niedziela, 26 kwietnia 2015

Coś romantycznego

- Kochanie, zróbmy dziś coś romantycznego we dwoje.
- Hmm. Co na przykład?
- Nie wiem. Zaskocz mnie.
- No, to może pojedziemy umyć samochód?
- ???

źr. /pinterest.com/

sobota, 25 kwietnia 2015

Nasze małe rytuały, czyli gryczane psie ciastka z pieczoną wołowiną i gruszką

Każdy ma jakieś przyzwyczajenia. Małe, codzienne rytuały, które wkradają się w naszą codzienność i czynią ją znośniejszą i bardziej udomowioną. Są jak ciepłe kapcie, które zakładamy zaraz po powrocie do domu i od razu czujemy się lepiej i jakoś tak bardziej bezpiecznie.

Uwielbiam moje ciepłe kapcie i uwielbiam te małe zwyczaje. Mam czasami wrażenie, że cały mój dom- to małe mieszkanko na warszawskim Gocławiu jest utkane z takich przyzwyczajeń.

Rano budzi mnie Buba. Zawsze przychodzi dać mi buzi. Wskakuje przednimi łapkami na łóżko z mojej strony i liże mnie w ucho. Darka nigdy nie budzi. I tak by nie wstał, śpioch jeden ;) Wychodzimy na spacer po cichutku, a kiedy wracamy, daję Bubie śniadanie i zaparzam kawę dla siebie i herbatę dla Darka. Nawet nie muszę się zastanawiać, jaką pije. To już rytuał.

Po śniadaniu siadam do pracy. Buba już wie, że to czas spokoju. Zawsze jednak przychodzi do mnie i kładzie mi łeb na kolanach, gdy jej wewnętrzny zegarek uzna, że już czas coś porobić. Gdyby nie ona mogłabym siedzieć przy pisaniu do wieczora. Jej wzrok wlepiony we mnie i pytający: "Co teraz porobimy?" Rytuał.

Gdy idę do kuchni przygotować obiad, Buba siada przy mnie i bacznie obserwuje każdy mój ruch gotowa złapać w locie wszystko, co przypadkiem spadnie z blatu. Darek zagląda do kuchni wiedziony za nos zapachem obiadu i żartuje z Buby, że chyba się u mnie szkoli na sous chef'a.

Po kolacji zwykle siadamy na kanapie. A Buba układa się w naszych nogach. Przyzwyczaiła się do tego tak bardzo, że teraz nawet już nie czeka, aż my usiądziemy. Wystarczy, że usłyszy, jak odsuwamy krzesło od stołu i już leży wyciągnięta przy kanapie, a my musimy się gimnastykować, żeby na kanapie usiąść nie rozdeptując jednocześnie psa. Rytuał :)

Całe mieszkanko i cały nasz dzień pełen jest naszych małych rytuałów. A w sobotę dochodzi jeszcze jeden, który wyjątkowo lubię. Zrywam się o 6 nad ranem, żeby wcześniej wyjść na długi spacer z Bubą i pojechać po spacerze na bazarek. Gdy wracam z torbą pełną świeżych zakupów, Darek dopiero się budzi, a Buba wsadza łeb do torby i dokonuje inwentaryzacji towaru. Wiem, czego szuka. Na bazarku kupuję również mięso.

Dziś sobota. Mój sobotni rytuał bazarkowy odbył się, a jakże! My zjemy dziś na obiad boeuf Stroganoff, a Buba wołowinę z warzywami. Specjalnie dla niej poprosiłam w mięsnym o brzydszy kawałek wołowiny. Taki z żyłkami i ścięgnami. Dostałam za pół ceny, bo przecież nikt inny tego nie kupi, a będzie się świetnie gryzło i żuło. Nieduży kawałek wołowiny upiekłam i... Zobaczcie sami.

Gryczane psie ciastkaz pieczoną wołowiną i gruszką


Składniki:
  • 140 g pieczonej wołowiny (odkroiłam mniej ładny kawałek z mięsa na nasz obiad)
  • gruszka
  • 3 łyżki oleju rzepakowego (najlepiej tłoczonego na zimno, ale może być też "zwykły")
  • 1/2 szklanki mąki gryczanej
  • 1 szklanka mąki pszennej typ 500
  • żółtko
  • łyżka gęstej śmietany 22 %
Przyda się:
  • papier do pieczenia
  • blender
Przepis, jak przystało na nasze psiepisy, bardzo prosty :) Kawałek upieczonej wołowiny (oczywiście bez soli i przypraw) ucieramy w blenderze razem z gruszką i olejem. Gruszkę warto umyć i pozbawić gniazd nasiennych i ogonka, ale nie trzeba jej obierać. Skórka rozetrze się w blenderze, a ma w sobie cenne wartości odżywcze i mnóstwo błonnika.

Masę dodajemy do pozostałych składników i wyrabiamy ciasto. Ciasto będzie się kleić, więc najlepiej wyrabiać je w misce. Surowe ciasto ma też niezbyt apetyczny zapach, ale nie bójcie się. Po upieczeniu nabierze mięsnego aromatu, w którym Wasze psiaki po prostu się zakochają.

Blachę do pieczenia przykrywamy papierem i rozkładamy na nim ciasto. Rozklepujemy i rozciągamy je tak, aby powstał placek grubości około pół centymetra. Na koniec wygładzamy placek zwilżoną dłonią.

Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 20 minut. Zaraz po wyjęciu z piekarnika kroimy placek w paski i dalej w kwadraciki dowolnej wielkości. Po wystygnięciu ciastka twardnieją. Mogą leżeć około tygodnia, w lodówce do 2 tygodni. Jeśli chcemy aby były jeszcze trwalsze, włóżmy je do piekarnika na dodatkowe 5 minut (już po pokrojeniu ich). Zapas ciastek możemy też zamrozić.



środa, 22 kwietnia 2015

O marzeniach małej Zuzi, czyli chlebek razowy z prażonym słonecznikiem

Nic tak nie cieszy, jak świeży chleb na śniadanie. Z ulubioną pastą z makreli, lub pyszną wędliną przywiezioną ze wsi. Chleb, który chrupie przy krojeniu i pachnie. I to jak pachnie. Pachnie dzieciństwem, bo teraz już się takich chlebów nie robi, w każdym razie nie na szeroką skalę. Dziś w sieciówkach możemy znaleźć ciepłe bułeczki i bochenki, które wysychają zanim doniesiemy je do domu, a smakują, jak tektura. Zapach mają, owszem, ale wolę nie wiedzieć skąd się bierze, bo na pewno nie ze świeżego zakwasu i dobrej mąki.

A kiedyś... Kiedyś razem z tatą wybierałam się w sobotę rano na zakupy i po drodze wstępowaliśmy do pobliskiej piekarni. Boże, jak tam pachniało! Jako dziecko marzyłąm o tym, by w przyszłości zostać pomocnicą piekarza. I wdychać ten zapach codziennie.

Dziś w piekarni nie pracuję, ale od jakiegoś już czasu mam w lodówce zapas własnego zakwasu i... piekę. Gdy tylko w skrzynce na pieczywo zaczyna robić się pusto, gdy tylko nachodzi ochota na coś chrupiącego.

A mój ulubiony przepis? Mam kilka. ale ten jest chyba najprostszy. Ilość pracy właściwie zerowa. Ten chlebek robi się sam. I zjada się też sam. Błyskawicznie :)

Chlebek razowy z prażonym słonecznikiem


Składniki:
  • zaczyn przygotowany na 12 godzin przed pieczeniem (będziemy potrzebować 320 g tego zaczynu, z reszty można zrobić kolejną porcję zakwasu):
    • 60 g aktywnego zakwasu żytniego
    • 300 g letniej wody (przegotowanej)
    • 150 g mąki żytniej razowej
  • 240 g wody ciepłej (najlepiej przegotowanej)
  • 400 g mąki pszennej chlebowej (typ 650)
  • 80 g mąki żytniej razowej (typ 2000)
  • 3 łyżki otrębów
  • łyżka soli
  • łyżka melasy
  • 1/2 szklanki nasnion słonecznika
Przyda się:
  • prostokątna forma do wypieku chleba lub keksówka
  • waga kuchenna
  • miska
  • bawełniana ściereczka
Zaczyn przygotowuję poprzedniego dnia, wieczorem. Jak zrobić domowy zakwas żytni, przeczytacie tutaj. Wszystkie skłądniki mieszam w misce i przykrywam bawełnianą ściereczką. Odstawiam w ciepłe miejsce, z dala od słońca (np. łazienka).

Rano prażę na patelni słonecznik. Powinien się delikatnie zarumienić. Można też dodać nieuprażony, ale spróbujcie z prażonym. Ten orzechowy smak jest bezcenny. Odmierzam 320 g zaczynu i dodaję do niego pozostałe składniki. Kolejność nie ma wielkiego znaczenia.

Wszystko razem mieszam ręką. Niezbyt długo. Powinno powstać nam dosyć luźne i kleiste ciasto. Przekładamy je do formy wyłożonej papierem lub wysmarowanej oliwą i obsypanej otrębami i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Chcleb wyrasta około godziny lub dwóch godzin. To zależy od temperatury. Powinien wyraźnie zwiększyć swoją objętość.

Na koniec wygładzamy chleb ręką zwilżoną wodą i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 210 stopni. Pieczemy w tej temperaturze przez 15 minut i zmniejszamy temperaturę do 190 stopni. Pieczemy kolejne 45 minut. Po upieczeniu koniecznie wyjmujemy chleb z formy i studzimy na metalowej kratce (może to być kratka do grillowania w piekarniku). Chodzi o to, aby parujący chleb się nie zaparzył.

Kroimy dopiero po ostygnięciu, inaczej będzie się rozpadał.


piątek, 17 kwietnia 2015

O paplaninie i czymś na ząb, czyli indyk, warzywa i jajo dla psa

Dziś na szybko i bez zbędnej paplaniny :) Koniec tygodnia, a u nas ruch, jak w ulu. Rozpędzamy się powoli i zaczynamy nasz maraton pod wdzięcznym hasłem "Przeprowadzka na wieś".

Nie ma więc czasu na paplanie i opowiadanie, nie ma czasu na ślęczenie w kuchni. Trzeba coś szybko wrzucić na ząb i lecieć a to na spotkanie z prawnikiem, a to znowu do gminy po papiery dotyczące warunków zabudowy. Myślałby kto, że przeprowadzka to ot, tylko dom kupić i gotowe. Ile to się trzeba nalatać...

No dobrze, ale my tu o tym zębie rozmawialiśmy. Kto, jak kto, ale pies na pewno o pustym brzuchu nigdzie nie będzie jeździł i niczego nie będzie załatwiał. A jeździ z nami. A, co myśleliście? No przecież musimy wiedzieć, czy wybrana przez nas działka przypadnie psu do gustu ;)

No, to już. Coś na ząb i lecimy. 

Psia micha nr 6
Sałatka z indykiem, warzywami i jajkiem


Składniki:
  • pierś indyka (dla 30kilowej Buby na jedną porcję- 300 gram)
  • ugotowane marchew i 3 różyczki brokułu (na taką ilość mięsa, jak wyżej)
  • odrobina kaszy gryczanej ( u nas 2 łyżki)
  • jajko w koszulce (ale spokojnie może być też jajko na miękko)
  • odrobina oleju rzepakowego lub lnianego tłoczonego na zimno
Warzywa gotujemy, ale nie rozgotowujemy (oczywiście bez soli). Mięso kroimy w kawałki i dorzucamy do gotujących się warzyw na ostatnie 5 minut. Na sam koniec gotujemy ze wszystkim jajko w koszulce. To bardzo proste. Wystarczy przykryć szklankę folią spożywczą, posmarować folię delikatnie olejem, zrobić wgłębienie i wbić w nie jajko. Złapać foliową "sakiewkę" u góry i zawiązać. Wkładamy do wrzątku i czekamy 3 minuty. Na koniec wszystko odcedzamy, studzimy do temperatury pokojowej i łączymy z odrobiną kaszy i zdrowego oleju. Na wierzchu układamy jajko i rozcinamy je, żeby płynne żółtko rozlało się po sałatce.

Wasz pies będzie Was za taką michę kochał.

* Jajka zawierają drogocenną biotynę (skóra, sierść, pazury i wzrok), ale pamiętajcie, żeby białko było ścięte. Zawarta w surowym białku awidyna neutralizuje działanie biotyny.
* Takie danie można przygotować w większej ilości- nawet na 3 - 4 dni. Ale w takim wypadku jajo gotujemy na twardo i wkrajamy do sałatki.
* Jeśli jeszcze nie częstujecie psa zdrowymi olejami roślinnymi, to zacznijcie już dziś. Można nimi skrapiać nawet suchą karmę. Polecam olej kokosowy, rzepakowy, lniany, słonecznikowy. Zawsze tłoczone na zimno i virgin (z pierwszego tłoczenia). Takie oleje mają w sobie najwięcej zdrowia. Poprawiają wygląd sierści, trawienie i pracę układu nerwowego (zwłaszcza kokosowy!). Bezwzględnie należy unikać oleju winogronowego. Winogrona szkodzą psom. A zwłaszcza ich pestki.


środa, 15 kwietnia 2015

O uzależnieniu i wieczornych robótkach słów kilka

- Co tam dziergasz?
- Koszyk.
- Znowu?

I tak w kółko. Jak tylko biorę do ręki szydełko i zaczynam machać energicznie z włóczką lub sznurkiem owiniętym wokół palca, Darek zaraz pyta, co to będzie. I w głowie mu się nie mieści, że mnie się chce tak machać i owijać. A ja zaczynam rozumieć moją babcię, która dawniej nie siadała na swoim ulubionym fotelu bez kilku kul włóczki i drutów. To wchodzi w krew tak bardzo, że ostatnio przeszłam samą siebie i zaczęłam szydełkować w autobusie. Co ja mam poradzić, że w korkach nudno ;)

Szydełkowanie jest uzależniające. Zupełnie, jak chrupanie pestek słonecznika. Jak już się raz zacznie, to słowo honoru- nie można przestać.

No, ale żeby nie było, że ja tak o tym szydełkowaniu tylko opowiadam, a nic na prawdę nie robię. Robię i choć początki bywają trudne, a ja mam świadomość, że moim "wyrobom" wciąż daleko do ideału (tu krzywo, tam nierówno), to pochwalę się. A, co! Tylko spójrzcie, co można zrobić jednym, zwykłym szydełkiem. Mam z tego mnóstwo radochy i nareszcie znalazłam sposób na zajęcie czymś wiecznie ruchliwych dłoni (taka przypadłość genetyczna w mojej rodzinie). Zachęcam Was serdecznie do szydełkowania. Jeśli zaczniecie od grubszego szydełka i włóczki (lub nawet bawełnianego sznurka), praca będzie Wam szła bardzo szybko i łatwo. Pod zdjęciami kilka przydatnych linków do filmów instruktażowych. Są po angielsku, ale to nie ma znaczenia, bo świetnie pokazują krok po kroku, co i jak trzeba robić.

Swoją przygodę z szydełkiem zaczęłam od kocyka dla malutkiej bratanicy, która dopiero miała się urodzić. Zwykły, prostokątny kocyk wydawał się być na tyle łatwym projektem, że uwierzyłam w swoje siły. W dodatku pani z filmiku o bałdzo amełykanskim akcencie zapewniała, że używając grubej włóczki i takiego "dziurawego" ściegu, kocyk robi się błyskawicznie. Zaczęłam dużo wcześniej i całe szczęście, bo aż tak błyskawicznie mi to nie szło. Fakt, że i wolnych chwil na szydełkowanie było nie wiele, ale w sumie zajęło mi to jakiś bity tydzień pracy, a to raczej nie jest błyskawiczna robota. Ale było warto. Kocyk wyszedł mięciutki i ciepły. Bardzo szybko okazało się też, że przypadł do gustu mojej starszej bratanicy. Dziury ułatwiają dziecięcej rączce noszenie go wszędzie ze sobą i sprawiają, że pomimo grubej włóczki nie jest zbyt ciepły. W sam raz na wiosenne chłody. W tej chwili podobnym ściegiem robię z o wiele cieńszej włóczki letnią narzutkę dla siebie na lato i już zaczynam tęsknić za szybkością pracy nad kocykiem. Gdy włóczka cieniutka, to się szydełkuje i szydełkuje, a końca nie widać :)

Kocyk dla dziecka krok po kroku tutaj. Od siebie dodałam brzegi z tej samej włóczki w innym kolorze wykonane podwójnym ściegiem prostym.

Kolejnym projektem, z którym wzięłam się za bary, był koszyk na włóczki. Bardzo praktyczna i ładna rzecz, do której użyłam włóczki z bawełnianych pasków (tak zwana t-shirt yarn albo spaghetti). Koszyk robi się łatwo i bardzo szybko. Całkiem spory koszyk wielkości dużego garnka to zaledwie kilka wieczorów pracy. Niestety uszy mnie przerosły, jakkolwiek to brzmi. Wyszły nieforemne i zdecydowanie za cienkie w stosunku do reszty. Pracuję teraz nad koszykiem na zakupy i niestety uszy znowu kiepsko wychodzą. Następny koszyk zamierzam zrobić mniejszy i bez uszu. Na pewno będzie ładniejszy ;)

Sposób na koszyk bez uszu tutaj. Uszy wykombinowałam sama- raczej z marnym skutkiem ;)

Kocyk był dla młodszej bratanicy, ale przecież o starszej iskierce nie wolno zapominać :) I tak powstał koszyczek/torebka dla małej modnisi. Oczywiście w najmodniejszych w tym sezonie kolorach różu, zieleni i jeszcze raz różu :) Koszyczek nie wzbudził sensacji, ale za to wielkanocna kaczka z czekolady w środku... To już inna sprawa :)

Sposób na owalny spód koszyka tutaj. Dalej koszyk robi się podobnie, jak koszyk okrągły.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

O samotnych babkach i malutkich rączkach, czyli zaskakująco pyszne ciasto drożdżowe z mascarpone

Ciekawa sprawa z tym ciastem. Byłam przekonana, że nikomu nie będzie smakować, a smakowało wszystkim, zwłaszcza dzieciom. 

Na Wielkanoc chciałam, aby tradycji stało się zadość, a tradycja wielkanocna to... Babka. Jednak u nas nikt babki nie lubi. Piekę ją i tak wiedziona jakimś wewnętrznym przymusem, a później patrzę, jak biedna stoi samotnie na stole i nikt po nią nie sięga. Aż żal ściska serce.

W tym roku pokombinowałam trochę i zajrzałam do książek. Co by tu zrobić, żeby babka nie była sucha, a stała się uzależniająco miękka i aromatyczna? 

Ten przepis jest banalnie prosty, ale efekt zaskakująco pyszny. Ciasto drożdżowe z dodatkiem mascarpone jest cięższe i bardziej zbite, ale też bardziej delikatne. Dosłownie rozpływa się w ustach i w przeciwieństwie do zwykłej drożdżowej babki, nie wysycha. Wprost przeciwnie, nawet po kilku dniach smakuje, jak by było dopiero co wyjęte z piekarnika. W smaku przypomina nieco słodkie biszkopciki tak bardzo lubiane przez dzieci. I może to jest właśnie powód, dla którego po to ciasto zwykle sięgają malutkie rączki :)

Ciasto drożdżowe z mascarpone


Składniki:
  • 300 g mąki pszennej tortowej
  • 200 g cukru pudru
  • 250 g mascarpone
  • 4 jajka
  • 100 ml mleka
  • laska wanilii
  • 25 g świeżych drożdży
Przyda się:
  • mikser
  • garnuszek do podgrzania mleka
  • forma "keksówka"
  • miska
  • drewniana łyżka lub szpatułka do ciasta
Na początku podgrzewamy mleko. Powinno być ciepłe, ale nie gorące. Zdejmujemy z ognia i dodajemy pokruszone drożdże. Odstawiamy na 15 minut do spulchnienia. W tym czasie smarujemy formę masłem i oprószamy mąką (chyba, że mamy formę silikonową). Piekarnik nastawiamy na 210 stopni i zabieramy się za robienie ciasta.

Serek mascarpone przekładamy do miski i miksujemy przez kilka chwil, aby nabrał bardziej kremowej konsystencji. Dodajemy cukier puder i miksujemy około minuty. Nadal miksując, dodajemy jajka, jedno po drugim. Dodajemy nasionka z laski wanilii i znowu miksujemy przez chwilę. Dodajemy mąkę (najlepiej, jeśli jest przesiana) i mieszamy drewnianą łyżką lub szpatułką. Na koniec dodajemy rozpuszczone w mleku drożdże i ponownie mieszamy tak długo, aż ciasto nabierze gładkości. 

Przelewamy ciasto do formy i pieczemy przez 5 minut w piekarniku nagrzanym do 210 stopni. Po upływie tego czasu zmniejszamy temperaturę do 180 stopni i pieczemy kolejne 35 - 40 minut. Po upływie tego czasu sprawdzamy patyczkiem. Jeśli patyczek wychodzi oklejony mokrym ciastem, pieczemy dodatkowe 5 minut. Po dodatkowych 5 minutach ponownie sprawdzamy patyczkiem. To konieczne, ponieważ ciasto ścina się błyskawicznie pod sam koniec pieczenia. Jeśli będziemy je piec zbyt długo- przesuszy się. W trakcie pieczenia dobrze jest do ciasta czasem zajrzeć. Jeśli zauważymy, że skórka za bardzo się zarumienia, możemy całość przykryć delikatnie folią aluminiową.

Smacznego!

środa, 8 kwietnia 2015

Czego się nie robi, gdy się kocha, czyli ciasto z kremem kajmakowym

- Pieczesz ciasto? - spytał Darek zaglądając do kuchni.
- Piekę.
- A jakie?
- Dobre.
- Aha. A z czym?
- Z kremem kajmakowym.
- Na prawdę!? Nie, pewnie tylko żartujesz. Ty nigdy nie pieczesz takich ciast, jakie lubię. Zawsze tylko jakieś suche albo z owocami.

I już go nie było. Tego dnia czekała go jednak niespodzianka. To prawda, że od ciężkich i sycących ciast z kremem i bitą śmietaną wolę lekkie i kruche ciasta z owocami. Ale czasem idę do kuchni, wyjmuję puszkę mleka kondensowanego i kartonik śmietanki i... Robię wyjątek. W końcu czego się nie robi, kiedy się kocha ;)

A w tym cieście jak na razie zakochali się wszyscy, którzy go spróbowali. Nawet Darek. Mój najostrzejszy krytyk kulinarny ;)

Ciasto z kremem kajmakowym

Składniki na kruchy spód czekoladowy:
  • 230 g mąki pszennej tortowej
  • 2 łyżki kakao
  • 80 g cukru trzcinowego
  • 100 g masła
  • jajo
Składniki na krem:
  • 250 g śmietanki kremówki 30 %
  • 250 g serka mascarpone
  • 300 g masy kajmakowej (gotowej lub zrobionej z mleka zagęszczonego, którego puszkę gotujemy na małym ogniu przez 3 godziny)
  • 3 żółtka
  • 150 g cukru
  • czekolada mleczna lub gorzka do dekoracji
Przyda się:
  • mikser
  • prostokątna forma do pieczenia ciast
  • papier do pieczenia
  • garnuszek do roztopienia masła
Masło rozpuszczamy w garnuszku razem z cukrem trzcinowym. Co jakiś czas mieszamy. Gdy masło się rozpuści, odstawiamy całość do przestygnięcia. Na blat wysypujemy mąkę i kakao. Dodajemy jajko i roztopione masło z cukrem i wyrabiamy ciasto tak długo, aż będzie miało jednolitą konsystencję i nie będzie się kleić do rąk i do blatu.

Formę wykładamy papierem do pieczenia. Jej dno wyklejamy kawałkami ciasta i uklepujemy spód w taki sposób, aby miała na całej powierzchni mniej więcej taką samą grubość. Wyklejamy również boki na wysokość minimum 2 cm.

Spód nakłuwamy w kilku miejscach widelcem i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez 15 minut. Po upieczeniu formę wyjmujemy i pozwalamy jej nieco przestygnąć. W tym czasie przygotowujemy krem.

Wszystkie składniki kremu łączymy ze sobą mikserem. Na początku dobrze jest zmiksować sam serek mascarpone, żeby nabrał nieco lekkości. Masę wylewamy na podpieczony spód i pieczemy przez 65 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. Co jakiś czas podpatrujemy ciasto. Jeśli tylko krem zacznie się rumienić, przykrywamy formę folią aluminiową i pieczemy dalej.

Ciasto po upieczeniu i przestudzeniu wyjmujemy z formy, posypujemy startą czekoladą lub oprószamy kakao i kroimy w kostkę. 

Smacznego! 

środa, 1 kwietnia 2015

Kilka słów o pomaganiu

Wielkanoc się zbliża wielkimi krokami i już zaraz naszym blogiem zawładną jajka i serniki. Ale zanim to nastąpi, chcielibyśmy się z Wami jeszcze czymś podzielić. Właściwie to tylko jednym zdaniem. Łatwo jest pomagać.

O! I tu właściwie mogłabym skończyć. Bo co tu jeszcze dodać. Że pomaganie jest przyjemne? Jest! I to bardzo. Położyć się spać ze świadomością, że zrobiło się coś dobrego- bezcenne. Że pomaganie jest potrzebne? Tak. Jest. I nie zamierzam tu wchodzić w sprawy tak paskudnie nie świąteczne, jak polityka. Szkoda, że tam na górze (tej sejmowej, nie boskiej) psiarzy rzadko kiedy się słucha. Moim zdaniem musi być coś nie tak, skoro w kraju, w którym większość ludzi ma komputer, samochód i telefon nadal są ludzie i zwierzęta bezdomni. Pomaganie jest potrzebne i będzie potrzebne tak długo, jak długo całe nasze społeczeństwo nie zacznie dostrzegać pewnych problemów i wymagać od swoich przedstawicieli pozytywnego rozwiązywania ich. Słyszałam ostatnio o planowanej ustawie zakazującej trzymania psów na łańcuchach. Ustawa jest planowana, albo już zaplanowana, nie wiem, nie nadążam. Na pewno ma to jakiś związek z kampanią, bo podobno wszystko ma z nią związek. Nie ważne. Ja się bardzo cieszę, że komuś przyszło do głowy poruszyć ten temat. Tylko... Czemu tak późno, pytam. Podobno o naszym człowieczeństwie świadczy sposób, w jaki traktujemy zwierzęta. No to teraz proszę sobie wyobrazić te psy na łańcuchach. Czy mamy powody do dumy? Pamiętam, jak moja koleżanka ze studiów zobaczyła w telewizji takiego psa przykutego do budy. Ze łzami w oczach spojrzała na mnie i spytała: "O mój Boże, co on zrobił?" Pytanie padło po angielsku, bo koleżanka byłą z wymiany, z Finlandii. Po polsku nikt by się głupio nie pytał.

No, dobrze. Pomaganie jest więc przyjemne i na pewno jest potrzebne. Ale czy wiedzieliście, że jest też łatwe? Jedyne, czego potrzeba to odrobina czasu i chęci. Nic więcej. Słowo. Reszta dzieje się sama.

Rzuciliśmy hasło wśród sąsiadów. Mamy rzeczy po naszej Mai, będziemy jechać do schroniska. Przynieście, co wam niepotrzebne. Przynieśli. Stosik zrobił się większy. Pomyśleliśmy, żeby napisać o tym na kilku portalach społecznościowych. W ruch poszedł fejsbuk. Ten blogowy i te prywatne też. A potem... Potem wydarzyło się samo dobro, które zaskoczyło nawet nas.

Dzwoniliście, pisaliście. Zapraszaliśmy na kawę, spotykaliśmy się na spacerach. A stosik rósł i rósł. Pewnego dnia rano, telefon. Kurier. Że ma przesyłkę i które piętro.

- 11? O kurde! Ale jest winda? Bo bez windy, to nie da rady.

Otwieram drzwi, a tu dwa razy 15 kilo karmy owinięte folią. I już nam kawy nie trzeba było. Już się buzie uśmiechały cały dzień.

Wczoraj od rana szeroko zakrojona akcja logistyczna. Jak zapakować cały przedpokój i pół komórki do bagażnika naszego auta, które tylko udaje kombi.

Po dwóch godzinach udało się. Tył auta osiadł tak nisko, że byłam pewna, że stracimy koło na pierwszym lepszym krawężniku. Ale dojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że nasza mała wielka zbiórka to kropla w morzu potrzeb. W schronisku przebywa około stu psów. Co to oznacza? Tylko tyle, że pomagać trzeba częściej. Przecież to takie łatwe.

Wszystkim sąsiadom i znajomym, którzy wzięli udział w naszej akcji Prezent Majki bardzo serdecznie dziękujemy. Cudownie było Was poznać, a dzięki Waszej gotowości do pomagania odzyskaliśmy trochę wiary w ten świat.

Dziękujemy również Fundacji Azylu Pod Psim Aniołem. To, co robicie jest Wielkie.