Buba chodzi smętna i pewnie tęskni za porannym baraszkowaniem po ogrodzie. Koper nie wyżyty, wyżywa się na swojej poduszce. A ja siadam i już nie mam nawet siły się martwić.

- To tylko na chwilę - powtarzamy sobie i dodajemy sobie tym samym otuchy. Ale powiem Wam szczerze, że sami się sobie dziwimy, jak my dawaliśmy radę mieszkać w mieście z dwoma psami. Choć wiem, że perspektywę nieco nam zaburza Koperek. Jest jeszcze psim dzieckiem, w dodatku bardzo energicznym i pomysłowym. To głównie dla niego pobyt w mieście jest ogromnym wyzwaniem. I tak jak kiedyś się bałam, czy odnajdę się na wsi, teraz (po zaledwie kilku dniach spędzonych w mieście) tęsknię już strasznie do ciszy, do spokoju i do spacerów bez smyczy. Jestem rybą w ciasnej wannie, która tęskni do swojej bezkresnej wody.


A w post scriptum dodam tylko, że chyba jednak w mieście nadal nie bardzo docenia się psiarzy. Powstają ścieżki rowerowe, powstają place zabaw i miejskie siłownie na otwartym powietrzu. Ale gdybyście widzieli tę piaskownicę metr na metr, jaka powstała na naszym osiedlu jako wybieg (sic!) dla psów... Padlibyście trupem. A przecież spacer z psem wciąż jest głównym rodzajem aktywności Warszawiaków. No więc gdzie specjalne trasy spacerowe, gdzie te śmietniki na psie kupy? Nad naszym jeziorkiem nie ma ani jednego. Są natomiast te wisienki na torcie, na każdym niemal trawniku. Będąc w mieście nie potrafię pozbyć się wrażenia, że zarówno moje psy, jak i ja jesteśmy nie mile widziani.


4 komentarze:

  1. Tu się z Tobą zgadzam i nie zgadzam. Co do śmietników na psi kupska- u mnie na Bielanach w obrębie podejrzewam spokojnie 2km nie znajdziesz żadnego. Nie jestem z siebie dumna, ale nie sprzątam po swoim psie z prostych dla mnie przyczyn (uwaga tu odzywa się we mnie zgorzkniała babcia z okna) po pierwsze: niestety inni też nie sprzątają i ja wchodząc na trawnik po bagaż swojego psa wchodzę w pięć innych nie sprzątniętych kup. Po drugie wcześniej wspomniane kosze. Tu już nie chodzi o kosze na psie odchody ale te nawet zwyczajne. Po trzecie: u mnie w bloku nie ma torebek na psie odchody a jeśli już się pojawią to babcie zabierają je do domu na kanapki gdzieś żeby mieć je "na drogę" po czwarte i ostatnie: szkła za blokiem po białym trunku rozbite leżą od połowy grudnia i one nikomu nie przeszkadzają więc ta kupą też wydaje się mało szkodliwa i tym sposobem buntuję się. Wiem że gdybym to napisała na forum publicznym polała by się fala krytyki. Co do życia na wsi.. To inny świat. I tak wieś ta co jest teraz to nie to co było nawet 10 lat temu, wszystko poszło do przodu i życie tam zaczyna być namiastką tego w mieście, ale jednak wszystko toczy się jednak powoli. Niestety praca zobowiązuję i nie mogę sobie pozwolić na taki luksus jak spacerki, podziwianie przyrody i inne takie na co masz Ty czas, niemniej korzystam z tego w każdej wolnej chwili i cholernie to doceniam. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie... mam to samo wrażenie. U mnie nawet zwykłych koszy nie ma

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej, jakby to było o mnie. Czuję się jakby mi brakowało powietrza. Jakbym była intruzem. Nawet ulubiony park stał się jednym wielkim placem zabaw dla dzieci. "Smocze skwerki" to ostatnio ulubione inwestycje władz Krakowa. (W parku o którym mowa oczywiście istniał już wielki wyodrębniony plac zabaw dla dzieci. Widocznie trzeba było zająć i drugą połowę parku). Tylko drzew żal i starszych ludzi żal bo nie ma gdzie uciec przed hałasem. Nie mówię już o sobie czyli psiarzu bo tutaj jestem obywatelem ostatniej kategorii. Dziękuję za ten wpis bo tak bardzo oddaje mój nastrój z ostatnich dni. Marta

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas śmietniki są, a nikt z nich poza nami nie korzysta, więc mamy na prywatny użytek. Tylko mistycznym sposobem te worki od razu znikają - po co komuś worki na psie odchody, skoro i tak nikt nie sprząta?

    OdpowiedzUsuń