środa, 8 lipca 2015

O podglądaniu żurawi, elastyczności czasu i dziewczynie z miasta

Nasze życie sprowadziło się do minimum. Minimum ubrań, minimum szklanek i talerzy, minimum przedmiotów w ogóle. I im mniej ich przy sobie mamy, tym prostsze wydaje się nasze życie. Powidła duszę w tym samym garnku, w którym później gotuję zupę. Chodzę cały czas w tych samych, wytartych dżinsach i tylko trzy bluzki mam na zmianę. I jedną ładniejszą sukienkę "na niedzielę". Darek ograniczył się jeszcze bardziej. Tylko koszulki zmienia. Jedną piorę, drugą zakłada. Telewizora nie mamy i zupełnie za nim nie tęsknimy. Bo i co mielibyśmy oglądać, skoro wystarczy o świcie wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć żurawie na pobliskim drzewie, jak wypatrują w stawie swojego śniadania.

No, dobra. O świcie przez okno wyglądam ja. Darek smacznie chrapie. Mówi, że dawno nie spało mu się tak dobrze, jak tu- na wsi. Nic dziwnego. Tu w środku nocy karetka nie jeździ na sygnale pod oknem, a przez uchylone okno do pokoju nie wpada smog, tylko zapach wilgotnej od porannej rosy ziemi.


Z ręką na sercu przyznaję- trochę obawiałam się przeprowadzki na wieś. Co innego Darek- myślałam. - On wychował się niedaleko stąd i tak na prawdę wraca do siebie. A ja? Ja wyrosłam na robotniczym osiedlu w Koszalinie. Malutkie to miasto, ale miasto. Zamiast po łąkach i polach- biegałam w dzieciństwie po torowisku i parkingach. W chowanego bawiliśmy się nie w lesie, ale na ulicy. Obawiałam się, że doznam jakiegoś szoku klimatycznego. Że nie będę wiedziała, co począć z czasem. Że będę tęskniła za miejskim gwarem i kontaktami towarzyskimi. Moje obawy były zupełnie niepotrzebne.

Jesteśmy na wsi od trzech tygodni. I choć jesteśmy tu tylko jedną nogą (czeka nas jeszcze ogromny remont, podczas którego będzie się trzeba przenieść z powrotem do miasta oraz budowa naszego domu, gdy będziemy gośćmi w wyremontowanym dworku mojej mamy i jej męża) zdołaliśmy już wrosnąć w to miejsce i zgrać się z jego rytmem, jak gdyby to był nasz rytm od samego początku. I może nawet nie zauważyłabym tej zmiany, gdyby nie nagły nadmiar czasu. 


Budzę się o świcie (naprawdę podglądam te żurawie) i chodzę wcześnie spać. A w czasie pomiędzy tymi dwiema czynnościami jest miejsce na wszystko. Na pisanie i pracę oraz na poranną kawę przy akompaniamencie ptaków. Na zakupy na pobliskim bazarku i robienie przetworów na zimę. Na spacery z psem i rozmowy z bliskimi. Na sprzeczki rodzinne i wylewne pojednania. Na żarty i śmiech oraz na romantyczne chwile we dwoje. Wspólnymi siłami udaje nam się jeszcze pozałatwiać codzienny milion spraw związany z remontem, odnawianiem zabytkowego parku i planowaniem hotelu. 


Jak to jest możliwe, że ten sam czas jest tutaj tak zupełnie inny niż w mieście? Bardziej elastyczny i pojemny. Bardziej wyrozumiały i bardziej życzliwy. Nie wiem. Ale po woli przestaję pamiętać, że jestem z miasta. Moja ostatnia wizyta w pobliskim sklepiku to potwierdza. 

- Pani sobie jeszcze weźmie tych rzodkiewek- powiedziała konspiracyjnym tonem Pani Sprzedawczyni. - Są pyszne. A jutro sobota. Warszawiacy się zjadą do swoich działek i wszystko wykupią. Pani sobie weźmie tych rzodkiewek, dopóki są.
- Wezmę, wezmę. Chociaż, w sumie, to może nie powinnam. Bo ja też z Warszawy.
- A skąd! Pani to nie z Warszawy. Pani nasza!

Błogosławione poczucie bycia zaakceptowanym. Amen.


6 komentarzy:

  1. wspaniale :)! chociaż troszke podziwiam. Sama jestem ze wsi. co prawda graniczącej z Warszawą, ale jednak to wieś. Od czasu studiów mieszkam w stolicy i bardzo chciałabym wrócić do siebie, ale jeszcze nie teraz. Mam wrażenie, że będzie nam tam bardzo samotnie. Tutaj wreszcie mamy przyjaciół, a tam... nie. na pewno jeszcze nie teraz. ale za jakiś czas na pewno :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się obawiałam tego odizolowania. A teraz się cieszę. Rodzina i przyjaciele nas odwiedzają, a dokoła mamy mnóstwo przyjaciół. Ale taka przeprowadzka to duża zmiana i na pewno nie ma co się spieszyć. Na to po prostu przychodzi ten właściwy moment :)

      Usuń
  2. Zawsze marzyłam, żeby mieć domek na wsi, z dala od zgiełku. Chociaż mieszkam od paru lat w niewielkiej gminie, to jednak pochodzę z wielkiego miasta. Zawsze chciałam mieć swój cichy kącik, z dużą ilością psów i własnym koniem <3
    Niestety mój ukochany wolałby raczej uciec do wielkiego miasta, niż na jeszcze większe zadupie. A konie mu śmierdzą. Więc pozostanę przy swoich marzeniach, zazdroszcząc i ekscytując się Waszym życiem :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie nie poprzestawaj na marzeniach. Zapraszamy do nas. Jak tylko hotel stanie na nogi to na dłużej. A póki co na kawę i pogaduchy :)

      Usuń
  3. Sielsko- anielsko... Wspaniała historia. Mieszkam co prawda w mieście, ale uwielbiam spokój wsi. I ten krajobraz. Ech, rozmarzyłam się. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wzruszyłam się.
    Urodziłam się i wychowałam na wsi. Później przeprowadzka pod większe miasto, potem Warszawa a teraz miasto pod Wawą.
    Zazdroszczę. Serio. Tego kawałka swojego świata.
    Jak byłam mała wieczorami siadaliśmy całą rodziną w kuchni, babcia robiła przetwory, Za oknem widok zachodzącego nad łąkami i stawem słońca. Czasami było można zobaczyc przebiegające zwierzęta: jelenie, dziki, sarny.
    Mam ten plus, że pracuję wyjazdowo i dzięki tej pracy mam kontakt z przyrodą.
    Pozdrowienia z Dziabongowa zajrzyj czasami :)

    OdpowiedzUsuń