piątek, 27 marca 2015

Niech się zrobi pomponowo i kolorowo, czyli prosta dekoracja na wiosnę

Uwielbiam ten moment w roku. Tuż przed świętami Wielkanocy. Wiosna powoli przystraja się w swoje zwiewne sukienki. Najpierw pistacjowo-zielone, później ukwiecone. Słońca coraz więcej i nie przeszkadza nam nawet, że budzi nas coraz wcześniej. Po chwilowym szoku, jakiego doznajemy gdzieś na początku marca, po uczuciu ciężkości i zmęczenia, ogarnia nas chęć. Chęć do wszystkiego i na wszystko. Chęć do wyjścia z domu i na lody truskawkowe. Chęć do spotkań z przyjaciółmi i na romantyczne spacery we dwoje. Chęć do podróży i na zmiany w życiu. Choćby chodziło tylko o porządki w szafie czy nową fryzurę. Chce nam się żyć. O tej porze roku bardziej niż kiedykolwiek.

A kiedy wracamy już do domu, z tych spotkań i podróży, to chcemy, żeby i nasze gniazdko pełne było tej radości życia i tej chęci do działania.

Niech się więc zrobi na wiosnę kolorowo. Kolorowo i pomponowo. Bo czy znacie kształt bardziej radosny niż pompon?


Pompony metodą chałupniczą robi się bardzo prosto. Wystarczy włóczkę w ulubionym kolorze okręcić wiele razy wokół czterech palców ręki. Następnie zsunąć włóczkę z palców i ostrożnie związać w środku. Końce naszego zwitka przecinamy nożyczkami i miętosimy pompon, aż osiągnie ładny- rozczochrany kształt :)


środa, 25 marca 2015

O przyspieszającym czasie, czyli lada moment święta

Czy to tylko ja, czy ostatnio czas wyraźnie przyspieszył? 

Może tak nam spieszno do wiosny. Do ciepła i słońca, za którym zdążyliśmy się już stęsknić przez tych kilka szarych miesięcy. A może gonią nas naprzód rozpędzone pomysły. Musimy się spieszyć, by wszystkie dogonić i włożyć z powrotem do koszyczka. Już za moment będą nam potrzebne. Wielkimi krokami zbliża się realizacja naszych marzeń. Powoli zakasujemy rękawy i bierzemy się do roboty. A roboty będzie całe mnóstwo, oj będzie. Ale to ciekawa sprawa z tą robotą. Bo gdy robi się to, co się kocha najbardziej... Wtedy żadna praca nie straszna.

No ale my tu gadu gadu, a święta za pasem. W tym roku to będą wyjątkowe święta. Spędzimy je nietypowo w Warszawie, z moim bratem i jego rodziną. Mam nadzieję, że chociaż na moment uda nam się zwolnić. Usiąść i po prostu pogadać. O tym, co było i o tym, co będzie.

No to do roboty. Trzeba zrobić święta. Babeczki bardzo cytrynowe z kremem, to mój sprawdzony przepis. Żółciutkie, jak kaczuchy i mięciutkie, jak ich puszek :)

* Oryginalny przepis pochodzi ze strony mojej ulubionej blogerki od słodkości: mojewypieki.com

Cytrynowe babeczki z kremem


Składniki:
  • 1 szklanka mąki pszennej tortowej
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 60 g roztopionego masła
  • 2 jajka
  • 6 łyżek maślanki
  • sok z 1 cytryny
  • otarta skórka z 2 cytryn
  • 200 g mascarpone
  • 2 łyżki syropu klonowego
Przyda się:
  • mikser
  • 2 miski
  • garnuszek do roztopienia masła
  • rękaw cukierniczy lub foliowy woreczek
  • papilotki i forma do muffinek
Babeczki robi się bardzo łatwo, ale zanim przystąpimy do pracy, warto sobie wszystko przygotować. Masło rozpuszczamy w garnuszku i pozwalamy mu chwilę przestygnąć. Do jednej miski wsypujemy mąkę, sól i proszek do pieczenia. Cytryny myjemy (najlepiej zwykłym mydłem) i osuszamy. Ocieramy skórkę i dodajemy do niej sok z jednej cytryny. 

Do osobnej, większej miski wsypujemy cukier i dodajemy masło. Ucieramy mikserem na gładką masę. Dodajemy jajka i miksujemy. Dodajemy mąkę, proszek i sól i znowu miksujemy. Na koniec dodajemy maślankę i sok ze skórką cytryny i ponownie miksujemy.

Gotowe ciasto przelewamy do papilotek. Babeczki nie wyrastają zbyt mocno, ale z kremem ładnie się prezentują, gdy są mniejsze. Ja zwykle napełniam papilotki do połowy. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez 15 minut.

W tym czasie przygotowujemy krem. Chyba nie ma prostszego sposobu na krem do babeczek. Cały ten przepis to prostota w pigułce. Wystarczy energicznie wymieszać serek mascarpone z syropem klonowym. Jeśli nie macie, możecie użyć płynnego miodu. Krem przekładamy do rękawa cukierniczego lub do woreczka foliowego, w którym obcinamy sam koniuszek rogu. 

Upieczone babeczki wyjmujemy z piekarnika i pozwalamy im ostygnąć. Na koniec dekorujemy kremem. 

Smacznego!

czwartek, 19 marca 2015

Prezent Majki, czyli przekuwamy smutek w coś pozytywnego.

Jutro wyjątkowy dzień. Rok temu był tort z łososiem i mascarpone, i nawet szampan. Tort był dla dziewczyn, szampan dla nas. Tort zniknął z powierzchni ziemi w kilka sekund. Szampan wytrzymał nieco dłużej, ale w końcu też zniknął. Po wszystkim był spacer wokół jeziorka i urodzinowe przysmaki od wszystkich spotykanych znajomych. A wieczorem zadzwonił mój tata i nawet zaśpiewał sto lat na głośnomówiącym, żebyśmy wszyscy słyszeli.

Jutro nie będzie tortu. Szampana też nikt nie otworzy. Nie będzie wspólnego spaceru, ani telefonu od taty z życzeniami. Nikt nie powie: "Sto lat, Majciu!" wierząc, że i za rok będzie z nami.

Mai już nie ma. Pozostała pustka i spora ilość smutku.

Co z nim począć? Zostawić, żeby sam z czasem zniknął? I siedzieć z założonymi rękoma, aż to się stanie? Nie. Nie mamy cierpliwości.

Postanowiliśmy przekuć naszą stratę w coś pozytywnego. Maja miała dobre życie. Jeśli dzięki niej poprawi się jakość życia choćby jednego psa, to warto.

Pomysł jest banalnie prosty. Zebraliśmy rzeczy po Naszej kochanej Mai i postanowiliśmy zawieźć je do schroniska. Ale gdy spojrzeliśmy na niewielki stosik, zrobiło nam się głupio. Z taką marną ilością darów nie wypada się na miejscu pokazywać ;) Znajomi podchwycili pomysł. Ktoś miał starą smycz, ktoś inny resztkę karmy. Grosik do grosika, nasza komórka w garażu robi się coraz ciaśniejsza.

Pomyśleliśmy, że termin jest nieprzypadkowy. Gdyby Maja z nami była, właśnie pakowałabym prezent urodzinowy dla niej na jutro. Pewnie jakiegoś pluszaka. Uwielbiała pluszaki. Mai nie ma, ale prezent i tak pakujemy. Prezent Majki. Od nas dla schroniskowych psiaków i kociaków.

I tak organizujemy sąsiedzką zbiórkę prezentów na rzecz Azylu Pod Psim Aniołem. Zapraszamy naszych sąsiadów z Gocławia i Pragi Południe, ale i z całej Warszawy. Będzie okazja, żeby pomóc i żeby się poznać. Prezenty zbieramy u nas przez cały tydzień, w godzinach od 16.00 do 19.00. Więcej informacji na Facebooku oraz na grafice :) *O szczegółowy adres pytajcie w wiadomościach.

To co? Składamy się na prezent Majki?


środa, 18 marca 2015

Szybko, szybko... wołowina w galaretce dla psa

Tyle się w ostatnim czasie nawydarzało... Czasu za mało, zawsze za mało. Książka już prawie gotowa i jak to zwykle bywa z rzeczami prawie gotowymi- tyle różności trzeba jeszcze dopiąć na ostatni guzik, że momentami mam wrażenie, iż nic innego nie robię, tylko te guziki zapinam. 

W domu nadal krajobraz ciszy. Nadal trochę pusto i nieswojo bez Mai. W wolnej chwili zbieram jej rzeczy i powoli wynoszę do piwnicy. Mamy co do nich pewne plany, a nie uwierzycie, ile się tego nazbierało. Zostawiłam tylko Majciową obróżkę. Chodzi w niej teraz Buba. Trochę na pamiątkę, trochę, żeby czuła zapach swojej przyjaciółki. Jeszcze chociaż przez chwilę.

Darek od rana do wieczora jeździ po mieście, rozmawia, załatwia, ustala. O tym, że mamy w planach ucieczkę z miasta na wieś już wspominałam. Nie wspomniałam tylko, że mamy też pewien pomysł, co by tam na tej wsi robić. Na razie cicho sza, ale jeśli macie czasem ochotę wyskoczyć gdzieś na weekend pod miasto z psem, z rodziną i ze znajomymi, to może już niedługo będziemy mogli Was zaprosić w wyjątkowe miejsce :) Tymczasem rozmawiamy, załatwiamy, ustalamy.

Kładziemy się wieczorem do łóżka i zaraz przychodzi moment olśnienia.

- Och, kurczę! - woła Darek. - Miałem jeszcze dzisiaj te tulejki wahacza wymienić.
- Wiem, ja miałam pojechać na targ po zakupy do nowego przepisu.
- Słońce, te tulejki to ważna sprawa. Bez nich może nam się koło urwać.
- Wiem, wiem - kiwam głową ze zrozumieniem, chociaż za cholerę nie wiem, co to te tulejki. - Nie martw się, jutro wymienisz.

I tak nam pędzą kolejne dni. Ale może to i dobrze. Nie mamy ostatnio zbyt dużo czasu na smucenie się tym, że w kuchni na podłodze leży już tylko jedna psia micha.

A, właśnie. Psia micha nie może być przecież pusta, zwłaszcza teraz, gdy psu doskwiera samotność. W całej tej naszej bieganinie znalazłam chwilę, żeby przygotować Bubie coś pysznego. Ta bardzo prosta psia micha starcza na kilka dni, a jeśli pokombinujecie ze składnikami, to za każdym razem podarujecie swojemu psu inny obiad.
Psia micha nr 5
Wołowina z warzywami w galaretce (jak z puszki)


Składniki:
  • 1 kg mięsa wołowego
  • ok. 600 g ulubionych przez psa, sezonowych warzyw (na zdjęciu: marchewka, batat, groszek i odrobina kalarepy
  • łyżka żelatyny 
  • szczypta świeżego majeranku i pietruszki
  • opcjonalnie szklanka ugotowanego ryżu
Mięso kroimy na mniejsze kawałki. Nie obawiajcie się kupowania wołowiny dla psa. Taka micha wcale nie musi wyjść drogo. Dla siebie zwykle wybieramy chudziutkie i ładne mięso. Dla psa- wprost przeciwnie. Im więcej żył i ścięgien, tym lepiej. Możecie zapytać w sklepie mięsnym o mniej ładne kawałki wołowiny. Jeśli wspomnicie, że to dla psa, pani na pewno znajdzie coś niedrogiego pod ladą ;)

Warzywa kroimy w kostkę. Im drobniej pokrojone, tym krócej będą się musiały gotować. Razem z pokrojoną wołowiną zalewamy taką ilością wody, żeby tylko wszystko przykrywała i gotujemy pod przykryciem przez 20 minut do pół godziny. 

Pod koniec gotowania dodajemy szczyptę świeżych ziół oraz żelatynę i mieszamy. Zdejmujemy z ognia i studzimy. Taka ilość wystarcza Bubie na 3 dni (3 pełne, jednodniowe posiłki, które dzielimy na dwie mniejsze porcje). Garnek z galaretką trzymamy w lodówce i wyjmujemy go na pół godziny przed podaniem, żeby posiłek nabrał temperatury pokojowej. Podgrzanie go powoduje niestety rozpuszczenie się galaretki. Ale kto by podgrzewał takie danie. Przecież już we wstępie była mowa o tym, że to danie na szybko ;)

czwartek, 5 marca 2015

Przyjaźń. Do końca.

Minął tydzień.

Od tygodnia nie słyszymy, jak człapie do kuchni, żeby się napić wody. Zawsze byłam w stanie rozróżnić, kiedy wodę piła Buba, a kiedy Maja. Buba pije bez ładu i składu rozlewając pół miski dokoła. Maja- wierzcie lub nie- piła do rytmu. Darek śmiał się że jest muzykalna. Piła na dwa.

Łapię się jeszcze czasami na takich zwykłych, codziennych pomyłkach. Na spacerze widząc, że Buba zbytnio się oddala, wołam: "Dziewczyny, do mnie!" I przez ułamek sekundy nie mogę uwierzyć, że przybiega tylko jedna z nich. Wczoraj po południu przygotowałam wątróbkę z jabłkiem i burakiem i nałożyłam do dwóch misek. A potem stałam tak nad tą wątróbką i meczałam, jak koza, bo wątróbka była ulubionym smakiem Mai, a ja zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie zobaczę, jak pałaszuje swoje ulubione danie.

I choć trudno mi o tym pisać, a gardło ściskają przełykane łzy tak mocno, że aż boli, postanowiłam zmierzyć się z tematem, o którym chyba raczej rzadko się mówi. O towarzyszeniu psu. W jego całym życiu. Również w umieraniu.

Maja zachorowała błyskawicznie. Zaczęło się napadem padaczki, którą mylnie wzięliśmy za wylew. Już wtedy padaczkę i osłabienie powodowała mocznica. Nerki przestawały działać, ale badania jeszcze niczego nie wykazywały. Jeździliśmy więc na kroplówki i zastrzyki, karmiliśmy z ręki i podtrzymywaliśmy psi łeb przy piciu. Myliśmy, sprzątaliśmy i czuwaliśmy w nocy na zmianę. W ostatnim tygodniu nasza sypialnia zamieniła się w szpital. Na biurku paczki pieluch i ręczniki, na lampie uwieszona kroplówka. I czekanie na kolejne wyniki badań.

Darek miał nadzieję do końca. Ja przeczuwałam najgorsze. Widziałam to w jej spojrzeniu.

Mieliśmy szczęście, jakkolwiek nieadekwatnie to brzmi. Mieliśmy dwa tygodnie, by pogodzić się z sytuacją i przygotować na ten ostatni moment. I wykorzystaliśmy ten czas najlepiej, jak potrafiliśmy. Mam nadzieję, że nasza Maja ani przez moment nie poczuła się samotna. Byłam z nią do końca i tuliłam zupełnie, jak 15 lat temu, gdy była zaledwie małą kluską.


W decydującym momencie nasz weterynarz zapytał mnie, czy chcę wyjść. Spojrzałam na niego z mieszaniną zaskoczenia i złości. Jak to wyjść? Gdzie wyjść? Przecież tutaj jest moja przyjaciółka i to właśnie TUTAJ powinnam teraz być.

Lekarz przeprosił, miał jednak wszelkie prawo zadać swoje pytanie. Psio-ludzka przyjaźń nie zawsze jest do końca. Okazuje się, że wielu właścicieli przywozi do lecznicy psa, gdy zachoruje i zostawia go. Ma być postawiony na cztery łapy. Jeśli się nie uda, decyzja często zapada telefonicznie. Ostatnią osobą, z którą pies się widzi jest weterynarz. Sytuacja bardziej przypomina przywiezienie do warsztatu zepsutego auta, choć śmiem twierdzić, że niektórzy potrafią się o auto bardziej troszczyć niż... no właśnie- o kogo? Pies to podobno największy przyjaciel człowieka. Podobno. Nasz weterynarz opowiadał nam o sytuacji, w której właścicielka psa przywiozła go i kazała uśpić, bo był stary. Pies nie miał żadnej historii choroby, był w tej lecznicy pierwszy raz i na oko wyglądał na zdrowego. Na wyrok śmierci zasłużył sobie u swojej pańci tym, że z powodu wieku brzydko pachniało mu z pyska. Lekarz przyjął psa. Pani pojechała do domu, bo po co miałaby z psem zostawać. Pies trafił do domu tymczasowego i... już tam został. Ta historia dobrze się skończyła. A inne? Wolę nie myśleć. Myślenie o tym zabija moją wiarę w człowieka.

Towarzyszenie Mai przez całe jej życie, również w ostatnich chwilach było dla nas zaszczytem. I obowiązkiem. Kwestią honoru, jak kto woli. Ona wytrzymała z nami 15 lat. Znosiła nasze humory, sprzeczki i nieregularny tryb życia. Przejechała ze mną pół Polski po przeprowadzce do Warszawy i dumnie broniła naszego mieszkania przed każdym kurierem i listonoszem. Gdy byłam licealistką pomogła mi otworzyć się na ludzi i nabrać pewności siebie. Zaakceptowała Darka, bez czego nie byłoby nas, wspólnych planów i... Buby. Samą Bubę nauczyła, jak być przyzwoitym labradorem. Czym wobec tego było tych kilka trudnych chwil na koniec?

Po internecie krążą czasami grafiki mądrze sugerujące, że pies to nie przedmiot, i że powinniśmy się dobrze zastanowić zanim się na psa zdecydujemy. Czy będziemy mieć dla niego czas i czy będzie nas stać na opiekę nad nim? A ja bym chciała, żeby każdy przed adopcją psa zadał sobie pytanie: Czy będę mieć czas, możliwości i chęci, by towarzyszyć psu do samego końca? Bo właśnie tak postępują prawdziwi przyjaciele.