czwartek, 4 grudnia 2014

O przeziębieniu i zosio-samosiowaniu w kuchni, czyli rolada z indyka ze szpinakiem i orzechami piniowymi

Stajemy się coraz bardziej świadomi tego, co jemy. Może to kwestia wieku, mojego wrażliwego żołądka lub planów założenia rodziny. A może po prostu mądrości życiowej, która przychodzi z czasem. Zauważyłam, że coraz częściej widząc jakiś kuszący produkt na sklepowej półce zastanawiam się, jak mogę to samo zrobić w domu SAMA. Takie zosio-samosiowanie we własnej kuchni ma jedną, podstawową zaletę. Robię sama, więc wiem, czego używam. Albo przynajmniej staram się wiedzieć, bo nie oszukujmy się- nie zawsze mamy pewność, że produkty, których używamy pochodzą z rzeczywiście dobrych źródeł. A o mnogości sztucznych kolorków i zapaszków w sklepowym jedzeniu pisać już nie będę, bo przecież wszyscy o nich wiemy. Tylko nie zawsze wiemy, jak ich uniknąć. 

Mnie z pomocą przyszła książka, którą- przyznaję się bez bicia- dodałam do koszyka w księgarni internetowej tylko po to, żeby uzyskać darmową przesyłkę. Książka kosztowała niewiele, akurat tyle, ile brakowało do darmowej przesyłki. Dziś już się z nią nie rozstaję i polecam wszystkim znajomym. "Zamień chemię na jedzenie" Julity Bator zamieniło nasze życie w coś o wiele zdrowszego. I smaczniejszego.

Idą święta. Czas wielkiego gotowania. Zachęcam Was do własnych kulinarnych eksperymentów i do omijania super hiper marketów. Zróbcie wielkim koncernom spożywczym na złość i wybierzcie się na targ. Kupcie jaja od kurek ze wsi i świeże warzywa prosto z ziemi. Gwarantuję Wam, że będziecie zadowoleni. A Wasz portfel wcale na tym nie ucierpi, bo przecież zamiast kupić więcej niezdrowych rzeczy, można kupić ciut mniej, ale lepszych ;) Ja wdrażam zosio-samosiowanie już od jakiegoś czasu i nie zauważyłam, żeby miało to znaczący wpływ na nasze finanse. Wróć! Ma wpływ. Zdecydowanie mniej wydajemy na leki i lekarza. Już prawie nie pamiętamy, jak to jest chorować każdej jesieni na przeziębienie. A co ma katar do pieczenia własnej wędliny? Chcecie wiedzieć, to zajrzyjcie do książki ;)

Rolada z indyka ze szpinakiem 
i orzechami piniowymi


Składniki:
  • ładny, prostokątny kawałek filetu indyka (ok. 700 g) - kupiłam cały filet i odkroiłam środkową, najgrubszą część. Resztę użyłam na taki obiad i takie psie smaczki ;)
  • 3 pęczki świeżego szpinaku
  • szklanka orzechów piniowych
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Przyda się:
  • blender
  • naczynie żaroodporne do pieczenia
  • sznurek do wiązania pieczeni
  • ostry i długi nóż
Wszystkie składniki (oprócz mięsa) ucieramy blenderem na jednolitą masę.

Mięso rozkładamy na desce do krojenia. Przekrajamy je wzdłuż dłuższego boku w poprzek. Cięcia nie dociągamy jednak do końca tak, aby filet można było "otworzyć" tak, jak książkę. Powstanie nam w ten sposób większy i bardziej płaski kawałek mięsa.

Wewnętrzną stronę rozkrojonego filetu smarujemy obficie masą. Całość zwijamy od krótszego boku i związujemy sznurkiem w 4 miejscach. Staramy się zwijać dosyć mocno i nie przejmujemy się, że część masy wycieknie. Powstały rulon okładamy resztą masy i umieszczamy w naczyniu żaroodpornym. Przykrywamy folią i chowamy do lodówki na minimum 6 godzin. Można całość przygotować wieczorem i upiec nad ranem.

Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 45 minut. Pamiętajcie by naczynie żaroodporne wyjąć z lodówki na pół godziny przed pieczeniem, żeby różnica temperatur nie narobiła bigosu ;) Po upieczeniu studzimy i trzymamy w lodówce. Rolada smakuje pysznie na zimno do kanapek.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz