środa, 18 lutego 2015

Proste jest pyszne, czyli jogurtowe żelki ze spiruliną dla psa

W kuchni, jak to w kuchni. Są przepisy łatwiejsze i nieco bardziej skomplikowane. Im więcej jednak kombinuję i wymyślam, tym częściej dochodzę do wniosku, że najprostsze pomysły kulinarne smakują najbardziej. A w przypadku psów kombinowanie czasami w ogóle mija się z celem. Zwykły kubek po jogurcie wylizywany jest z taką pasją, jakby chodziło o kubełek najdroższego kawioru. Jeśli małe potrafi być piękne, to proste zdecydowanie może być pyszne. Ot, taka zupełnie pozbawiona logiki analogia. A tu proszę. Dowód na to, że mam rację. Małe, bajecznie proste i genialnie smaczne żelki dla psów. A do tego zdrowe, bo z cudotwórczą spiruliną, o której psiałam już tutaj.

Jogurtowe żelki ze spiruliną
dla psa

Składniki:

  • 390 g gęstego jogurtu naturalnego w temperaturze pokojowej
  • 20 łyżeczek żelatyny
  • łyżeczka spiruliny lub chlorelli w proszku
Przyda się:
  • garnuszek
  • silikonowa foremka na galaretki lub nieduża prostokątna forma do ciasta
Przygotowanie żelek dla psa jest banalnie proste. Jogurt wyjmujemy z lodówki na pół godziny wcześniej, żeby się ogrzał. Żelatynę zalewamy połową szklanki gorącej wody i mieszamy, aż się rozpuści. Jogurt przekładamy do garnuszka i podgrzewamy na małym ogniu. Często mieszamy i sprawdzamy palcem jego temperaturę. Zależy nam by był ciepły, ale nie gorący. Jeśli go zagotujemy, może się zważyć. Podgrzany jogurt zdejmujemy z ognia, dodajemy spirulinę (kupicie ją w większości aptek i sklepów ze zdrową żywnością), mieszamy i dolewamy przestudzoną, ale nadal płynną żelatynę. Mieszamy i przelewamy do silikonowej foremki. Z silikonowej foremki najłatwiej jest zastygłe żelki wydobyć, ale można też użyć zwykłego plastikowego pudełka do przechowywania żywności lub prostokątnej formy do pieczenia. W takim wypadku wyjmujemy cały zastygły prostokąt delikatnie podważając jego boki i dno łopatką. Po wyjęciu kroimy w kostkę. Przechowujemy w lodówce.


poniedziałek, 16 lutego 2015

O poszukiwaniu słońca w sobie

To był cudowny koniec tygodnia. Miał w sobie wszystko to, co mi do szczęścia potrzebne. Było słońce od rana do popołudnia, tak upragnione po kilku miesiącach szarości. Był spacer nad Wisłą i okazja, by się spotkać w rodzinnym gronie. Była też mała, biała czapeczka z uszkami tuptająca radośnie za rączkę i pyszny obiad wśród najbliższych. Były kwiaty z okazji bardzo romantycznej, ale też tak po prostu- bo wiosna idzie. I były wieczorne robótki na szydełku i rozmowy do późna. Teraz już rozumiem, dlaczego moja babcia lubiła spotykać się z koleżankami i wspólnie dziergać. Bo gdy wykonuje się kolejny rząd wełnianych pętelek, to nadchodzi ogromna ochota, żeby pogadać. O wszystkim i o niczym, o ważnych planach na przyszłość i o nic nie znaczących historiach z przeszłości. Po prostu- pogadać.

Zastanawiam się, czy ten weekend był tak cudownie leniwy i bajecznie przyjemny tylko dlatego, że nareszcie odwiedziło nas słońce? Czy bez niego potrafimy być szczęśliwi? Na pewno trudniej jest przemierzać kolejny dzień z uśmiechem na twarzy, gdy za oknem szaro buro i ponuro. Może jednak wystarczy spróbować i odnaleźć odrobinę słońca w sobie.  Przecież jest tam, gdzieś na dnie serca, pod mostkiem. Czuję je, gdy widzę uśmiech dziecka. I gdy wzrok cieszy się widokiem kwiatów. Czuję, jak rozświetla mnie od środka i dodaje energii za każdym razem, gdy słyszę słowo kocham. Nie. Za oknem nie musi świecić słońce, żebyśmy czuli ciepło. Mamy je w sobie i w dodatku możemy się nim dzielić. I nie. Kartka z kalendarza nie musi wskazywać na 14ty dzień lutego, żebyśmy czuli miłość. Ją też mamy w sobie. I też możemy się nią dzielić. Przez cały rok.





środa, 11 lutego 2015

Co tam słychać u staruszki Mai, czyli jadłospis dojrzałego psa

Dostaję od Was sporo wiadomości z pytaniem o Majcię. Melduję, że u naszej seniorki wszystko w porządku. Sezon zimowy przeszła z drobnym przeziębieniem, ale poza tym nic jej nie dolega. Może spacery trochę krótsze niż kiedyś, może za piłką już nie pobiegnie, ale jesień życia ma całkiem przyjemną. Łapy już nie te co kiedyś, więc zdarza się że trzeba wyjść na indywidualny, krótszy spacer. Wzrok też nie ten, więc trzeba pilnować, żeby na spacerze nie straciła nas z oczu, bo może pójść tam, gdzie jej się wydaje, że jesteśmy, a to zwykle zły kierunek. Słuch niby też już wczorajszy, bo ostatnio się zorientowała, że przyszedł do nas hydraulik, gdy ten już wychodził, a kiedyś to by przecież nawet wejść nie dała. Ale wystarczy, że któreś z nas pójdzie po coś do kuchni i nie daj Boże otworzy lodówkę... Maja pierwsza stawia się na posterunku i zaspanym oczkiem patrzy nam na ręce.

Większą część dnia przesypia smacznie na posłaniu. Zdarza się, że gdy przychodzi pora spaceru, to muszę ją budzić delikatnie. Delikatnie, bo obudzona zbyt gwałtownie zrywa się na równe nogi, jakby we śnie była jeszcze zupełnie młoda. A to grozi kontuzją. Czasami w ogóle musimy ją uspakajać, bo potrafi tak się nakręcić, że nadmiarem entuzjazmu zawstydza nawet młode psy. A nadmiar entuzjazmu, gdy ma się słabe łapy i zmęczone życiem serduszko nie jest dobry. Mówią, że labradory do końca życia pozostają szczeniakami i jest w tym dużo prawdy.

- A apetyt dopisuje? - pyta nasz weterynarz, gdy odwiedzamy go na wizytę kontrolną. Ot, tak. Na wszelki wypadek. Bo wiek, bo była przygoda z nowotworem, bo się skończyły tabletki.

Spoglądamy na niego, jak na wariata, a Maja- wyczuwając powagę sytuacji- drapie go w nogę, żeby już przestał głupoty gadać i dał trochę tych smaczków, co to je ma w kieszeni.

A skoro już mowa o apetycie psa w dostojnym wieku (lada moment 15!). Maja musi uważać na linię, bo każdy dodatkowy kilogram to dodatkowe obciążenie chorych łap. Potrzebuje jedzenia lekkostrawnego i dosyć wilgotnego, bo suchym potrafi się zakrztusić. Puree warzywne i gotowane mięso to nasz strzał w dziesiątkę. Koniecznie polane odrobiną zdrowego oleju roślinnego, żeby wspomóc pracę jelit i... Psiej głowy. Dziś dziewczyny spałaszowały dorsza. Buba z ryżem, bo jej kalorie nie przeszkadzają. Maja bez. Miski wylizane do czysta, psy najedzone śpią na dywanie, a mój portfel odetchnął, bo wyszło całkiem niedrogo.

Psia micha nr 4
Kokosowy dorsz na puree z selera


Składniki:
  • 300 g filetu z dorsza bez ości, pokrojonego w kawałki
  • średni korzeń selera
  • mały ziemniak
  • łyżka oleju kokosowego nierafinowanego (ewentualnie inny olej roślinny nierafinowany)
  • mleko i mleczko kokosowe (mniej więcej po szklance)
  • dodatkowo wiórki kokosowe
Przyda się:
  • blender
Warzywa obieramy i kroimy w kostkę. Zalewamy mlekiem i mleczkiem kokosowym w proporcji pół na pół (tak żeby warzywa były przykryte) i gotujemy do miękkości. Uważajcie, żeby mleko nie wykipiało. Po zagotowaniu zmniejszamy ogień. Jeśli Wasz psiak nie może jeść mleka krowiego, możecie użyć tylko mleczka kokosowego.

Gdy warzywa będą już miękkie, wyjmujemy je cedzakiem do miski, a do mleka wkładamy kawałki ryby. Gotujemy na małym ogniu 10 minut. 

Warzywa ucieramy razem z łyżką oleju kokosowego. Do puree dodajemy ugotowane kawałki ryby. Starszym pieskom taka porcja wystarczy. Młodszym łasuchom można w pozostałym mleku ugotować ryż lub błyskawiczne płatki ryżowe. Całość można oprószyć wiórkami kokosowymi. Dla smaku, ale przede wszystkim dla zdrowia.
* Olej kokosowy (nierafinowany) to istny eliksir zdrowia. W pożywieniu między innymi wzmacnia system odpornościowy, poprawia pracę układu nerwowego (ma udowodnione działanie zwalniające postęp choroby Alzheimera), wspiera układ krążeniowy. Wszystko to sprawia, że olej kokosowy to składnik, jakiego nie może zabraknąć w diecie żadnego staruszka. Maja poleca.

* Puree warzywne można przygotować w większej ilości i zamrozić "na później". A później wystarczy rozmrozić, podgrzać i podać z mięsem.

* Pamiętajcie, że w naszych przepisach na psie michy podajemy proporcje na przygotowanie jednodniowego posiłku dla psa o wadze 30 kilogramów. Jeśli Wasz psiak je częściej niż raz dziennie i/lub jest większy/mniejszy niz nasze dziewczyny, w ruch musi pójść kalkulator.

Szydełko i włóczka, czyli powrót do korzeni :)

Pomyślicie, że oszalałam, ale zamierzam wziąć się za szydełkowanie. Dawno, dawno temu dziergać próbowała mnie nauczyć babcia. I choć opanowałam podstawową technikę, zawsze brakowało mi cierpliwości, by w skupieniu czekać, czasami kilka dni, aż spomiędzy drutów wyłoni się choćby szalik. 

Trochę wody w rzece upłynęło, stałam się spokojniejsza, a z czasem zauważam, że coraz chętniej biorę się za rzeczy, które robiłam w dzieciństwie. Jakaś część mnie zaczyna chyba rozumieć, że życie mamy jedno i szkoda by było nie poświęcić go, przynajmniej w części, na to, co sprawia przyjemność. Myślę o powrocie do rzeźbienia w glinie. Kiedyś podobno nieźle mi szło. Ale najpierw szydełko, czyli nieco prostsza forma dziergania. Mam nadzieję, że prostsza :) Trzymajcie za mnie kciuki!

Zgromadziłam już na komputerze sporą biblioteczkę wzorów i filmów instruktażowych. Okazuje się, że na internecie rzeczywiście można znaleźć niemal wszystko. Można też zakupić najrozmaitsze włóczki i sznurki. Tylko spójrzcie, co znalazłam. 

Ze zwykłego, bawełnianego sznurka można wyszydełkować takie cudowne kosze. Na bieliznę, na biżuterię i drobiazgi, czy choćby na akcesoria do dziergania właśnie. Nie mogę się doczekać, kiedy zrobię swój pierwszy koszyk. Dokładnie w takim kolorze.

/kasiulkoweprace.blogspot.com/
Szydełkować można również z materiałowych pasków. Nasza kuchnia aż się prosi o dywanik. Na przykład taki, tylko może w innych kolorach. Jeśli wyjdzie ładnie, to na pewno zrobię jeszcze jeden do pokoiku bratanic. Już widzę, jak siedzą na takim kolorowym i mięciutkim kółku i czytają książeczki :)

/www.myworldofwool.com/
Taki kocyk dla dziecka też chodzi mi po głowie. W dodatku wzór wydaje się wyjątkowo łatwy. Przynajmniej na zdjęciu ;) Zamówiłam już włóczkę na kocyk. Wygląda tak. Jest mięciutka i gruba, więc kocyk będzie w sam raz na chłodny początek wiosny. Jeśli się uwinę :)

/www.gratefulprayerthankfulheart.com/
Może kiedyś uda mi się szydełkować również ubrania. Na pewno będę musiała dużo poćwiczyć. Ale taki komin nie wydaje się zbyt skomplikowany. Będzie idealny na przyszłą zimę. I ten kolor! Mój ulubiony :)
/www.hopefulhoney.com/

poniedziałek, 9 lutego 2015

O niechęci do zup, czyli ulubiona zupa Darka- cebulowa słodzona melasą

Dziś szybko i bez zbędnych opowieści. Bo, co tu dużo opowiadać. Zupa była pyszna- powiedział Darek i poprosił o dokładkę. A trzeba Wam wiedzieć, że do zupy ma zwykle stosunek raczej chłodny. Jak kibole do policji. Lub jak Buba do kąpieli z szamponem. Byle tylko trzymać się jak najdalej takich atrakcji ;)
Zupa cebulowa
słodzona melasą

Ps Wybaczcie jakość zdjęcia. Aparat zawiódł w decydującym momencie i nie pozostało mi nic innego, jak tylko cyknąć fotkę telefonem ;)

Składniki:
  • 2 l bulionu warzywnego (mięsożercy mogą przygotować bulion na małym kawałku wołowiny)
  • 8 cebul
  • 4  średniej wielkości i ugotowane w mundurku ziemniaki
  • łyżka melasy
  • 2 łyżki masła
  • majeranek
  • gałka muszkatołowa
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • sól i pieprz
Przyda się:
  • duży garnek
  • duża patelnia
  • blender
Cebulę obieramy, kroimy w kostkę i podsmażamy na maśle. Powinna się zeszklić, ale nie zarumienić. Ścieramy na tarce szczyptę gałki muszkatołowej. Ilość zależy od Waszych upodobań- nie wszyscy za ta przyprawą przepadają. Dodajemy łyżkę melasy i podsmażamy 2 - 3 minuty na małym ogniu delikatnie mieszając. Zamiast melasy możemy użyć 2 łyżek cukru trzcinowego, ale smak będzie już inny. Na koniec zalewamy cebulę 2 szklankami bulionu i dusimy przez 15 minut pod przykryciem.

Do garnka przelewamy resztę bulionu i podgrzewamy go. Dodajemy cebulę, ziemniaki obrane ze skórki i parmezan. Doprowadzamy do wrzenia i zdejmujemy z ognia. Ucieramy blenderem, aż osiągniemy jednolitą konsystencję. NA koniec dodajemy szczyptę majeranku i doprawiamy solą i pieprzem do smaku.

Podajemy na dwa sposoby. Ja lubię taką zupę cebulową pić z dużego kubka. Jest idealna do picia, bo nie jest za gęsta. Posypuję ją prażonym sezamem i dodaję pół łyżeczki oleju sezamowego. Rezultat: pyszny, orzechowo słodki smak z cebulą w tle.

Darek woli tę zupę podana w miseczce z pokrojonymi w kostkę ziemniakami (oczywiście ugotowanymi). Rezultat: bardzo sycąca micha dla głodomora :)


sobota, 7 lutego 2015

Sobotni kącik urody, czyli domowy peeling z propolisem do twarzy

Z każdą bliską nam osobą wiąże się mnóstwo dobrych, ciepłych wspomnień. Zdarza się jednak, że jedno z nich jest tak głęboko wyrysowane w naszym sercu, że gdy o kimś myślimy, to właśnie ta jedna sytuacja wyświetla nam się pod powiekami. I jeśli mielibyśmy stworzyć o tej osobie krótki, kilku minutowy film, to właśnie ta scena byłaby kluczowa.

Właśnie w taki sposób wspominam moją ukochaną babcię. Pamiętam tysiące sytuacji z nią związanych i pewnie sił by mi nie starczyło, żeby wszystkie opisać i opowiedzieć. Jednak gdy zamykam oczy, zawsze widzę ją, jak stoi przy stole w kuchni i zagniata ciasto drożdżowe. Wokół talii ma zawiązany fartuszek, okrągły brzuszek podskakuje w rytm jej śmiechu, a po zagnieceniu ciasta i opłukaniu rąk smaruje je delikatnie masłem.

Babcia nie wierzyła w wymysły kolorowych reklam. Włosy myła mydłem i płukała naparem z rzepy, dłonie mimochodem kremowała odrobiną masła, tylko oczy miała zawsze podkreślone niebieściutką kredką.

Nie przypominam sobie, żeby babunia kiedykolwiek miała jakieś uczulenie, czy choćby podrażnienie skóry. Jej włosy błyszczały i nie posiwiały do wieku lat siedemdziesięciu, a dłonie miała zawsze miękkie i delikatne, jak płatki róży. A były to dłonie bardzo pracowite i ruchliwe, w dodatku nie uznające gumowych rękawic do sprzątania.

W czym tkwił jej sekret? Moim zdaniem w naturalnych i jak najprostszych kosmetykach (jeżeli masło można nazwać kosmetykiem).

Co raz częściej dziś spotykamy się w drogeriach z produktami eko i kosmetykami wytwarzanymi z naturalnych składników. Mnie osobiście bardzo to cieszy. Mam tego pecha, że jestem posiadaczką bardzo wrażliwej i reaktywnej cery. Okazuje się jednak, że wiele kosmetyków do pielęgnacji możemy zrobić sami. Mamy wtedy pewność, że na naszej skórze lądują tylko "dobre rzeczy". Takie kosmetyki są też dużo tańsze niż te sklepowe. A czy lepsze? Moim zdaniem tak, ale spróbować musicie sami :)

Domowy peeling do twarzy z propolisem
wygładzający i łagodzący


Składniki:

  • 1 łyżka cukru trzcinowego 
  • 1 łyżka miodu (np. lipowego)
  • 1 łyżka oleju kokosowego (najlepiej nierafinowany i ekologiczny)
  • 10 kropel ekstraktu z propolisu (na przykład taki)
Cukier jest zbyt gruboziarnisty, żeby go użyć jako peelingu na delikatnej skórze twarzy. Dlatego najpierw ucieramy go w moździerzu. Co jakiś czas sprawdzamy palcami, czy wielkość drobinek cukru już nam odpowiada. Musimy uważać, by nie utrzeć cukru na puder, bo wtedy nie spełni swojej roli.

Do rozdrobnionego cukru dodajemy miód i mieszamy. Na koniec dodajemy olej i ekstrakt z  propolisu. Mieszamy i gotowe. Jeśli nie chcemy użyć od razu, to przechowujemy w lodówce, żeby cukier się nie rozpuścił. Na 15 minut przed użyciem wyjmujemy z lodówki. Zimny peeling może być twardy, ale wystarczy rozgrzać go w palcach.

* zamiast propolisu możecie użyć zwykłej witaminy A w kroplach kupowanej w aptece 


piątek, 6 lutego 2015

Pies nie konserwa, czyli zdrowa i pyszna pasta do zabawek na przysmaki

Gumowe zabawki z otworami na przysmaki to świetna zabawa dla psa (i niezły sposób na zajęcie jego uwagi na dłużej, gdy za oknem deszcz i niepogoda). Dziewczyny dostały swoje gumowe tuby na święta rok temu. Kupiłam dwie i w ramach gratisu otrzymałam pastę o smaku wątróbki. Gdy w domu przyjrzałam się tej paście, ręce mi opadły. Nie dość, że skład został opisany bardzo lakonicznie i pobieżnie (co już świadczy o tym, że producent wiele ciekawostek przemilczał), to w dodatku termin przydatności takiej pasty sugerował, że będzie się nadawała do jedzenia i na przyszłe święta, i na jeszcze kolejne... Można się tylko domyślać, że choć wątróbki nie było tam ani odrobiny (a jedynie jej smak), to konserwantów było, owszem, pod dostatkiem. Podejrzewam, że po zjedzeniu takiego przysmaku psi organizm konserwuje się na tyle dobrze, że już faktycznie żadne choroby mu nie groźne ;)

Gumowe tuby wylądowały w naszym psim pudle jako prezent nie trafiony, ale nie na długo. Szybko okazało się, że wypełnione zwykłym twarożkiem lub pastą z prawdziwej, ugotowanej wątróbki świetnie spełniają swoją rolę. Możliwości na ich wypełnianie są właściwie nieograniczone. Zależnie od tego, co lubi pies, można tak urozmaicać te zabawę, że nigdy się nie nudzi.

Naszym ostatnim odkryciem jest pasta z cieciorki i selera. Psy uwielbiają seler. Myślę, że to kwestia smaku przypominającego nieco smak surowego mięsa. Słodkawo słony. Do wykonania pasty używam selera z zupy (którą dosalam i przyprawiam już po wyjęciu selera) i to też może mieć znaczenie. Jeśli Wasz psiak to mięsożerca i kropka, możecie do pasty dodać odrobinę mięsa z rosołu. Żaden pysk się temu nie oprze.

Pasta do zabawek na przysmaki z cieciorki i selera


Składniki:

  • szklanka namoczonej i ugotowanej cieciorki (lub z puszki)
  • pół sredniej wielkości ugotowanego selera (może być z rosołu, ale wtedy naszą zupę doprawiamy po wyjęciu warzywa)
  • 1/2 obranego jabłka
  • 3 łyżki oleju roślinnego nierafinowanego (np. rzepakowego)
Przyda się:
  • miska i blender
Wszystkie składniki wystarczy utrzeć na gładką masę. Do wypełniania głębokich dziur w zabawce używamy rękawa. Płytsze zagłębienia wypełniamy płaskim nożem lub łopatką. Pastę przechowujemy w zamkniętym pojemniku w lodówce nawet 2 tygodnie. Nadmiar można zamrozić.
 



czwartek, 5 lutego 2015

Ludzie się zmieniają, czyli pasta z cieciorki i pietruszki

Nigdy nie byłam wielką fanką past do pieczywa. Zbyt dobrze pamiętałam z dzieciństwa mdłą i niezbyt ładnie pachnącą pastę rybną. Bogu niech będą dzięki, w domu oszczędzono mi wątpliwej przyjemności spożywania kanapek z taką pastą, ale zdarzało się, że w gościach nie wypadało nie spróbować. Moi rodzice hołdowali bardzo prostej zasadzie przy stole. Możesz nie zjeść - mówił niejednokrotnie mój tato widząc, jak krzywię się nad szarobrązową paćką z makreli - ale musisz spróbować. No i próbowałam. Próbowałam i obiecywałam sobie, że jak dorosnę, nigdy nie zjem ani nie zrobię żadnej pasty.

I co? I jestem żywym dowodem na to, że ludzie się zmieniają. Nie dość, że moim ulubionym sposobem na wędzoną makrelę jest właśnie pasta, to w dodatku zaczęłam niedawno eksperymentować ze smarowidłami z roślin strączkowych. No sami przyznajcie- czy jest lepszy sposób na zdrowe, sycące i pełne energii śniadanie niż właśnie kromka świeżego, razowego chleba i pasta z cieciorki?

Cieciorkę lubię niemal pod każdą postacią. Robię z niej zupy, sałatki i ostatnio pasty. Nie mogę się tylko przekonać do hummusu. Ta pasta nie ma z nim nic wspólnego. Jest delikatna i puszysta, lekko słodka i rozpływająca się w ustach. Gorąco polecam. Najlepiej smakuje z kromką własnego chleba na zakwasie. Na przykład takiego. Ale i ze zwykłym sklepowym pycha.

Pasta z cieciorki i pietruszki


Składniki:

  • 1 i 1/2 szklanki namoczonej i ugotowanej ciecierzycy (lub gotowej z puszki)
  • 1 średni korzeń pietruszki
  • 1/4 średniego selera
  • 1/4 jabłka (użyłam ligol)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego nierafinowanego
  • szczypta majeranku
  • pieprz i sól do smaku
  • ewentualnie suszone pomidory do dekoracji (i smaku)
  • dodatkowo 3 ziela angielskie, 2 listki laurowe i szczypta soli do gotowania warzyw


Ciecierzycę namaczamy na minimum 5 godzin przed gotowaniem i gotujemy około godziny. Można namaczać przez noc i przygotować rano.

Pietruszkę i seler obieramy i gotujemy z dodatkiem przypraw w niewielkiej ilości wody. Po ugotowaniu na miękko odsączamy i ucieramy blenderem na gładką masę razem z cieciorką, ćwiartką obranego jabłka i olejem. Na koniec dodajemy szczyptę majeranku i doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Pasta nie powinna być mocno słona, raczej słodka w smaku. Soli dodajemy dosłownie szczyptę.

Podajemy na świeżym pieczywie z dodatkiem pokrojonych, suszonych pomidorów z oliwy.

O zmaganiu się z kategorią kulinarną, czyli wyślij smsa, wspomóż Zuzi wiarę w siebie ;)

Jak już pewnie wiecie (a może nie wiecie, tym bardziej poczytajcie), bierzemy całą ferajną udział w konkursie na Blog Roku 2014. Wystartowaliśmy w kategorii "lifestyle", bo nawet po wyjątkowo burzliwej burzy mózgów nie byliśmy w stanie zdecydować, czy blog nadaje się do kategorii "kulinarnej" czy może do kategorii "pasje". Mnie nie wydawało się, żebym ze swoimi przepisami mogła stawać w szranki w jakichkolwiek zmaganiach kulinarnych, a Darek uważał, że choć psie przysmaki podpadają pod kategorię "pasje", to przecież na blogu dzieje się o wiele więcej, niż tylko pieczenie psich ciastek.

Koniec końców padło na kategorię o bardzo enigmatycznie brzmiącej nazwie. Lifestyle. No, tak- stwierdził Darek. - Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale te wiecznie głodne potwory są naszym stylem życia.

Po tygodniu od zgłoszenia zaskoczenie. Redakcja konkursu postanowiła przenieść nasz blog do kategorii kulinarnej. Decyzją ostateczną i nieodwołalną. No i weź tu teraz tłumacz ludziom, że nie. Że nie tak miało być, bo blog jest przecież nie tylko i po prostu kulinarny. Jest domowy. A w domu, jak to w domu. Gotuje się, a jakże! Gotuje się zdrowo i może nawet czasem oryginalnie, ale przecież nie tylko się gotuje. Czyta się też książki i ogląda ciekawe filmy, gada się o rzeczach ważnych i o tych mniej, czasem się żartuje z tego, co do psiego łba przyszło akurat. No, naprawdę! Dlaczego wszystko trzeba tak od razu upraszczać i sprowadzać do jednego mianownika. Na blogu są przepisy, to jest kulinarny. To jak w książce są rysunki, to znaczy, że od razu komiks?

No, trudno. Siła wyższa zadecydowała i kropka. Startujemy w konkursie na kulinarny blog roku.

- No, to teraz nie masz już wyjścia - skwitował Darek. - Musisz zacząć lepiej gotować.

Kocham mojego mężczyznę i jego wiarę we mnie.