czwartek, 29 stycznia 2015

O konstelacji wędzonego łososia, czyli gryczane grissini z łososiem dla psa

Myślę, że każdy z nas ma w swojej głowie własną mapę miasta lub okolicy, w której mieszka. Bardzo subiektywną mapę, dodam. Mapę tworzoną i spisywaną na bieżąco, cały czas. Ta mapa to zarys naszych miejsc. Czasami wydaje się nawet, że reszta świata mogłaby właściwie przestać istnieć, a my nawet byśmy tego nie zauważyli. Poruszamy się między naszymi miejscami na mapie, jak statek kosmiczny, od gwiazdy do gwiazdy. I choć wszechświat pełen jest milionów gwiazd, nam wystarczą tylko nasze, dobrze znane konstelacje. Mogę być psiarzem pełną gębą, ale jednak mam w sobie i coś z kota. Poruszam się sprawnie swoimi ścieżkami i doskonale wiem, gdzie się udać, gdy coś mi potrzeba.

Wiem, gdzie zajrzeć, gdy najdzie mnie ochota na pyszne rurki z kremem. Najlepsze w Warszawie są na Rondzie Wiatraczna. Wiem, gdzie szukać świeżych owoców i warzyw. Mam swoje ulubione stoisko na bazarku na Szembeka. W internecie też mam mnóstwo ścieżek. Ostatnio odkryłam cudowny sklep z włóczkami i jeszcze cudowniejsze miejsce, gdzie mogę sobie przypomnieć, jak to się robiło na tych drutach. A gdy najdzie mnie ochota na wędzoną rybę... Odwiedzam mały i niepozorny bazarek przy Afrykańskiej, gdzie w jednym z mikrych boksów sprzedają najlepszego łososia wędzonego na ciepło, jakiego kiedykolwiek jadłam. Zwykle nie mogę się powstrzymać i kupuję zbyt dużą ilość. Ale zaraz, zaraz. Przecież od przybytku głowa nie boli. Zwłaszcza gdy u wejścia do kuchni czatują dwa psy.

Gryczane grissini z łososiem
(dla psa)


Składniki:

  • 100g łososia wędzonego na ciepło
  • 200g jogurtu naturalnego
  • żółtko
  • 2 szklanki mąki gryczanej
  • łyżeczka sody

Przyda się:

  • blender
  • papier do pieczenia
  • ewentualnie drewniany patyczek do szaszłyków (do odciśnięcia załamań w paluchach)
Mięso z łososia ucieramy na jednolitą masę z jogurtem i żółtkiem. Dodajemy do mąki i sody i wyrabiamy ciasto. Po wyrobieniu powinno przypominać dobrze rozgrzaną w dłoniach plastelinę. Powinno się nieco kleić ale i dawać się formować. Zawijamy w folię i wkładamy na pół godziny do lodówki. 

Następnie dzielimy ciasto na 5-6 mniejszych części i każdą rolujemy w wałeczki grubości palca. Ostrym nożem tniemy wałeczki na mniejsze części i układamy na papierze do pieczenia. Po ułożeniu wszystkich na blasze możemy dodatkowo odcisnąć patyczkiem miejsca, w których nasze grissini będą się dawały łatwo przełamać.

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni z termoobiegiem. Dzięki temu grissini będą z wierzchu chrupiące, a w środku miękkie. Bez termoobiegu ustawiamy temperaturę o 10 stopni wyższą. Pieczemy przez 12 minut.

* Jeśli grissini mają być smakołykiem dla wyjątkowo małego pyszczka lub kota, rolujemy wałeczki o grubości solonych paluszków, a czas pieczenia skracamy do 8 minut. 


wtorek, 27 stycznia 2015

Syrop imbirowy na miodzie, czyli pysznie i zdrowo

Dzisiaj krótko, bo i co tu dużo gadać. Darka dopadła angina. Biedulek nie może przełknąć nic gęstszego niż woda, a i to sprawia mu ból, jakby połykał tysiąc żyletek popijając kwasem siarkowym. I nic mu nie pomaga, i nic nie łagodzi bólu tak, jak najzwyklejszy miód.

Moim prywatnym zdaniem miód jest jednym z największych cudów świata. Pyszny do kawy i naleśników. Ale nie dość, że osładza nam życie, to jeszcze leczy. Nazywany naturalnym antybiotykiem nie jest w stanie zaszkodzić i mogą się nim leczyć już malutkie dzieci. Ja właśnie odkryłam, że cudownie koi moje wiecznie zaczerwienione poliki i przyrządzam sobie domowe pilingi na bazie miodu (niedługo na blogu). Dziewczyny zjadają po małej łyżeczce dziennie na odporność. Miód i ziołowe inhalacje pomogły nam wyleczyć babunię Maję z kaszlu, gdy nawet lekarz rozkładał bezradnie ręce i gotów był przedłużać antybiotykoterapię o kolejny tydzień. A w połączeniu z imbirem i cytryną... Bomba witaminowa! I prawdziwy balsam dla schorowanego Darkowego gardziołka.

Przepis na sok z imbiru już był. Znajdziecie go tutaj. Syrop na bazie miodu ma w sobie więcej leczniczych właściwości. Można nim słodzić herbatę albo wypijać na łyżeczce, ale już do piwa się nie nada, bo jest zdecydowanie ostrzejszy w smaku. Gorąco Wam polecam. Na przeziębienie i na wzmocnienie.

Syrop imbirowy na miodzie


Składniki:
  • korzeń imbiru (im większy, tym lepszy)
  • 2 szklanki miodu (użyłam lipowego)
  • szklanka przegotowanej wody
  • sok z jednej cytryny


Przyda się:
  • garnuszek
  • bawełniana ściereczka
  • słoik


Imbir obieramy ze skórki i ucieramy na małych oczkach tarki. W garnuszku zalewamy go miodem, mieszamy i zostawiamy pod przykryciem na noc.

Następnego dnia dolewamy do garnuszka wody i zagotowujemy mieszając. Gdy tylko syrop zacznie bulgotać, wyłączamy palnik, ale nie zdejmujemy garnka z kuchenki. Niech dalej dochodzi w cieple. 

Gdy syrop ostygnie, dodajemy sok wyciśnięty z jednej cytryny. Mieszamy i całość przelewamy do słoika przez bawełnianą ściereczkę. Robimy to w ten sposób: ściereczką przykrywamy słoik i wciskamy ją do środka tak, żeby powstał z niej koszyczek. Do koszyczka wlewamy odrobinę syropu i zaczynami wyciskać go przez ściereczkę. Robimy to tak długo, aż ze ściereczki nie da się wycisnąć już ani kropli.

Syrop przechowujemy w zamkniętym słoiku w lodówce nawet kilka tygodni. Przed użyciem delikatnie mieszamy, gdyż na dole słoika wytrąca się osad.

Na zdrowie!

niedziela, 25 stycznia 2015

Kuchenny recycling, czyli 3 wcielenia marynaty do kurczaka. Dressing żurawinowy do kanapek.

Najbardziej niedzielny obiad na świecie? Pieczony kurczak, a jakże! W moim rodzinnym domu w pieczeniu kurczaka specjalizował się tato. Tylko on potrafił tak zarumienić skórkę, że stawała się cieniutka, jak pergamin i chrupiąca, jak wafelek. I te przyprawy. Czosnek, ziele angielskie i majeranek. Zwłaszcza majeranek. Niby prosta sprawa, a jeszcze nigdy nie udało mi się podrobić tego smaku. Chyba będę się musiała wybrać niedługo do taty na przeszkolenie :)

Moim ulubionym przepisem na pieczonego kurczaka jest ten przepis pana Olivera. Lubię to cudowne połączenie aromatycznej kwaskowości cytryny i delikatnej słodyczy pieczonych warzyw.

Nie zawsze mam jednak czas na krojenie, przyprawianie i postępowanie według zaleceń autora. Mam sposób na kurczaka, który nawet nie wymaga, by go jakoś szczegółowiej opisywać- jest tak banalnie prosty. 

1 szklanka miodu + mały słoiczek żurawiny + 1/2 szklanki sosu sojowego + 1/2 łyżeczki chilli

Wystarczy wrzucić to wszystko do worka, wymiętosić, włożyć do worka kurczaka, znowu wymiętosić i zostawić w lodówce na noc. Następnego dnia przekładamy kurczaka do brytfanny, polewamy 1/3 marynaty (resztę zachowajcie) i pieczemy w temperaturze 200 stopni przez godzinę lub dłużej jeśli trafił nam się kurczak gigant (choć szczerze radzę używać kurczaczków eko, a te rzadko kiedy osiągają monstrualne rozmiary). Jeśli podczas pieczenia zauważymy, że skórka za bardzo brązowieje, przykrywamy kurczaka na resztę pieczenia folią aluminiową. No i tyle. Przyznacie, że jak na wykwintny obiad, to raczej mało pracy :)

Jeśli chcemy podać do kurczaka sos żurawinowy, nic prostszego. Przelewamy na patelnię sos powstały podczas pieczenia kurczaka i doprowadzamy do bulgotania. Resztę marynaty, którą zachowaliśmy rozrabiamy z łyżeczką mąki pszennej i łyżeczką mąki ziemniaczanej. Dodajemy do sosu i mieszamy trzymają na małym ogniu tak długo, aż sos zgęstnieje. 

Pierś kurczaka kroimy na plastry i polewamy sosem. Jeśli zostanie Wam trochę kurczaka i sosu, to macie praktycznie gotowe śniadanie na następny dzień. Do ostudzonego sosu żurawinowego wystarczy dodać łyżeczkę majonezu i dokładnie wymieszać. Otrzymacie idealny dressing do kanapek. Pyszny, słodko-słony i pozbawiony tej całej chemii, którą ładuje się do marketowych dressingów. 




wtorek, 20 stycznia 2015

O zaginionych w akcji i cudownych ziarnach lnu, czyli lniane ciastka z białą rybą dla psa

Te ciastka zrobiłam jeszcze w zeszłym roku. Bóg jeden raczy wiedzieć, jakim cudem ten przepis zaginął w akcji, ale tak właśnie było. Karteczkę ze spisanymi na bieżąco proporcjami znalazłam dziś pod lodówką. Musiała spaść tam złośliwie i robić sobie ze mnie żarty. Ale przyszła kryska na matyska. Zajrzałam przypadkiem pod lodówkę i znalazłam klika zagubionych monet i zapomniany przepis. Miałam akurat kawałek dorsza i resztę składników. Zamieszałam, zakręciłam i już są- cieplutkie i bardzo aromatyczne psie ciastka. Całe szczęście, że przepis nie przepadł na dobre, bo ciacha wyjątkowo dziewczynom smakują. Zresztą, jak wszystko, co ma w sobie choćby odrobinę ryby. 

Piesy śpią teraz smacznie po popołudniowym spacerze w śniegu, urozmaiconym psim ciastkiem na koniec, a ja zastanawiam się, czy takimi zwykłymi i prostymi psismakami dam radę powalczyć w konkursie na blog roku, w którym bierzemy udział. Nie wiem. Ale postanowiłam sobie, że dla samego konkursu na blogu nic się nie zmieni. Dalej będzie prosto i smacznie, ciepło i serdecznie, wesoło i z odrobiną wzruszeń ;)

Lniane ciastka z białą rybą
(dla psa)


Składniki:

  • 120 g  świeżego mięsa z białej ryby bez ości (użyłam dorsza)
  • 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 2 jaja
  • 3 łyżki oleju lnianego
  • łyżka namoczonego siemienia lnianego
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 i 1/2 szklanki mąki żytniej chlebowej (typ 750)
Przyda się:
  • malakser (ewentualnie dużo cierpliwości w rozdrabnianiu ryby nożem)
  • miska
  • papier do pieczenia
Mięso z ryby, koncentrat pomidorowy i olej ucieramy w malakserze. Dodajemy jaja i odsączone siemię lniane (powinno się moczyć w 3 łyżkach wody przez 15 minut). Mieszamy. Na koniec dodajemy mąkę i proszek i znowu mieszamy. 

Blachę wykładamy papierem do pieczenia, a piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. Łyżką (lub łyżeczką, jeśli zależy Wam na mniejszym rozmiarze ciastek) formujemy na papierze placuszki. Pozostawiamy między nimi 2-3 centymetry odstępu, bo troszkę wyrosną. Pieczemy przez 20 minut (15 w przypadku placuszków formowanych łyżeczka od herbaty).

* Siemię lniane to naturalny sposób na niestrawność i bóle brzucha. W nagłych przypadkach możemy przygotować dla psiaka kisiel z siemienia lnianego. Dla zachęty dodajemy do niego odrobinę świeżej ryby i gotujemy, lud dodajemy łyżeczkę tranu po ostudzeniu. Psiakom, którym zdarzają się zaparcia warto dodawać do posiłku łyżkę namoczonego siemienia lnianego. Na rynku dostępna jest też mączka ze zmielonych nasion lnu. Wystarczy dosypać łyżeczkę do miski z jedzeniem. Zdrowe i naturalne.

piątek, 16 stycznia 2015

Uzależniona od początku

Za każdym razem, gdy zaczyna się coś nowego, czuję ekscytację. Nowy rok, nowy miesiąc, praca nad nowym projektem. Wszystko to sprawia, że w mojej głowie rusza machina pomysłów. Takie mentalne perpetum mobile. Sęk w tym, że żeby maszyna działała, w moim życiu musi wciąż wydarzać się coś nowego. 

Na studiach czytałam o życiowych poszukiwaczach wrażeń. Okazuje się, że niektórzy z nas mają tak ogromną potrzebę ekstremalnych doznań, że angażują się w niebezpieczne sporty i ryzykowne zachowania tylko po to, by cały czas czuć przypływ adrenaliny. Ja nigdy nie skoczę ze spadochronem, ani nie zrobię sobie tatuażu, choć takie malutkie, subtelne jaskółki na ramieniu bardzo by mi się podobały. Najzwyczajniej w świecie się boję. Jestem jednak uzależniona od zaczynania od nowa. Bo każdy początek napełnia mnie ogromem chęci do działania. 

Zaczął się nowy rok i ja już nie mogę się doczekać wiosny. Tak bym już chciała wybrać się na targ i przynieść ze sobą kwiaty i sadzonki. W tym roku czeka nas przeprowadzka i nie wiem, czy będzie sens robić ogród na balkonie. Ale w wazonach na pewno pojawią się kolorowe i pachnące cuda.

/honeyandjam.com/

Nie mogę się też doczekać, kiedy zrobi się na tyle ciepło, by w ruch poszły letnie sukienki. W tym roku stawiam na koszule i tuniki. Są bardzo wygodne i wbrew pozorom- bardzo kobiece.

/outfitideas.com/

W tym roku chcę poświęcić więcej czasu na pisanie. w szufladzie leży cały stos pomysłów czekających na spisanie. Czasu wciąż mało, dlatego muszę ustalić jakiś czas tylko dla mnie.

/blog.nishe.net/

Zbliżająca się przeprowadzka na wieś sprawia, że dużą część wolnego czasu poświęcamy na rozmowy o naszym przyszłym domu. Wiem, że Darek zaprojektuje najpiękniejszy dom na świecie, ale muszę mu od czasu do czasu coś podpowiadać, żeby moje kulinarne królestwo było nie tylko piękne, ale i praktyczne. Taka kuchnia bardzo by mi pasowała :)

/acquiredobjects.blogspot.com/

Wciąż uczę się wypiekać domowy chleb. Bywa różnie. Raz wyjdzie pyszny i chrupiący, innym razem nie wyrośnie. Wiele zależy od przepisu, więc od jakiegoś już czasu gromadzę ulubione przepisy na pieczywo, które w tym roku sprawdzę.

/simplesmentefascinante.blogspot.com/

Tyle pomysłów... Niech początek roku trwa wiecznie.








czwartek, 15 stycznia 2015

Liebster Blog Award

Dziękuję za nominację Przybij Łapę.

Z natury nie przepadam za wszelkiego rodzaju łańcuszkami internetowymi, ale w tym wypadku jestem za. Mam wrażenie, że akurat ta inicjatywa ma na celu nie tyle promowanie konkretnej osoby, czy produktu, co wyróżnianie blogów, w których widać gołym okiem, że są efektem prawdziwej pasji. Sama śledzę wiele blogów, na których szukam inspiracji i wiem, jak trudno jest dotrzeć do tych, do których po prostu warto dotrzeć.


Nominację do Liebster Blog Award otrzymuje się od innego blogera w ramach uznania za ''dobrze wykonaną robotę''.
Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez blogera, który Cię nominował.Potem Ty nominujesz 11 osób, które informujesz o tym, że zostali nominowani i zadajesz im 11 pytań. Uwaga! Nie wolno nominować osoby, która Cię nominowała!

Pytania, które zadała mi Przybij Łapę:

1. Dlaczego wybrałam/em mojego psa?

W przypadku Mai to nie był wybór. 15 lat błagałam rodziców o psa. Pewnego dnia tata powiedział mi, że mam się ubierać, bo jedziemy do Gdańska w odwiedziny do cioci. Na miejscu okazało się, że znajomi cioci mają do oddania ostatnią suczkę z miotu. Nikt jej nie chciał, bo była wyjątkowo drobna i czarna (to był czas gdy labradory nie były jeszcze popularne, a już na pewno nie czarne). Dlaczego tata się zgodził? Nie wiem do dziś. Ale do dziś, gdy dzwoni, najpierw pyta co u Majci ;)

2. Twoja ulubiona psia zabawka?

Moja? Ja się psimi zabawkami nie bawię. Wolę ludzkie.

3. Najlepszy domowy przepis na psi smakołyk/zabawkę?

Każdy z bloga, oczywiście.

4. Mały pies czy duży? Dlaczego?

I mały i duży, i chudy i gruby. A jakie to ma znaczenie? Gdy rodzi nam się dziecko nie postanawiamy sobie, że je zachowamy tylko jeśli okaże się uroczym blondaskiem.

5. Co sądzisz o BARF-ie?

To samo, co sądzę o każdej ekstremalnej diecie. Tak psiej, jak i ludzkiej. Że to niestety przesada. BARF powstał po to, by żywienie psa było takie, jak w naturze. Ale ono takim nigdy nie będzie, bo musielibyśmy pozwolić psu biegać po lesie i polować na sarny. Ale koniec końców każdy właściciel decyduje sam. Dla mnie o wiele ważniejsze od tego, czy podaję psu surowe mięso jest to, jakiej jakości ono jest i czy jest odpowiednio uzupełnione warzywami, owocami, zbożami i nabiałem.

6. Pies w samochodzie. Jaki sposób najlepszy (tylne siedzenie, bagażnik etc.)

To chyba zależy od samochodu ;) I trochę od psa.

7. Czy w samochodzie zapinasz psu psie szelki bezpieczeństwa?

W bagażniku się nie da.

8. Cechy dobrej firmy handmade dla zwierząt.

Z założenia rzeczy handmade można zrobić samemu. Więc wolę nie kupować.

9. Czy kupujesz produkty handmade? Dlaczego?

Nie kupuję. Co mogę, robię sama. Mam z tego sporą satysfakcję.

10. Co najbardziej uwielbiasz w swoim psie?

Pies jest cudowny zawsze. A najbardziej na pysku.

11. Psi sposób na deszczowe wieczory.

Psi sposób? Maja wieczory przesypia. Wszystkie, nie tylko deszczowe. Buba zażywa kąpieli błotnych. A ja lubię się zwinąć pod kocykiem z książką, albo upiec chleb.

***
Do nagrody Liebster Award nominujemy:
  1. http://bialybialy.blogspot.com/  za cudne rysunki
  2. http://czeresniowakuchnia.blogspot.com/  za moc tradycyjnych przepisów jak u mamy
  3. http://niebonatalerzu.blogspot.com/  za... niebo na talerzu
  4. http://paletasmaku.blogspot.com/  za bardzo domową atmosferę
  5. http://pieswwarszawie.pl/  za mnóstwo ciekawych akcji
  6. http://www.podrozezpsem.pl/  za pokazywanie, że z psem można wiele
  7. http://pracowniawypiekow.blogspot.com/  za namówienie mnie do pieczenia własnego chleba
  8. http://wojnapolskobawarska.blogspot.com/  za tyle miłości z przymrużeniem oka
  9. http://www.manufaktura-radosci.blogspot.com/  za dużą dawkę pozytywnego myślenia
  10. http://www.tasteaway.pl/  za to, że już nie potrzebuję przewodnika kulinarnego, gdy gdzieś jadę
  11. http://futraspecjalnejtroski.pl/  za... Pierdolota ;)
Bardzo szkoda, że nominować można tylko 11 blogów. Zasługuje na to o wiele więcej. Pytania, jakie dla Was przygotowałam, kochani blogerzy, nie są mojego autorstwa. Na potrzeby jednego ze swoich programów stworzył je Bernard Pivot. Jest ich 10, więc 11 pytanie jest ode mnie :)
  1. Jakie jest twoje ulubione słowo?
  2. Jakiego słowa nie cierpisz?
  3. Co cię nakręca umysłowo, duchowo lub emocjonalnie?
  4. Co cię zniechęca?
  5. Jakie jest twoje ulubione przekleństwo?
  6. Jaki dźwięk lub hałas uwielbiasz?
  7. Jakiego dźwięku lub hałasu nie znosisz?
  8. Gdybyś nie wykonywał/a swojego zawodu, czym chciał/a -byś się zajmować?
  9. Jakiego zawodu nie chciał/a -byś wykonywać?
  10. Jeśli istnieje niebo, co chciał/a -byś usłyszeć od Boga, gdy już tam się znajdziesz?
  11. Gdyby można było zmienić jedną jedyną rzecz na świecie, co by to było?
Dziękuję i życzę miłej zabawy.

środa, 14 stycznia 2015

O graffiti w kuchni, czyli ryżowe kulki z wątróbką i jabłkiem dla psa

Prosto i smacznie. Te dwa słowa wymaluję sobie kiedyś na ścianie wymarzonej kuchni. Tak właśnie ma być tam, gdzie gotuje się z sercem, ale i z głową. Bo to przecież żadna filozofia spędzić w kuchni cały dzień. Tylko po co? Skoro zamiast tego można iść na długi spacer brzegiem Wisły ;) A po powrocie szybko zakręcić coś w misce i już mieć wszystko gotowe. Właśnie tak robi się te ryżowe kulki dla psa. Zamieszać, uformować małe piłeczki i do pieca :) U nas sprawdzają się za każdym razem, gdy jedziemy z psami za miasto i wiem, że nie będę mogła upichcić nic dla dziewczyn. Wsypuje im kilka kulek do misek i gotowe. Natomiast mniejsze kulki noszę ze sobą na dłuższe wyprawy z Bubą. Są bardzo pożywne i aromatyczne. W sam raz na długi, wiosenny spacer. Bo za oknami mamy już przecież wiosnę :)

Ryżowe kulki z wątróbką i jabłkiem
(dla psa)


Składniki:

  • 200g ugotowanej i ostudzonej wątróbki drobiowej
  • żółtko
  • 300 g ugotowanego ryżu
  • 1/4 jabłka pokrojonego w drobną kostkę
  • garść rozdrobnionej, suszonej żurawiny
  • 2 łyżki miodu

Przyda się:

  • papier do pieczenia
  • malakser
  • miska
Wątróbkę rozdrabniamy w malakserze. Razem z pozostałymi składnikami umieszczamy w misce i dokładnie mieszamy. Z masy formujemy kulki wielkości piłeczek ping-pongowych i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Układamy je tak, aby się nie stykały ale dosyć blisko siebie. Ten wypiek nie wyrasta. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 stopni przez 15 minut.

* Z tych proporcji otrzymacie około 30 kulek. Są pyszne i bardzo szybko znikają, ale można je przechowywać w otwartym pojemniku tylko kilka dni. Jeśli z góry przewidujecie, że nie zdążycie wszystkich zużyć, lub chcecie przygotować większą porcję- nadmiar kulek można śmiało zamrozić. Kulki będą tez nieco trwalsze, jeśli podpieczecie je kolejne 5 minut z termoobiegiem.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Stary i nowy, czyli o wyczekiwaniu rzeczy dobrych

Mija drugi tydzień nowego roku. Za moment przestaniemy już myśleć o nim, jak o czymś świeżym, jak o czymś, co dopiero się zaczyna. Za moment przejdziemy nad tą nowością do porządku dziennego. Zapomnimy o obietnicach i przyrzeczeniach, zapomnimy też o sukcesach poprzednich dwunastu miesięcy. A szkoda. Bo może myśl o tym wszystkim, co dobre, a co wydarzyło się w zeszłym roku byłaby pocieszeniem w chwilach zwątpienia. Jawnym dowodem na to, że nawet jeśli chwilowo coś idzie nie tak, to przecież ogólnie jest dobrze.

Miniony rok upłynął nam na oczekiwaniu. Ja czekałam (i nadal czekam) na ten moment, gdy pierwszy raz wezmę do ręki książkę z moim nazwiskiem na okładce. Tak, wyobrażam sobie, że poczuję się, jak matka dotykająca pierwszy raz swojego dziecka. A skoro już o dziecku mowa... Na to też czekaliśmy. I choć żadna gwiazda na niebie nie zwiastuje jeszcze radosnej nowiny dla nas, każdy kolejny dzień oczekiwania upewnia nas tylko w przekonaniu, że o tym marzymy najbardziej.
Oczekiwanie osładza nam obserwowanie, jak rosną pociechy mojego brata i naszych przyjaciół. Jak poznają świat i uczą się z nim dogadywać. Jak jednym uśmiechem zamieniają ten świat w całkiem przyjemne miejsce.

Pod koniec roku okazało się, że pojawił nam się jeszcze jeden powód do oczekiwania. Na horyzoncie zaczął migotać pomysł zamieszkania na wsi i otworzenia tam działalności bardzo przyjaznej ludziom. Nie potrafię nawet znaleźć słów, żeby opisać, jak bardzo jesteśmy podekscytowani. Mamy w sobie mnóstwo wątpliwości (czy damy radę?) i jeszcze więcej chęci do działania (na pewno damy radę!).

W między czasie, gdzieś w tym całym oczekiwaniu wydarzyło się tyle dobra, że gdy o tym myślę, zaczynam się czuć, jakbym wygrała na loterii. Spędziliśmy ze sobą kolejny, piąty już rok. Nauczyliśmy się omijać szerokim łukiem rafy nieporozumień, na których dawniej zdarzało nam się utknąć. Żeglujemy teraz spokojnie we wspólnym kierunku. Żagle mamy mocne i gotowe przetrwać nawet największe burze. Mamy wiarę.

Zupełnym przypadkiem i zrządzeniem losu odzyskałam kontakt z wielką przyjaźnią ze szkolnej ławy. Wybacz, Gosiu. Chcesz, czy nie chcesz, ja muszę o tym napisać. Bo gdy ktoś, kogo tak dawno nie widzieliśmy nagle sprowadza się z innego miasta do budynku o ulicę dalej od nas, to jest to bardzo miły zbieg okoliczności. Takie oczko puszczone od Boga. I choć czasu wciąż mało, żeby się spotkać, miło jest mieć tak blisko przyjaciela.

Myślę o nowym roku i nie mogę pozbyć się uczucia, że wszystko będzie dobrze. Wiem, że czeka nas przeprowadzka, promocja książki i rozkręcanie interesu (wybaczcie, że jeszcze nie mówię wprost, o co chodzi, ale wciąż czekamy na zapadnięcie klamki). Z doświadczenia wiem też, że poza tym wydarzy się mnóstwo rzeczy nieoczekiwanych. Takich, które zakradają się do naszego życia tylnym wejściem i na moment robią w naszym świecie straszny bałagan. Ale co tam! Jestem na to wszystko gotowa. I wprost nie mogę się doczekać kolejnego roku razem!


 

piątek, 9 stycznia 2015

O podróżach kosmicznych, widłach i ruszaniu z kopyta, czyli pankejki bananowe

Powrót z urlopu to ciężka sprawa. Zwykle przypomina powrót do rzeczywistości z kosmicznej wyprawy. Jeszcze kilka dni temu dryfowaliśmy sobie w zawieszeniu przyglądając się naszym codziennym problemom z przymrużeniem oka. Wydawały się takie odległe i takie małe. Zupełnie nic nie znaczące kropki. Jedno machnięcie ręką i już ich nie ma. Aż tu nagle, ni stąd ni zowąd jakaś tajemna siła grawitacji ściągnęła nas z powrotem na ziemię. Wprost do tych małych kropek, które już nie wydają się takie malutkie. Wprost przeciwnie, urastają czasem do rozmiarów gigantycznych. Co, jak co, ale my ludzie potrafimy robić z igły wielkie widły.

Wrócić jednak trzeba było, bo życie samo się przecież nie przeżyje. Trzeba się wziąć za bary z tymi wszystkimi igłami (i widłami, też) i ruszyć z kopyta w Nowy Rok. Zresztą spójrzmy prawdzie w oczy- ani ja, ani Darek nie potrafimy już żyć bez naszych zajęć, naszej pasji i pracy. Po cichutku, gdzieś w głębi siebie przebieram niecierpliwie nóżkami, jak małe dziecko i już nie mogę się doczekać, co przyniesie kolejny rok razem. Ja, ty i 2 psy.

A na dobry początek śniadanie. Bardzo energetyczne i niebiańsko pyszne :)

Pankejki bananowe


Składniki (na 2 osoby, ok. 10 sztuk):

  • szklanka maślanki
  • średni, dojrzały banan
  • jajo
  • 1 1/2 łyżki roztopionego masła
  • 1 1/4 szklanki mąki pszennej typ (500)
  • łyżka cukru pudru
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • łyżeczka cynamonu lub kilka kropel ekstraktu z wanilii
  • dodatkowo cukier puder do posypania lub syrop klonowy

Przyda się:

  • patelnia i miska ;)

Pankejki są jednym z tych śniadań, które przygotowuję, gdy nie bardzo mam pomysł i czas na coś bardziej skomplikowanego. Nie mają nic wspólnego z naszymi naleśnikami, bliżej im do puszystych placków. Są mięciutkie i rozpływają się w ustach. Na pewno są też niezbyt dietetyczne, ale obiecałam sobie, że w tym roku przestanę popadać w dietetyczny obłęd- a, tak- na przekór modzie ;) Darek uwielbia pankejki posypane cukrem pudrem, ja wolę polane syropem klonowym. Można je podać również z miodem. Smakują, że palce lizać.

W większej misce rozgniatamy widelcem banana obranego ze skórki. Staramy się rozgnieść wszystkie większe grudki, ale nie robimy idealnie gładkiej masy. Niedbałość jest w tym przypadku wskazana ;) Dodajemy jajko, rozpuszczone (ale nie gorące) masło i maślankę. Mieszamy wszystko aż składniki się połączą. Dodajemy pozostałe, sypkie składniki i mieszamy. Ciasto powinno mieć konsystencję nieco rzadszą niż ciasto na placki. 

Rozgrzewamy patelnię. Najlepiej jest smażyć pankejki na maśle klarowanym. Dzięki temu stają się zarumienione i chrupiące. Jeśli jednak nie macie masła klarowanego, możecie smażyć na oleju roślinnym. Lejemy go na patelnię obficie ;)

Na rozgrzany tłuszcz wykładamy ciasto łyżką stołową. Nie starajcie się smażyć dużych pankejków na całą patelnię, jakie czasami widzimy na filmach, bo im większy pankejk, tym większe prawdopodobieństwo, że rozleci się przy przekładaniu go na drugą stronę. Wielkość podstawek pod piwo powinna być w sam raz. Pankejki smażymy przez kilka minut z każdej strony na średnim ogniu uważając, żeby się nie przypaliły. Odwracamy na drugą stronę ostrożnie i w miarę szybko. Zapewniam Was, że po kilku sztukach nabierzecie wprawy ;)

Smacznego!