środa, 30 grudnia 2015

Szczęśliwego Starego Roku, czyli mała wielka lista wdzięczności


Koniec roku to dla większości z nas czas planów i postanowień. Stary jeszcze na dobre nie odszedł, a my już myślimy o tych wielkich i cudownych rzeczach, które musimy osiągnąć w nowym roku. Musimy. Bo przecież jeśli nam się nie uda, to kolejny rok będzie stracony. Gdzieś między krojeniem warzyw na sałatkę sylwestrową i prasowaniem jego koszuli tworzymy sobie w głowie plan działania. Rzucę fajki, zacznę biegać, schudnę do rozmiaru ulubionych jeansów, zmienię wreszcie pracę i wyjadę na wymarzone wakacje. Planujemy i knujemy, a w naszych głowach powstaje istna pajęczyna kolejnych „muszę” i „powinnam”. Tym samym wpadamy w pułapkę naszych własnych oczekiwań względem siebie. I... Przykro mi to mówić, ale jesteśmy skazani na porażkę. Ile z tych noworocznych postanowień powtarzaliśmy sobie w zeszłym roku? I w jeszcze zeszłym?

Oczekujemy od siebie sukcesów nie tam, gdzie trzeba. Wmawia się nam, że to my i TYLKO my jesteśmy odpowiedzialni za to, w jakim kierunku potoczy się nasze życie. Że to nasza wina, jeśli nam coś nie wyjdzie i nasza powinność, żeby wspinać odhaczać kolejne pozycje z naszej wyimaginowanej listy zadań. A przecież na nasze życie i na nas samych wpływ mają niezliczone szeregi zdarzeń. I inni ludzie, również. Idziemy więc przez życie z listą mocno zakodowanych postanowień noworocznych czy ubiegłorocznych, bez różnicy, i zauważamy tylko porażki i sukcesy. Całą swoją dorosłość postrzegamy właśnie jako pasmo wzlotów i upadków. A im więcej postanowień wbijamy sobie do głowy, tym więcej porażek poniesiemy. I co? I z roku na rok czujemy się coraz bardziej przegrani. A im więcej porażek w naszym życiu, tym więcej postanowień noworocznych, w dodatku coraz trudniejszych do wykonania.

Stop.

Powiedzmy sobie wyraźne STOP!

W tym roku, tak dla zgrywu, nie myślmy wcale o tej całej liście zadań na następnych 12 miesięcy. Zapomnijmy o tym wszystkim, co powinniśmy zmienić, poprawić, polepszyć. Nie róbmy żadnej noworocznej listy, chyba że listę zakupów na przyjęcie sylwestrowe. Nie bierzmy ze sobą w nowy rok tego bagażu- tej ciężkiej i niewygodnej do niesienia walizy pełnej naszych oczekiwań względem siebie i naszych wyobrażeń o oczekiwaniach innych. Otwórzmy tę walizkę, wystawmy przez okno i odwróćmy do góry dnem. Niech wszystkie postanowienia noworoczne i ten okropnie ciężki lęk przed ich niezrealizowaniem po prostu polecą z wiatrem.

I co? Lżej?

Bawcie się na Sylwestra, czy w towarzystwie czyimś czy własnym, bawcie się wesoło i bez poczucia winy. Otwórzcie szampana i wypijcie nie za Nowy Rok, ale za Stary. Za stary, dobry rok. Jeśli uda Wam się zapomnieć o tej liście postanowień, która przecież powtarza się od kilku ładnych lat i nie rozliczać Starego Roku z sukcesów i porażek...

Cóż, może się okazać, że to był na prawdę dobry czas.
Stwórzmy nowy zwyczaj. Zamiast tworzyć listę postanowień noworocznych, spiszmy na pierwszej stronie kieszonkowego kalendarza listę wdzięczności. I wypiszmy na niej wszystko, absolutnie WSZYSTKO, za co jesteśmy wdzięczni. Zapomnijmy o wyuczonej skromności i poczuciu winy, że nam lepiej od innych. W jakiejś kwestii może nam być lepiej, w innej gorzej. Tak jak wszystkim. Spiszmy taką listę sami, w zaciszu własnej intymności i nikomu nie pokazujmy, lub spiszmy ją wspólnie z najbliższymi i zachęcajmy się nawzajem do spoglądania na miniony rok z wdzięcznością. W przyszłości jedno spojrzenie na tę listę uświadomi nam, że wcale nie jesteśmy przegrani. Przeciwnie. Mamy cholernie dużo powodów do wdzięczności.

A my? My jesteśmy bardzo wdzięczni.

Za kolejny rok razem. Pełen tych małych chwil we dwoje, gdy jedno spojrzenie mówi nam, że rozumiemy się bez słów. I pełen drobnych sprzeczek i nieporozumień, które pomogły nam tylko lepiej zrozumieć siebie. Siebie nawzajem i siebie samych.

Za trudności. Wszystkie, bez wyjątku. Każda była progiem, który musieliśmy przeskoczyć. A przed każdym skokiem ustalić drużynowy plan działania.

Za te drużynowe plany działania. I za cierpliwość względem drugiej osoby, która jest w drużynie bardzo przydatna. Bez której nie ma mowy o dryblowaniu trudnościami, jak piłką i o wspólnym biegu do bramki.

Za zbiegi okoliczności/uśmiechy losu. Niepotrzebne skreślić. Mnóstwo ich dokoła. W jednym z tych uśmiechów losu spędziliśmy święta. Nareszcie zrozumieliśmy, że los uśmiecha się do nas tylko wtedy, gdy i my się uśmiechamy. Innymi słowy, nic tak nie przyciąga pozytywnych wydarzeń w życiu, jak pozytywne myślenie. Udaje nam się myśleć pozytywnie coraz częściej, choć czasami to wydaje się dosyć trudne.

Za czas. I jego kojący wpływ na rany. Gdy jako dziecko przewracałam się i zdzierałam kolano, moja babunia nigdy nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Mówiła, że to minie. I zawsze miała rację. Wydarzył nam się na początku roku ogromny ból. Największy z możliwych. Ból po stracie najlepszego przyjaciela. Ale z czasem ten ból mija. Jeszcze nie minął bezpowrotnie, ale mija. Mija do tego stopnia, że odważyliśmy się pokochać nowe istnienie na czterech łapach, a wspominając naszą Majcię uśmiechamy się coraz częściej, bo w naszych sercach ciepłe wspomnienia powoli wypierają to ostatnie- bolesne wspomnienie- wspomnienie pożegnania.

Za pokorę. Bo gdy wokół wydarza się wiele wspomnianych uśmiechów losu, to zaczyna nam się wydawać, że już wszystko w naszym życiu będzie cukierkowo-kolorowe. I bardzo jesteśmy wzburzeni, gdy się okazuje, że wśród całej tej dobroci jedna rzecz nie chce się po prostu ułożyć. Ta jedna rzecz, o której najbardziej marzymy. Nie wszystko w życiu da się zaplanować i uszyć pod siebie kolorowymi nićmi. To uczy pokory. A pokora uczy dystansu i zaprowadza ciszę na wzburzonym morzu myśli. Ale popłynęłam w filozoficzne zagadki. Jeśli jednak śledzicie bloga, to wiecie, o czym tu mowa. I myślę, że każdy z nas ma lub na jakimś etapie życia miał coś takiego. Wielkie marzenie, które po prostu nie chciało się ziścić. Może za bardzo chcemy. Może to nie ten czas. Może... Posiadanie w swoim życiu takiej niewiadomej i niezależnej od nas rzeczy uczy pokory. I... bycia upartym ;)

Za nowe możliwości. W ubiegłym roku zamknęło się nam przed nosem wiele drzwi, tych zawodowych i tych prywatnych. Wiemy już jednak na pewno, że żadnym trzaśnięciem drzwi nie warto się specjalnie przejmować. Gdy Cię gdzieś nie chcą, to znak, że najwyższa pora poszukać innego, o wiele fajniejszego miejsca. I tak to już chyba jest, że wraz z zamknięciem się jednych drzwi, otwierają się inne. Tylko czasem trzeba tych innych drzwi nieco poszukać. Mogą być dobrze ukryte, zarośnięte żywopłotem, lub słabo widoczne od strony głównej drogi. Warto więc zboczyć i na chwilę połazić bez celu. Rozejrzeć się po swoim życiu i poszukać innych dróg.

Za powroty. Jakkolwiek enigmatycznie to brzmi, kilka powrotów w mijającym roku zaliczyliśmy. Darek wrócił do siebie- od pół roku mieszkamy w jego okolicy. Tu się wychował, tu biegał latem za piłką i przeżywał pierwsze zakochania i balangi do białego rana. Możliwość obserwowania go wśród "jego" miejsc i znajomych to prawdziwa przyjemność. Mam czasami wrażenie, że poznaję go na nowo, tym razem poprzez pryzmat jego młodości. Ja wróciłam na dobre do pisania i do kilku innych starych nawyków, których tak bardzo brakowało mi przez tych kilka szalonych lat spędzonych w mieście. Mówcie do mnie babciu- dziergam sweterki i mam fotel na bujakach ;) Moja mama wróciła do kraju. Po kilkudziesięciu latach spędzonych w innej rzeczywistości (geograficznej i mentalnej) uczy się na nowo Polski ze wszystkimi jej cudownościami i dziwactwami, których my na co dzień nawet nie zauważamy. Uczy się też kontaktu z córką. I to drugie nie jest wcale łatwe, bo przez lata córka nauczyła się życia na własną rękę i teraz trudno się dogadać, gdy nad niedzielnym rosołem wybucha kłótnia. Jedna chce koniecznie dosypać vegety, a druga dodać kapusty włoskiej (a vegetę wyrzucić do kosza) ;) Powroty mają jednak to do siebie, że dobrze wykorzystane mogą się stać początkiem czegoś wspaniałego. Nowej podróży. Tym samym rozpoczęliśmy kilka nowych rozdziałów w naszym życiu i teraz... Wypada nam czekać i patrzeć, jaki dalszy ciąg dopisze życie.

Znajdźcie chwilę wytchnienia jeszcze w tym roku. Spiszcie prawdziwą listę wdzięczności, tak jak my. Kto wie, jakich nowych rzeczy dowiecie się o sobie. Może się nawet okazać, że mijający rok pełen był małych sukcesów i powodów do radości.

Szczęśliwego Starego Roku!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

O byciu grzecznym chłopczykiem, czyli wigilijna pasta rybna dla psa i kota też

Nadszedł ten czas, gdy zdecydowaną większość dnia spędzam w kuchni. Mieszam, doprawiam i zagniatam. Uwielbiam to. Jak dla mnie święta mogłyby trwać cały rok :) 

Od czasu do czasu zagląda do mnie Darek. Zerka mi przez ramię i z wyrazem autentycznego zawodu wymalowanym na twarzy stwierdza:

- Znowu coś dla piesków robisz? A dla mnie? Zrobisz mi coś dobrego? Może chociaż sałatkę jarzynową? Albo ciacho z kajmakiem?

Uśmiecham się do niego tajemniczo i odpowiadam pytaniem na pytanie:

- A byłeś grzeczny w tym roku, chłopczyku? 

Darek nie wie, że pyszności na świąteczny stół zaczną w kuchni powstawać od dzisiaj. Psie smakołyki zrobiłam wcześniej i zamroziłam. Inaczej mogłabym się nie wyrobić. A chyba nie mogłabym zasiąść spokojnie do wigilijnego stołu wiedząc, że nasze psiaki będą w ten szczególny dzień jadły kupną karmę. O, nie! One też mają święta. W końcu to nasza rodzina.

W tym roku musiałam wykombinować nie tylko psią, wigilijną michę, ale też kilka smacznych sposobów na zajęcie Koperka. Gdy my będziemy biesiadować przy stole, a Buba zaśnie przy moim krześle zmęczona żebringiem, Koperka dalej będzie rozsadzać energia. Na pewno będę musiała zabrać go w Wigilię na długi spacer, żeby choć troszkę spożytkować jego energię twórczą (a właściwie destrukcyjną). Obawiam się jednak, że to nie wystarczy. W zamrażalniku mam już przygotowaną dużą kość wieprzową- wygotowaną i opatrzoną sporymi chrząstkami. To jedyna rzecz, która potrafi Koperka zająć na dłużej. Bubie przygotowałam same chrząstki. Nasza dziewczyna nie może niestety dostać do dziamgania kości. Obrabia je w dosłownie minutę i niestety łapczywie połyka duże kawałki. Trudno jest też odebrać jej trzon kości, którego psy nie powinny zjadać. W miseczce na lodówce leżą już też rybne ciasteczka. Nie godzi się przecież iść na świąteczny spacer z pustymi kieszeniami ;)

Jeśli zaś chodzi o wigilijną psią michę, to będzie ryba. Bardzo aromatyczna ryba w dosyć postnym wydaniu. Bez ryżu, czy kaszy, a jedynie z warzywami. I drogocennym żółtkiem.

Wigilijna pasta rybnadla psów (i kotów też)


Składniki:
  • kilogram świeżych śledzi
  • 2 duże marchwie
  • szklanka mrożonego zielonego groszku
  • szczypta tymianku
  • 3 łyżki oleju rzepakowego (najlepiej nierafinowanego)
  • 3 łyżki siemienia lnianego
  • pół szklanki otrąb
  • do podania żółtko
Rybę zalewamy wodą tak, żeby woda ledwo ją przykrywała i gotujemy do miękkości. Odcedzamy i nieco studzimy. Zapach nie należy do moich ulubionych, a przez wzgląd na Darka musiałam gotować śledzie, gdy wyszedł z domu ;) Ale Wasz pies prawdopodobnie już dawno utworzył kałużę śliny na podłodze ;)

W tym czasie obieramy marchew i wkrajamy jej plastry do wody po gotowaniu ryby. Dosypujemy groszek i gotujemy przez 15 minut. Pod koniec gotowania dodajemy siemię lniane i szczyptę tymianku.

Ugotowaną rybę przepuszczamy przez maszynkę do mięsa. Nie obieramy jej ze skóry i nie pozbawiamy ości. Śledzie mają wyjątkowo miękki "szkielet". Warto też pamiętać, że ości to nic innego, jak zgrubienia rybich ścięgien (to nie to samo, co kości u ssaków). Ich dokładne zmielenie i podawanie psom to dobry pomysł, bo zawierają wiele składników ważnych dla układu ruchowego psa. Miękkie śledzie nadają się do takiego zmielenia idealnie. Mielimy dokładnie. Jeśli w zmielonej paście wyczujecie ręką drobinki ości, przepuśćcie przez maszynkę jeszcze raz.

Przez maszynkę przepuszczamy również bulion rybny razem z ugotowanymi warzywami i siemieniem lnianym. Do mielonki dodajemy olej i otręby. Mieszamy. Pasta rybna gotowa. Można ją przechowywać w lodówce 2-3 dni. Ja część zamroziłam. Będzie jak znalazł na Wigilię. Możemy podać z ryżem i żółtkiem jajka. 

Wesołych Świąt psiaki!

niedziela, 20 grudnia 2015

Pierwsza Wigilia, czyli nowy gwiazdozbiór naszego życia

Zbliża się Wigilia. Dziwna Wigilia. Dla nas wręcz nietypowa. O braku śniegu już nie wspomnę, bo co tu dużo gadać. Bez białego puchu nie potrafię poczuć magii świąt w pełni. Może kubeczek aromatycznego barszczu w dłoni i śledzik w occie na talerzu już za parę dni to zmienią. Tymczasem myślę o poprzednich świętach i nie mogę pozbyć się wrażenia, że tegoroczną Wigilią wkraczamy w jakiś nowy etap naszego życia. Wszystko się pozmieniało i powywracało. Teraz życie układa się w nową konstelację, a ja wciąż jeszcze nie wiem, jaki gwiazdozbiór z tego wyjdzie.


To będzie pierwsza Wigilia bez naszej kochanej Mai. Jeszcze w zeszłym roku była z nami. Dzieliliśmy się z nią opłatkiem i życzyliśmy naszej siwej mordce dużo zdrowia i pogody ducha, jak zawsze. A w pierwszy dzień wybraliśmy się na spacer i... Wierzcie lub nie- Majutek biegała po śniegu i brykała, jak młody baranek.

To będzie jednak pierwsza Wigilia z Koperkiem. Oznacza to, że od rana do wieczora muszę mieć oczy dookoła głowy i pilnować, żeby nasz mały gryzoń nie pogryzł czegoś wartościowego. Choinki, szynki skradzionej ze stołu, nogi mojej bratanicy, butów, kuli tłuszczowej dla ptaków, rączki bratanicy, Bogu ducha winnej Buby, szalika wiszącego na wieszaku, noska bratanicy ;) Oznacza to też, że pierwszy raz od jakiegoś czasu czujemy, że nasza rodzina jest kompletna. Powiem to jasno i wyraźnie, bo głęboko w to wierzę. Dom bez psa to nie dom, a rodzina bez psa jest niekompletna. Jak puzzle z jednym brakującym kawałkiem. A dla nas to nawet nie jeden pies, a dwa. Teraz jesteśmy w komplecie. Prawie. Nad tym prawie wciąż pracujemy ;)

To również pierwsza Wigilia z moją mamą. Pierwsza od bardzo, bardzo dawna. I choć mamy z mamą różne charaktery i różne podejście do wielu spraw, a sprzeczek w kuchni nad pierogami nie brakuje, bycie razem i przeżywanie tego czasu razem jest dla nas czymś nowym i wyjątkowym. W relacji między dwiema osobami nie ma takiej możliwości, żeby nadrobić stracony czas. Czas stracony pozostaje czasem straconym. My straciłyśmy go bardzo wiele. Teraz, zamiast wytykać sobie to, czy siamto, możemy napisać nowy- wspólny czas. Choć przyznaję. Obie musimy się wykazać sporą dawką cierpliwości, żeby całe to pisanie było poprawne gramatycznie ;)

Last but not least, jak mawiają Anglicy. To będzie pierwsza Wigilia na wsi. Najpiękniejszy prezent świąteczny, jaki mogłam otrzymać od losu. Nic dodać, nic ująć.

To miał być post o wigilijnym psim daniu. Z przepisem i zdjęciem. No i sami zobaczcie. Znowu wyszło mi nie o tym, co trzeba ;) Wigilijna psia micha jeszcze wieczorem na blogu. A tymczasem... Odliczamy dni do Bożego Narodzenia :)

piątek, 11 grudnia 2015

Czekając na zimę, czyli pierniki gryczane

Nie ma chyba zapachów bardziej świątecznych niż zapach skórki pomarańczy i przypraw korzennych. Połączenie tych dwóch aromatów sprawia, że nie mogę się doczekać świąt przez cały rok. Nie dbam o to, że zimą jest mroźno i śnieżnie. Z korzenno-pomarańczowymi pierniczkami przetrwam nawet syberyjską zimę. Choć patrząc przez okno tak sobie myślę, że to jednak nie Ojmiakon.

Zima będzie, czy nie będzie? To ostatnio główny temat rozmów, przynajmniej u nas- na wsi. I w sklepie można sobie o zimie pogadać, i na poczcie gdzieś między oblizaniem jednego znaczka, a przyklejeniem drugiego. Plotkujemy sobie o tej zimie zupełnie jakby była jakimś gościem z dalekiego kraju, który ma przyjechać w odwiedziny i narobić w naszej małej społeczności szumu. Ale kiedy będzie i jak długo tu zabawi- tego właściwie nikt nie wie.

Ale z zimą, czy bez zimy- święta być muszą. I pierniczki też, a co! Poniżej przepis, który jest tak na prawdę tylko modyfikacją przepisu z zeszłego roku na pierniki korzenno-pomarańczowe. W tym roku postanowiłam wykorzystać do świątecznych wypieków moją ukochaną mąkę gryczaną. Nadaje piernikom cudnie brązowy kolor i charakterystyczny posmak goryczki. Mniam.

Pierniki gryczanedla ludzi, a co!


Składniki:
  • 12 łyżek miodu gryczanego
  • jajo
  • 2 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany (minimum 22%)
  • skórka starta z dwóch umytych pomarańczy
  • półtora szklanki mąki pszennej 
  • półtora szklanki mąki gryczanej
  • półtora łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki cynamonu i łyżeczka imbiru
Miód mieszamy z przyprawami i skórką pomarańczy. Pomarańcze możecie zjeść ze smakiem, ale jedną ćwiartkę zostawcie do zrobienia lukru :) Dodajemy śmietanę i znowu mieszamy.

Na stolnicę wysypujemy mąki i sodę, delikatnie mieszamy ze sobą i dodajemy do całości naszą masę miodową. Ciasto wyrabiamy i niestety trzeba się uzbroić w cierpliwość. Na początku sklei nam całe dłonie. W miarę potrzeby podsypujemy mąką gryczaną, po łyżce stołowej na raz. Wyrabiamy i podsypujemy tak długo, aż ciasto będzie dawało się formować w kulę. Dalej będzie się mocno kleić do powierzchni, ale stanie się też elastyczne i zbite.

Takie ciasto podsypujemy mąką pszenną i wałkujemy na grubość mniej więcej pół centymetra. Wykrawamy ciastka w dowolnym kształcie i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 12 minut w temperaturze 190 stopni.

Pierniki dobrze jest upiec na minimum 2 tygodnie przed świętami. Potrzebują czasu, aby skruszeć.

Składniki na lukier:
  • białka z dwóch jaj
  • 225 g cukru pudru
  • łyżeczka soku z pomarańczy
Wszystkie składniki umieszczamy w miseczce i ucieramy mikserem na najniższych obrotach przez dobre 5 minut, aż lukier będzie miał jednolitą konsystencję. Białka sprawią, że lukier nie pokruszy się po wyschnięciu. Zwróćcie uwagę na 2 rzeczy- żeby sok z pomarańczy wyciskać nad sitkiem, a z białkiem nie wbić do lukru małych włókienek łączących białko z żółtkiem. Mieszając lukier starajcie się nie stworzyć zbyt wielu pęcherzyków powietrza. Kilka na pewno powstanie, ale im mniej, tym lepiej :)

Lukrem możemy posmarować całe pierniczki (po upieczeniu i wystudzeniu) lub- jeśli macie trochę czasu i cierpliwości- można użyć wykałaczki i "pomalować" pierniki w dowolne wzory.

PS Jeśli nie chcecie lukrować waszych pierników, dodajcie do ciasta 2 łyżki stołowe cukru pudru. Inaczej pierniki będą zupełnie nie słodkie ;)

sobota, 5 grudnia 2015

Poczuć świąteczny nastrój, czyli kilka pomysłów wyszperanych w sieci

Święta już za 20 dni. To bardzo niewiele, zwłaszcza jeśli pomyśleć o tej obszernej (żeby nie powiedzieć bezdennej) liście rzeczy do zrobienia. Porządki, zakupy, wypieki. Te z piekarnika i te na twarzy również.

Pomimo przedświątecznej gonitwy, uwielbiam ten czas. W domu robi się magicznie, po części za sprawą dekoracji, ale w większym stopniu z powodu tego niezwykłego uczucia wyczekiwania, które dosięga wszystkich. Czego wyczekujemy? Spotkania z rodziną, albo wprost przeciwnie- kilku intymnych chwil we dwoje. Spełnienia marzeń, a może Nowego Roku i jego obietnicy nowych marzeń. Nadejścia Zbawiciela, a może po prostu tej kojącej świadomości, że wraz z nadejściem stycznia wszystkie plany staną się możliwe.

Zwykle już od początku grudnia jestem w świątecznym nastroju. Mimowolnie nucę kolędy i od rana do wieczora piekę pierniki i kruche ciasteczka. W tym roku... Aura Świąt jeszcze mną nie zawładnęła.

Nie wiem, czy to kwestia szarugi za oknem (śnieg na pewno wprawiłby mnie w odpowiedni nastrój), czy może naszego aktualnego miejsca zamieszkania (chyba nie ma bardziej świątecznej scenerii niż stary dom na wsi, jednak wszechobecność kartonów przeprowadzkowych i nieuchronność remontu sprawiają, że trudno w naszym domu o świąteczny klimat), ale fakt pozostaje faktem. Święta coraz bliżej, a ja nadal ich nie czuję.

Najwyższa pora coś z tym zrobić. Coś mi się wydaje, że odrobina świątecznych dekoracji mogłaby mi pomóc. W tym roku mam kilka pomysłów, które chciałabym zrealizować. Mam nadzieję, że wyjdą co najmniej przyzwoicie. Tylko spójrzcie, jakie ciekawe pomysły znalazłam na innych blogach.

/emersonmerrick.blogspot.com/
Drewniane drzwi starego domu na wsi aż się proszą o świąteczny wieniec. Moja mama chciała kupić gotową dekorację już w zeszłym miesiącu. Powstrzymałam ją. Mam pewne plany w tej kwestii. Tylko spójrzcie, jak cudownie może wyglądać kilka zielonych gałązek splecionych w okrąg. Proste jest piękne.

/lovelylife.se/
Pieczenie pierniczków to już tradycja. Zwykle piekę kilka różnych rodzajów świątecznych ciastek, ale skandynawskie pepparkakkor robię zawsze. Nie tylko dla tego, że są pyszne i nieodwołalnie kojarzą mi się, z zimą w Skandynawii (kto był o tej porze roku na północy ten wie, że TAM zima jest po prostu, jak z bajki), ale też dlatego, że cudnie prezentują się zawieszone na choince. No, i nie muszę się martwić, że zaszkodzą węszącym przy choince psim nosom. Ciekawe, ile pierniczków w tym roku zniknie z choinki w sposób czarodziejski? Nie przywiozłam swoich foremek do wykrawania z Warszawy, więc prawdopodobnie skończy się na wykrawaniu szklanką. Ale to wcale nie muszą być zwykłe kółka. Muszę wypróbować ten patent z kryształowymi szklaneczkami.

/thesweetestoccasion.com/
 Świerków i sosen u nas pod dostatkiem. Codziennie chodzę na spacer z psami do lasu i nie mogę się nadziwić, że pośród liści tyle leży skarbów, których nikt nie zbiera i z których nikt nic nie robi. Nie mogę się wprost napatrzeć na tę banalnie prostą girlandę z pozłacanych szyszek. Już wiem, gdzie ją powieszę. Ozdobi okno w kuchni. Trzymajcie kciuki, by wyszła tak, jak na zdjęciu.

/ninasapartment.blogspot.com/
Uwielbiam drewno w każdej postaci. Ze wszystkich materiałów spotykanych we wnętrzach naszych domów i mieszkań, to właśnie drewno najbardziej mnie przyciąga. Jest w nim wszystko to, czego potrzebuję od swojego miejsca na ziemi. Jest ciepło i naturalność, jest prostota i całkowity brak udawanego blichtru. Takie też powinny być moje wymarzone święta. Mam w piwnicy mnóstwo niewykorzystanych na weki słoików. Spróbuję wykombinować z nimi coś pięknego.

A Wy? Macie jakieś sprawdzone pomysły na świąteczne dekoracje? Co robicie, by wyczarować w domu TEN klimat? Koniecznie podzielcie się swoimi pomysłami :)

środa, 2 grudnia 2015

O zawartości kubka w ubranku, czyli gorąca czekolada z żurawiną

Dni skróciły się do minimum. Zaczęłam nosić na spacer w kieszeni odblaskowe kamizelki. Jedną dla mnie i jedną dla Buby. Koperek swojej jeszcze się nie dorobił. Natomiast skutecznie próbuje zedrzeć z grzbietu kamizelkę Buby, gdy tylko ją na bubolowe plecy założę. Zdarza nam się coraz częściej wracać ze spaceru po zmroku, chociaż wychodzimy, gdy jest jeszcze dzień.

A po powrocie... Niczego tak bardzo nie pragniemy, jak ciepła. Ciepłego posłanka dla psów i ciepłego kubka dla mnie. Zresztą nie byle jakiego kubka. Mojego ukochanego kubka w ubranku. Podobne kubki (i nie tylko) znajdziecie w sklepie Proste Wzory. Prowadzi go Karolina- cudowna kobietka. Mama, żona, architektka wnętrz i artystyczna dusza. Zajrzyjcie do niej koniecznie.

A w moim ulubionym kubku niepodzielnie rządzi kawa. Kawa po warszawsku, zwana przez mojego tatę smołą :) Ot, takie stare przyzwyczajenie :) Chociaż ostatnio mogłabym pić codziennie czekoladę. Boską, gęstą i bardzo słodką czekoladę. Z lekką nutką kwaskowej żurawiny :)


 Gorąca czekolada z żurawiną

Składniki:
  • pół litra mleka 3,2%
  • 2 tabliczki czekolady (użyłam jednej gorzkiej i jednej mlecznej)
  • łyżka drobno pokrojonej żurawiny
  • szczypta soli
  • odrobina śmietanki 36%
Mleko przelewamy do garnuszka. Najlepiej użyć takiego z podwójnym dnem. Ja dodatkowo położyłam na palniku blaszkę zapobiegającą przypaleniom. Do mleka wkruszamy czekoladę, dodajemy szczyptę soli (dla zrównoważenia ogromu słodkości) i żurawinę. Podgrzewamy na małym ogniu. Uważajcie, żeby mleka nie zagotować, bo zrobi się kożuch. Gdy tylko czekolada zacznie się rozpuszczać, mieszamy. Mieszamy i podgrzewamy tak długo, aż kolor będzie jednolity, a w napoju nie będzie grudek. Przelewamy do kubków i dodajemy kleks śmietanki :) Smacznego!


niedziela, 29 listopada 2015

Serca pełne zdrowia, czyli ciacha z rybką i pędami jęczmienia dla Zgredzia i Fredzia

Powoli przestawiamy się na tryb świąteczny. Zamrażalnik już niemal wypchany po brzegi, bo przecież w święta nie może zbraknąć pyszności ani na naszym stole, ani tym bardziej w psiej misce. Co by nam te mordy powiedziały w Wigilię Bożego Narodzenia, gdybyśmy sami objadali się frykasami, a do michy wrzucili jakieś suche groszki, które mamy na sytuacje awaryjne. Pewnie poleciałoby mięso ;)

Gotuję więc psiakom obiady w nieco większych porcjach i nadmiar mrożę, bo wiem, że w okolicy świąt będę miała stania przy kuchni pod dostatkiem. Przezorny zawsze ubezpieczony. Do zamrażalnika trafiają też od czasu do czasu pyszne psie ciacha. Przecież coś do skarpety trzeba będzie włożyć :)

W ten weekend upiekliśmy ciacha wyjątkowe. Wyjątkowe, bo włożyliśmy w nie całe nasze serducha. Nic dziwnego, że nawet wyszły w kształcie serc ;)


A musiały to być ciastka do zadań specjalnych, bo nie dla byle kogo. Ciacha pojadą jutro pocztą wprost do Zosi i Kuby z pieswwarszawie.pl i zostaną przekazane Zgredkowi i Fredziowi w ramach akcji Projekt Prezent. Przypomniałam więc sobie, jak to było, gdy piekłam ciacha dla Majusi mającej na stare lata kłopoty z wątrobą (nadwyrężoną lekami), zajrzałam do starych przepisów i z pomocą moich wiernych degustatorów psich ciach upiekłam ciacha banalnie proste, bardzo smaczne i- co najważniejsze dla chorującego na wątrobę Zgredzia- lekkostrawne i naładowane zdrowiem.

Zgredziu i Fredziu- mamy nadzieję, że nasze rybne serducha z pędami jęczmienia będą Wam smakowały. Zgredziu- wracaj szybko do zdrowia :)


Serducha z rybką i pędami jęczmienia
(lekkie i zdrowe dla psich chorowitków i nie tylko) 

Składniki:
  • szklanka ugotowanej białej ryby (użyłam dorsza)
  • szklanka mąki żytniej razowej
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki śmietany 18%
  • łyżka otrąb żytnich
  • łyżka sproszkowanych pędów młodego jęczmienia
  • łyżka oleju roślinnego (tłoczonego na zimno), np. z pestek dyni
Ugotowaną rybę pozbawiamy ości. Zwykle gotuję większą ilość ryby i zostawiam do psiego obiadu. Szklanka ugotowanej ryby to mniej więcej jeden filet dorsza. Mięso ryby przepuszczamy przez maszynkę do mięsa lub ucieramy w malakserze. 

Wszystkie składniki łączymy i wyrabiamy ciasto. Ciasto będzie dosyć kleiste ale powinno dawać się uformować w kulę. Spłaszczamy taką kulę i wałkujemy między dwoma arkuszami papieru do pieczenia. Ciasto po rozwałkowaniu powinno mieć grubość krakersów. Wycinamy dowolne kształty foremką i układamy je na papierze do pieczenia (może byc arkusz, którego używaliśmy do wałkowania).

Jeśli nie chce Wam się wykrawać, możecie uformować z ciasta kuleczki wielkości orzecha laskowego i delikatnie spłaszczyć je kciukiem. Pieczemy je dłużej o 2 minuty.

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez 15 minut. Ciastka skruszeją po wyjęciu i ostudzeniu. Możemy je zamrozić na później, ale i bez mrożenia są dość trwałe. W otwartym pojemniku powinny wytrzymać dwa tygodnie :)

Ciacha są lekkostrawne, świetnie nadadzą się dla chorowitków i rekonwalescentów. Młode pędy jęczmienia dostaniecie w formie sproszkowanej w każdym sklepie ze zdrową żywnością. To bardzo bogate źródło... matko! prawie wszystkiego, co ważne dla zdrowia. Zachęcam Was do dopisania tego cudnie zielonego proszku do ulubionych dodatków Waszego psa. A sobie można dosypać łyżeczkę do milkszejka. Napój zabarwi się na kosmicznie zielony kolor, ale cały ten zdrowy proszek będzie praktycznie nie wyczuwalny w smaku :)



środa, 25 listopada 2015

Kilka słów o pomaganiu

Pomóż. Słowo klucz. Słowo, które odpowiednio użyte powoduje w sercu wydzielenie się tak wybuchowej mieszanki uczuć (ze wzruszeniem i złością na świat na czele), że nic-nie-zrobienie po prostu nie jest opcją.

Pomóż. Słowo klucz. Używane tak często i w tak nieodpowiedni sposób, że z klucza otwierającego wszystkie drzwi stało się zardzewiałym kluczem francuskim, którym można jeszcze ewentualnie jakąś śróbkę przykręcić. Ale też bez szału.

Jak w gąszczu haseł typu pomóż nam zdobyć milion lajków, albo pomóż Oli dostać się do następnego etapu programu rozpoznać to prawdziwe pomóż? To pomóż, bo nie dam rady. Pomóż, bo jestem sam. Wystarczy się dobrze wsłuchać i...

I usłyszeć tę najcichszą prośbę. Prawdziwe pomóż nie prosi o aplauz i nie szuka widowni. Prawdziwe pomóż jest niemal niezauważalne. Kryje się gdzieś tam, w smutnym jeszcze spojrzeniu Zgredka i Fredzia. Oba psiaki samotne, porzucone. Oba małe i przestraszone otaczającym je światem. Zgredek na dodatek chory na wątrobę.

To właśnie im postanowiliśmy pomóc. Dzięki akcji Projekt Prezent prowadzonej przez znanych psich blogerów mamy możliwość poznać wyjątkowe psiaki, które potrzebują pomocy i podarować prezent właśnie im. Postanowiliśmy przekazać nasz prezent Zgredkowi i Fredziowi wybranym przez Zosię i Kubę z Pies w Warszawie. O psiakach możecie poczytać tutaj.

Wybór nie był oczywisty. Darek najpierw się na mnie obraził. Nie mógł pogodzić się z myślą, że zamiast pomagać wielu psiakom, ja chcę pomóc tylko dwóm. Wszystkim psom na świecie nie możemy pomóc- tłumaczyłam. - Ale dzięki nam życie tych dwóch psiaków może się faktycznie zmienić na lepsze, bo ich podarunek nie zniknie w gąszczu potrzeb innych psów. Nasza pomoc nie rozmyje się. Darek wciąż nie jest przekonany do takiej formy pomagania, ale poszedł na kompromis. W ramach kompromisu zorganizujemy w naszej wsi zbiórkę dla schroniska w Pawłowie. I wilk syty i owca cała.

Kolejny dylemat zrodził wybór blogera. Blog Zosi śledzę od dawna. Psica Zosi i Kuby pojawiła się jako modelka w książce. Więc ktoś mógłby teoretycznie powiedzieć, że to jawny przykład prywaty. Alew tym przypadku to nie bloger skradł mi serce.

To wszystko wina Zgredka. Gdy przeczytałam, że ma problemy z wątrobą, przed oczami od razu stanęła mi lista wydatków, jakie ponieśliśmy, gdy problemy z wątrobą miała nasza kochana Majcia. Pamiętam, jak się dwoiłam i troiłam, żeby gotować dla niej lekkostrawnie i zdrowo. Pamiętam ceny leków i z jakimi wyrzeczeniami wiązał się ich zakup. W przypadku Mai to wszystko nie miało oczywiście znaczenia. Bylibyśmy gotowi wziąć kredyt choćby i we frankach, gdyby była taka potrzeba. Ale Zgredek nie ma na razie swojej rodziny. Rodziny, która byłaby gotowa zrobić dla niego wszystko i jeszcze więcej. Przebywa aktualnie w domu tymczasowym i w tym cudownym miejscu dochodzi do siebie. Koszta prowadzenia domu tymczasowego są ogromne. Uznaliśmy, że jeśli możemy jakoś pomóc w dźwiganiu ich, to powinniśmy to zrobić. Karmy wątrobowe jadą już do Zosi i Kuby. A ja idę piec lekkostrawne ciastka. Doślę pocztą, jako poczęstunek ;)

A teraz ćśśśśśś... Cicho sza! Przez moment bądźmy cicho. Słyszycie? Ktoś właśnie prosi o pomoc.

Listę blogów, na których możecie znaleźć psiaka, któremu pomożecie znajdziecie na dole grafiki :)



wtorek, 24 listopada 2015

Koperek chyba coś chce

Nastawiam w łazience pranie. W pewnej chwili słyszę Darka:

- Kochanie, Koperek chyba coś chce.
- Tak? A co?
- Nie wiem, ale jakoś tak dziwnie patrzy.
- Patrzy? To może chce się pobawić?
- Nie, raczej nie chodzi o zabawę.
- Skąd wiesz?
- Bo musisz tu przyjść z mopem.

źr. /pinterest.com/

poniedziałek, 23 listopada 2015

O byciu trochę rodzicem, czyli wątróbkowa pasta do zabawek typu "stuff-in"

Pamiętam taką zabawną grafikę, która krążyła swego czasu po internecie. To się chyba nazywa mem. Na trzech zdjęciach przedstawiono rozmowę dwóch kobiet podczas przyjęcia. Jedna chwaliła się, jaką to ma bujną karierę zawodową. Gdy zapytała tej drugiej: "A ty co robisz w życiu?", ta z szelmowskim uśmiechem odpowiedziała: "Ja? A, nic takiego. Jestem wykładowcą, szefem kuchni, czasami lekarką. W wolnych chwilach specjalistą w każdej dziedzinie i muzykiem. A ostatnio również artystą plastykiem." Na drugim zdjęciu przedstawiono minę pierwszej z pań. Prawdopodobnie domyślacie się, że była nie tęga. A na trzecim zdjęciu pani "specjalistka w każdej dziedzinie" dodała z tym cudownym uśmiechem, który pamiętam do dziś- z uśmiechem wynikającym z pewności siebie i zadowolenia z tego, co się robi w życiu: "Jestem mamą."

Faktycznie, bycie mamą sprawia, że chyba nie mamy wyboru i musimy nagle stać się specjalistkami od najróżniejszych rzeczy. Sama jeszcze tego nie doświadczyłam, ale obserwuję wszystkie te cudowne kobiety wokół mnie gotowe stanąć na rzęsach, by tylko zapewnić swoim dzieciom zdrowe, mądre i wesołe dzieciństwo i... Nie mogę przestać myśleć, że bycie mamą to najtrudniejsza praca na świecie. Najtrudniejsza i najpiękniejsza jednocześnie.

Pies to nie dziecko, a posiadania psiego towarzysza nie można porównywać do posiadania dzieci, bo to rodzi zachowania, które nie służą ani nam, ani tym bardziej psom. Ale z ręką na sercu- kto z Was nie czuje się czasem takim trochę rodzicem? Karmimy je, sprzątamy po nich, uczymy, wychowujemy, prowadzimy do kolegów na podwórko, masujemy brzucho, gdy boli, i kombinujemy, w czym by tu ukryć lekarstwo, gdy się pochoruje. Opiekujemy się i troszczymy o te nasze psie niby-dzieci. I... stajemy na rzęsach, żeby miały fajne i zdrowe życie u naszego boku.

A ja ostatnio staję na rzęsach, żeby jedno z naszych dzieciaków nie miało okazji się nudzić. Bo powiem tak. Znudzony Koperek to same kłopoty. I buty, które bezpowrotnie giną w akcji ;)

Pasta wątróbkowado psich zabawek typu stuff-in


Składniki:
  • 3 wątróbki drobiowe
  • średnie jabłko
  • 2 łyżeczki mielonego siemienia lnianego
  • łyżka oleju lnianego
Wątróbki gotujemy i studzimy. 

Jabłko obieramy i kroimy w ćwiartki. Usuwamy gniazda nasienne.

Wszystkie składniki ucieramy w malakserze lub blenderem. Olej lniany można zastąpić innym "zdrowym" olejem. Siemię lniane (jeśli akurat nie macie pod ręką) można od bidy zastąpić jednym, ugotowanym ziemniakiem. Nada paście kleistości, która ułatwia nakładanie jej do zabawek. Jeśli robicie wersję z ziemniakiem, to możliwe, że będzie trzeba dodać odrobinę przegotowanej wody w razie gdyby pasta wyszła za sucha.

Z tych proporcji wychodzi kubek pasty. Przechowujemy ją oczywiście w lodówce. Może poleżeć kilka dni. Część można śmiało zamrozić. Po rozmrożeniu dodać łyżeczkę oleju i dokładnie zamieszać.


czwartek, 19 listopada 2015

Koperkowe abecadło witaminowe

W naszej psiej kuchni dbamy o to, by było smacznie. Nie mamy wyjścia. Nauczyliśmy nasze psy czerpać przyjemność z jedzenia i teraz, gdy w sytuacjach awaryjnych do miski trafiają suche groszki... Ujmę to tak. Znad psich misek zerkają na mnie dwie pary zdziwionych i nieco zniesmaczonych oczu.

My- ludzie- dogadzamy sobie smakowo na lewo i prawo. Mamy swoje upodobania kulinarne. Czasem lubimy potrawy bardziej kwaskowe, a czasem delikatne. Raz mamy ochotę na coś sycącego, a innym razem na coś lekkiego. Jednocześnie zapominamy, że nasi futrzaści przyjaciele też są przez naturę obdarzeni zmysłem smaku. Ba! Ich zmysł smaku jest wspomagany węchem o kilkanaście tysięcy razy wrażliwszym niż nasz. Efekt? Psy to prawdziwi smakosze. 

Pies mojej sąsiadki z dawnych lat uwielbiał parówki cielęce. Ale nie byle jakie. Te najdroższe, tylko jednego producenta. Można mu było podtykać pod nos jakąkolwiek inną parówkę. Jeśli to nie była TA parówka, nawet nosem nie tknął.

Z ręką na sercu, sami przyznajcie- psy mają smak. A skoro to, co jedzą zależy tylko od nas (chyba, że mamy w domu krzaczkowego poszukiwacza smaczków, ale to już inna historia), zadbajmy o to, by żyło im się smacznie.

A jak już ma być smacznie, to niech będzie też i przy okazji zdrowo ;) 

Do codziennych posiłków Koperka dodaję odrobinę zdrowia. I Wy też możecie to zrobić, niezależnie, czy karmicie suchym, gotowanym, czy surowym. A może jeszcze jakimś innym? ;) Pojawienie się w Waszym życiu szczenięcia wcale nie oznacza, że musicie od razu biec do apteki i wydawać krocie na suplementy diety. Przeciwnie. Większość zdrowia, które maluchowi potrzebne do szczęścia macie we własnej kuchni. No, albo w każdym razie w sklepie osiedlowym ;)


Witamina D jest obok tranu jedynym "aptecznym" preparatem, który dodajemy Koperkowi do jedzenia. Dostępna w aptekach w buteleczkach z pompką ułatwiającą dozowanie. Jest bezzapachowa i lekko tłusta. Koperek nawet nie zauważa jej obecności. Jej podawanie koniecznie skonsultujcie z lekarzem, szczególnie jeśli podajecie jeszcze jakieś suplementy diety szczenięcej.

Zdrowe oleje, a więc te nierafinowane i tłoczone na zimno dodajemy do obu psich misek. Zawarte w nich nienasycone kwasy tłuszczowe mają korzystny wpływ na niemal każdy aspekt funkcjonowania zdrowego organizmu. Poprawiają wygląd sierści, perystaltykę jelit, wpływają korzystnie na rozwój układu nerwowego i wzroku, są też bardzo istotne z punktu widzenia układu krążenia. Najczęściej sięgam po olej lniany, z pestek dyni (na zdjęciu) i kokosowy.

Tran to prawdopodobnie zmora większości dzieci. Za moich czasów nie było jeszcze tranu o smaku malinowym ani łatwych do połknięcia kapsułek z tym drogocennym płynem. Gorzkawo-rybi smak tranu pamiętam do dziś. Jako dziecko wykręcałam głowę o 180 stopni, gdy tylko tato zbliżał się do mnie z łyżeczką tranu i kawałkiem chleba na zagrychę. Z Koperkiem nie mam tego problemu. Psy uwielbiają wszystko, co ma związek z rybą. Łyżeczka tranu w psiej misce to po prostu kolejny powód, by cieszyć się jedzeniem. A zdrowe to, oj zdrowe. Kwasy Omega-3 i zestaw witamin z witaminą A i D na czele. Dla pięknej sierści i zdrowego rozwoju. Koperkowi podaję pół łyżeczki tranu, Bubie całą. W sklepach zoologicznych można znaleźć tran przeznaczony specjalnie dla psów. Tylko po co go kupować, skoro to ten sam tran, co w aptece? Nie wiem. 

Natomiast mączka ze skorupek jaj to prawdopodobnie najprostszy, najtańszy i zdecydowanie najzdrowszy sposób na urozmaicenie psiej diety w wapno. Umyte i wyparzone skorupki jaj wystarczy utrzeć w moździerzu lub robocie kuchennym (jeśli dysponujemy takim nie do zdarcia, czyli bardziej kombajnem kuchennym, niż robotem). Na zdjęciu skorupki w trakcie ucierania w moździerzu, jeszcze nie roztarte na pył. Mączka powinna mieć konsystencję piasku znad Bałtyku ;) I znowu, mączkę ze skorupek jaj można dostać w sklepach zoologicznych. Za duże pieniądze. Naszym zdaniem wydatek zupełnie zbędny, tym bardziej, że Koperek i Buba i tak zjadają po kilka jaj tygodniowo, więc na brak skorupek nie narzekam ;)

Jak sami widzicie, zdrowe żywienie psa (w tym również szczenięcia) wcale nie musi być skomplikowane. A już na pewno nie musi być drogie. Warto jednak skonsultować się z weterynarzem zanim podamy szczenięciu jakikolwiek "preparat", zwłaszcza taki kupowany w aptece. Pytajmy weterynarza również o ilość tych zdrowych dodatków, jaką powinniśmy dodawać do psiej michy. Pies psu nierówny. Zupełnie inne zapotrzebowanie na wapno czy witaminę D będzie miał szczeniak rasy dużej, a inne- szczeniak rasy miniaturowej.

poniedziałek, 9 listopada 2015

O konsekwentnym naginaniu zasad i męskiej sztamie, czyli pierwszy miesiąc z Koperkiem za nami

Za nami pierwszy miesiąc. Dopiero miesiąc. Jesteśmy opiekunami psiego dziecka od miesiąca. A co to był za miesiąc... Intensywny, to mało powiedziane.

Od początku ruszyliśmy z wychowaniem malucha pełną parą stawiając na konsekwencję. Wiadomo- jeśli będziemy konsekwentnie zabraniali psot, to Koperek wyrośnie na super grzecznego chłopaka.


No, to nigdy nie pozwalamy wchodzić do naszego łóżka. W nocy. Rano pozwalamy wskoczyć i się poprzytulać, więc teraz stoimy przed dylematem, jak tu wytłumaczyć 3 miesięcznemu szczenięciu, że w nocy nie wolno, a rano czasami.

Bezapelacyjnie nie pozwalamy wskakiwać na meble. Stoły, krzesła i kuchenka gazowa odpadają. Koperek uczy się trzymać od nich z daleka. Ale kanapa to nie mebel- mówi Darek. - To wypoczynek. No, to na wypoczynek wolno Koperkowi włazić, ku zdziwieniu biednej Buby, która tylko wzdycha na takie sytuacje z rezygnacją. Przecież każdy szanujący się pies wie, że prawdziwy wypoczynek jest tylko na obślinionym i obsierścionym posłaniu. No, to teraz wyobraźcie sobie minę Buby, gdy Koperek zakopuje sobie pod kanapową poduchą gryzaki na później. Na później? Jedzenie na później? To nie mieści się w głowie żarłocznego labradora. Chodzi później biedna koło tej kanapy i wzdycha. I niucha te poduchy i znowu wzdycha, bo przecież mówili, że młodemu nie wolno kraść smaczków. Teraz jesteś starszą siostrą- mówili. - Musisz się dzielić z bratem. Ale on się nie dzieli. On chowa na później, a później wyciąga swoje skarby i lata z nimi ostentacyjnie, zadzierając wysoko ogon.

Ze wszystkich nie wolno najbardziej nie wolno gryźć po rękach. Po nosie i uszach też nie wolno. I po łydkach też nie wolno. I jak się wyjdzie spod prysznica, to po paluchach i piętach też nie wolno. I po sznurkach od bluzy i po butach, też nie. I absolutnie nie po kablach i krześle. W ogóle po niczym nie wolno gryźć. Tylko po swoich zabawkach. No, ale w malutkim rozumku Koperka trudno sobie poukładać, dlaczego gumową świnkę gryźć można, ale gumowych kaloszy Darka i gumowych rękawiczek do zmywania już nie wolno. I dlaczego Bubę za ucho złapać można i ona nawet to lubi i się zaczyna bawić w gryzienie, ale jak Koperek złapie za ucho Darka, to jest tylko krzyk i nikt się już bawić dalej nie chce.


Wszystko to dla Koperka strasznie skomplikowane. Ale są też rzeczy, które chłopak załapał w lot. Gdy nadal odstawiam prawdziwie aborygeński taniec dziękczynny za każdym razem, gdy Koperek zrobi siusiu na trawkę i wykrzykuję te swoje entuzjastyczne zaklęcia "Super!" "Świetnie!" "Zuch chłopak!", Koperek spogląda na mnie z mieszaniną zdziwienia i zażenowania. No, ok, zrobiłem siusiu. O co tyle hałasu? - zdaje się mówić jego rezolutny pyszczek. Czasami jeszcze siśnie na podkład higieniczny, który zostawiliśmy w jednym miejscu, ale mam wrażenie, że robi to tylko dlatego, że skoro już nakupiłam tyle tych podkładów na zapas, to przecież trzeba je zużyć. Szkoda je zmarnować.

Nauka takich pospolitych haseł, jak "do mnie", "siad", czy "łapa" też nie sprawia Koperkowi trudności. Co to za filozofia spojrzeć na Bubę i podpatrzeć, o co tej zwariowanej Zuzi znowu chodzi. Macha coś palcem przed nosem, powtarza coś w kółko. Buba? Co robimy? Aha, siadamy. No, dobra. Siadam i czekam na smaczek. Fajna zabawa.

Chodzenie na smyczy? Pierwsze 5 minut tańczył, jak opętany i chciał się wywinąć z obroży. Zastanawiałam się, co pomyślą sąsiedzi. Bo na wsi widok psa spacerującego na smyczy już dziwi, a taki taniec świętego Wita u psa na uwięzi to już w ogóle musiał być niezły widok. Ale zaraz... Moment. Zapięła mi smycz, bo idziemy zwiedzać teren poza ogrodem? No, to inna rozmowa. I w mig chłopak załapał, że albo idziemy na spacer po okolicy na smyczy, albo wcale. A gdy wchodzimy na polną drogę, ładnie siada i czeka, aż odepnę mu smycz. To też podpatrzył u Buby. Dopóki nie siądzie, nie idziemy dalej.

W ten weekend odwiedziła nas rodzina z dziećmi. Trochę się baliśmy, bo dzieci małe, a Koperek ząbki ma ostre i rozumek nadal mały. Na dzień dobry skoczył na małą Marysię i uszczypnął ją boleśnie w rączkę. Marysia zapiszczała wysokim C: "Ała! Kopejku! To boji!" Koperek usiadł zdziwiony, chwilę przemyślał sprawę i odszedł z akceptacją faktu, że zabawy w gjizienie nie będzie. Spojrzeliśmy się po sobie. Darek zerknął na moje pogryzione ręce, ja- na jego podrapane ucho. Nie przyszło nam do tej pory do głowy, żeby do Koperka przemówić takim prostym zdaniem. Ała, to boli. Proste. Wymyślaliśmy zamiast tego różne, ciekawe wersje zakazów. Nie wolno, fe, zostaw, brzydki piesek... A Koperek gryzł dalej, bo nikt mu nie powiedział, że to przecież boli.


No, miesiąc za nami. Koperek się uczy i my się uczymy. On- dogadywania się z ludźmi. My? Banalnie prostego psiego języka. Pozbawionego niuansów, wyjątków i domysłów. Choć i w tej kwestii Koperek potrafi nas zaskoczyć.

Ostatnio przyłapałam Koperka i Darka na nietypowej rozmowie. Koperek kombinował przy kablach od komputera.

- Koperku, przecież wiesz, że ci nie wolno - przemawiał ciepło Darek. - No, sam zobacz. Zaplączesz się jeszcze, przewrócisz. No, pal sześć, że to komputer wart prawie 10 kawałków i że potrzebuję go do pracy. Tym się nie stresuj. Ale sam pomyśl, przecież możesz sobie tutaj zrobić krzywdę.

Koperek słuchał uważnie, nie przestając deptać po kablach. Ale gdy Darek skończył swoje przemówienie, Koperek wylazł z kabli i poszedł się pobawić świnką.

A ja zdębiałam. Bo gdy ja proszę o coś Koperka, to on robi swoje dalej, a nawet jeszcze bardziej. Hmm... Męska sztama. Dobrze, że chociaż Buba się słucha bardziej mnie niż Darka.

piątek, 6 listopada 2015

O szczenięcej kuchni słów kilka, czyli wieprzowina duszona z warzywami

Ostatnio zrobiło się w naszej blogowej kuchni zdecydowanie bardziej psio niż ludzko. Mają na to wpływ dwie rzeczy. Po pierwsze, mieszkamy aktualnie w domu przed remontem. Moje kuchenne miejsce pracy ograniczyło się do minimum. Nie przywiozłam ani swoich sprzętów, ani ulubionych naczyń i dekoracji. Mam natomiast stary piekarnik gazowy, na którym nie da się ustawić pożądanej temperatury pieczenia i mnóstwo emaliowych garnków- tak poprzypalanych, że aż wstyd. Drugą rzeczą, która spowodowała całkowite zejście bloga na psy jest pojawienie się w naszej rodzinie czworonożnego malucha. Ostatnimi czasy wymyślam głównie psie przepisy starając się odkryć kulinarne upodobania naszego maleństwa.

Ano, właśnie. Przy okazji kolejnego przepisu dla szczeniaków o żywieniu szczeniąt słów kilka. Na co zwracać uwagę, o czym pamiętać.

Zgłębiając tematykę żywienia szczeniąt na każdym etapie ich rozwoju doszłam do pewnego wniosku. Że jest wiele podobieństw między karmieniem szczenięcia i karmieniem dziecka. Jest też oczywiście wiele zasadniczych różnic i nie wolno nam traktować psiego dziecka zupełnie jak dziecka ludzkiego. Spotkałam się ostatnio z pomysłem karmienia szczeniaka głównie mlekiem. Pies nie jest niemowlęciem. Gdy tylko odstawiony od mleka matki, może i powinien jeść to, co dla niego najważniejsze- mięso. Szczenięta, w przeciwieństwie do niemowląt, zostały przez naturę wyposażone w całkiem sprawne ząbki i układ trawienny świetnie radzący sobie z prostym pożywieniem. Jednak zapoznawanie szczenięcia z nowym jadłospisem jest bardzo podobne do wprowadzania nowych składników do diety małego dziecka.

Zawsze zaczynamy od prostych potraw- mono- lub dwuskładnikowych. Na przykład gotowane na parze mięso drobiowe (uwaga na kurczaka typu broiler- potrafi uczulać) i marchewka. Jajka ugotowane na miękko i odrobina kaszy gryczanej. Duszona ryba i przecier z gotowanego selera. Połączenia proste i lekkostrawne. Żadnej surowizny, bo szczenię nie poradzi sobie jeszcze z drobnoustrojami i będziemy mieli obowiązkowe mycie podłóg.

Każdy kolejny składnik (czy to mięso, czy warzywo lub owoc) wprowadzamy stopniowo. Jeden nowy składnik na kilka dni. Dzięki temu będziemy mieli możliwość zauważyć, co konkretnie szkodzi naszemu szczenięciu. Efekt uczulenia pokarmowego lub niestrawności jest widoczny już po kilku godzinach od zjedzenia jakiejś nowości, ale może się też pojawić dopiero następnego dnia. A wierzcie mi, że szczeniak szczeniakowi nie równy. To już trzecie moje psie dziecko i jak na razie nic co szkodziło poprzednim nie robi na nim wrażenia. Natomiast jogurt naturalny, którym Maja i Buba zajadały się w szczenięctwie wywołał u Koperka taką rewolucję, że do świtu szorowałam podłogę. I nie świadczy to bynajmniej o uczuleniu na laktozę. Twarożek z jabłkiem jest pałaszowany od pierwszych dni u nas.

Jeżeli zdecydujecie się karmić szczenię domowym jedzeniem (wiecie, że polecam- żadna sucha karma nigdy nie będzie zdrowsza niż świeże jedzenie), to staniecie przed nie lada wyzwaniem. Będziecie musieli się dowiedzieć, co wolno podawać do jedzenia szczenięciu, a czego lepiej unikać. Postaram się w przepisach z działu papi papu doradzać Wam połączenia, które u nas się sprawdziły. Nie mogę jednak stworzyć jednej dla wszystkich listy produktów, z którymi do szczenięcej kuchni można śmiało wkroczyć. Każdy pies jest inny. Poczytajcie w internecie, nigdy nie polegajcie na tylko jednym źródle i w razie wątpliwości konsultujcie się z zaufanym lekarzem weterynarii. Pamiętajcie też o zachowaniu odpowiednich proporcji. Szczenię ma zdecydowanie większe zapotrzebowanie na białko niż dorosły pies. Proporcje powinny więc wyglądać mniej więcej tak: minimum 60 % mięsa (lub jaj, nabiału, ryb) i pozostałe 40 % warzywa, owoce, kasze. Te proporcje również przedyskutujcie z lekarzem. W przepisie podaję proporcje stosowane przez nas, ale muszą one zostać przez Was dostosowane pod potrzeby Waszej pociechy. Ilość takiego dania również trzeba dobrać pod wiek szczenięcia i jego docelowy rozmiar.

Poza tym obowiązują znane zasady. Zero soli, ostrych i eterycznych przypraw, zero gotowanych kości i absolutne zero słodyczy- tych naszych, ludzkich. Psie przysmaki... W granicach zdrowego rozsądku :)

A dzisiaj prosty przykład na połączenie kilku prostych składników i stworzenie szczenięcego obiadu. Smacznego i zdrowego.

Wieprzowina duszona z warzywamidla szczeniaka i nie tylko


Składniki:
  • pół kilograma chudej wieprzowiny (np. schabu)
  • jeden średni burak
  • jeden ziemniak
  • jedna marchew
  • łyżka siemienia lnianego
Warzywa gotujemy w mundurkach. Studzimy i obieramy. Kroimy w drobną kostkę.

Mięso drobno kroimy, podsmażamy bez tłuszczu na nieprzywierającej patelni. Dodajemy ugotowane warzywa i zalewamy szklanką wody. Dodajemy siemię lniane i dusimy na wolnym ogniu około 10 minut, aż siemię stworzy wokół składników kleisty sos.

To proste danie jest świetnym pomysłem na przemycenie szczenięciu kleiku z siemienia lnianego. Taki kleik działa jak balsam na układ pokarmowy malucha. Łagodzi zatwardzenia i bóle brzucha, pomaga przy biegunkach. Działa też łagodząco, gdy szczeniak naje się czegoś, co podrażnia żołądek, na przykład patyków lub trawy.

środa, 14 października 2015

Papi papu, czyli gotujemy dla szczeniaka

Moja przygoda z gotowaniem dla psów zaczęła się wraz z pojawieniem się w naszym życiu pewnej puchatej, brązowej kulki. Ale nie był to Koperek, tylko malutka Buba. Gdy tylko przywieźliśmy ją do domu, okazało się, że jest na wiele rzeczy uczulona, a karmy suche po prostu jej nie służą. I tak, ku uciesze naszej starszej Majci, w psich miskach zaczęły się pojawiać ciepłe i pyszne posiłki. Dziś Koperkowi serwujemy te same potrawy, co dawniej małej Bubie. Wiemy już, co lepiej omijać szerokim łukiem, a co podawać z czystym sumieniem.

Karmienie szczenięcia wcale nie jest skomplikowane. Jedyna trudność polega na tym, że szczenię w wieku Koperka (około 2 miesiące) je 4 razy dziennie. Jeśli więc stawiamy tylko na domowe jedzenie, to czeka nas przygotowywanie 4 posiłków dziennie. Z drugiej jednak strony, mamy w domu małe dziecko. Więc czegóż się innego spodziewaliśmy? Samo przygotowanie 4 posiłków wcale nie oznacza, że nasze życie ograniczy się do stania przy garach. Nie wszystkie posiłki muszą być ciepłe. Jedzenie dla szczeniaka możemy przygotować w większej ilości i podawać w temperaturze pokojowej. Dobrze by było, żeby przynajmniej jeden posiłek był ciepły (ale nie gorący).

Podstawową zasadą karmienia szczeniąt domowym jedzeniem jest wprowadzanie nowych produktów powoli i stopniowo. W praktyce to oznacza przygotowywanie bardzo prostych, dwu- lub trzy- składnikowych potrawek. Możemy na przykład przyjąć taką zasadę, że w każdym nowym tygodniu wprowadzamy do diety szczeniaka nowy składnik. I zupełnie tak, jak w przypadku małych dzieci, zaczynajmy od produktów lekkostrawnych i poddanych obróbce termicznej. Szczególnie polecam gotowanie na parze i pieczenie. Osobiście podziwiam właścicieli psów mających czas i odwagę by stosować BARF. W przypadku szczeniąt nie ryzykowałabym jednak podawania surowego mięsa. 

Poniżej prosty przepis na indyka duszonego z dynią. Mięso z indyka możecie zmienić na inne mięso, a dynię zastąpić cukinią, marchewką lub pomidorami bez skórki. W ten sposób za każdym razem otrzymacie inną potrawę i zapoznacie swojego malucha z nowym smakiem.

Jeśli zaś chodzi o proporcje, przygotowujemy posiłki dla psiego malucha według takiego schematu: 1/3 warzyw i/lub owoców i/lub kasz + 2/3 mięsa i/lub nabiału i/lub ryby.
Kasze i ryż traktujmy jako dodatek. Zdrowy dodatek, pełen błonnika, ale tylko dodatek. Niech nasz szczeniak nie najada się głównie kaszą i ryżem, bo to tylko zapełni mu brzuszek, ale go nie odżywi.

indyk + dynia

Składniki (na kilka porcji- ilość porcji zależy od wielkości szczeniaka) :
  • 1 kg filetu z indyka
  • 30 deko dyni hokkaido
  • woda
  • 2 łyżki oleju z pestek dyni (tłoczonego na zimno)
Mięso kroimy na drobne kawałki. Nadmierne rozdrabnianie nie ma sensu. Szczenię to nie malutkie dziecko pozbawione uzębienia. Ma ząbki, zwykle dosyć ostre i świetnie sobie nimi radzi.

W głębokiej patelni lub rondlu zagotowujemy szklankę wody. Dorzucamy pokrojone mięso i dusimy, mieszając, żeby nie przywarło.

Dorzucamy do wszystkiego dynię pokrojoną w kostkę. Wybrałam dynię hokkaido, bo nie trzeba jej obierać ze skórki. Skórka mięknie podczas duszenia. Jeśli macie zwykłą dynię, wydłubcie z niej miąższ, albo najpierw ją upieczcie i przygotujcie mus.

Wszystko razem dusimy z dobre pół godziny, aż dynia zupełnie zmięknie. Co jakiś czas dolewamy wody, by nie przywierało. Na koniec zdejmujemy z ognia, pozwalamy chwilę przestygnąć i dodajemy odrobinę oleju tłoczonego na zimno. Może być z pestek dyni lub z lnu. Podajemy ciepłe, ale nie gorące. Odgrzewając uważajmy, żeby nie zagotować, bo zdrowy olej straci swoje walory.

niedziela, 11 października 2015

Poselstwo Mai i oślepiający horyzont

Od tygodnia w naszym domu merdają 2 ogony. Nie potrafię nawet opisać słowami, jaka to ogromna radość, gdy u moich stóp podczas pracy przy komputerze leżą dwa ciepłe ciałka. Tym bardziej, że wraz z pojawieniem się tego mniejszego ciepłego ciałka, większe wyraźnie się ożywiło i odzyskało dawną radość.

Kilka dni temu Darek podniósł Koperka do światła, przyjrzał mu się uważnie i powiedział:

- Słońce, zobacz. On mi się przygląda tak samo, jak kiedyś Majusia.

Spojrzałam na Koperka i w mig zrozumiałam, co mój narzeczony miał na myśli. Koperek spoglądał na nas badawczo, a jego ściągnięte brewki sugerowały spore zaciekawienie. Podobnie patrzyła Majusia. Wystarczyło powiedzieć do niej jedno słowo, albo nawet tylko spojrzeć na nią, a momentalnie ściągała swoje siwe brwi i wyczekująco patrzyła, co wydarzy się dalej.

- Może to Majusia go nam przysłała - powiedziałam, przytulając i Darka, i pluszową kulkę. - Może siedziała sobie z Koperkiem w niebie, obserwowała nas i w pewnym momencie szturchnęła Koperka nosem na zachętę i powiedziała: "No, mały! Idź do nich. Potrzebują cię."

I faktycznie, potrzebowaliśmy. Bardzo potrzebowaliśmy. Zanim Koperek pojawił się w naszym domu, myślałam, że adoptujemy go głównie dla Buby. Oczywiście, my też byliśmy szczęśliwi na samą myśl o szczenięciu plączącym się między nogami, ale to o Bubę chodziło nam najbardziej. Po odejściu Mai, Buba zmieniła się nie do poznania. Coraz mniej rzeczy ją cieszyło, rozkręcała się tylko na spacerach, a też nie zawsze. Stała się wycofana i... po prostu smutna. Ludzie pytali się, ile Buba ma lat i nie chcieli uwierzyć, że tylko 5. Zachowywała się, jak przygnębiona staruszka.

Dziś widzę jednak, że nie tylko Buba była w potrzebie.


Może to niepotrzebna szczerość z mojej strony i może nie powinnam tak otwarcie pisać o naszych trudnościach na szerokim forum internetu. Prawda jest jednak taka, że ani ja, ani Darek nigdy nie robiliśmy z naszych potyczek z życiem zbyt wielkiego tematu tabu. No, może mnie trudniej przychodzi otwartość. Ale walczę z tym nieśmiałkiem w mojej głowie i w pokonywaniu go jestem już całkiem niezła. Zresztą co to za tabu, skoro tylu ludzi przechodzi przez to samo, co my. Ma te same wątpliwości i lęki. To samo pragnienie. Omijanie tego tematu szerokim łukiem w rozmowie prowadzi do swego rodzaju gloryfikacji problemu. Innymi słowy, gdy się o trudnościach nie mówi i utrzymuje się je w szczelnej tajemnicy, urastają do niewyobrażalnych rozmiarów i gnębią swoich nosicieli, jak ten Dusiołek z bajki. A przecież te same trudności, co my mają tysiące ludzi na świecie.

Od dłuższego już czasu staramy się o dziecko. Kropka jest, bo wymaga tego gramatyka zdania. W rzeczywistości kropki nie ma. Jest tylko, jak pisała Poświatowska, "wielka biała przestrzeń". Choć u nas ta przestrzeń ma wyraźnie zaznaczony horyzont utkany z nadziei. Cała siła tego pierwszego zdania jest zaklęta w słowach "staramy się". Zwykle, gdy wypowiadamy to zdanie w rozmowie z bliskimi, słyszymy: "I co? Nie wychodzi?" Tak jakby stwierdzenie, że o coś się starasz od razu oznaczało, że do tej pory nie wyszło, albo że jest ci bardzo ciężko to osiągnąć, więc nie ma powodu do radości. A prawdziwy sens tego zdania kryje się właśnie w słowie "staramy się". Staramy się i nie dbamy o przeciwności losu. Staramy się już jakiś czas i nie dajemy za wygraną. Staramy się i wierzymy, że będzie dobrze. Tylko sęk w tym, że gdzieś w tym całym staraniu się zabrnęliśmy do miejsca, w którym ma się wrażenie, że łazi się w kółko. Może za dużo tego myślenia o staraniu się, może za dużo wpatrywania się w ten horyzont nadziei, bądź co bądź nieco oślepiający.

Potrzebowaliśmy czegoś, co odwróciłoby naszą uwagę od tego całego zamartwiania się. Ba! Potrzebowaliśmy czegoś, co pochłonęłoby naszą uwagę bez reszty i dałoby myślom odpocząć.

I wtedy pojawił się Koperek. Koperek o spojrzeniu Majci. Dziękujemy Ci, Majeczko. Śpij dobrze i czekaj tam na nas.

A dla chętnych, lektura ;) Wiersz smutny, ale prawdziwy.


***

czasem
stęskniona okrutnie
pojawiam się ludziom
w mojej dawnej twarzy
idę na moich dawnych stopach
i dotykam ich z uśmiechem
dawnymi rękoma

ale zdradza mnie
przejrzystość skóry
przypominającej strukturę papieru
i nieruchomość źrenic
i po przejściu moim
brak najbliższego śladu na śniegu

i nagle porażeni wiedzą
rozsuwają się wylęknieni
ofiarując mi wielką białą przestrzeń
bez horyzontu

Halina Poświatowska

czwartek, 8 października 2015

Z odrobiną koperku, czyli mamy małe dziecko w domu

Noce skróciły się do minimum, a dni zaczęły upływać tak błyskawicznie, że mylą nam się już dni tygodnia. Jak to jest, gdy idziesz do kuchni, żeby przygotować posiłek i uświadamiasz sobie, że nie masz bladego pojęcia, czy to ma być już kolacja, czy dopiero śniadanie? Za oknem jest tak samo ciemno, bo budzisz się przed świtem i chodzisz spać daleko po zachodzie słońca, gdy już ogarniesz krajobraz po jednodniowej bitwie na zabawki. I nagle uświadamiasz sobie, że skoro zalewasz dla niego płatki i dodajesz witaminkę D w kropelkach, to pewnie jest śniadanie, bo na obiadek je kurczaczka z rosołkiem. Przed tobą kolejny dzień sprzątania kupek, bo właśnie się uczy higieny, ale stosuje ją tylko w domyśle. W praktyce chowa się za drzwiami i... Tak, zaczyna się kolejny dzień tłumaczenia, że nie- tego nie wolno robić, bo wkładanie kabla do buzi grozi nową fryzurą, ale tak- tamto trzeba robić, bo jak nie będziesz się dzielić zabawkami z innymi, to nikt nie będzie się chciał z tobą bawić. I tak dalej, i tak dalej.

I choć są momenty, kiedy rozważasz na poważnie podanie mu jakiegoś alkoholu, żeby wreszcie poszedł spać, nie potrafisz już sobie wyobrazić życia, zanim on się pojawił. Za nic nie oddałbyś tych poranków, gdy przeciąga się przy tobie i pyta wzrokiem, co dziś porobimy. Tych momentów, gdy patrzy na ciebie, jakbyś był dla niego całym światem. I tej świadomości, że on jest całym twoim światem.

To zrozumie każdy rodzic. I każdy opiekun maleńkiego dziecka.

Psiego, również.


Nie mamy jeszcze dzieci, więc nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale myślę, że posiadanie dzieci i szczeniąt nie różni się bardzo od siebie. Choć może zakres obowiązków jest w tym pierwszym przypadku większy. Zdecydowanie więcej musimy nauczyć dzieci, niż psy. Dorastanie u dzieci też trwa dłużej, więc to wysiłek długodystansowy. Istny maraton opiekuńczości. Dzieciństwo psów mija błyskawicznie i jest to proces skondensowany. Psiaki nie przechodzą tak długo okresu bycia bezwładną pompką ssąco-wydalającą. Bardzo szybko stają się w miarę samodzielne. Szybko zaczynają same jeść, poruszają się niemal od narodzin. Innymi słowy, może i dzieciństwo psie mija szybciej niż ludzkie, ale też się trzeba przy szczeniaku nalatać.

Koperka zaadoptowaliśmy zaledwie kilka dni temu, a już nie pamiętamy, jak to możliwe, że kiedyś go nie było. Jest wszędobylski, rezolutny i odważny. W połączeniu z ostrymi ząbkami to taki nakręcony, samoładujący się dziurkacz do papieru. I nie tylko papieru, jeśli go nie upilnować.

Adopcję dobrze przemyśleliśmy, jesteśmy teraz na wsi, mamy czas i przestrzeń, by nauczyć Koperka, jak być grzecznym psem. I choć nadal zdarza mu się nie skorzystać z matki do siusiania i pójść z tym drugim za drzwi, a pertraktacje w sprawie nie spania z nami w łóżku nadal trwają, nie mamy wątpliwości, że była to dobra decyzja. Wystarczy spojrzeć na Bubę, jak powoli zaczyna Koperkowi pozwalać na coraz więcej, a podczas pierwszych wspólnych wyjść do ogrodu zachowuje się jak dumna pani na włościach i ochoczo wszystko mu pokazuje. Ich przyjaźń dopiero się kształtuje, Koperek wciąż zbiera reprymendy, gdy wlezie do nieswojego posłania i spróbuje skosztować nieswojego śniadania. Ale też coraz więcej pojawia się tych cudownych momentów, gdy Buba na chwilę zapomina o udawaniu poważnej i nieco nabzdyczonej starszej siostry i... zachowuje się zupełnie jak szczeniak. Kopią wtedy razem wspólny dołek, tarzają się obok siebie na trawie i dają buziaki w ucho. Coraz częściej też widzę u Buby to spojrzenie. Spojrzenie, którym nie tak dawno temu obdarzała Bubę nasza kochana Majcia. Spojrzenie pełne cierpliwości i niezachwianego stoicyzmu. Spojrzenie każdego rodzica i opiekuna. Bo cóż innego zrobić, gdy w domu pojawia się dziecko. Nic, tylko uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż podrośnie i przestanie tak koperkować.

I tym samym zaczynamy nowy dział na blogu. Koperkowe będą opowieściami o dorastaniu tej miedzianej, pluszowej kulki. A już niedługo na blogu pojawią się też psiepisy dla szczenioli i nie tylko :)

czwartek, 17 września 2015

Zanim nadejdzie listopad, czyli korzenny kompot z gruszek

Czuję już jesień. Przycupnęła cichutko na gałęzi jabłoni i skubie leniwie dojrzałe owoce. Strąca je dzióbkiem i radośnie stroszy piórka w słońcu. Czuję, ją po przebudzeniu, gdy poranna mgła spowija jeszcze zieloność za oknem. Jeszcze zieloność, bo już coraz więcej rdzy na drzewach. Czuję ją też wieczorami, gdy pierwsze chłody każą zamykać szczelniej okna i rozpalać w kominku.

Ale zanim zrobi się szaro-buro, zanim smutne zawodzenie wiatru zastąpi śpiew ptaków, a ciepła kurtka stanie się najlepszym przyjacielem nas wszystkich... Zanim przyjdzie listopad- wciąż jeszcze mamy wrzesień i październik.

Staram się nacieszyć, jak dziecko każdym smakiem i zapachem. Łapczywie sięgam po nabrzmiałe słońcem owoce i zrywam ostatnie kwiaty i zioła. Nie można się wyspać na zapas. Najeść i nawąchać, też nie. Mimo to, próbuję. Może w listopadzie pozostanie mi przynajmniej wspomnienie lata.

NA przykład wspomnienie pysznego i bardzo korzennego kompotu z gruszek, który rozgrzewa i gasi pragnienie, jak nic innego.

Korzenny kompot z gruszek


Składniki:
  • 5 całych gruszek bez ogonków
  • 2,5 litra wody
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru (lub 3 cm startego korzenia imbiru)
  • cukier do smaku (sypnęłam 5 łyżek, bo lubię ten kompot na słodko)
Wszystkie składniki gotujemy przez pół godziny. Gruszek nie obieram, jedynie dokładnie je myję. Skórka daje delikatną goryczkę, która akurat w tym kompocie bardzo fajnie się komponuje.

Kompot przechowujemy w lodówce do tygodnia.

Na zdrowie! 

środa, 19 sierpnia 2015

Śniadanie na szybko, czyli pasta z cieciorki i suszonych pomidorów

Niedawno odkryłam na nowo cieciorkę. Dodaję ją niemal do wszystkiego i wciąż nie mogę się nacieszyć jej smakiem- słodkim i delikatnie cierpkim i tą cudowną właściwością zagęszczania wszystkiego, z czym ją podaję. Zupa z dodatkiem cieciorki staje się kremowo gęsta. Psie ciacha (ot, na przykład takie) nabierają sprężystości. A pasta na kanapki (może taka?) staje się smarowidłem z prawdziwego zdarzenia.

A skoro mowa o smarowidłach na kanapkę, to lubię rzeczy proste. Nie po to się robi pasty do pieczywa, żeby sobie życie utrudnić. Wprost przeciwnie. Smarowidła wszelkiej maści powinny być proste i szybkie w przygotowaniu. No to proszę, tak na szybko:

Pasta z cieciorki i suszonych pomidorów


Składniki:
  • pół puszki odsączonej cieciorki
  • słoiczek suszonych pomidorów odsączonych z zalewy
  • 2 ząbki czosnku
  • garść natki pietruszki
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Wszystkie składniki ucieramy w malakserze. Na koniec doprawiamy solą i pieprzem wedle uznania. I gotowe :) W sam raz na szybkie śniadanie. Przechowujemy w słoiczku w lodówce.

środa, 5 sierpnia 2015

O jeździe na rowerze bez trzymanki, czyli szybkie i proste ciacha kukurydziane z indykiem dla psa

Ostatnio tak dużo się dzieje. Remont naszego wymarzonego dworku okazuje się być zjazdem na rowerze z górki na pazurki i to bez trzymanki. No bo jak tu się czegoś trzymać, skoro co rusz, to nowe kwiatki. Właśnie się dowiedzieliśmy, że do wymiany cały dach. A zaczynaliśmy z nadzieją, że może uda się tylko uzupełnić braki w dachówce.

No ale my tu gadu gadu, a pies głodny chodzi. I tylko Darek czasem westchnie:

-Ech, zaniedbujemy ostatnio naszego Bubolka. Czasu dla niej nie mamy.

Prawda to. Zabiegani jesteśmy. Bardzo pracowite lato nam się trafiło. No, bo sami pomyślcie. Mamy do ogarnięcia 10 hektarów zabytkowego parku i remont dworku. Nie mówiąc już o planach związanych z położonym obok hotelem.

Ale w całym tym zamieszaniu najszczęśliwsza jest właśnie Buba. Dni jej ostatnio mijają błyskawicznie. Tyle tu jest do roboty. Od bladego świtu trzeba cały teren oblecieć, zająca przegonić (co sobie będzie myślał, szarak jeden, żeby tak bezkarnie kicać pod psim nosem), wykąpać się w rzece, potarzać w sianku (i żeby tylko w sianku), naszczekać na listonosza, a w południe wyżebrać od naszej ekipy remontowej kanapkę. Słowem- harówa. Biedna Buba siada wieczorem przy schodach i cichutko popiskuje, żeby ją ktoś za łapkę do łóżeczka zaprowadził. Sama po schodach nie chodzi. Przecież schody straszne. Zjeść mogą. I jak już się Bubę do posłanka zaprowadzi, to pies pada z hukiem i do rana ani drgnie. Pierwszej nocy na wsi sprawdzaliśmy co chwilę, czy oddycha. Spała, jak zabita.

Ale żeby nie było. Coś dobrego dla psiej mordy czasem zrobię. Choćbym miała piec po nocy ;) A te żółciutkie ciastka są tak banalnie proste, że aż grzechem by było ich nie zrobić :)

Kukurydziane ciacha z indykiem


Składniki:
  • pół szklanki ugotowanego mięsa z indyka
  • 2 ugotowane marchewki
  • łyżka gotowanej cieciorki (lub z puszki)
  • 2 łyżki oleju lnianego
  • jajo
  • szklanka mąki kukurydzianej
Mięso z indyka i marchewki gotujemy razem. Możemy podebrać odrobinę z psiego obiadu lub użyć mięsa i marchewek z naszego bulionu. W drugim przypadku pamiętajmy by naszą zupę doprawiać i solić po wyjęciu marchewek i mięsa dla psa.

Wszystkie składniki poza mąką ucieramy blenderem. Masę dodajemy do mąki i wyrabiamy ciasto. Powinno być plastyczne i nieco kruche. Jeśli uznamy, że jest zbyt wilgotne i się klei, podsypmy odrobinę mąki.

Z ciasta formujemy małe placuszki i układamy je na papierze do pieczenia lub blasze oprószonej mąką. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 stopni przez 12 - 15 minut. Czas pieczenia zależy od wielkości naszych "placuszków". Powinny delikatnie zarumienić się na brzegach, ale pozostać żółciutkie, jak słońce. Przechowujemy je w lodówce nawet 2 tygodnie. Są kruche, ale dają się ładnie łamać dla mniejszych pyszczków. A Buba mówi, że są też pyszne :)

czwartek, 23 lipca 2015

Wodzimy na pokuszenie, czyli pyszne i chrupiące ciastka z Pokusą

Jakiś czas temu nawiązał z nami kontakt producent suplementu psiej diety POKUSA. W mailu otrzymaliśmy pytanie, czy da się upiec psie ciacha z Pokusą. Czy się da? Pewnie, że się da. Przecież w naszej kuchni nie ma rzeczy niemożliwych. Ja jednak miałam trochę wątpliwości.


Od powstania bloga Ja, ty i 2 psy (a nawet lepiej – od początku mojej przygody z psami w ogóle) upieram się i tupię nogą, że nic nie zastąpi świeżego jedzenia. Kocham- dbam. Tę prostą filozofię wytatuowałam sobie na serduchu, żeby nigdy nie zapomnieć. A że wychowano mnie w duchu kuchni kresowej, to nic dziwnego że dbam głównie o to, by moi bliscy byli dobrze najedzeni.

Już samo określenie suplement diety raczej kiepsko mi się kojarzy. Świat mediów zarzuca nas coraz to nowymi reklamami suplementów i dodatków, bez których na pewno umrzemy. Ostatnio słyszałam o tabletkach z magnezem dla dzieci, dzięki którym nasze pociechy lepiej się uczą. No, sama nie wiem. Może się nie znam. Ale o ile dobrze pamiętam, to dzieci lepiej się uczą gdy poświęcają nauce czas, a magnez to składnik, jak każdy inny, obecny w jedzeniu. Dawniej nie łykaliśmy suplementów diety i żyliśmy. Dziś też są nam zupełnie zbędne. Tylko trzeba być dobrze najedzonym ;)

Tak więc do tematu Pokusy podeszłam z dużą dawką sceptycyzmu. W mailach zasypywałam producenta stosem pytań, a skład tajemniczego proszku przestudiowałam od A do Z. Interesowało mnie nie tylko to, czy Pokusa jest dla mojego psa dobra, ale przede wszystkim to, czy jest mu w ogóle potrzebna.


Mocno się zdziwiłam, gdy okazało się, że Pokusa to dodatek (nie cierpię słowa suplement- powiedział smerf Maruda), który w pewnym sensie przygotowuję dla Buby sama. Jagody dodaję do psiej miski, gdy tylko kupię je na bazarku. O ich prawdziwie cudotwórczym działaniu poczytacie w mojej książce. I choć wiele osób puka się w głowę słysząc, że robię Bubie na śniadanie twaróg z borówkami, ja wiem swoje. Kilka jagódek to istna bomba antynowotworowa i przeciwwirusowa. Mało tego- gdy latem łazimy po lesie, Buba sama zeskubuje z krzaczków jagody i poziomki. Szczwana bestia- wie, co robi.

Algi? Mam pojemniczek ze sproszkowaną spiruliną zawsze pod ręką. Pół łyżeczki do psiej michy i obiad Buby staje się źródłem zdrowia. A sproszkowane skorupki jaj? Toż przecież po każdym jajecznym śniadaniu zostawiam skorupki, które dodatkowo wyparzam i mielę na mączkę. Do psiego jedzenia i psich ciastek jak znalazł. Naturalne i najlepiej przyswajalne wapno, jakie tylko można znaleźć.

No, tak. Ale skoro takie składniki mogę znaleźć we własnej kuchni, to po co nam w ogóle Pokusa?


Powód jest prosty. Wygoda. Są w naszej kuchni takie dni, gdy na gotowanie i mądre planowanie posiłków po prostu nie ma czasu. Z naszymi brzuchami nie ma problemu, wiemy gdzie na mieście można coś dobrze zjeść. Ale co zrobić, gdy na przygotowanie psiej michy mamy minimum czasu? Ot, tyle żeby sypnąć trochę karmy, lub nałożyć czegoś tak banalnie prostego, jak twaróg, lub kawałek mięsa. Kto by tam w takiej sytuacji myślał o oprószeniu psiego obiadu spiruliną, czy urozmaiceniu go świeżymi borówkami? W takie dni sięgam po Pokusę. I mam pewność, że Bubie niczego nie brakuje. Cieszę się, że ktoś w końcu wymyślił taki dodatek, który mogę mojemu psu podawać z czystym sumieniem. Zupełnie, jak gdybym sama zrobiła tę mieszankę.

PS Pokusa ma również wyjątkowe walory smakowe. Buba niemalże zjadła ją razem z tekturowym opakowaniem ;)

Crumble z Pokusą


Ten przepis powstał dosyć spontanicznie. Zmieszałam ze sobą wszystkie składniki chcąc zrobić coś na kształt kruchych ciastek z płatków. Otrzymałam coś o niebo lepszego. Crumble z Pokusą jest tak aromatyczne, że ślinotoku dostała nie tylko Buba. Połamane na kawałki może być przechowywane nawet miesiąc i służyć za smaczek na spacerze. Drobniej pokruszone i zalane jogurtem świetnie sprawdzi się, jako psie danie na szybko. Idealny przysmak na letnie wyjazdy. A wykonanie banalnie proste.

Składniki:

  • szklanka płatków ryżowo-jaglanych POKUSA
  • 3 łyżeczki proszku POKUSA
  • 50 g masła
  • łyżka miodu
  • 3 żółtka
  • szklanka mąki pszennej

Masło i miód rozpuszczamy w garnuszku. Dodajemy do pozostałych składników i drewnianą łyżką mieszamy tak długo, aż powstanie w miarę jednolita masa. Przekładamy ją na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i formujemy placek o grubości kilku milimetrów. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 210 stopni przez 15 minut. Po wyjęciu pozwalamy ostygnąć, po czym łamiemy na mniejsze kawałki.

środa, 8 lipca 2015

O podglądaniu żurawi, elastyczności czasu i dziewczynie z miasta

Nasze życie sprowadziło się do minimum. Minimum ubrań, minimum szklanek i talerzy, minimum przedmiotów w ogóle. I im mniej ich przy sobie mamy, tym prostsze wydaje się nasze życie. Powidła duszę w tym samym garnku, w którym później gotuję zupę. Chodzę cały czas w tych samych, wytartych dżinsach i tylko trzy bluzki mam na zmianę. I jedną ładniejszą sukienkę "na niedzielę". Darek ograniczył się jeszcze bardziej. Tylko koszulki zmienia. Jedną piorę, drugą zakłada. Telewizora nie mamy i zupełnie za nim nie tęsknimy. Bo i co mielibyśmy oglądać, skoro wystarczy o świcie wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć żurawie na pobliskim drzewie, jak wypatrują w stawie swojego śniadania.

No, dobra. O świcie przez okno wyglądam ja. Darek smacznie chrapie. Mówi, że dawno nie spało mu się tak dobrze, jak tu- na wsi. Nic dziwnego. Tu w środku nocy karetka nie jeździ na sygnale pod oknem, a przez uchylone okno do pokoju nie wpada smog, tylko zapach wilgotnej od porannej rosy ziemi.


Z ręką na sercu przyznaję- trochę obawiałam się przeprowadzki na wieś. Co innego Darek- myślałam. - On wychował się niedaleko stąd i tak na prawdę wraca do siebie. A ja? Ja wyrosłam na robotniczym osiedlu w Koszalinie. Malutkie to miasto, ale miasto. Zamiast po łąkach i polach- biegałam w dzieciństwie po torowisku i parkingach. W chowanego bawiliśmy się nie w lesie, ale na ulicy. Obawiałam się, że doznam jakiegoś szoku klimatycznego. Że nie będę wiedziała, co począć z czasem. Że będę tęskniła za miejskim gwarem i kontaktami towarzyskimi. Moje obawy były zupełnie niepotrzebne.

Jesteśmy na wsi od trzech tygodni. I choć jesteśmy tu tylko jedną nogą (czeka nas jeszcze ogromny remont, podczas którego będzie się trzeba przenieść z powrotem do miasta oraz budowa naszego domu, gdy będziemy gośćmi w wyremontowanym dworku mojej mamy i jej męża) zdołaliśmy już wrosnąć w to miejsce i zgrać się z jego rytmem, jak gdyby to był nasz rytm od samego początku. I może nawet nie zauważyłabym tej zmiany, gdyby nie nagły nadmiar czasu. 


Budzę się o świcie (naprawdę podglądam te żurawie) i chodzę wcześnie spać. A w czasie pomiędzy tymi dwiema czynnościami jest miejsce na wszystko. Na pisanie i pracę oraz na poranną kawę przy akompaniamencie ptaków. Na zakupy na pobliskim bazarku i robienie przetworów na zimę. Na spacery z psem i rozmowy z bliskimi. Na sprzeczki rodzinne i wylewne pojednania. Na żarty i śmiech oraz na romantyczne chwile we dwoje. Wspólnymi siłami udaje nam się jeszcze pozałatwiać codzienny milion spraw związany z remontem, odnawianiem zabytkowego parku i planowaniem hotelu. 


Jak to jest możliwe, że ten sam czas jest tutaj tak zupełnie inny niż w mieście? Bardziej elastyczny i pojemny. Bardziej wyrozumiały i bardziej życzliwy. Nie wiem. Ale po woli przestaję pamiętać, że jestem z miasta. Moja ostatnia wizyta w pobliskim sklepiku to potwierdza. 

- Pani sobie jeszcze weźmie tych rzodkiewek- powiedziała konspiracyjnym tonem Pani Sprzedawczyni. - Są pyszne. A jutro sobota. Warszawiacy się zjadą do swoich działek i wszystko wykupią. Pani sobie weźmie tych rzodkiewek, dopóki są.
- Wezmę, wezmę. Chociaż, w sumie, to może nie powinnam. Bo ja też z Warszawy.
- A skąd! Pani to nie z Warszawy. Pani nasza!

Błogosławione poczucie bycia zaakceptowanym. Amen.


środa, 24 czerwca 2015

Pierwsze zdanie nowej historii

Stało się. Po ponad roku przygotowań i rozmów... Kupiliśmy dworek.
Wpatruję się w ekran komputera i zastanawiam się, co napisać dalej. Kupiliśmy dworek to pierwsze zdanie. Co dalej? Dalej zaczyna się już zwariowana przygoda z motywem rodzinnym w tle. Ale po kolei.


Wszystko zaczęło się, gdy moja mama, mieszkająca na co dzień w innym kraju, zadzwoniła do nas któregoś dnia i oznajmiła, że wraz ze swoim mężem chce przejść na emeryturę i wrócić do Polski. Marzył im się "mały, biały domek" na wsi, zupełnie jak w piosence. My również rozglądaliśmy się już od jakiegoś czasu za niewielką działką pod Warszawą i marzyliśmy o domu pachnącym świeżo upieczonym chlebem. Postanowiliśmy połączyć siły i szukać wspólnie w jednej okolicy. Cieszyłam się na samą myśl, że po tylu latach będę miała mamę blisko siebie.


Na ogłoszenie o sprzedaży tego magicznego miejsca natrafiła mama. Gdy zadzwoniła, żeby zapytać, co o tym myślimy, Darek aż podskoczył na fotelu. Przecież to Libella- zawołał, a oczy mu rozbłysły, jak dwie iskierki.

Libella, bo tak potocznie nazywano ogromny kompleks wczasowy z domkami letniskowymi, hotelem i zabytkowym dworkiem była dziecięcym marzeniem Darka. Wychowywał się w okolicy i niejednokrotnie wyobrażał sobie, że kiedyś odkupi dworek i pomoże temu miejscu odzyskać dawną świetność. Odzyskać, bo wraz z każdym nowym właścicielem okolica popadała w zaniedbanie. Ostatni właściciele kochali to miejsce i starali się przywrócić je do ładu. Niestety nie udało się. Z roku na rok ogród i sad zarastał coraz bardziej. Zabytkowa aleja akacjowa prowadząca do dworku tonęła w zaroślach, a nowo wybudowany budynek hotelowy stał i czekał. Pusty i zimny.


Najpierw myśleliśmy, że to wariactwo, kupować taką posiadłość. 10 hektarów ziemi, 15 hektarów lasu, zabytkowy dworek i... hotel. Co my byśmy z tym wszystkim poczęli?

Później daliśmy się ponieść możliwościom. Do późnej nocy opowiadaliśmy sobie, co można by tam zrobić i jak pięknie mogłoby tam być.

Prawda jest taka, że wszyscy zakochaliśmy się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. I od pierwszych kroków postawionych w akacjowej alei wiedzieliśmy, że chcemy się o to cudowne miejsce zatroszczyć. Po prostu i po ludzku.


Ostateczna decyzja zapadła jednomyślnie. I rozwiązała wszystkie nasze dylematy. Takie jest życie. Głowimy się i kombinujemy, jakby tu zrealizować nasze marzenia, a rozwiązanie czeka za rogiem.

Mama i Michał zamieszkają po remoncie w swoim wymarzonym małym, białym domku. No, trochę większym niż małym i trochę bardziej dworku niż domku ;)

Darek spełni marzenie z dzieciństwa i przywróci zabudowaniom dworskim w Popielżynie - Zawadach dawną świetność.

Ja... Zawsze marzyłam o prowadzeniu hotelu bardzo gościnnego. Po prostu nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że to marzenie się spełni :) A gdy pomyślę, że w spełnianiu go pomoże mi brat, to nie mogę przestać się uśmiechać :)


Już niedługo zaprosimy Was do odwiedzenia nowego bloga o prostej nazwie. Kupiliśmy dworek. To pierwsze zdanie. Resztę napisze samo życie, bo szczerze mówiąc, nie mamy bladego pojęcia, na co się porywamy, ale mamy wrażenie, że ma to jakiś związek z motyką i słońcem ;) No, to teraz zakasujemy rękawy i do dzieła :)