piątek, 26 lutego 2016

Najsmutniejszy dzień w roku

Dziś jest najsmutniejszy dzień w roku. Dziś mija dokładnie 12 miesięcy odkąd Majusi z nami nie ma.

Nie ma. Po prostu. I nieodwracalnie.


Bardzo obawiałam się tego dnia. Zastanawiałam się nawet, czy by z samego rana gdzieś nie wyjechać i wrócić dopiero wieczorem. Jej medalik od obróżki mam wciąż na szafce nocnej. Na pulpicie komputera jej zdjęcie. Piratka jednooka uśmiecha się do mnie, gdy z rana odpalam laptop i siadam do pracy. Bałam się, że tego dnia nie przeżyję wśród hałasu tylu krzyczących wspomnień. Bałam się, że dziś każda myśl będzie mnie prowadziła w stronę płaczu. Że czas zatrzyma się i ten smutek będzie trwał, i trwał... Zupełnie, jak w tych ostatnich chwilach, gdy patrząc na gasnące w jej oczku życie, chciałam jej jeszcze tyle powiedzieć, tyle wyszeptać i tyle obiecać. Kochany Majutku. Choćbym napisała ku Twojej pamięci milion tekstów, nigdy nie uda mi się opowiedzieć innym choćby odrobiny tego, co nas łączyło. Byłaś prawdziwym błogosławieństwem dla tej młodej, zalęknionej i nieśmiałej dziewczyny, która Cię dostała. Pocieszałaś, gdy było źle. Towarzyszyłaś we wszystkich potyczkach z życiem. Przejechałaś ze mną pół Polski do zwariowanej Warszawy i całe szczęście, bo bez Ciebie nigdy nie poczułabym się w obcym mieście, jak u siebie. Radosnym merdaniem ogona i pluszową krówką przyniesioną w zębach zaprosiłaś do naszego życia Darka, by potem łagodzić wszystkie nasze sprzeczki jednym tylko spojrzeniem. I tym cudownym, roześmianym pycholem. I, wierzę w to głęboko, przysłałaś nam Koperka.

Czas się dzisiaj nie zatrzymał. Wprost przeciwnie. Gna przed siebie, jak zwykle. O siódmej obudził mnie mój prywatny budzik w postaci soczystego, koperkowego buziaka. Pierwszy spacer jeszcze w szlafroku i puchowej kurtce. Po powrocie kawa i siadam do pracy. Tylko na Majutka na ekranie trochę dłużej patrzę i szepczę jej, że za nią tęsknimy. Buba chyba też tęskni, bo zamiast w swoim posłanku, leży mi teraz w nogach i patrzy na mnie co jakiś czas. Jest wyraźnie niespokojna. Poza tym dzień mija swoim własnym trybem. Zaraz obudzi się Darek. Piesy dostaną śniadanie. My zjemy swoje. Będzie dziś jakiś spacer i kilka ważnych spraw do załatwienia. Będą drobne zakupy i zrobię coś na obiad.

I tylko czasami, gdy na chwilę się nad tym zastanowię, to nie będę mogła wprost uwierzyć, że Majusi już z nami nie ma.

Nie ma. Tak po prostu i po cichu odeszła rok temu. Nieodwracalnie.

wtorek, 23 lutego 2016

Jak ryba w wodzie, czyli jak my sobie dawaliśmy radę z dwoma psami w mieście

Od czasu do czasu przyjeżdżamy do Warszawy na kilka dni. Zawsze się nazbiera wiele spraw do załatwienia, na czele spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i nadrabianie zaległości nagromadzonych w skrzynce pocztowej. Niby mieszkamy tylko 50 kilometrów od miasta, ale to już jest odległość pod tytułem "większa wyprawa" i w życiu codziennym trudno naszym znajomym znaleźć czas na wypad za miasto, a i my niechętnie przyjeżdżamy do miasta. A, no właśnie...

Wychowana w mieście (niedużym, ale dawniej wojewódzkim, a to nie byle co!) zawsze czułam się wśród gąszczu ulic i w plątaninie budynków, jak ryba w wodzie. W każdym mieście, w jakim zdarzyło mi się mieszkać szybko oswajałam przestrzeń wokół siebie i wydeptywałam własne ścieżki. Gdy zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę na wieś, to ja byłam tą stroną pełną obaw. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam, czy ja się na wsi będę dalej czuła, jak ta rybka w wodzie. Bałam się, że będę raczej biednym karpiem z supermarketu, z trudem łapiącym powietrze.

Gdy kilka tygodni temu wybraliśmy się do Warszawy (oczywiście z psami, bo o ile nie musimy, nie zostawiamy naszych dzieci samych) wpadłam w panikę. Jak my tu w ogóle mogliśmy normalnie funkcjonować? - pytałam Darka raz po raz. Tu nikt nie patrzy sobie w oczy w windzie. I nikt nie zagada wesoło na spacerze (poza psiarzami, rzecz jasna, ale ja zawsze uważałam, że psiarze to taki odrębny gatunek, więc to się nie liczy). Jedna wyprawa samochodem po zakupy wystarczyła, żebym na razie przesiadła się na autobus. Tak mnie strąbili na parkingu, że aż się zarumieniłam. Chyba za wolno się spieszyłam za kierownicą. No i spacery z psami...

Ech, po pierwszym dłuższym spacerze wróciłam do domu zalana łzami. Sprawa była na prawdę poważna, bo w ferworze emocji łkałam i odgrażałam się, że tu i teraz sprzedajemy mieszkanie i kupujemy przyczepę kempingową. Byle tylko nie musieć już nigdy wracać do miasta (aktualnie pomieszkujemy na wsi u mojej mamy ale ten stan rzeczy nie może i nie powinien trwać wiecznie - w grę wchodzi zdrowie psychiczne obu stron).

Co ja się muszę nałazić w mieście, żeby znaleźć miejsce, gdzie mogę w miarę spokojnie spuścić nasze pieseły ze smyczy, żeby się wyhasały. Aktualnie cały Gocław- mój kochany, dawniej zielony Gocław- jest szczelnie utkany z zamkniętych osiedli i cudnie zielonych trawniczków z wetkniętą jak wisienka na torcie tabliczką "Pies- persona non grata". Jeśli pójdę tych kilka kilometrów i dojdę do parku, to jeszcze mam pewność, że mi się dzieciak Koperek wylata. Ale rano i wieczorem nie mogę sobie na taki marsz pozwolić (głównie dlatego, że w końcu bym padła). No więc idę na ten poranny spacer dokoła jeziorka gocławskiego, które kiedyś było cudownym, na wpół dzikim terenem. Nawet prawdziwego żurawia można tu było spotkać. Teraz chodniczek wokół jeziorka bardziej przypomina spacerownik więzienny. Dokoła szczelnie piętrzą się osiedla. Jedno wybudowano tak blisko jeziorka, że jakby kto chciał, to z balkonu latem chlup do wody. Psy oczywiście na smyczach automatycznych, bo za dużo tu wszystkiego, co mogłoby je zainteresować i odciąć kontakt z bazą. Rowerzyści czerpiący jakąś dziwną satysfakcję ze spłoszenia mi psów, gdy z nimi spaceruję. Biegacze, nie rozumiejący podstawowej zasady zachowania przy psach mówiącej: "po piąte- nie biegaj". Inne psy, nie zawsze, a wręcz rzadko socjalizowane. Te wszystkie miłe słowa kierowane do moich psich pociech: "Ach, jaki ładny piesio!". Samochody, petardy rzucane przez podrostków, odgłosy budowy, bo przecież gdzieś w okolicy zawsze jest plac budowy...

Wracam z porannego spaceru wykończona, choć trwał raptem pół godziny. Zastanawiam się, dlaczego na naszym osiedlu ktoś chciał mnie jeszcze dobić i podkręcił ciężar drzwi wejściowych tak, że żeby je otworzyć muszę przyjąć pozycję na Pudziana i to z dwiema automatycznymi smyczami w ręku. Później jedne drzwi trzymam nogą, a rękoma ciągnę następne, bo przecież są dwie pary, a Buba boi się drzwi i przejdzie przez nie dopiero wtedy, gdy wszystkie stoją przed nią otworem. W windzie mój ulubiony sąsiad patrzy na mnie z dezaprobatą i pyta: "Na długo pani wróciła?" A ja po tonie głosu domyślam się, że raczej nie cieszy się na mój widok, bo to ten sam sąsiad, który mi kiedyś powiedział, że wszystkie psy w mieście to się powinno wystrzelać. Po wyjściu z windy idę za psami i chusteczką higieniczną wycieram po nich ślady łapek, bo nie daj Boże ktoś zauważy, że nabłociły i znowu dostanę reprymendę od ochrony osiedla. Pobyt w tak przyjaznym otoczeniu spowodował, że wykształcił się we mnie autentyczny lęk. Permanentnie boję się, że nasze piesy będą tu komuś przeszkadzać. Psy nie wybiegane. Buba chodzi smętna i pewnie tęskni za porannym baraszkowaniem po ogrodzie. Koper nie wyżyty, wyżywa się na swojej poduszce. A ja siadam i już nie mam nawet siły się martwić.

- To tylko na chwilę - powtarzamy sobie i dodajemy sobie tym samym otuchy. Ale powiem Wam szczerze, że sami się sobie dziwimy, jak my dawaliśmy radę mieszkać w mieście z dwoma psami. Choć wiem, że perspektywę nieco nam zaburza Koperek. Jest jeszcze psim dzieckiem, w dodatku bardzo energicznym i pomysłowym. To głównie dla niego pobyt w mieście jest ogromnym wyzwaniem. I tak jak kiedyś się bałam, czy odnajdę się na wsi, teraz (po zaledwie kilku dniach spędzonych w mieście) tęsknię już strasznie do ciszy, do spokoju i do spacerów bez smyczy. Jestem rybą w ciasnej wannie, która tęskni do swojej bezkresnej wody.


A w post scriptum dodam tylko, że chyba jednak w mieście nadal nie bardzo docenia się psiarzy. Powstają ścieżki rowerowe, powstają place zabaw i miejskie siłownie na otwartym powietrzu. Ale gdybyście widzieli tę piaskownicę metr na metr, jaka powstała na naszym osiedlu jako wybieg (sic!) dla psów... Padlibyście trupem. A przecież spacer z psem wciąż jest głównym rodzajem aktywności Warszawiaków. No więc gdzie specjalne trasy spacerowe, gdzie te śmietniki na psie kupy? Nad naszym jeziorkiem nie ma ani jednego. Są natomiast te wisienki na torcie, na każdym niemal trawniku. Będąc w mieście nie potrafię pozbyć się wrażenia, że zarówno moje psy, jak i ja jesteśmy nie mile widziani.