poniedziałek, 16 lutego 2015

O poszukiwaniu słońca w sobie

To był cudowny koniec tygodnia. Miał w sobie wszystko to, co mi do szczęścia potrzebne. Było słońce od rana do popołudnia, tak upragnione po kilku miesiącach szarości. Był spacer nad Wisłą i okazja, by się spotkać w rodzinnym gronie. Była też mała, biała czapeczka z uszkami tuptająca radośnie za rączkę i pyszny obiad wśród najbliższych. Były kwiaty z okazji bardzo romantycznej, ale też tak po prostu- bo wiosna idzie. I były wieczorne robótki na szydełku i rozmowy do późna. Teraz już rozumiem, dlaczego moja babcia lubiła spotykać się z koleżankami i wspólnie dziergać. Bo gdy wykonuje się kolejny rząd wełnianych pętelek, to nadchodzi ogromna ochota, żeby pogadać. O wszystkim i o niczym, o ważnych planach na przyszłość i o nic nie znaczących historiach z przeszłości. Po prostu- pogadać.

Zastanawiam się, czy ten weekend był tak cudownie leniwy i bajecznie przyjemny tylko dlatego, że nareszcie odwiedziło nas słońce? Czy bez niego potrafimy być szczęśliwi? Na pewno trudniej jest przemierzać kolejny dzień z uśmiechem na twarzy, gdy za oknem szaro buro i ponuro. Może jednak wystarczy spróbować i odnaleźć odrobinę słońca w sobie.  Przecież jest tam, gdzieś na dnie serca, pod mostkiem. Czuję je, gdy widzę uśmiech dziecka. I gdy wzrok cieszy się widokiem kwiatów. Czuję, jak rozświetla mnie od środka i dodaje energii za każdym razem, gdy słyszę słowo kocham. Nie. Za oknem nie musi świecić słońce, żebyśmy czuli ciepło. Mamy je w sobie i w dodatku możemy się nim dzielić. I nie. Kartka z kalendarza nie musi wskazywać na 14ty dzień lutego, żebyśmy czuli miłość. Ją też mamy w sobie. I też możemy się nią dzielić. Przez cały rok.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz