wtorek, 26 maja 2015

Słodko-gorzki smak grejpfrutu, czyli Dzień Matki

Dzisiaj kwiaciarnie uginają się od zamówień, a w sklepie osiedlowym można w promocyjnej cenie dostać róże z czekolady. To ten dzień, gdy spieszymy się do Niej, czy to telefonicznie, czy też na własnych nogach tylko po to, by powiedzieć: "Kochana mamo, wszystkiego najlepszego".

Dla mnie ten dzień zawsze był, jak owoc grejpfrutu. Słodko-gorzki. Większość Dni Matki spędziłam bez mamy.

Gdy byłam mała, mama postanowiła wyjechać za granicę. I już nie wrócić. Tata nie chciał wyjeżdżać. I tak się rozstali.

Pamiętam szkolne występy z okazji tego święta. Pamiętam głowy zgromadzonych mam, które widziałam z prowizorycznej sceny w sali gimnastycznej. Pamiętam ten las brunatnych i blond koków i loków, i gdzieś pomiędzy nimi siwą główkę mojej babci. Ktoś przecież musiał mamę zastąpić.

Pamiętam listy, które pisałam. Starannie rysowałam na papeterii linie ołówkiem, a później starałam się nie wychodzić za daleko ze swoim artystycznym podejściem do kwestii pisania. Pamiętam, jak tata sprawdzał pisownię, poprawiał po mnie błędy i dopiero wkładał list do koperty, razem z kartką zapisaną przez siebie. Nie było mowy o żadnej fuszerce.

Pamiętam, jak przestępowałam z nogi na nogę, gdy w gdańskiej przystani promowej czekaliśmy na mamę. Cała byłam jednym, wielkim wyczekiwaniem i myślałam, że wybuchnę z podekscytowania. A prom wpływał do redy powoli i dostojnie, zupełnie się nie spiesząc. Takich ludzi czekających na brzegu widywał codziennie setki.


Trochę wody w rzece życia upłynęło, a wszystko, co mnie po drodze spotkało, nauczyło mnie jednego. Że świat nie jest czarno-biały. O, nie. Świat maluje się wszystkimi odcieniami szarości.

Dziś wiem, że przeprowadzka za granicę nie była jedynym powodem rozstania rodziców. Gdy rozchodzą się dwa serca, które tak mocno się kochały, powód nigdy nie jest oczywisty.

Dziś wiem też, że nie mam żadnego prawa oceniać moich rodziców. Sama podejmowałam już trudne decyzje w swoim życiu i wiem, że raczej nikt nie robi tego dla sportu.

W końcu wiem, że choć przez te wszystkie lata mama była daleko i nie dane nam było przejść wspólnie przez moje dorastanie, to teraz- już jako w pełni ukształtowana dorosła kobieta- mam szansę ten czas... Nadrobić? Nie. Napisać od nowa. 

Więc spieszę się do Ciebie, by Ci powiedzieć, że Cię kocham i dziękuję, że znowu jesteś w moim życiu.


piątek, 22 maja 2015

Ja, ty i 2 psy w mieście kultury

Promocja książki "Przysmaki na psie smaki" trwa!

Ostatnio o książce, ale nie tylko poczytacie w wywiadzie dla portalu Miasto Kultury. Tekst wywiadu poniżej. A link do tekstu TUTAJ.

---------------------------------------

„Do polityki bym psów nie wysyłała”

12 MAJA 2015

Autorka pierwszej w Polsce książki z przepisami dla psów przekonuje, że czworonogi potrafią być bardziej kulturalne niż ludzie i zasługują na szacunek. A także na tort, ciasteczka i żelki.

Książka kucharska dla psów, a w niej ciasteczka, paszteciki, zupki, żelki, a nawet tort – czy to nie ekstrawagancja?
To zależy, co rozumiemy przez ekstrawagancję. Znam ludzi, dla których ekstrawagancją jest to, że pies w ogóle ma swoją miskę, a nie wiadro na pomyje. Nie popadajmy jednak w skrajności. Mój pies nie jada tak wykwintnych dań na co dzień. Książkę można traktować z przymrużeniem oka, ale pomysły na przysmaki mogą okazać się przydatne, jeśli chcemy żywić naszego psa zdrowo. I smacznie.
Nie mogę powstrzymać się od pytania, czy te potrawy mogą jeść także właściciele czworonogów?
Darek, mój narzeczony, kiedyś się pomylił i schrupał całą miseczkę serowych krakersów naszej labradorki Buby. Stwierdził, że smaczne, tylko trochę mało doprawione (śmiech).
Ale o dodaniu soli do psiego jedzenia nie ma mowy. W książce jest zresztą czarna lista produktów – jak czekolada czy winogrona – których pies powinien unikać jak ognia. Co z właścicielami czworonogów, których nie stać na karmienie psa parmezanem i łososiem? 
Sposób jest bardzo prosty. Sama stosuję go na co dzień i nie odczuwam dodatkowego obciążenia domowego budżetu. Wystarczy zabrać na zakupy większy koszyk i kupować te same produkty, których użyjemy do przygotowania naszego posiłku. Jeśli chcemy na obiad zrobić schabowe, kupmy więcej schabu. Możemy poprosić w sklepie o „brzydszy” kawałek mięsa w niższej cenie. Taki z żyłkami i ścięgnami. Dla psa to nie lada gratka, bo uwielbia żuć. Wystarczy ten kawałek mięsa ugotować i połączyć z ziemniakami i warzywami, które sami zjemy na obiad. Pamiętajmy tylko, jak Pani wspomniała, by psiego obiadu nie solić. Doprawiać możemy odrobiną świeżych ziół, ale już nie ostrymi przyprawami, jak pieprz czy papryka. Psi obiad można też przygotować w większej ilości i zapas trzymać przez kilka dni w lodówce lub zamrozić. Ważne, aby psie jedzenie miało temperaturę pokojową, jak posiłki małych dzieci.
Zuzanna Ingielewicz, Przysmaki na psie smaki. Wyd. Jaguar
Zuzanna Ingielewicz, Przysmaki na psie smaki. Wyd. Jaguar
 Czy przepisy z książki da radę przyrządzić matka z dwójką dzieci, która wraca z pracy o 17?
Sama pracuję prawie na dwóch etatach. Poza prowadzeniem z narzeczonym studia architektury wnętrz, rozkręcamy nowy projekt z branży hotelowej.     Uwielbiam siedzieć w kuchni i pichcić, ale faktycznie, zwykle nie mam na to dużo czasu. Tak więc to, co ląduje w psiej, misce musi być stosunkowo szybkie i łatwe do przygotowania. Nie jest to wcale takie trudne. Gotowanie dla ludzi zwykle zabiera więcej czasu, bo potrawę musimy doprawić i odpowiednio podać. Psich dań nie przyprawiamy. Nie musimy się też przejmować ich podaniem. Zdjęcia w mojej książce są oczywiście odpowiednio wystylizowane, inaczej nie byłyby ładne. Na co dzień wystarczy wrzucić do psiej miski trochę ugotowanego mięsa, dodać nieco warzyw i kaszy i skropić oliwą. To zajmuje raptem chwilę.
Która z potraw będzie najlepszą propozycją na obiad dla pieska w trakcie letnich miesięcy?
Latem możemy podawać psi posiłek lekko schłodzony. Świetnie sprawdzi się upieczony filet indyczy, który możemy przygotować w większej ilości i przechowywać w lodówce. Przed podaniem mięso wystarczy pokroić, wymieszać z warzywami i odrobiną dobrego oleju roślinnego.
Już od kilku lat prowadzi pani bloga o psach, odżywianiu i lifestyle’u. Strona cieszy się popularnością, mimo że w sieci roi się od portali poświęconych podobnym tematom. Jak robić to skutecznie?
Nie mam pojęcia! Blog Ja, Ty i 2 psy jest nietypowy, bo piszę nie tylko o psach, ale o wszystkim, co stanowi naszą codzienność – o gotowaniu, o nas i naszych potyczkach ze światem, o ciekawych projektach. Nazywam go blogiem domowym. Od początku robię to z wewnętrznej potrzeby i nie myślę o zarabianiu choć wiem, że wielu blogerów zarabia na swojej pracy. Ja zwyczajnie nie mam do tego głowy. A mimo to „chwyciło”. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. W książkę, w poczytność bloga. I cieszę się jak dziecko z każdej wiadomości od czytelników.
Postawię Panią w odwrotnej sytuacji, gdzie to Pani jest odbiorcą. Wchodzi Pani do księgarni po książkę kucharską z różnymi przepisami. Półka „Kulinaria” ugina się od propozycji. Wszystkie wydania – obszerne, kolorowe, apetyczne; piękne zdjęcia i zachęcające opisy. Jaka musi być książka kucharska, żeby zdecydowała się Pani na zakup?
Prawdziwa. Zwracam uwagę na fotografie prezentowanych potraw – uwielbiam piękne i klimatyczne zdjęcia ciast i pieczeni, urocze stylizacje stołów. Ale nie znoszę fałszu. Udawania. A najbardziej nie lubię nadęcia. Lubię domowe przepisy na dania pyszne, ale nie udające potraw z najdroższych restauracji, które nawet nie wiadomo, jak zjeść. Wykwintne i skomplikowane dania niech pozostaną w restauracjach. W domu ma być prosto, swobodnie i smacznie.
Myślę, że obecność zwierząt w kulturze jest wprost proporcjonalna do ich obecności w życiu człowieka. Jeśli dany twórca, artysta, pisarz, reżyser, etc., jest miłośnikiem psów, to prawie na pewno, wcześniej czy później, pies pojawi się w jakimś jego dziele.
Wdomowej kuchni potrafi być smacznie do tego stopnia, że ciężko wręcz przestać jeść. Czy psy mogą być uzależnione od jedzenia?
Niestety tak. Jedzenie to jedna z największych psich pasji. Zdarzają się psy niejadki, ale nawet one mają swoje ulubione przysmaki, dla których zrobią niemal wszystko. I nie ma w tym nic złego, jedzenie jest przyjemnością. Sama mam labradora i wiem, że gdyby mu pozwolić, to by jadł i jadł. Zupełnie jak Kubuś Puchatek. Problem pojawia się wtedy, gdy poza jedzeniem psiaki nie mają innych ciekawych wrażeń w swoim życiu. Jeśli nasz pies nie chodzi na długie spacery połączone z zabawą i zawieraniem psich znajomości, a w domu zajmujemy jego uwagę głównie jedzeniem i przysmakami, może popaść w apatię, nie mówiąc już o nadwadze. Przyzwyczai się do tego, że jedzenie to jego jedyne źródło radości.
Tort marchewkowo-orzechowy.  Fot. Zuzanna Ingielewicz
Tort marchewkowo-orzechowy. Fot. Zuzanna Ingielewicz
Powróćmy do zdjęć potraw. Książka „ Przysmaki na psie smaki” ma piękne fotografie, których jest Pani autorką. Ukończyła Pani jakiś kurs fotografowania? 
Pod tym względem jestem amatorką. Moja przygoda z fotografią kulinarną rozpoczęła się razem z blogiem i dziś, gdy przeglądam pierwsze posty, to łapię się za głowę. Zapisałam się kiedyś na kurs, ale po pierwszych zajęciach zrezygnowałam. Chyba tak już mam, że do wszystkiego lubię dochodzić sama i we własnym tempie. Uwielbiam przeglądać ulubione magazyny i książki kulinarne i dociekać, co i jak zostało sfotografowane. Zdaję sobie sprawę z własnych ułomności fotograficznych i właściwie nigdy nie jestem ze swoich zdjęć zupełnie zadowolona. Zawsze coś bym poprawiła. Ale też uważam, że najlepsze zdjęcia to właśnie te „nieidealne”. Jeśli coś wiem o fotografii, to właśnie to, że nie chodzi w niej o perfekcyjne odzwierciedlenie rzeczywistości, ale o to coś nienamacalnego. O tworzenie nastroju, przywoływanie skojarzeń i wywoływanie domysłów. A jeśli chodzi o książkę – Bogu dzięki za profesjonalne zdjęcia psiaków wykonane przez Karolinę Nikoniuk. Dzięki nim książka nie jest szczytem amatorszczyzny (śmiech).
Jest Pani zbyt skromna, fotografie są apetyczne, o to chodziło! Skoro rozmawiamy o tak kulturalnym temacie jak fotografia, czy interesowała się Pani tematem obecności zwierząt w sztuce? Co zwierzęta wnoszą do kultury? 
Myślę, że obecność zwierząt w kulturze jest wprost proporcjonalna do ich obecności w życiu człowieka. Jeśli dany twórca, artysta, pisarz, reżyser, etc., jest miłośnikiem psów, to prawie na pewno, wcześniej czy później, pies pojawi się w jakimś jego dziele.
Czy ma Pani ulubioną książkę lub film z psim bohaterem?
Myślę, że większość z nas mogłaby wyliczyć przynajmniej paru takich psich bohaterów. Od wiernej Lessi, po wiecznie skwaszonego, ale uroczego buldoga z serialu „Gliniarz i prokurator”. Od salonowych piesków uwiecznianych na obrazach z epoki neoklasycyzmu, po psiaki występujące obecnie w reklamach. Za każdym razem gdy zastanawiam się nad tym, co sprawia, że pies jest największym przyjacielem człowieka (bo jest!), myślę o Hachiko. Po obejrzeniu filmu o tym wyjątkowym psie płakałam przez całą noc. I byłam wściekła. Na psy właśnie. Bo kochają nas tak bezgranicznie i są nam tak wierne, że ich oddanie skazuje je na cierpienie. Gdyby miały choćby odrobinę z naszego ludzkiego wyrachowania, potrafiłyby się przed tym cierpieniem uchronić. Wierność psa to jego najpiękniejsza cecha. I jednocześnie jego przekleństwo.
Czy zwierzęta bywają bardziej kulturalne od ludzi? Czy okazują uczucia sobie nawzajem?
Świat psich emocji jest przebogaty. Nam może się wydawać, że dwa psy, które się mijają, jedynie się obwąchują. W rzeczywistości występuje między nimi złożona wymiana sygnałów, która rozpoczyna się już w momencie, gdy się zauważą. Obowiązuje też przejrzysty kodeks mówiący, co komu wolno, a czego lepiej nie robić. No i oczywiście hierarchia. Obserwując czasami nasze dwie sunie mieliśmy wrażenie, że przyglądamy się prawdziwemu spektaklowi z aktorskimi rolami. Do zabawnych sytuacji dochodziło, gdy młodsza Buba o mentalności wiecznego dzieciaka zapominała się, lub próbowała przekraczać pewne zasady, dla wypróbowania stanowczości starszej Mai. Funkcjonowała na przykład niepisana zasada, że po przyjściu ze spaceru to Maja pierwsza podchodziła do miski z wodą i piła. Gdy pewnego razu Buba postanowiła zagrać ważniaka i pierwsza podbiegła do wodopoju, Maja najzwyczajniej w świecie ją odepchnęła. Zrobiła to bez agresji, ale w taki sposób, że nie było wątpliwości co do tego, kto tu rządzi.
Czyta Pani książki o psach? Na przykład poradniki?
Być może, jako autorka książki o psach, strzelam sobie teraz w nogę, ale rzadko kiedy sięgam po taką literaturę. Nie dlatego, że mnie ten temat nie interesuje, bo jest wprost przeciwnie. Niestety w księgarniach w dziale poświęconym psim tematom zwykle można znaleźć naiwne pozycje. Ich naiwność polega przede wszystkim na przekonaniu, że pies to jakiś problem matematyczny, na który istnieje proste rozwiązanie. Tak nie jest. Każdy pies jest inny i o każdego musimy dbać indywidualnie. Nie powinniśmy też dać się ponieść obowiązującym modom, które przemijają. Pamiętam, że kilka lat temu była moda na szkolenie psów klikerem. Wszyscy na potęgę kupowali klikery, wierząc, że to uczyni ich psy grzecznymi. A tak na prawdę żaden kliker nie załatwi sprawy, jeśli nie będziemy z psem spędzać czasu i rozwijać naszej relacji z nim. Jest jednak jedna książka dotycząca właśnie tej relacji, jaką mogę polecić w ciemno. A właściwie książki Jan Fennell. Dzięki tej autorce tak naprawdę zrozumiałam swoje psy.
Niestety w księgarniach w dziale poświęconym psim tematom zwykle można znaleźć naiwne pozycje. Ich naiwność polega przede wszystkim na przekonaniu, że pies to jakiś problem matematyczny, na który istnieje proste rozwiązanie. Tak nie jest.
Czy fakt, że ktoś posiada psa lub kota, zmienia jego wizerunek w oczach ludzi na plus?
Och, z tym „na plus” to różnie bywa. Ja częściej spotykam się raczej z negatywnym odbiorem. A jeśli nie negatywnym, to w każdym razie raczej prześmiewczym. Mam wrażenie, że właścicieli psów lub kotów traktuje się trochę jak takich nieszkodliwych wariatów. Miejska przestrzeń też nie zawsze jest psiarzom przyjazna. Wszędzie te tabliczki i ogrodzenia. To chyba wynika z wciąż panującego u nas przekonania, że przyjaźń z psem to jakaś fanaberia.
Znaczy że to my, Polacy, żyjemy z takimi uprzedzeniami?
W Szwecji, do której często podróżuję, psa traktuje się jak normalnego obywatela. Na przykład nie zostawia się go uwiązanego pod sklepem. Przecież nie robi się tak z dziećmi, za które odpowiadamy. A u nas? Proszę sobie tylko wyobrazić minę pani ze sklepu osiedlowego, gdy spróbujemy wejść po zakupy razem z psem. Prawdopodobnie pomyśli, że zwariowaliśmy. Na szczęście sytuacja zmienia się na plus. Mam wrażenie, że wiele w tym zasługi świadomych właścicieli psów, którzy pojawiają się z czworonogami w różnych miejscach i pokazują, że pies fajny jest. Pomaga niepełnosprawnym, rozwija wrażliwość dzieci, motywuje nas do aktywności, wypełnia dom radosnym merdaniem ogona.
Jeśli słowo „pies” wywołuje tak pozytywne konotacje, to może np. politycy powinni wykorzystywać swoich pupili w kampaniach wyborczych?
Do polityki bym psów nie wysyłała. Jeden pies w sejmie już był i raczej nie dodał swojemu panu politycznego splendoru, a jedynie wywoływał uśmieszki i żarty.
Nie do śmiechu jest natomiast temat psich kup na miejskich trawnikach. Wielu mieszkańców miast ma pieski i boryka się z tym problemem, że wszędzie tylko tabliczki i zakazy, nie ma gdzie wyprowadzić psa, żeby nie trząść się z woreczkiem przed strażą miejską. Pytanie: sprzątać, nie sprzątać? 
Psie kupy trzeba sprzątać, jasne. Bez względu na to, czy po trawniku ktoś chodzi, czy nie. Bo tak jest po prostu czyściej i ładniej. Gdyby nasz pies pozostawił po sobie prezent w domu na dywanie, to sprzątniemy. Trawniki to takie miejskie dywany. Wspólne dywany. Miasto jest wspólne i wspólnie musimy o nie dbać. Ale jeśli chodzi o tą niechęć ze strony innych mieszkańców (nie posiadających psów), to rzeczywiście jest to spory kłopot. Sama bardzo często pakuję psa do bagażnika i jadę na spacer gdzieś za miasto. Żeby mieć święty spokój i nie słuchać tych wszystkich komentarzy typu „psa to się do lasu wyprowadza”. Nie każdy z nas ma możliwość chodzić z psem na spacer do lasu i musimy się po prostu jakoś dogadać. Było mi niezmiernie przykro, gdy sąsiedzi złościli się na mnie, widząc, jak wyprowadzam naszą Majcię na trawnik „osiedlowy”. Ich nie obchodziło to, że Maja jest ciężko chora i fizycznie nie da rady pójść dalej, a ja nie mam sił, by ją tam zanieść. Nie obchodziło ich też to, że po Mai zawsze sprzątałam. Ważne było tylko to, że na osiedlowym trawniku wbita jest tabliczka, a ja ewidentnie robię jej na przekór.
Niedawno gazeta Metro opublikowała artykuł krytykujący właścicieli psów, którzy „bawią się” w przebieranie swoich czworonogów. Np. za pawia, jeźdźca czy rock’n’rollowca. Czy Pani również skrytykuje takie zachowania?
Nie widzę nic złego w takich przebierankach, o ile pies jest przebierany tylko na chwilę i traktuje to jako świetną zabawę. Niektórzy rodzice przebierają swoje dzieci, np. do zdjęć i raczej nikogo to nie oburza. Sama Buby nie przebieram, bo wiem, że stanowiłoby to dla niej spory dyskomfort. Buba nie lubi mieć na sobie niczego, co krępuje jej tułów. Problemem są nawet szelki. Ale już na przykład moja znajoma specjalizuje się w psiej fotografii i swoje psy bardzo często przebiera w różne kostiumy. Robi to tylko na potrzeby sesji, a jej psiaki są do tego przyzwyczajone i traktują to jako świetny sposób spędzania razem czasu. Pestkę przebraną za kowboja znajdziecie w książce. Zapewniam, że przy okazji robienia zdjęcia nie stała jej się żadna krzywda. Problem pojawia się, gdy nasz kaprys staje się dla psa uciążliwy, a nawet niebezpieczny. Tu szczególnie musimy uważać na dzieci, bo ich kreatywność jest nieograniczona. Jakiś czas temu forami o psiej tematyce wstrząsnęła historia małej dziewczynki i jej psa. Pies był traktowany jak konik i dosiadany na zrobionym na wymiar siodle. Miał nawet uzdę, która pokaleczyła mu zęby. Nie sądzę, żeby takie przebieranki sprawiały psu radość.
Nie byłoby NAS, gdyby nie staruszka Maja. Darek był pierwszym moim chłopakiem, którego zaakceptowała. Na wszystkich innych warczała, bez wyjątku. A Darkowi na dzień dobry przyniosła swoją pluszową krówkę.
Na 15 urodziny Majki, których piesek niestety już nie doczekał, zorganizowała Pani akcję zbierania prezentów dla psiaków ze schroniska i sama przekazała Pani rzeczy Majki dla Azylu Pod Psim Aniołem. Czy zgodzi się Pani z głosami miłośników zwierząt, którzy krytykują kupowanie psów na targach i wystawach, a w zamian postulują przygarnianie psich sierot ze schronisk?
To trudny temat. Powiem tak: w świecie idealnym każdy pies miałby dom i własną rodzinę. Ale tak nie jest. Myślę, że zwłaszcza w naszym kraju, gdzie problem bezdomności psów jest wciąż duży, lepszym rozwiązaniem jest adopcja ze schroniska. Ale to decyzja indywidualna i trzeba ją dokładnie rozważyć. To adopcja, jak każda inna. Bierzemy pod swoją opiekę drugą istotę, która nie potrafi troszczyć się sama o siebie. Zdarza się, że psiaki schroniskowe są po trudnych przejściach. Adoptowanie ich oznacza, że będziemy musieli razem z nimi poradzić sobie z efektami tych trudności. A to może wymagać czasu i doświadczenia. Bez względu jednak, z jakiego źródła adoptujemy psa, bądźmy bardzo dociekliwi i przyjrzyjmy się osobie, która nam psa oferuje. Celowe rozmnażanie psów dla celów tylko i wyłącznie zarobkowych jest ogromnym problemem. To okropne, ale niektórzy traktują czworonogi jak maszyny do produkcji kolejnych miotów szczeniąt. Jeśli trafimy na takich zwyrodnialców, powinniśmy natychmiast poinformować o tym odpowiednie fundacje lub stowarzyszenia.
Co sądzi Pani o psich cmentarzach?
Wolałabym się na ten temat nie wypowiadać, bo to osobista sprawa każdego właściciela zwierzęcia.
Czy po śmierci Majki zamierza Pani powiększyć psią rodzinę?
Zdecydowanie tak. Chcemy adoptować psiaka ze schroniska. Ale musimy jeszcze chwilę poczekać. Przymierzamy się właśnie do przeprowadzki na wieś, a nie chcielibyśmy, żeby psiak, którego adoptujemy, musiał nagle zmieniać miejsce zamieszkania, bo to dodatkowy stres. Myślimy też o prowadzeniu w przyszłości domu tymczasowego. Na wsi będziemy mieli do tego warunki. A każdy dom, choćby tymczasowy, jest lepszy niż schroniskowy boks.
W jaki sposób obecność psów ukształtowała relacje w Pani rodzinie, jak wpłynęła na więzi, uczucia?
Nie byłoby NAS, gdyby nie staruszka Maja. Darek był pierwszym moim chłopakiem, którego zaakceptowała. Na wszystkich innych warczała, bez wyjątku. A Darkowi na dzień dobry przyniosła swoją pluszową krówkę.
Dziękuję za rozmowę. 

Mini torcik serowy dla psa, czyli dlaczego omlet był taki mały

- Pyszne było - powiedział Darek po zjedzeniu swojego ulubionego śniadania. Na talerzu zostały tylko okruszki po omlecie. - Tylko... Dlaczego mój omlet był taki mały?

Zasznurowałam usta i spojrzałam wymownie na Bubę. Pies oblizywał się od ucha do ucha.

- A pamiętasz ten tort urodzinowy, który Buba dostała przed śniadaniem?
- No pewnie, że pamiętam. Wtrząchnęła, aż jej się uszy trzęsły.
- Tort był z omletu.

I tak oto uczciliśmy w tym tygodniu 5-te urodziny Buby mini tortem. Spody do torciku powstały niestety kosztem naszego śniadania ;)

Pomysł na taki torcik przyszedł mi do głowy dosyć spontanicznie. Dzień był zabiegany. Wiedziałam, że nie będę miała czasu na zrobienie czegoś bardziej skomplikowanego, uszczknęłąm więc odrobinę ciasta na omlet i przygotowałam mały omlecik, z którego wycięłam kieliszkiem spody. Przełożyłam je ukręconym twarożkiem (można użyć naturalnego serka) wymieszanym z łyżeczką oleju kokosowego i łyżeczką miodu. Całość posypałam ziarnami sezamu. I tyle :) Buba wciągnęła swoim językiem torcik do paszczy i nawet nie nakruszyła.

Torcik można też przygotować nieco większy. Wystarczy przygotować większy omlet i wyciąć spody szklanką. Pamiętajcie tylko o jednym. Jeśli chcemy się podzielić naszym omletem z psem, to nie możemy dodawać do niego soli.

A nasz przepis na omlet znajdziecie TUTAJ.


środa, 20 maja 2015

Uff...

Mój mężczyzna jest dzielny i zaradny. Niczego się nie boi i nic nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. No, chyba że wizyta w ogromnym sklepie z zabawkami w poszukiwaniu Kena do urodzinowej kolekcji lalek małej Zosi.

- Czy możemy stąd już iść?
- Ale jeszcze nie znaleźliśmy Kena.
- Jego tu nie ma. Chodźmy już.
- Na pewno jest. Chodź. Powinien być na końcu sklepu po prawo.

Gdy znaleźliśmy poszukiwaną lalkę dokładnie tam, gdzie nas poprowadziłam, Darek spojrzał na mnie z nieskrywanym szacunkiem.

- Skąd wiedziałaś, że tu będzie?
- Kochanie, nie od dziś wiadomo, że mam znacznie lepszą orientację w terenie niż ty. Musisz mi po prostu bardziej ufać.
- Oj, tak. Uff... Uff...
- Co ty robisz?
- Uffam ci.

źr. /pinterest/

wtorek, 19 maja 2015

O, matko! O, Jezu! O, Boże! Czyli o łazienkowej hodowli żyjątek w słoiku

- Co tu tak wali? - pyta Darek wchodząc rano do łazienki.

Przybiegam zaniepokojona mając w duchu nadzieję, że to nie kolejny problem z kanalizacją. Środek tygodnia, Darek leci na spotkanie z klientem, ja mam mnóstwo papierkowej roboty (w sumie to komputerowej)- jeszcze nam tylko hydraulika brakuje.

- Co wali? - pytam zaniepokojona wchodząc za Darkiem do naszej tyciej łazieneczki.

- No wali. Powiedziałbym, że brzydko pachnie, ale to by było sporym niedopowiedzeniem.

Rozglądam się po łazience i węszę. Buba też zagląda zaciekawiona i niucha. Co, jak co, ale na różnych smrodkach, to ona się zna najlepiej. Widząc, jak Buba zmierza za swoim nosem w kąt łazienki, padam na kolana i łapię się za głowę.

- O, matko! - krzyczę nagle, uświadamiając sobie, co się stało. - Zapomniałam o NIM!
- O, Jezu! O kim?!
- Jak mogłam mu to zrobić? Cholera, zapomniałam o nim na całe trzy dni.

Przerażony Darek spogląda to na mnie, to na słoik, nad którym się nachylam. Widząc, jak podnoszę słoik z ziemi najdelikatniej, jak się da, nie wytrzymuje i pyta:

- O, Boże! Co ty tam miałaś? Jakiegoś chomika?
- Co? - pytam zdziwiona. - Jakiego chomika? A po co mi chomik? Zakwas miałam. Wyjęłam go z lodówki trzy dni temu, żeby upiec chleb i o nim zapomniałam.

Darek patrzy na mnie wściekle, ale jednocześnie się rozluźnia.

- Och, jak ja cię uwielbiam - mówi. - Ciebie i ten twój zakwas. Już mi kawy nie trzeba.

źr. /pinterest/

poniedziałek, 18 maja 2015

Robaczki, robaczki...

Targi, targi i po targach :) 

Wróciliśmy wczoraj do domu z zakwasami, które niestety do wypieku domowego chleba się nie przydadzą. Łydki bolą nas jeszcze od biegania między stoiskami. Też tak macie, że jak się Was ktoś pyta, co byście zrobili z wygraną w totka, to w Waszej głowie pojawia się obszerna lista książek, które w pierwszej kolejności byście kupili? No, właśnie. Och, jak ja wczoraj żałowałam, że jednak nie jestem milionerką. Tyle cudnych książek dotknęłam, obejrzałam i... Powąchałam :)

Dziękuję tym, co wpadli, kupili książkę, poprosili o podpis lub choćby dali się namówić na wypróbowanie naszych psich ciastek. Mam nadzieję, że Waszym psiakom (i kociakom) smakowało. Jeśli chcecie przygotować im takie pyszności we własnej kuchni, to nic prostszego. Zaglądajcie na bloga i podpatrujcie nasze proste i pyszne psiepisy. 

Ciacha, które zrobiłam na okazję Targów to znane i lubiane robaczki. Tym razem z pieczonym łososiem, rozmarynem i miodem. Wyjątkowe składniki, bo i okoliczność wyjątkowa :) Na Targach rozdawałam psie ciastka w kształcie psiaków i kociaków, ale przyznam szczerze, że ciasto jest zbyt wilgotne, by wykrawać je foremkami. Za dużo przy tym roboty. Najlepiej więc wykorzystać znaną już metodę robienia robaczków. Przepis na robaczki z tuńczykiem znajdziecie TUTAJ

Robaczki z pieczonym łososiem
(dla psa i kota też)


Składniki:
  • 200 g upieczonego łososia (zważonego po upieczeniu- zwykle piekę większy kawałek ryby i resztę, której nie wykorzystam do ciastek, zamrażam. Później dodaję do kolejnych ciastek lub wykorzystuję jako urozmaicenie psiego obiadu)
  • 100 g jogurtu naturalnego w typie greckim (gęsty jogurt)
  • łyżka miodu
  • 2 jaja
  • 3 łyżki oleju rzepakowego nierafinowanego
  • gałązka rozmarynu
  • szklanka mąki kukurydzianej
  • 2 szklanki mąki pszennej uniwersalnej
Przyda się:
  • blender
  • papier do pieczenia
Mąki wysypujemy na blat. Pozostałe składniki rozdrabniamy i łączymy ze sobą przy pomocy blendera. Powstałą w ten sposób masę dodajemy do mąki i wyrabiamy ciasto tak długo, aż stanie się elastyczne i nie będzie się kleić do blatu i rąk. 

Ciasto dzielimy na 4 porcje. Każdą rolujemy, jakbyśmy chcieli zrobić kopytka. Zrolowane ciasto rozwałkowujemy delikatnie tak, aby powstał długi pasek ciasta. Następnie kroimy ciasto na cienkie paski i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Możemy na naszych robaczkach porobić dodatkowe nacięcia, które ułatwią nam później przełamywanie ciastek na mniejsze części.

Pieczemy w temperaturze 200 stopni z termoobiegiem 10 minut. Bez termoobiegu- 12 minut. Po ostygnięciu przechowujemy ciastka w uchylonym pojemniku nawet 3 tygodnie. W lodówce- dłużej.

* Miód jest bardzo zdrowy dla psów. 

* Uwaga na kota, bo może psu podbierać te przysmaki.

* Z takich proporcji wychodzi sporo (nawet 70 ciastek). Jeśli chcecie przygotować mniejszą ilość- zmniejszcie składniki o połowę. 

piątek, 8 maja 2015

To zielone

- Co to? - pyta Darek przyglądając się szczegółowo składowi obiadu, który właśnie wylądował na talerzu.
- Kotleciki z indyka, młode ziemniaczki...
- A to zielone?
- Jarmuż.
- Czemuż?
- Bo zdrowy.
- Ale czemuż???
- Bo ma wiele witamin i minerałów i jest szczególnie polecany kobietom, które planują zajść w ciążę.
- A! No, to trzeba tak było od razu.

I zanim się zorientowałam, zielony jarmuż został jednym wprawnym ruchem zsunięty z jego talerza na mój. No i masz ci babo placek.

źr. /pinterest/

środa, 6 maja 2015

O zbieraniu truskawek, czyli gdzie nas można spotkać poza internetem

Wiosna, moi drodzy. Wiosna w pełni. Pies wraca ze spacerów coraz bardziej zziajany, my też jacyś tacy bardziej zabiegani. Ale i szczęśliwi. Pełni energii i zapału. Bo, co tu dużo gadać, dzieje się. Dużo się dzieje.

Z ogromną radością patrzę, jak moja praca zaczyna przynosić efekty. Blog istnieje zaledwie kilka lat, a do księgarń właśnie trafiła "blogowa" książka. Biegam i opowiadam o książce, gdzie tylko się da. Z radością odpisuję też na maile od Was- czytelników i wierzcie mi- staram się to robić systematycznie.

Powoli zaczynam też czuć się, jak ten rolnik, co właśnie zbiera z pola dojrzałe truskawki i już kombinuje, co by tu następnego posiać :)

Pomysłów jest mnóstwo, a teraz jest też wiele wiary w to, że mogą wypalić. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają się być szalone.

Ale skupmy się na razie na książce :) Poniżej krótka lista miejsc, w których będzie nas można spotkać w najbliższym czasie :)


Warszawskie Targi Książki (14.05 - 17.05)

17 maja, czyli w niedzielę będzie mnie można spotkać na Warszawskich Targach Książki, które odbędą się na stadionie narodowym. Szukajcie mnie na stoisku Wydawnictwa Jaguar (64/D9). Będziecie mogli zdobyć książkę, dedykację i skosztować naszych psich ciastek (a raczej zabrać ze sobą dla swojego psiaka). O ile mi wiadomo na teren targów z psami wchodzić nie można. A szkoda.

Urodziny Buby (20.05)

Piąte, okrągłe. Okazja by się spotkać, pobyczyć na trawce, poganiać za patyczkami. Buba jest dosyć nieśmiała wobec nieznanych jej psów, ale od odejścia Mai staramy się ją "rozkręcić". Właśnie nadarza się nie lada okazja do rozkręcania. W środę 20 maja, około godziny 16 zapraszamy na psią łączkę na Błoniach Kamionkowskich. Prezenty? Jak najbardziej mile widziane! Wszystko, co może się przydać wspieranemu przez nas schronisku prowadzonemu przez Fundację Azylu Pod Psim Aniołem.

Big Book Festival (14.06)

Czyli cudowny festiwal wielkiego czytania. Piszę i czytam z równą pasją, więc nie mogę takiego wydarzenia pominąć. Tym bardziej, że...
...W tym roku ustanawiamy nowy, nigdy wcześniej nie rejestrowany, optymistyczny i włochaty REKORD ŚWIATA W LICZBIE LUDZI I PSÓW CZYTAJĄCYCH RAZEM NA WOLNYM POWIETRZU.

Wystarczy, że weźmiecie ulubioną książkę (na miejscu będzie też można coś wypożyczyć), zabierzecie ze sobą psa i stawicie się w samo południe w centrum Warszawy. Po co? Żeby poczytać. W psim towarzystwie.

A my będziemy tam z książką i całym zapasem psich smakołyków. No, pies się przecież musi czymś zająć, jak Wy będziecie czytać ;)

NIEDZIELA // 14.06 // W SAMO POŁUDNIE // PASAŻ WIECHA

------------------------------------------------------

PS Urodziny Buby przełożone! Miało być urodzinowe spotkanko w parku dla Buby, a jest bucik na łapie. Pozdrawiam serdecznie Towarzystwo Amatorów Tłuczenia Szklanych Butelek pod moim blokiem. Kiedyś, słowo honoru, wsadzę Wam tę butelkę w ...

Bubowe urodziny musimy przełożyć, damy jeszcze znać na kiedy. Może sobota? Zobaczę, jak się będzie goić. Bieżące info na naszym blogowym FB.

poniedziałek, 4 maja 2015

O papierowej torebce pełnej psiego szczęścia, czyli kulki z wątróbką dla psa

Na majówkę w tym roku nie planowaliśmy nic szczególnego. Chcieliśmy wybrać się gdzieś za miasto i po prostu pooddychać świeżym powietrzem, poganiać za patykami (Buba) i napić się piwka ze znajomymi (Zuzia i Darek). Do ostatniego dnia sprawdzaliśmy prognozy pogody i załamywaliśmy ręce. Zapowiadano deszcz i ziąb. I gdy już pogodziliśmy się z myślą, że tych parę wolnych dni przyjdzie nam spędzić w mieście, zadzwonił telefon. Przyjaciele zaprosili nas do siebie, na wieś.

Spakowaliśmy ciepłe bluzy, kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy bez zastanowienia. Na wsi też można siedzieć w domu, gdy pada. Ale w doborowym towarzystwie nawet deszcz nam nie straszny. Gdy Darek pakował bagażnik naszego wysłużonego auta, ja pobiegłam do kuchni i szybko zagniotłam ciasto. Buba całą drogę śliniła się, jak najęta. Na tylnym siedzeniu, w papierowej torebce pachniały jeszcze cieplutkie kulki z wątróbką. Najszybszy przepis na psie ciastka, jaki mam w zanadrzu.

Kulki z wątróbkądla psa

Składniki:
  • 2 wątróbki indycze (lub 4 drobiowe)
  • szczypta świeżego rozmarynu
  • 2 jaja
  • łyżka śmietany
  • 50 g masła w temperaturze pokojowej
  • szklanka mąki pszennej (typ 500)
Wątróbkę gotujemy i studzimy. Ucieramy ją malakserem razem z pozostałymi składnikami oprócz mąki. Mąkę dodajemy na koniec i wyrabiamy ciasto. Powinno być sprężyste i dawać się formować ale może się delikatnie kleić do rąk. Jeśli jest taka potrzeba, podsypujemy mąką i dalej wyrabiamy.

Z ciasta formujemy w dłoniach małe kuleczki i rozkładamy je na papierze do pieczenia. Mogą być ułożone blisko siebie. Ciastka podczas pieczenie nie wyrastają, nie ma więc ryzyka, że się ze sobą skleją.

Kulki pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 15 minut. Przechowujemy je w lodówce nawet ponad tydzień. Z proporcji podanych powyżej wychodzi około 50 kulek.