czwartek, 5 marca 2015

Przyjaźń. Do końca.

Minął tydzień.

Od tygodnia nie słyszymy, jak człapie do kuchni, żeby się napić wody. Zawsze byłam w stanie rozróżnić, kiedy wodę piła Buba, a kiedy Maja. Buba pije bez ładu i składu rozlewając pół miski dokoła. Maja- wierzcie lub nie- piła do rytmu. Darek śmiał się że jest muzykalna. Piła na dwa.

Łapię się jeszcze czasami na takich zwykłych, codziennych pomyłkach. Na spacerze widząc, że Buba zbytnio się oddala, wołam: "Dziewczyny, do mnie!" I przez ułamek sekundy nie mogę uwierzyć, że przybiega tylko jedna z nich. Wczoraj po południu przygotowałam wątróbkę z jabłkiem i burakiem i nałożyłam do dwóch misek. A potem stałam tak nad tą wątróbką i meczałam, jak koza, bo wątróbka była ulubionym smakiem Mai, a ja zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie zobaczę, jak pałaszuje swoje ulubione danie.

I choć trudno mi o tym pisać, a gardło ściskają przełykane łzy tak mocno, że aż boli, postanowiłam zmierzyć się z tematem, o którym chyba raczej rzadko się mówi. O towarzyszeniu psu. W jego całym życiu. Również w umieraniu.

Maja zachorowała błyskawicznie. Zaczęło się napadem padaczki, którą mylnie wzięliśmy za wylew. Już wtedy padaczkę i osłabienie powodowała mocznica. Nerki przestawały działać, ale badania jeszcze niczego nie wykazywały. Jeździliśmy więc na kroplówki i zastrzyki, karmiliśmy z ręki i podtrzymywaliśmy psi łeb przy piciu. Myliśmy, sprzątaliśmy i czuwaliśmy w nocy na zmianę. W ostatnim tygodniu nasza sypialnia zamieniła się w szpital. Na biurku paczki pieluch i ręczniki, na lampie uwieszona kroplówka. I czekanie na kolejne wyniki badań.

Darek miał nadzieję do końca. Ja przeczuwałam najgorsze. Widziałam to w jej spojrzeniu.

Mieliśmy szczęście, jakkolwiek nieadekwatnie to brzmi. Mieliśmy dwa tygodnie, by pogodzić się z sytuacją i przygotować na ten ostatni moment. I wykorzystaliśmy ten czas najlepiej, jak potrafiliśmy. Mam nadzieję, że nasza Maja ani przez moment nie poczuła się samotna. Byłam z nią do końca i tuliłam zupełnie, jak 15 lat temu, gdy była zaledwie małą kluską.


W decydującym momencie nasz weterynarz zapytał mnie, czy chcę wyjść. Spojrzałam na niego z mieszaniną zaskoczenia i złości. Jak to wyjść? Gdzie wyjść? Przecież tutaj jest moja przyjaciółka i to właśnie TUTAJ powinnam teraz być.

Lekarz przeprosił, miał jednak wszelkie prawo zadać swoje pytanie. Psio-ludzka przyjaźń nie zawsze jest do końca. Okazuje się, że wielu właścicieli przywozi do lecznicy psa, gdy zachoruje i zostawia go. Ma być postawiony na cztery łapy. Jeśli się nie uda, decyzja często zapada telefonicznie. Ostatnią osobą, z którą pies się widzi jest weterynarz. Sytuacja bardziej przypomina przywiezienie do warsztatu zepsutego auta, choć śmiem twierdzić, że niektórzy potrafią się o auto bardziej troszczyć niż... no właśnie- o kogo? Pies to podobno największy przyjaciel człowieka. Podobno. Nasz weterynarz opowiadał nam o sytuacji, w której właścicielka psa przywiozła go i kazała uśpić, bo był stary. Pies nie miał żadnej historii choroby, był w tej lecznicy pierwszy raz i na oko wyglądał na zdrowego. Na wyrok śmierci zasłużył sobie u swojej pańci tym, że z powodu wieku brzydko pachniało mu z pyska. Lekarz przyjął psa. Pani pojechała do domu, bo po co miałaby z psem zostawać. Pies trafił do domu tymczasowego i... już tam został. Ta historia dobrze się skończyła. A inne? Wolę nie myśleć. Myślenie o tym zabija moją wiarę w człowieka.

Towarzyszenie Mai przez całe jej życie, również w ostatnich chwilach było dla nas zaszczytem. I obowiązkiem. Kwestią honoru, jak kto woli. Ona wytrzymała z nami 15 lat. Znosiła nasze humory, sprzeczki i nieregularny tryb życia. Przejechała ze mną pół Polski po przeprowadzce do Warszawy i dumnie broniła naszego mieszkania przed każdym kurierem i listonoszem. Gdy byłam licealistką pomogła mi otworzyć się na ludzi i nabrać pewności siebie. Zaakceptowała Darka, bez czego nie byłoby nas, wspólnych planów i... Buby. Samą Bubę nauczyła, jak być przyzwoitym labradorem. Czym wobec tego było tych kilka trudnych chwil na koniec?

Po internecie krążą czasami grafiki mądrze sugerujące, że pies to nie przedmiot, i że powinniśmy się dobrze zastanowić zanim się na psa zdecydujemy. Czy będziemy mieć dla niego czas i czy będzie nas stać na opiekę nad nim? A ja bym chciała, żeby każdy przed adopcją psa zadał sobie pytanie: Czy będę mieć czas, możliwości i chęci, by towarzyszyć psu do samego końca? Bo właśnie tak postępują prawdziwi przyjaciele.

58 komentarzy:

  1. trudno mi sklecić choć 2 zdania z sensem bo mam kluchę w gardle... Nie wyobrażam sobie co musisz czuć po stracie ukochanego czworonoga.... Moje mają po 5 lat - Beza i Reksio (który też pije na dwa :D ) ale czasami łapię się na tym, ze patrzę na nie i ogarnia mnie panika bo wiem, ze z każdym dniem bliżej jest czas w którym będę musiała je pożegnać... Nie jestem w stanie ogarnąć takiej pustki jaką ta świadomość we mnei powoduje, ale staram sie skupić na tym, że dawać im szczęście każdego dnia, zeby miały piękne, radosne życie, a kiedy przyjdzie ten straszny dzień choćby mnie w środku skręcało z bólu, żalu - zostanę z nimi do końca, nie wyobrażam sobie żeby miało być inaczej... Dobrze, ze zwróciłaś na to uwagę.
    Trzymaj się i ucałuj Bubę w zimny nochal
    Edyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bubę całujemy i gziochamy niemal nieustannie. Bardzo tego teraz potrzebuje. Dziękujemy za wsparcie :)

      Usuń
  2. Doskonale rozumiem miłość do psa. Towarzyszenie mu w ostatnich chwilach życia, to nie tylko obowiązek, być z nim to naturalne jak oddychanie. Mój Boxer Max odszedł od nas w pewien jesienny wieczór, ułożony przy mnie na kanapie, z głową na moich kolanach, głaskany i utulony. Odszedł uśpiony przez weterynarza w naszym, jego, domu. Odszedł z powodu nowotworu, chudziutki i biedny, w momencie, gdy życie zaczynało mu już mocno doskwierać. Odszedł spokojny i chyba szczęśliwy. Nie wyobrażam sobie inaczej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pewna, że czuł się kochany. To cudowne, że możliwe to było w domu, gdzie na pewno nie czuł lęku i stresu towarzyszącego wizycie w lecznicy.

      Usuń
  3. Zaraz się poryczę ja mam też. Dwie kochane moje lapki i wiem ze będą żyły wiecznie kocham je tak bardzo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko jedno jest wieczne na tym świecie. Uczucia. Więc kochaj swoje piesy jak najmocniej, a na pewno zawsze będą z Tobą :)

      Usuń
  4. Smutna ale jakże wartościowa historia.... uczy wszystkich odrobiny pokory.... że w tych zawirowanych dzisiejszych czasach kiedy większość ludzi lata za bogiem zwanym Mamoną są takie momenty w życiu warte każdych pieniędzy ale niestety nie są one do kupienia.... i właśnie takie momenty są najważniejsze w życiu.... jak to by w tych trudnych lub ostatnich chwilach gdy Miłość naszego życia odchodzi razem z cząstką Nas już bezpowrotnie.... a my zostajemy Tu na Ziemi ze świadomością, że już nie będziemy Razem....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię myśleć, że jednak kiedyś będziemy :) Ta myśl mnie pociesza. Ale masz rację. To bardzo trudne chwile. Dla mnie było to najtrudniejsze doświadczenie w życiu.

      Usuń
  5. czytam ,czytam a z oczu plyną mi łzy i zupełnie nie mam na to wplywu .Przezylam juz jedno rozstanie z psem i choc mineło juz 3 lata ja nadal mam jego fotografie i pukielek klaczków na komodzie . W dzien w ktorym odszedł po dlugiej chorobie ,czesto o nim mysle i mozecie sie smiac ale placze jak male dziecko a jestem stara babą.Axel odszedł w wieku 9 lat chorowal 3 miesiace na nowotwór. Kiedy wet zdiagnozował chorobe zapewniłam mu najlepsze warunki jakie mogłam czyli swoja obecnosc dzien i noc . Choc lekarz przygotowal nas na najgorsze kiedy ono przyszlo bylam w tak ciezkim szoku ze nie mogłam sie ogarnąc przez kilka dni .Doskonale pamietam ten dzien kiedy lezał obok mojego łozka ,spojrzałam na niego i juz wiedzialam ze go nie ma wsrod nas . Szok !, bo jeszcze wieczorem bawił sie jak szczeniak ,tulac sie do nas wszystkich . czyzby wiedział i zegnał sie z nami . ? niezapomne 19 marca 2012 nigdy w zyciu .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak. rozumiem cię doskonale. My 26 lutego też zapamiętamy. I nigdy już nie będzie to radosny dzień.

      Usuń
    2. takie smutne i prawdziwe ;-( ja mojego psiaka straciłam 17 maja 12 lat temu, przyśnił mi się w nocy, że odchodzi... a rano patrząc na niego wiedziałam,że juz nie żyje. zdjęcie jego wisi od tej nad moim łóżkiem , nadal mam obrożę i trochę kłaczków i wspomnienia.....wiecznie żywe. potrzebowałam 5 lat by zdecydować się na kolejnego synka, ale ten synek wybrał sobie babcię..czyli moją mamę ;-) i tak go kocham. ja kocham wszystkie psiaki, i bardzo boli mnie to że te zwierzę tyle złego przechodzą przez podłość ludzką.

      Usuń
  6. "Pies trafił do domu tymczasowego i... już tam został." Też byłam takim domem tymczasowym, w którym 13 letni Lutek już został. Popłakałam się czytając Twoją historię. Nie wyobrażam sobie życia bez moich psów i nie wyobrażam też sobie abym mogła je w ostatnich chwilach (lub kiedykolwiek) porzucić. Nie myślę też o tym, że może czas Lutka z nami jest już bardzo krótki... Cieszymy się każdą wspólną chwilą i bedziemy razem do końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje słowa przywracają mi wiarę w ludzi. Mam szczerą nadzieję, że historia, którą opisałam to odosobniony przypadek :)

      Usuń
  7. Przeczytałam w Twoim tekście naszą historię. .. Jutro mijają 3 lata od śmierci Kaja i nawet przyczyną była ta sama... Mieliśmy tylko 24 godziny na pożegnanie i 10 lat na bycie razem. A dziś patrząc w ślipia naszego schroniskowego 'prawie-labradora' mówię mu "Kajuś nam Ciebie przysłał i zrobił Ci miejsce piesku"... Dziękuję Ci za ten tekst choć znowu ryczę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kajuś miał wielkie szczęście, że miał tak czułych opiekunów. A nowy nochal nie mógł trafić lepiej :)

      Usuń
  8. Pięknie to napisałaś, Twoje myśli brzmią jak moje, kiedy umarła Julka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję. i przykro mi, że też musiałaś przez to przejść

      Usuń
  9. Nasza Heti była z nami 14 lat i 8 miesięcy.Jeje choroba i ostatnie czuwanie były dramatyczne ale takie same jak u Mai.Rozpacz była wielka bo była tylko Heti,ale - o 9 rano odeszła Heti a o 22 przyprowadziliśmy 8mio miesięczną drugą labradorkę Abi.Nie wyobrażam sobie życia bez labradora a dom bez psa jest tak pusty jak dom bez dzieci.
    Maja jest po drugiej stronie tęczy tak jak nasza Heti .Zawsze pozostaną w naszych sercach.Płacz -jak sie kocha to się opłakuje a Wy jak i my kochaliśmy te cudowne istoty.Pozdrawiam serdecznie Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci. Masz rację. Są sytuacje w których płacz jest jak najbardziej na miejscu. Również myślimy o kolejnej adopcji, ale musimy się wstrzymać. Za rogiem czeka nas przeprowadzka :)

      Usuń
  10. Pisze przez łzy, więc z góry przepraszam jak pomylę literki. Wiem co czujesz, przeszłam to i jestem z tego dumna, że z moją kochana suczką zostałam do końca. Mój pierwszy pies, przygarnięty gdy byłam w 6 miesiącu ciąży. Duży wilczur wzięty bez zastanowienia prosto z ulicy. Ktoś by pomyślał, wariatka w ciąży i bierze takie psisko, jak jest chore a jak pogryzie. Nie myślałam, jak ją zobaczyłam , pod blokiem, brudną ze spuszczona głową, zastraszoną, uciekającą na podniesiony głos z ogonem pod sobą, nie było chwili do zastanowienia, coś błysnęło w jej oku a w moim sercu i powiedziałam, choć malutka do domu. I poszła, ale dochodziła tylko do parteru a ja mieszkałam na 3 piętrze, nasza przeprawa trwała 2 godziny i po jednym schodku doszłyśmy do trzeciego piętra. Została u mnie 12 lat. Różnie bywało, jak w życiu, było dobrze i źle, przeszła dwie operacje, sama robiłam zastrzyki. Zostałam z nią do końca, odeszła w domu na moich rękach, tuliłam ją do samego końca i jestem szczęśliwa, że odeszła w spokoju w otoczeniu rodziny. Dokładnie, w otoczeniu rodziny, bo była pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Po pół roku znalazła mnie następna psia bieda i poszła ze mną do domu, i jest, i nigdy jej nie opuszczę a do tego doszły uratowane dwa koty. Dziękuję mojej Dianie za to że była i otworzyła szerzej moje serce dla zwierząt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, ja myślę, że takie bezdomne biedy potrafią czasem same znaleźć sobie dom. Podświadomie czują, że właśnie ten człowiek je pokocha. I masz rację. Pies to nie tylko przyjaciel, ale też członek rodziny. Potrzebuje miłości i wsparcia nie mniej niż nasze dzieci, czy nasi rodzice. Twoje znajdy mają szczęście, że cię znalazły. Pozdrawiam

      Usuń
  11. 15.03.2010. Pippi miała 15 lat. Obrzęk pluc- diagnoza kardiologa weterynarii i prośbą, aby Ją uśpić. Niech nie cierpi. Trzymałam Ją na rękach w gabinecie i blagalam, aby sikała. Dostała już maksymalną ilość leku i nic. Ale wciąż miałam nadzieję, że z tego wyjdzie. Przez 15 lat tuliłam Ją to na kolanach, to prz y moim brzuchu. Spała że mną wręcz przyklejona do mnie. Wszyscy Ją kochalismy . Urodziła się w naszym domu i nie wyobrażałam sobie, że kiedyś odejdzie, choć wiedziałam, że to nastąpi. Z coraz większym trudem wskakiwała na łóżko, co raz dłużej spała, ale myślałam, że odejdzie ze starości. Miała jeszcze czas, ratlerki żyją długo. I ten dzień... urodziny syna... Gdy wrócił ze szkoły byliśmy z Nią. Nikt nawet nie pytał o obiad, czekaliśmy aż się wysika, nie ważne, że na łóżko... Gdy syn wszedł do pokoju zrobiła skusić, podniosła się, pojechała ogonkiem a Jej oddech był spokojny. Położyła się wpatrzona jak zwykle we mnie i przez chwilę byłam najszczesliwsza na świecie. Nagle szarpnęły Nią dwa spazmy i odeszła. Dziś, po pięciu latach nadal płaczę i dziękuję Jej, że odeszła sama, bo gdyby Jej nie przeszło, musiałabym skrócić Jej męki i zanieść do uśpienia. Nie wiem, czy miałabym na to siłę. Ułożyłam to maleńkie ciałko w pudełeczku na podusi, odkryłam kocykiem, dałam Jej ulubioną zabawkę i dopiero wieczorem pożegnałam się z moją Pipi. Gdy padał deszcz szłam na Jej grób, bo Ona tak bardzo bała się deszczu. Nie chciałam już więcej psa, bo znów pokocham a potem tak ciężko się rozstać. Pół roku później pojawił się szczeniak, kundelek, zupełnie do Pipi nie podobny. A minę miał taką jakby chciał powiedzieć: pozwól mi tu zostać, będę grzeczny. I został i jest niegrzeczny ale szczęśliwy, a my z Nim. Pipi też jest z nami w naszych sercach. Nie umiem żyć bez psa. Mam też koty przygarniete, a Buffy jest kocią mamą. Oprócz szóstki własnych kotów mam cztery tymczasowo, już zdrowe, po sterylizacji. Kiedyś będą miały domek stały. Od dwóch lat pomagam bezdomnym kotom i kociętom i sprawia mi to radość. Pipi była mi bardzo bliska, lecz nie tylko z Nią byłam do końca. Po niej były jeszcze dwa kotki, które przegrały walkę z chorobą. Żyły krótko, ale szczęśliwie. Teraz razem biegają za tęczowym mostem, a nam pozostają najpiękniejsze wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, od osób które straciły psiego przyjaciela bardzo często słyszy się, że już nie będą mieli psa, bo to za bardzo boli. Tak mówi teraz Darek ;) Ale wcześniej, czy później spoglądają w oczy jakiejś bidy, która potrzebuje domu i... I już wiedzą, że nie wrócą tego dnia do domu sami. Myślę, że w sercu każdego, kto kiedykolwiek miał psa wykształca się takie specjalne miejsce. Miejsce, które może zapełnić tylko rozmerdany psi ogon.

      Usuń
  12. Bardzo Ci współczuję :'( Sama też mam dwa Labiszony i przeraża mnie fakt że starszy skończył już 11 lat,ale zawsze szepcze Mu do ucha żeby jeszcze żył długo ale tylko żeby cierpiał . Za krótko żyją nasi Prawdziwi Przyjaciele :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Zdecydowanie za krótko. Choć ktoś mądry powiedział mi, że pies żyje tak krótko po to, żeby się człowiek musiał bardziej postarać go kochać. I właśnie dlatego trzeba to robić z całych sił :) Poczochraj swoje łasuchy i nie martw się. Gdy ten moment nadchodzi to niesie ze sobą ogrom obezwładniającego smutku, ale też poczucie spokoju i spełnienia. Bo wiesz, że dzięki Tobie Twój przyjaciel miał świetne życie :)

      Usuń
  13. Psiak miał szczęście w tych ostatnich najtrudniejszych chwilach nie był sam. Z racji tego, że moja Nelma jest poważnie chora czasem się zastanawiam jak ja sobie poradzę gdy jej nie będzie. Czy serce mi nie pęknie bo przecież jest dla mnie rodziną, moim pyszczkiem. Ratowaliśmy ją z mężem nie raz nie jeden kredyt na zakup leków, specjalne badania już poszedł kiedyś zapytano nas czy gdybyśmy wiedzieli, że Nelma jest tak chora to czy wzięlibyśmy ją pod swój dach. Nawet się nie zastanawiam bo wiem, że podjęłabym jeszcze raz taką samą decyzje. Mam w domu wspaniałego psa i tylko to się liczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. To trochę tak, jakby zapytać rodziców chorego dziecka, czy gdyby wiedzieli, że będzie chore, to czy chcieli by je mieć. Pozdrawiam Was i Nelmę. Nie traćcie nadziei. Maja w swoim życiu raz usłyszała, że powinna zostać uśpiona. Uparliśmy się i żyła z nami jeszcze 5 lat w szczęściu i zdrowiu.

      Usuń
  14. (...) ściskam i pozdrawiam...
    M.

    OdpowiedzUsuń
  15. byłam z moją sunią do końca. wylewy, niepracujące nerki...... pół roku szpitala domowego i codziennego jezdzenia do lecznicy. to był jeden z najgorszych okresów jakie przeżylam, ale nie oddałabym tego za nic, poniewaz byl to ostatni czas spedzony z moją przyjaciółką.
    wiem jak to jest stracić swojego włochatego przyjaciela, nie wiem jakim trzeba być potworem żeby go zostawić u weterynarza i załatwić wszystko przez telefon....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Bycie z nimi do końca jest ciężkie, ale to też okazja dla nas na spędzenie jeszcze odrobiny czasu z przyjacielem.

      Usuń
  16. Jestescie wspaniali i cudowni ............wiem co przezywacie 15.06.2014.tez odszedl nasz przyjaciel Kajko mial tylko 2-latka ale urodzil sie bardzo chory adoptowalismy go wiedzac o jrego chorobie walczylismy o niego przez 15 miesiecy i przegralismy ta walke i jak ostatni raz byl operowany siedzialam u weterynarza i czekalam wiernie pod drzwiami ......a jak go musielismy uspac to bylam obok i trzymalam za lapke .........i tak powinno byc.....pozdrawiam was goraco......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Tak powinno być. Tak robią przyjaciele. My też Was pozdrawiamy i dziękujemy za komentarz.

      Usuń
  17. Czytam i płaczę. Dwa i pół roku temu skończyło się nasze wspólne 16 lat. Moje i mojego psa. Była moją największą i najwierniejszą przyjaciółką. Rozumiałyśmy się bez słów. Ostatnie tygodnie były walką z powikłaniami po kolejnych wylewach i nadzieja na wygranie z psią starością. Karmienie strzykawką, codzienne kroplówki, wstawanie co dwie godziny w nocy, żeby pomóc pójść do toalety, sprawdzanie czy oddycha... Wszystko, żeby pomóc, żeby ciągle być obok. Modlitwy, żeby jeszcze ze mną została, żeby TO nie stało się jeszcze teraz, bo nie byłam gotowa na pożegnanie... Decyzja o uśpieniu była najtrudniejszą w moim życiu. Zawsze uważałam, że to świadczy o byciu złym człowiekiem. Widok mojego ukochanego, nieprzytomnego już psa, targanego drgawkami, których nie można było w żaden sposób zatrzymać sprawił, że musiałam pozwolić mu odejść. Nigdy jej nie zapomniałam. Ciągle pamiętam odgłos łapek chodzących po podłodze, wchodzenie po schodach, wzdychanie przez sen, ciepły nos i wielkie uszy.
    Barbara Borzymowska napisała piękny wiersz:
    To tylko pies, tak mówisz
    Tylko pies...
    A ja Ci powiem
    Że pies to czasem więcej jest niż człowiek.
    On nie ma duszy, mówisz.
    Popatrz jeszcze raz
    Psia dusza większa jest od psa
    My mamy dusze kieszonkowe.
    Maleńka dusza, wielki człowiek.
    Psia dusza się nie mieści w psie.
    I kiedy się uśmiechasz do niej
    Ona się huśta na ogonie
    A kiedy się pożegnać trzeba
    I psu czas iść do psiego nieba
    To niedaleko pies wyrusza
    Przecież przy Tobie jest psie niebo
    Z Tobą zostaje jego dusza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękny ten wiersz. Nie znałam go. Piękny i prosty. I chyba rzeczywiście bardzo prawdziwy. Odkąd w moim życiu są psy, czasami trochę bardziej je lubię od ludzi. Na szczęście Twoja historia i podobne każą mi na nowo odzyskiwać wiarę w człowieka :) Pozdrawiam

      Usuń
  18. Pięknie opowiedziane. Bardzo się wzruszyłam, zwłaszcza że mam prawie 15 -letnią goldenkę i wiem, że i nas to czeka pewnie już niedługo. Ale zawsze czytając takie historie jakaś część mnie się cieszy, że są ludzie, którzy traktują zwierzęta tak jak Pani, bo dzięki takim ludziom świat staje się lepszy. Ogromnie współczuję straty i ściskam gorąco całe osierocone stado.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Całe osierocone stado powoli dochodzi do siebie i dziękuje za wsparcie :)

      Usuń
  19. Jestem myślami z Tobą... Kilkanaście lat temu po śmierci mojego psiaka znajdka, przez ponad miesiąc wiele razy w ciągu dnia miałam całkowicie niekontrolowane napady rozpaczy i spazmatycznego płaczu... Mimo upływu lat nadal bardzo często często myślę o nim i ciągle mam do siebie żal, że może dawałam mu za mało szczęścia i uwagi. Osiem tal temu znalazłam na ulicy porzuconego piesia. Kochamy się bardzo i ze wzajemnością. Stado dopełnia jeszcze mąż ;) i 2 koty o wielkich sercach ( jeden także znaleziony w mroźną noc). Serce powiększa się i przyjmuje bezwarunkowo kolejne zwierzaczki, jednak te które odeszły zostają w nim na zawsze, ciągle kochane i niezastąpione...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajoma powiedziała mi ostatnio, że ma taką teorię: psy, które nas opuszczają nie odchodzą od razu za tęczowy most. Czekają na nas. Bo przecież żaden pies nie pójdzie na spacer sam, bez swojego właściciela. Gdy i my będziemy gotowi, by przejść na drugą stronę, dołączą do nas. Lubię myśleć, że Maja jest cały czas obok. Leży sobie w wejściu do kuchni i wiernie czeka, aż do niej dołączymy :)

      Usuń
  20. Minely 4 miesiace. Ale nic nie boli mniej. Tez bylam z moja psina do konca i wtulalam twarz w jej szyje, gdy odchodzila. To byla najstraszniejsza decyzja w moim zyciu. Piekny tekst, choc przywoluje te najstraszniejsze wspomnienia, to jednoczesnie daje nadzieje, ze jest nas wiecej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Ja czytając Wasze komentarze też pocieszam się, że może jednak los większości psiaków nie jest taki zły. Przeciwnie. Są kochane. Bezwarunkowo :)

      Usuń
  21. Ja nie mogłam być przy Misiaku, jak go suypiali. Nie mogłam specjalnie na tę okazję jechać z Wrocławia do Gdańska, już nawet nie pamiętam czemu. Ale była przy nim moja mama. Nie wiem, czy trzymała go za łapkę, bo Micho tego nie lubił. Tak samo, jak nie lubił być noszony i gryzł przy każdej próbie podniesienia go, nawet wtedy, kiedy sam już nie miał siły wstać i zejść na dwór. To z resztą był ten moment, kiedy rodzice zdecydowali się go uśpić, bo załatwiał się już pod siebie, ale był zbyt dumny, żeby pozwolić sobie pomóc. Był bardzo dzielny i miał straszną wolę życia, a mi trudno wybaczyć rodzicom, że go uśpili, ale jednocześnie wiem, jak musiało im wszystkim być ciężko. I jakim smutnym widokiem był ten psi szkielecik, spadający w nocy z posłania, chociaż było leżącą na podłodze kołdrą...
    Wiem, że czasem trzeba podjąć taką decyzję i wiem, jakie to cieżkie, Trzymajcie się, bo Majcia na pewno by nie chciała, żeby jej ukochane człowieki były smutne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. To bardzo trudna decyzja. Ale też czasami najlepsza rzecz, jaką możemy podarować przyjacielowi. Podziękuj swoim rodzicom, bo wzięli na siebie ten ciężar, choć wcale nie musieli :) Pozdrawiamy Cię ciepło :)

      Usuń
  22. Mądry post... i zgadzam się z Tobą.
    Nie wyobrażam sobie zostawić któregokolwiek z moich psów w jakiejkolwiek sytuacji, a na pewno już nie w takiej. Byłam przy moim poprzednim psie gdy odchodził i nie brałam pod uwagę żadnej innej możliwości.
    Niestety, odchodzenie jest wpisane w każdą relację - czy to z psem, czy z człowiekiem.
    Czasem pozwolić odejść to najlepszy dowód miłości...

    Pozdrawiamy i przytulamy w tych trudnych chwilach!

    OdpowiedzUsuń
  23. Trafiłyśmy na Twojego bloga dzięki wspaniałym przepisom. Czytając wpisy na temat własnoręcznie robionych psich ciasteczek cieszyłyśmy się, że Twoje dziewczyny mają takich wspaniałych właścicieli, którym "się chce". Zainspirowałaś nas nawet do własnych prób kulinarnych, które zostały zjedzone przez nasze suki w mgnieniu oka :) 15 lat to bardzo ładny wiek i możecie być szczęśliwi, że Maja przeżyła tyle dobrych chwil z Wami, a kiedy przyszedł jej czas mogła pożegnać się ze światem w miejscu, które kochała najbardziej, czyli we własnym domu.
    Trzymajcie się ciepło całą trójcą, bo Buba też na pewno tęskni.
    Ściskamy z Łodzi
    :*

    OdpowiedzUsuń
  24. przykro mi bardzo, trafiłam w smutnym dla Ciebie momencie
    zaglądałaś do mnie w styczniu i nominowałaś mnie do Liebster Blog Award
    chciałam podziękować i przeprosić, że nie odpowiedziałam, miałam dość długą przerwę w blogowaniu jak i zaglądaniu na inne blogi
    pozdrawiam marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie szkodzi :) Cieszę się, że nawiązałyśmy kontakt. A że akurat w takim czasie, a nie innym... tak widocznie miało być ;) Pozdrawiam i mam nadzieję, że przerwa w blogowaniu będzie chwilowa. Stęskniłam się za nowymi zapachami z czereśniowej kuchni :)

      Usuń
  25. Kiedyś czytałam takie teksty wyobrażając sobie jak to jest. Dzisiaj jestem 2 miesiące po takim rozstaniu. Czułam to samo. Kala, 12 lat ze mną, dorastała, przeżywała ze mną maturę, studia, pierwszy poważny związek, wyprowadzkę z domu. Zawsze była. Jak jechałam do rodziców odwiedzić ich na krótką kawę po pracy, to zawsze przyczłapała, położyła łeb na kolanach, pomerdała ogonem zrzucając coś niezdarnie.

    Nie byliśmy gotowi na jej odejście, mimo, że powinniśmy. Miała 12 lat i była owczarkiem niemieckim w niezbyt dobrym stanie. Owszem, chodziła na spacery, ale coraz krótsze. Piłką nie bawiła się od dawna. Ot czasem kota pogoniła, dla zasady. Telefon od mamy w sobotę rano i błyskawicznie pojawiłam się u nich. Kala nie wstała. Szukanie weta, który przyjedzie w sobotę do owczarka do wsi pod Poznań. Znalazł się człowiek o wielkim sercu do zwierząt. Diagnoza krótka - udar. Mieliśmy jeszcze wspólne trzy dni. Nie wstawała, ostatniego dnia nie podniosła nawet głowy. Byłam z nią do ostatniego momentu. Bolało jak cholera. Przez pierwszy tydzień bałam się pojawić u rodziców, bo dom zrobił się diabelnie pusty.

    Dwa miesiące później nadal boli, bo się zryczałam przy Twoim tekście. Także tęsknota po psie nie mija. Rodzice przygarnęli szczeniaka, ja z chłopakiem adoptowaliśmy bidę z pseudohodowli. I kochamy te stwory, bo znowu są oczy wpatrzone w człowieka, mokry nochal, wszędobylskość na którą człowiek burczy. Ale za Kalą tęsknię jak wtedy i diabelnie mi jej brakuje.

    Dziękuję za ten tekst. Pozdrawiam ciepło,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam taką prywatną teorię, że każdy kto ma miejsce w sercu zarezerwowane dla psa, ten ma wiecznie rosnące serce. Bo miejsca po jednym psie nie da się zapełnić niczym innym. Nawet innym psem. Dla nowego psa serce rośnie i robi się nowe miejsce. Tamto- pozostaje puste. Chociaż niezupełnie. Pełne jest przecież wspomnień. Ciepłych i włochatych. Wspomnień strącających wszystko rozmerdanym ogonem. Zamknij oczy, a sama zobaczysz, że to miejsce w serduchu masz pełne po brzegi :) Kala zniknęła ze świata, ale nie z serca Twojego i Twoich bliskich. Tam jest nadal. I robi straszny bałągan tą swoją psią niezdarnością i wszędobylskością :) Właśnie tak lubię myśleć o Mai. Choć zgadzam się. To diabelnie boli. Pozdrawiam Cię serdecznie i cieszę się, że nie tylko my tak wariujemy na punkcie tych cudnych istot :)

      Usuń
    2. piękna teoria, przede mną niedługo ta trudna decyzja, strasznie się boję :-(

      Usuń
    3. Bądż silna. Dla swojego przyjaciela. Psy wyczuwają nasze emocje. Jeśli Ty będziesz się bać, to i Twoje psisko to odczuje. Bądź dla niego silna i spokojna. Czas na łzy, na złość, będzie później. Przepraszam za bezpośredniość, ale to najlepsza rada, jaką mogę Ci dać. Mnie nikt tego nie powiedział i musiałam walczyć z emocjami na własną rękę. Uśmiechaj się do niego, gdy będzie zasypiać. Niech nie wyczuje Twojego strachu. Jestem z Tobą.

      Usuń
  26. Takie chwile zawsze się pamięta i zawsze wracają. Pamiętasz ten moment, gdy nosisz stworzonko na rękach a ono sika z bólu, bo nowotwór jest silniejszy i żadne środki przeciwbólowe już nie pomagają. Czas na ostatnie znieczulenie i czujesz jak zasypia. "Już nie będzie bolało, zaraz przestanie. Bardzo cię kocham, ale możesz już iść, jeśli chcesz. Już nie musisz się mną opiekować, będę na siebie uważać." Głaszczesz ciałko, które wchłonęło tyle łez w twoich najgorszych chwilach. Kochaną istotę, która tak naprawdę kiedyś... uratowała ci życie.

    OdpowiedzUsuń
  27. Mnie również w tym roku spotkała utrata przyjaciela. Choć był to kot, bolało tak samo, jak Ciebie odejście Mai. I chociaż zgadzam się z Tobą w 100%-jesteśmy winni naszym przyjaciołom walkę do końca, obecność, oddanie to jednak ja pytanie lekarza rozumiem doskonale. Nie każdy jest na tyle silny, żeby być do końca. Żeby patrzeć, jak z kogoś, kto biegał, skakał, szczekał, miauczał czy cokolwiek tam robił, ale BYŁ, uchodzi życie. Jak zasypia już na zawsze. I chociaż nie wiem jak bardzo byłoby to dla mnie bolesne- mój przyjaciel może umierać tylko w moim towarzystwie, to jednak oceniać nikogo nie będę. Zwłaszcza, że wiem jakie to trudne. Cholernie trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, to jest bardzo trudne. Darek również nie mógł na to patrzeć. Zaczekał w lecznicowej poczekalni. Ale jednocześnie wiedział, że Maja nie byłą sama. Była ze mną. W swoim tekście miałam raczej na myśli bardziej skrajne przypadki. Przypadki, w których psa traktuje się, jak rzecz, a nie jak przyjaciela. Rzecz, której można się po prostu pozbyć, gdy tylko zacznie się psuć. A niestety wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego schroniska, by zobaczyć, że takich przypadków jest mnóstwo :(

      Usuń