czwartek, 23 lipca 2015

Wodzimy na pokuszenie, czyli pyszne i chrupiące ciastka z Pokusą

Jakiś czas temu nawiązał z nami kontakt producent suplementu psiej diety POKUSA. W mailu otrzymaliśmy pytanie, czy da się upiec psie ciacha z Pokusą. Czy się da? Pewnie, że się da. Przecież w naszej kuchni nie ma rzeczy niemożliwych. Ja jednak miałam trochę wątpliwości.


Od powstania bloga Ja, ty i 2 psy (a nawet lepiej – od początku mojej przygody z psami w ogóle) upieram się i tupię nogą, że nic nie zastąpi świeżego jedzenia. Kocham- dbam. Tę prostą filozofię wytatuowałam sobie na serduchu, żeby nigdy nie zapomnieć. A że wychowano mnie w duchu kuchni kresowej, to nic dziwnego że dbam głównie o to, by moi bliscy byli dobrze najedzeni.

Już samo określenie suplement diety raczej kiepsko mi się kojarzy. Świat mediów zarzuca nas coraz to nowymi reklamami suplementów i dodatków, bez których na pewno umrzemy. Ostatnio słyszałam o tabletkach z magnezem dla dzieci, dzięki którym nasze pociechy lepiej się uczą. No, sama nie wiem. Może się nie znam. Ale o ile dobrze pamiętam, to dzieci lepiej się uczą gdy poświęcają nauce czas, a magnez to składnik, jak każdy inny, obecny w jedzeniu. Dawniej nie łykaliśmy suplementów diety i żyliśmy. Dziś też są nam zupełnie zbędne. Tylko trzeba być dobrze najedzonym ;)

Tak więc do tematu Pokusy podeszłam z dużą dawką sceptycyzmu. W mailach zasypywałam producenta stosem pytań, a skład tajemniczego proszku przestudiowałam od A do Z. Interesowało mnie nie tylko to, czy Pokusa jest dla mojego psa dobra, ale przede wszystkim to, czy jest mu w ogóle potrzebna.


Mocno się zdziwiłam, gdy okazało się, że Pokusa to dodatek (nie cierpię słowa suplement- powiedział smerf Maruda), który w pewnym sensie przygotowuję dla Buby sama. Jagody dodaję do psiej miski, gdy tylko kupię je na bazarku. O ich prawdziwie cudotwórczym działaniu poczytacie w mojej książce. I choć wiele osób puka się w głowę słysząc, że robię Bubie na śniadanie twaróg z borówkami, ja wiem swoje. Kilka jagódek to istna bomba antynowotworowa i przeciwwirusowa. Mało tego- gdy latem łazimy po lesie, Buba sama zeskubuje z krzaczków jagody i poziomki. Szczwana bestia- wie, co robi.

Algi? Mam pojemniczek ze sproszkowaną spiruliną zawsze pod ręką. Pół łyżeczki do psiej michy i obiad Buby staje się źródłem zdrowia. A sproszkowane skorupki jaj? Toż przecież po każdym jajecznym śniadaniu zostawiam skorupki, które dodatkowo wyparzam i mielę na mączkę. Do psiego jedzenia i psich ciastek jak znalazł. Naturalne i najlepiej przyswajalne wapno, jakie tylko można znaleźć.

No, tak. Ale skoro takie składniki mogę znaleźć we własnej kuchni, to po co nam w ogóle Pokusa?


Powód jest prosty. Wygoda. Są w naszej kuchni takie dni, gdy na gotowanie i mądre planowanie posiłków po prostu nie ma czasu. Z naszymi brzuchami nie ma problemu, wiemy gdzie na mieście można coś dobrze zjeść. Ale co zrobić, gdy na przygotowanie psiej michy mamy minimum czasu? Ot, tyle żeby sypnąć trochę karmy, lub nałożyć czegoś tak banalnie prostego, jak twaróg, lub kawałek mięsa. Kto by tam w takiej sytuacji myślał o oprószeniu psiego obiadu spiruliną, czy urozmaiceniu go świeżymi borówkami? W takie dni sięgam po Pokusę. I mam pewność, że Bubie niczego nie brakuje. Cieszę się, że ktoś w końcu wymyślił taki dodatek, który mogę mojemu psu podawać z czystym sumieniem. Zupełnie, jak gdybym sama zrobiła tę mieszankę.

PS Pokusa ma również wyjątkowe walory smakowe. Buba niemalże zjadła ją razem z tekturowym opakowaniem ;)

Crumble z Pokusą


Ten przepis powstał dosyć spontanicznie. Zmieszałam ze sobą wszystkie składniki chcąc zrobić coś na kształt kruchych ciastek z płatków. Otrzymałam coś o niebo lepszego. Crumble z Pokusą jest tak aromatyczne, że ślinotoku dostała nie tylko Buba. Połamane na kawałki może być przechowywane nawet miesiąc i służyć za smaczek na spacerze. Drobniej pokruszone i zalane jogurtem świetnie sprawdzi się, jako psie danie na szybko. Idealny przysmak na letnie wyjazdy. A wykonanie banalnie proste.

Składniki:

  • szklanka płatków ryżowo-jaglanych POKUSA
  • 3 łyżeczki proszku POKUSA
  • 50 g masła
  • łyżka miodu
  • 3 żółtka
  • szklanka mąki pszennej

Masło i miód rozpuszczamy w garnuszku. Dodajemy do pozostałych składników i drewnianą łyżką mieszamy tak długo, aż powstanie w miarę jednolita masa. Przekładamy ją na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i formujemy placek o grubości kilku milimetrów. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 210 stopni przez 15 minut. Po wyjęciu pozwalamy ostygnąć, po czym łamiemy na mniejsze kawałki.

środa, 8 lipca 2015

O podglądaniu żurawi, elastyczności czasu i dziewczynie z miasta

Nasze życie sprowadziło się do minimum. Minimum ubrań, minimum szklanek i talerzy, minimum przedmiotów w ogóle. I im mniej ich przy sobie mamy, tym prostsze wydaje się nasze życie. Powidła duszę w tym samym garnku, w którym później gotuję zupę. Chodzę cały czas w tych samych, wytartych dżinsach i tylko trzy bluzki mam na zmianę. I jedną ładniejszą sukienkę "na niedzielę". Darek ograniczył się jeszcze bardziej. Tylko koszulki zmienia. Jedną piorę, drugą zakłada. Telewizora nie mamy i zupełnie za nim nie tęsknimy. Bo i co mielibyśmy oglądać, skoro wystarczy o świcie wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć żurawie na pobliskim drzewie, jak wypatrują w stawie swojego śniadania.

No, dobra. O świcie przez okno wyglądam ja. Darek smacznie chrapie. Mówi, że dawno nie spało mu się tak dobrze, jak tu- na wsi. Nic dziwnego. Tu w środku nocy karetka nie jeździ na sygnale pod oknem, a przez uchylone okno do pokoju nie wpada smog, tylko zapach wilgotnej od porannej rosy ziemi.


Z ręką na sercu przyznaję- trochę obawiałam się przeprowadzki na wieś. Co innego Darek- myślałam. - On wychował się niedaleko stąd i tak na prawdę wraca do siebie. A ja? Ja wyrosłam na robotniczym osiedlu w Koszalinie. Malutkie to miasto, ale miasto. Zamiast po łąkach i polach- biegałam w dzieciństwie po torowisku i parkingach. W chowanego bawiliśmy się nie w lesie, ale na ulicy. Obawiałam się, że doznam jakiegoś szoku klimatycznego. Że nie będę wiedziała, co począć z czasem. Że będę tęskniła za miejskim gwarem i kontaktami towarzyskimi. Moje obawy były zupełnie niepotrzebne.

Jesteśmy na wsi od trzech tygodni. I choć jesteśmy tu tylko jedną nogą (czeka nas jeszcze ogromny remont, podczas którego będzie się trzeba przenieść z powrotem do miasta oraz budowa naszego domu, gdy będziemy gośćmi w wyremontowanym dworku mojej mamy i jej męża) zdołaliśmy już wrosnąć w to miejsce i zgrać się z jego rytmem, jak gdyby to był nasz rytm od samego początku. I może nawet nie zauważyłabym tej zmiany, gdyby nie nagły nadmiar czasu. 


Budzę się o świcie (naprawdę podglądam te żurawie) i chodzę wcześnie spać. A w czasie pomiędzy tymi dwiema czynnościami jest miejsce na wszystko. Na pisanie i pracę oraz na poranną kawę przy akompaniamencie ptaków. Na zakupy na pobliskim bazarku i robienie przetworów na zimę. Na spacery z psem i rozmowy z bliskimi. Na sprzeczki rodzinne i wylewne pojednania. Na żarty i śmiech oraz na romantyczne chwile we dwoje. Wspólnymi siłami udaje nam się jeszcze pozałatwiać codzienny milion spraw związany z remontem, odnawianiem zabytkowego parku i planowaniem hotelu. 


Jak to jest możliwe, że ten sam czas jest tutaj tak zupełnie inny niż w mieście? Bardziej elastyczny i pojemny. Bardziej wyrozumiały i bardziej życzliwy. Nie wiem. Ale po woli przestaję pamiętać, że jestem z miasta. Moja ostatnia wizyta w pobliskim sklepiku to potwierdza. 

- Pani sobie jeszcze weźmie tych rzodkiewek- powiedziała konspiracyjnym tonem Pani Sprzedawczyni. - Są pyszne. A jutro sobota. Warszawiacy się zjadą do swoich działek i wszystko wykupią. Pani sobie weźmie tych rzodkiewek, dopóki są.
- Wezmę, wezmę. Chociaż, w sumie, to może nie powinnam. Bo ja też z Warszawy.
- A skąd! Pani to nie z Warszawy. Pani nasza!

Błogosławione poczucie bycia zaakceptowanym. Amen.