środa, 30 grudnia 2015

Szczęśliwego Starego Roku, czyli mała wielka lista wdzięczności


Koniec roku to dla większości z nas czas planów i postanowień. Stary jeszcze na dobre nie odszedł, a my już myślimy o tych wielkich i cudownych rzeczach, które musimy osiągnąć w nowym roku. Musimy. Bo przecież jeśli nam się nie uda, to kolejny rok będzie stracony. Gdzieś między krojeniem warzyw na sałatkę sylwestrową i prasowaniem jego koszuli tworzymy sobie w głowie plan działania. Rzucę fajki, zacznę biegać, schudnę do rozmiaru ulubionych jeansów, zmienię wreszcie pracę i wyjadę na wymarzone wakacje. Planujemy i knujemy, a w naszych głowach powstaje istna pajęczyna kolejnych „muszę” i „powinnam”. Tym samym wpadamy w pułapkę naszych własnych oczekiwań względem siebie. I... Przykro mi to mówić, ale jesteśmy skazani na porażkę. Ile z tych noworocznych postanowień powtarzaliśmy sobie w zeszłym roku? I w jeszcze zeszłym?

Oczekujemy od siebie sukcesów nie tam, gdzie trzeba. Wmawia się nam, że to my i TYLKO my jesteśmy odpowiedzialni za to, w jakim kierunku potoczy się nasze życie. Że to nasza wina, jeśli nam coś nie wyjdzie i nasza powinność, żeby wspinać odhaczać kolejne pozycje z naszej wyimaginowanej listy zadań. A przecież na nasze życie i na nas samych wpływ mają niezliczone szeregi zdarzeń. I inni ludzie, również. Idziemy więc przez życie z listą mocno zakodowanych postanowień noworocznych czy ubiegłorocznych, bez różnicy, i zauważamy tylko porażki i sukcesy. Całą swoją dorosłość postrzegamy właśnie jako pasmo wzlotów i upadków. A im więcej postanowień wbijamy sobie do głowy, tym więcej porażek poniesiemy. I co? I z roku na rok czujemy się coraz bardziej przegrani. A im więcej porażek w naszym życiu, tym więcej postanowień noworocznych, w dodatku coraz trudniejszych do wykonania.

Stop.

Powiedzmy sobie wyraźne STOP!

W tym roku, tak dla zgrywu, nie myślmy wcale o tej całej liście zadań na następnych 12 miesięcy. Zapomnijmy o tym wszystkim, co powinniśmy zmienić, poprawić, polepszyć. Nie róbmy żadnej noworocznej listy, chyba że listę zakupów na przyjęcie sylwestrowe. Nie bierzmy ze sobą w nowy rok tego bagażu- tej ciężkiej i niewygodnej do niesienia walizy pełnej naszych oczekiwań względem siebie i naszych wyobrażeń o oczekiwaniach innych. Otwórzmy tę walizkę, wystawmy przez okno i odwróćmy do góry dnem. Niech wszystkie postanowienia noworoczne i ten okropnie ciężki lęk przed ich niezrealizowaniem po prostu polecą z wiatrem.

I co? Lżej?

Bawcie się na Sylwestra, czy w towarzystwie czyimś czy własnym, bawcie się wesoło i bez poczucia winy. Otwórzcie szampana i wypijcie nie za Nowy Rok, ale za Stary. Za stary, dobry rok. Jeśli uda Wam się zapomnieć o tej liście postanowień, która przecież powtarza się od kilku ładnych lat i nie rozliczać Starego Roku z sukcesów i porażek...

Cóż, może się okazać, że to był na prawdę dobry czas.
Stwórzmy nowy zwyczaj. Zamiast tworzyć listę postanowień noworocznych, spiszmy na pierwszej stronie kieszonkowego kalendarza listę wdzięczności. I wypiszmy na niej wszystko, absolutnie WSZYSTKO, za co jesteśmy wdzięczni. Zapomnijmy o wyuczonej skromności i poczuciu winy, że nam lepiej od innych. W jakiejś kwestii może nam być lepiej, w innej gorzej. Tak jak wszystkim. Spiszmy taką listę sami, w zaciszu własnej intymności i nikomu nie pokazujmy, lub spiszmy ją wspólnie z najbliższymi i zachęcajmy się nawzajem do spoglądania na miniony rok z wdzięcznością. W przyszłości jedno spojrzenie na tę listę uświadomi nam, że wcale nie jesteśmy przegrani. Przeciwnie. Mamy cholernie dużo powodów do wdzięczności.

A my? My jesteśmy bardzo wdzięczni.

Za kolejny rok razem. Pełen tych małych chwil we dwoje, gdy jedno spojrzenie mówi nam, że rozumiemy się bez słów. I pełen drobnych sprzeczek i nieporozumień, które pomogły nam tylko lepiej zrozumieć siebie. Siebie nawzajem i siebie samych.

Za trudności. Wszystkie, bez wyjątku. Każda była progiem, który musieliśmy przeskoczyć. A przed każdym skokiem ustalić drużynowy plan działania.

Za te drużynowe plany działania. I za cierpliwość względem drugiej osoby, która jest w drużynie bardzo przydatna. Bez której nie ma mowy o dryblowaniu trudnościami, jak piłką i o wspólnym biegu do bramki.

Za zbiegi okoliczności/uśmiechy losu. Niepotrzebne skreślić. Mnóstwo ich dokoła. W jednym z tych uśmiechów losu spędziliśmy święta. Nareszcie zrozumieliśmy, że los uśmiecha się do nas tylko wtedy, gdy i my się uśmiechamy. Innymi słowy, nic tak nie przyciąga pozytywnych wydarzeń w życiu, jak pozytywne myślenie. Udaje nam się myśleć pozytywnie coraz częściej, choć czasami to wydaje się dosyć trudne.

Za czas. I jego kojący wpływ na rany. Gdy jako dziecko przewracałam się i zdzierałam kolano, moja babunia nigdy nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Mówiła, że to minie. I zawsze miała rację. Wydarzył nam się na początku roku ogromny ból. Największy z możliwych. Ból po stracie najlepszego przyjaciela. Ale z czasem ten ból mija. Jeszcze nie minął bezpowrotnie, ale mija. Mija do tego stopnia, że odważyliśmy się pokochać nowe istnienie na czterech łapach, a wspominając naszą Majcię uśmiechamy się coraz częściej, bo w naszych sercach ciepłe wspomnienia powoli wypierają to ostatnie- bolesne wspomnienie- wspomnienie pożegnania.

Za pokorę. Bo gdy wokół wydarza się wiele wspomnianych uśmiechów losu, to zaczyna nam się wydawać, że już wszystko w naszym życiu będzie cukierkowo-kolorowe. I bardzo jesteśmy wzburzeni, gdy się okazuje, że wśród całej tej dobroci jedna rzecz nie chce się po prostu ułożyć. Ta jedna rzecz, o której najbardziej marzymy. Nie wszystko w życiu da się zaplanować i uszyć pod siebie kolorowymi nićmi. To uczy pokory. A pokora uczy dystansu i zaprowadza ciszę na wzburzonym morzu myśli. Ale popłynęłam w filozoficzne zagadki. Jeśli jednak śledzicie bloga, to wiecie, o czym tu mowa. I myślę, że każdy z nas ma lub na jakimś etapie życia miał coś takiego. Wielkie marzenie, które po prostu nie chciało się ziścić. Może za bardzo chcemy. Może to nie ten czas. Może... Posiadanie w swoim życiu takiej niewiadomej i niezależnej od nas rzeczy uczy pokory. I... bycia upartym ;)

Za nowe możliwości. W ubiegłym roku zamknęło się nam przed nosem wiele drzwi, tych zawodowych i tych prywatnych. Wiemy już jednak na pewno, że żadnym trzaśnięciem drzwi nie warto się specjalnie przejmować. Gdy Cię gdzieś nie chcą, to znak, że najwyższa pora poszukać innego, o wiele fajniejszego miejsca. I tak to już chyba jest, że wraz z zamknięciem się jednych drzwi, otwierają się inne. Tylko czasem trzeba tych innych drzwi nieco poszukać. Mogą być dobrze ukryte, zarośnięte żywopłotem, lub słabo widoczne od strony głównej drogi. Warto więc zboczyć i na chwilę połazić bez celu. Rozejrzeć się po swoim życiu i poszukać innych dróg.

Za powroty. Jakkolwiek enigmatycznie to brzmi, kilka powrotów w mijającym roku zaliczyliśmy. Darek wrócił do siebie- od pół roku mieszkamy w jego okolicy. Tu się wychował, tu biegał latem za piłką i przeżywał pierwsze zakochania i balangi do białego rana. Możliwość obserwowania go wśród "jego" miejsc i znajomych to prawdziwa przyjemność. Mam czasami wrażenie, że poznaję go na nowo, tym razem poprzez pryzmat jego młodości. Ja wróciłam na dobre do pisania i do kilku innych starych nawyków, których tak bardzo brakowało mi przez tych kilka szalonych lat spędzonych w mieście. Mówcie do mnie babciu- dziergam sweterki i mam fotel na bujakach ;) Moja mama wróciła do kraju. Po kilkudziesięciu latach spędzonych w innej rzeczywistości (geograficznej i mentalnej) uczy się na nowo Polski ze wszystkimi jej cudownościami i dziwactwami, których my na co dzień nawet nie zauważamy. Uczy się też kontaktu z córką. I to drugie nie jest wcale łatwe, bo przez lata córka nauczyła się życia na własną rękę i teraz trudno się dogadać, gdy nad niedzielnym rosołem wybucha kłótnia. Jedna chce koniecznie dosypać vegety, a druga dodać kapusty włoskiej (a vegetę wyrzucić do kosza) ;) Powroty mają jednak to do siebie, że dobrze wykorzystane mogą się stać początkiem czegoś wspaniałego. Nowej podróży. Tym samym rozpoczęliśmy kilka nowych rozdziałów w naszym życiu i teraz... Wypada nam czekać i patrzeć, jaki dalszy ciąg dopisze życie.

Znajdźcie chwilę wytchnienia jeszcze w tym roku. Spiszcie prawdziwą listę wdzięczności, tak jak my. Kto wie, jakich nowych rzeczy dowiecie się o sobie. Może się nawet okazać, że mijający rok pełen był małych sukcesów i powodów do radości.

Szczęśliwego Starego Roku!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

O byciu grzecznym chłopczykiem, czyli wigilijna pasta rybna dla psa i kota też

Nadszedł ten czas, gdy zdecydowaną większość dnia spędzam w kuchni. Mieszam, doprawiam i zagniatam. Uwielbiam to. Jak dla mnie święta mogłyby trwać cały rok :) 

Od czasu do czasu zagląda do mnie Darek. Zerka mi przez ramię i z wyrazem autentycznego zawodu wymalowanym na twarzy stwierdza:

- Znowu coś dla piesków robisz? A dla mnie? Zrobisz mi coś dobrego? Może chociaż sałatkę jarzynową? Albo ciacho z kajmakiem?

Uśmiecham się do niego tajemniczo i odpowiadam pytaniem na pytanie:

- A byłeś grzeczny w tym roku, chłopczyku? 

Darek nie wie, że pyszności na świąteczny stół zaczną w kuchni powstawać od dzisiaj. Psie smakołyki zrobiłam wcześniej i zamroziłam. Inaczej mogłabym się nie wyrobić. A chyba nie mogłabym zasiąść spokojnie do wigilijnego stołu wiedząc, że nasze psiaki będą w ten szczególny dzień jadły kupną karmę. O, nie! One też mają święta. W końcu to nasza rodzina.

W tym roku musiałam wykombinować nie tylko psią, wigilijną michę, ale też kilka smacznych sposobów na zajęcie Koperka. Gdy my będziemy biesiadować przy stole, a Buba zaśnie przy moim krześle zmęczona żebringiem, Koperka dalej będzie rozsadzać energia. Na pewno będę musiała zabrać go w Wigilię na długi spacer, żeby choć troszkę spożytkować jego energię twórczą (a właściwie destrukcyjną). Obawiam się jednak, że to nie wystarczy. W zamrażalniku mam już przygotowaną dużą kość wieprzową- wygotowaną i opatrzoną sporymi chrząstkami. To jedyna rzecz, która potrafi Koperka zająć na dłużej. Bubie przygotowałam same chrząstki. Nasza dziewczyna nie może niestety dostać do dziamgania kości. Obrabia je w dosłownie minutę i niestety łapczywie połyka duże kawałki. Trudno jest też odebrać jej trzon kości, którego psy nie powinny zjadać. W miseczce na lodówce leżą już też rybne ciasteczka. Nie godzi się przecież iść na świąteczny spacer z pustymi kieszeniami ;)

Jeśli zaś chodzi o wigilijną psią michę, to będzie ryba. Bardzo aromatyczna ryba w dosyć postnym wydaniu. Bez ryżu, czy kaszy, a jedynie z warzywami. I drogocennym żółtkiem.

Wigilijna pasta rybnadla psów (i kotów też)


Składniki:
  • kilogram świeżych śledzi
  • 2 duże marchwie
  • szklanka mrożonego zielonego groszku
  • szczypta tymianku
  • 3 łyżki oleju rzepakowego (najlepiej nierafinowanego)
  • 3 łyżki siemienia lnianego
  • pół szklanki otrąb
  • do podania żółtko
Rybę zalewamy wodą tak, żeby woda ledwo ją przykrywała i gotujemy do miękkości. Odcedzamy i nieco studzimy. Zapach nie należy do moich ulubionych, a przez wzgląd na Darka musiałam gotować śledzie, gdy wyszedł z domu ;) Ale Wasz pies prawdopodobnie już dawno utworzył kałużę śliny na podłodze ;)

W tym czasie obieramy marchew i wkrajamy jej plastry do wody po gotowaniu ryby. Dosypujemy groszek i gotujemy przez 15 minut. Pod koniec gotowania dodajemy siemię lniane i szczyptę tymianku.

Ugotowaną rybę przepuszczamy przez maszynkę do mięsa. Nie obieramy jej ze skóry i nie pozbawiamy ości. Śledzie mają wyjątkowo miękki "szkielet". Warto też pamiętać, że ości to nic innego, jak zgrubienia rybich ścięgien (to nie to samo, co kości u ssaków). Ich dokładne zmielenie i podawanie psom to dobry pomysł, bo zawierają wiele składników ważnych dla układu ruchowego psa. Miękkie śledzie nadają się do takiego zmielenia idealnie. Mielimy dokładnie. Jeśli w zmielonej paście wyczujecie ręką drobinki ości, przepuśćcie przez maszynkę jeszcze raz.

Przez maszynkę przepuszczamy również bulion rybny razem z ugotowanymi warzywami i siemieniem lnianym. Do mielonki dodajemy olej i otręby. Mieszamy. Pasta rybna gotowa. Można ją przechowywać w lodówce 2-3 dni. Ja część zamroziłam. Będzie jak znalazł na Wigilię. Możemy podać z ryżem i żółtkiem jajka. 

Wesołych Świąt psiaki!

niedziela, 20 grudnia 2015

Pierwsza Wigilia, czyli nowy gwiazdozbiór naszego życia

Zbliża się Wigilia. Dziwna Wigilia. Dla nas wręcz nietypowa. O braku śniegu już nie wspomnę, bo co tu dużo gadać. Bez białego puchu nie potrafię poczuć magii świąt w pełni. Może kubeczek aromatycznego barszczu w dłoni i śledzik w occie na talerzu już za parę dni to zmienią. Tymczasem myślę o poprzednich świętach i nie mogę pozbyć się wrażenia, że tegoroczną Wigilią wkraczamy w jakiś nowy etap naszego życia. Wszystko się pozmieniało i powywracało. Teraz życie układa się w nową konstelację, a ja wciąż jeszcze nie wiem, jaki gwiazdozbiór z tego wyjdzie.


To będzie pierwsza Wigilia bez naszej kochanej Mai. Jeszcze w zeszłym roku była z nami. Dzieliliśmy się z nią opłatkiem i życzyliśmy naszej siwej mordce dużo zdrowia i pogody ducha, jak zawsze. A w pierwszy dzień wybraliśmy się na spacer i... Wierzcie lub nie- Majutek biegała po śniegu i brykała, jak młody baranek.

To będzie jednak pierwsza Wigilia z Koperkiem. Oznacza to, że od rana do wieczora muszę mieć oczy dookoła głowy i pilnować, żeby nasz mały gryzoń nie pogryzł czegoś wartościowego. Choinki, szynki skradzionej ze stołu, nogi mojej bratanicy, butów, kuli tłuszczowej dla ptaków, rączki bratanicy, Bogu ducha winnej Buby, szalika wiszącego na wieszaku, noska bratanicy ;) Oznacza to też, że pierwszy raz od jakiegoś czasu czujemy, że nasza rodzina jest kompletna. Powiem to jasno i wyraźnie, bo głęboko w to wierzę. Dom bez psa to nie dom, a rodzina bez psa jest niekompletna. Jak puzzle z jednym brakującym kawałkiem. A dla nas to nawet nie jeden pies, a dwa. Teraz jesteśmy w komplecie. Prawie. Nad tym prawie wciąż pracujemy ;)

To również pierwsza Wigilia z moją mamą. Pierwsza od bardzo, bardzo dawna. I choć mamy z mamą różne charaktery i różne podejście do wielu spraw, a sprzeczek w kuchni nad pierogami nie brakuje, bycie razem i przeżywanie tego czasu razem jest dla nas czymś nowym i wyjątkowym. W relacji między dwiema osobami nie ma takiej możliwości, żeby nadrobić stracony czas. Czas stracony pozostaje czasem straconym. My straciłyśmy go bardzo wiele. Teraz, zamiast wytykać sobie to, czy siamto, możemy napisać nowy- wspólny czas. Choć przyznaję. Obie musimy się wykazać sporą dawką cierpliwości, żeby całe to pisanie było poprawne gramatycznie ;)

Last but not least, jak mawiają Anglicy. To będzie pierwsza Wigilia na wsi. Najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam otrzymać od losu. Nic dodać, nic ująć.

To miał być post o wigilijnym psim daniu. Z przepisem i zdjęciem. No i sami zobaczcie. Znowu wyszło mi nie o tym, co trzeba ;) Wigilijna psia micha jeszcze wieczorem na blogu. A tymczasem... Odliczamy dni do Bożego Narodzenia :)

piątek, 11 grudnia 2015

Czekając na zimę, czyli pierniki gryczane

Nie ma chyba zapachów bardziej świątecznych niż zapach skórki pomarańczy i przypraw korzennych. Połączenie tych dwóch aromatów sprawia, że nie mogę się doczekać świąt przez cały rok. Nie dbam o to, że zimą jest mroźno i śnieżnie. Z korzenno-pomarańczowymi pierniczkami przetrwam nawet syberyjską zimę. Choć patrząc przez okno tak sobie myślę, że to jednak nie Ojmiakon.

Zima będzie, czy nie będzie? To ostatnio główny temat rozmów, przynajmniej u nas- na wsi. I w sklepie można sobie o zimie pogadać, i na poczcie gdzieś między oblizaniem jednego znaczka, a przyklejeniem drugiego. Plotkujemy sobie o tej zimie zupełnie jakby była jakimś gościem z dalekiego kraju, który ma przyjechać w odwiedziny i narobić w naszej małej społeczności szumu. Ale kiedy będzie i jak długo tu zabawi- tego właściwie nikt nie wie.

Ale z zimą, czy bez zimy- święta być muszą. I pierniczki też, a co! Poniżej przepis, który jest tak na prawdę tylko modyfikacją przepisu z zeszłego roku na pierniki korzenno-pomarańczowe. W tym roku postanowiłam wykorzystać do świątecznych wypieków moją ukochaną mąkę gryczaną. Nadaje piernikom cudnie brązowy kolor i charakterystyczny posmak goryczki. Mniam.

Pierniki gryczanedla ludzi, a co!


Składniki:
  • 12 łyżek miodu gryczanego
  • jajo
  • 2 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany (minimum 22%)
  • skórka starta z dwóch umytych pomarańczy
  • półtora szklanki mąki pszennej 
  • półtora szklanki mąki gryczanej
  • półtora łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki cynamonu i łyżeczka imbiru
Miód mieszamy z przyprawami i skórką pomarańczy. Pomarańcze możecie zjeść ze smakiem, ale jedną ćwiartkę zostawcie do zrobienia lukru :) Dodajemy śmietanę i znowu mieszamy.

Na stolnicę wysypujemy mąki i sodę, delikatnie mieszamy ze sobą i dodajemy do całości naszą masę miodową. Ciasto wyrabiamy i niestety trzeba się uzbroić w cierpliwość. Na początku sklei nam całe dłonie. W miarę potrzeby podsypujemy mąką gryczaną, po łyżce stołowej na raz. Wyrabiamy i podsypujemy tak długo, aż ciasto będzie dawało się formować w kulę. Dalej będzie się mocno kleić do powierzchni, ale stanie się też elastyczne i zbite.

Takie ciasto podsypujemy mąką pszenną i wałkujemy na grubość mniej więcej pół centymetra. Wykrawamy ciastka w dowolnym kształcie i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 12 minut w temperaturze 190 stopni.

Pierniki dobrze jest upiec na minimum 2 tygodnie przed świętami. Potrzebują czasu, aby skruszeć.

Składniki na lukier:
  • białka z dwóch jaj
  • 225 g cukru pudru
  • łyżeczka soku z pomarańczy
Wszystkie składniki umieszczamy w miseczce i ucieramy mikserem na najniższych obrotach przez dobre 5 minut, aż lukier będzie miał jednolitą konsystencję. Białka sprawią, że lukier nie pokruszy się po wyschnięciu. Zwróćcie uwagę na 2 rzeczy- żeby sok z pomarańczy wyciskać nad sitkiem, a z białkiem nie wbić do lukru małych włókienek łączących białko z żółtkiem. Mieszając lukier starajcie się nie stworzyć zbyt wielu pęcherzyków powietrza. Kilka na pewno powstanie, ale im mniej, tym lepiej :)

Lukrem możemy posmarować całe pierniczki (po upieczeniu i wystudzeniu) lub- jeśli macie trochę czasu i cierpliwości- można użyć wykałaczki i "pomalować" pierniki w dowolne wzory.

PS Jeśli nie chcecie lukrować waszych pierników, dodajcie do ciasta 2 łyżki stołowe cukru pudru. Inaczej pierniki będą zupełnie nie słodkie ;)

sobota, 5 grudnia 2015

Poczuć świąteczny nastrój, czyli kilka pomysłów wyszperanych w sieci

Święta już za 20 dni. To bardzo niewiele, zwłaszcza jeśli pomyśleć o tej obszernej (żeby nie powiedzieć bezdennej) liście rzeczy do zrobienia. Porządki, zakupy, wypieki. Te z piekarnika i te na twarzy również.

Pomimo przedświątecznej gonitwy, uwielbiam ten czas. W domu robi się magicznie, po części za sprawą dekoracji, ale w większym stopniu z powodu tego niezwykłego uczucia wyczekiwania, które dosięga wszystkich. Czego wyczekujemy? Spotkania z rodziną, albo wprost przeciwnie- kilku intymnych chwil we dwoje. Spełnienia marzeń, a może Nowego Roku i jego obietnicy nowych marzeń. Nadejścia Zbawiciela, a może po prostu tej kojącej świadomości, że wraz z nadejściem stycznia wszystkie plany staną się możliwe.

Zwykle już od początku grudnia jestem w świątecznym nastroju. Mimowolnie nucę kolędy i od rana do wieczora piekę pierniki i kruche ciasteczka. W tym roku... Aura Świąt jeszcze mną nie zawładnęła.

Nie wiem, czy to kwestia szarugi za oknem (śnieg na pewno wprawiłby mnie w odpowiedni nastrój), czy może naszego aktualnego miejsca zamieszkania (chyba nie ma bardziej świątecznej scenerii niż stary dom na wsi, jednak wszechobecność kartonów przeprowadzkowych i nieuchronność remontu sprawiają, że trudno w naszym domu o świąteczny klimat), ale fakt pozostaje faktem. Święta coraz bliżej, a ja nadal ich nie czuję.

Najwyższa pora coś z tym zrobić. Coś mi się wydaje, że odrobina świątecznych dekoracji mogłaby mi pomóc. W tym roku mam kilka pomysłów, które chciałabym zrealizować. Mam nadzieję, że wyjdą co najmniej przyzwoicie. Tylko spójrzcie, jakie ciekawe pomysły znalazłam na innych blogach.

/emersonmerrick.blogspot.com/
Drewniane drzwi starego domu na wsi aż się proszą o świąteczny wieniec. Moja mama chciała kupić gotową dekorację już w zeszłym miesiącu. Powstrzymałam ją. Mam pewne plany w tej kwestii. Tylko spójrzcie, jak cudownie może wyglądać kilka zielonych gałązek splecionych w okrąg. Proste jest piękne.

/lovelylife.se/
Pieczenie pierniczków to już tradycja. Zwykle piekę kilka różnych rodzajów świątecznych ciastek, ale skandynawskie pepparkakkor robię zawsze. Nie tylko dla tego, że są pyszne i nieodwołalnie kojarzą mi się, z zimą w Skandynawii (kto był o tej porze roku na północy ten wie, że TAM zima jest po prostu, jak z bajki), ale też dlatego, że cudnie prezentują się zawieszone na choince. No, i nie muszę się martwić, że zaszkodzą węszącym przy choince psim nosom. Ciekawe, ile pierniczków w tym roku zniknie z choinki w sposób czarodziejski? Nie przywiozłam swoich foremek do wykrawania z Warszawy, więc prawdopodobnie skończy się na wykrawaniu szklanką. Ale to wcale nie muszą być zwykłe kółka. Muszę wypróbować ten patent z kryształowymi szklaneczkami.

/thesweetestoccasion.com/
 Świerków i sosen u nas pod dostatkiem. Codziennie chodzę na spacer z psami do lasu i nie mogę się nadziwić, że pośród liści tyle leży skarbów, których nikt nie zbiera i z których nikt nic nie robi. Nie mogę się wprost napatrzeć na tę banalnie prostą girlandę z pozłacanych szyszek. Już wiem, gdzie ją powieszę. Ozdobi okno w kuchni. Trzymajcie kciuki, by wyszła tak, jak na zdjęciu.

/ninasapartment.blogspot.com/
Uwielbiam drewno w każdej postaci. Ze wszystkich materiałów spotykanych we wnętrzach naszych domów i mieszkań, to właśnie drewno najbardziej mnie przyciąga. Jest w nim wszystko to, czego potrzebuję od swojego miejsca na ziemi. Jest ciepło i naturalność, jest prostota i całkowity brak udawanego blichtru. Takie też powinny być moje wymarzone święta. Mam w piwnicy mnóstwo niewykorzystanych na weki słoików. Spróbuję wykombinować z nimi coś pięknego.

A Wy? Macie jakieś sprawdzone pomysły na świąteczne dekoracje? Co robicie, by wyczarować w domu TEN klimat? Koniecznie podzielcie się swoimi pomysłami :)

środa, 2 grudnia 2015

O zawartości kubka w ubranku, czyli gorąca czekolada z żurawiną

Dni skróciły się do minimum. Zaczęłam nosić na spacer w kieszeni odblaskowe kamizelki. Jedną dla mnie i jedną dla Buby. Koperek swojej jeszcze się nie dorobił. Natomiast skutecznie próbuje zedrzeć z grzbietu kamizelkę Buby, gdy tylko ją na bubolowe plecy założę. Zdarza nam się coraz częściej wracać ze spaceru po zmroku, chociaż wychodzimy, gdy jest jeszcze dzień.

A po powrocie... Niczego tak bardzo nie pragniemy, jak ciepła. Ciepłego posłanka dla psów i ciepłego kubka dla mnie. Zresztą nie byle jakiego kubka. Mojego ukochanego kubka w ubranku. Podobne kubki (i nie tylko) znajdziecie w sklepie Proste Wzory. Prowadzi go Karolina- cudowna kobietka. Mama, żona, architektka wnętrz i artystyczna dusza. Zajrzyjcie do niej koniecznie.

A w moim ulubionym kubku niepodzielnie rządzi kawa. Kawa po warszawsku, zwana przez mojego tatę smołą :) Ot, takie stare przyzwyczajenie :) Chociaż ostatnio mogłabym pić codziennie czekoladę. Boską, gęstą i bardzo słodką czekoladę. Z lekką nutką kwaskowej żurawiny :)


 Gorąca czekolada z żurawiną

Składniki:
  • pół litra mleka 3,2%
  • 2 tabliczki czekolady (użyłam jednej gorzkiej i jednej mlecznej)
  • łyżka drobno pokrojonej żurawiny
  • szczypta soli
  • odrobina śmietanki 36%
Mleko przelewamy do garnuszka. Najlepiej użyć takiego z podwójnym dnem. Ja dodatkowo położyłam na palniku blaszkę zapobiegającą przypaleniom. Do mleka wkruszamy czekoladę, dodajemy szczyptę soli (dla zrównoważenia ogromu słodkości) i żurawinę. Podgrzewamy na małym ogniu. Uważajcie, żeby mleka nie zagotować, bo zrobi się kożuch. Gdy tylko czekolada zacznie się rozpuszczać, mieszamy. Mieszamy i podgrzewamy tak długo, aż kolor będzie jednolity, a w napoju nie będzie grudek. Przelewamy do kubków i dodajemy kleks śmietanki :) Smacznego!