sobota, 15 listopada 2014

Wyjazdy i powroty

05:00
Wychodzę na szybki spacer z dziewczynami. Darek jeszcze śpi. I niech śpi jak najdłużej. Czekają go trzy ciężkie dni. Będzie musiał wstawać rano i biec na spacer, będzie musiał gnać na spotkania i spieszyć z powrotem do domu, żeby wyprowadzić i nakarmić psy. Maja, jak na złość, złapała zapalenie krtani, więc Darka czekają też wizyty u weterynarza i- choć o tym jeszcze nie wiemy- robienie zastrzyków w domu. A w między czasie dwa duże projekty, które właśnie dobiegają do końca i trzeba milion spraw dopilnować, sprawdzić i domknąć. Poprzedniego dnia pytam Darka, czy sobie poradzi. Mogę przecież jechać w innym czasie. Po cichu może nawet bym chciała, żeby mnie zatrzymał. Nie lubię być daleko. Nie lubię być sama.
- Jedź- słyszę odpowiedź. - Musisz jechać. Tyle już czasu nie widziałaś się z tatą i dziadkami. Później nie będzie czasu. A o nas się nie martw. Damy sobie radę. To tylko trzy dni.

06:30
To tylko trzy dni- myślę i podciągam się za poręcz, żeby wspiąć się do pociągu. Ekspres płynie z cichym szelestem przez pola i lasy. Co jakiś czas za oknem jakaś wieś. Jak przecinek oddzielający zielenie i brązy. Z każdym przecinkiem jestem dalej od swojego życia i czuję się coraz bardziej oderwana. Kobieta na siedzeniu obok śpi. Lub raczej udaje, że śpi. Przymykam oczy i robię to samo. Zanurzam się w swoją własną małą intymność, odgradzam się od tego, co na zewnątrz. Nagle jestem daleko od współpasażerów. Od ich e-booków i smartfonów, mandarynek i rogalików w celofanie, puchowych kurtek i jeszcze bardziej wypchanych bagaży.

Nagle mam znowu 4 lata i jadę ekspresem do Warszawy. Przytulam się do pachnącego perfumami ramienia mamy i jest mi ciepło i bezpiecznie. Pomimo zimna za oknem, pomimo niewygodnych siedzeń, czuję się błogo. Jedziemy do babci, a ja jeszcze nie wiem, że mam z babcią zostać sama. Mama jedzie do pracy za granicę.

Zsuwam się nieco niżej na siedzeniu próbując znaleźć pozycję, w której będę mogła nie tylko udawać, że śpię, ale też że jest mi wygodnie.Teraz mam 13 lat i jadę pociągiem do Gdańska. To już niemal rytuał. Zaczynają się ferie, mama przysyła bilet i z małym plecakiem jadę na prom. Czeka mnie długa podróż i prawdopodobnie jakiś sztorm na morzu, jak to zimą, ale czuję się dziwnie odważna. To nie pierwszy raz. Trasę pociągu, numer tramwaju na przystań promową i kolejność okazywania dokumentów przy odprawie znam już na pamięć. Wiem też doskonale, co powiedzieć po dopłynięciu, w okienku oznaczonym napisem ALL OTHER NATIONS brzmiącym nieco, jak przekleństwo w zestawieniu z ładnym i schludnym napisem obok- EU.
- Jag har inga kronor. Jag går till min mama. Hon bor och arbetar i Stockholm och väntar på mig. (Nie mam żadnych koron. Jadę do mamy. Ona mieszka i pracuje w Sztokholmie i czeka na mnie.)

09:20
Przesiadka w Poznaniu. Ze schludnej i wyciszonej rzeczywistości ekspresu, w którym wszyscy udają, że są czymś zajęci (spaniem, czytaniem, graniem, albo i samym udawaniem) trafiam do obdrapanej i skrzypiącej rzeczywistości pośpiesznego. Pośpieszny jest pośpiesznym tylko w nazwie. W rzeczywistości nic tu się nie spieszy. Czas sprawia wrażenie, jakby wyraźnie zwolnił, a może nawet zatrzymał się gdzieś w okolicy wczesnych lat osiemdziesiątych. Drzwi toalety nie domykają się zaopatrując cały wagon w zapach trudny do zidentyfikowania. Wyobrażam sobie świeczkę zapachową inspirowaną tą sytuacją. Poranna Świeżość Popielniczki. Rześka Bryza Zatkanego Odpływu. W przedziałach ludzie przytulają się do siebie. Bo ciasno, ale też dlatego, że zimno. Ogrzewanie w kilku wagonach nie działa, a konduktor pociągu pośpiesznego bynajmniej się nie spieszy, żeby wcisnąć ten jeden guzik na kontrolce na korytarzu.
Ale nie narzekam. Tu nie muszę udawać, że śpię. Tu nie ma miejsca na udawanie. Tu wszyscy są prawdziwi. Starsza pani opowiada, jak to się kiedyś jeździło do miasta za pracą. Ludzie wchodzili oknami i stali całą drogę. Żołnierze w przedziale obok jadą na przepustkę. Cieszą się. To słychać. Co chwilę któryś przychodzi i zaprasza wszystkich na wódeczkę. Jeden z żołnierzy siedzi z nami i nie zagląda ani razu do kolegów obok. Ma smętną minę. Pytam się, co się stało. Mówi, że nie może się z nimi napić, bo ma alergię na alkohol. Starsza pani klepie go po ramieniu i mówi: "Nic nie tracisz. Od wódki rozum krótki. Pamiętam, jak ze Zbyszkiem..."
I tak to się toczy. Pach ciuch ciuch, pach ciuch ciuch. Zanim dojeżdżamy do Koszalina, niepijący żołnierz został już przez wszystkich poczęstowany czymś na ząb, a starsza pani opowiedziała mu o swoich trzech mężach. Ja dostałam dwie propozycje matrymonialne z przedziału obok, a pani siedzącej obok mnie któryś z żołnierzy powiedział, że wygląda zupełnie jak ta aktorka na J. Janda? Nie, Jolanta Kwaśniewska.

14:30
Wysiadam z pociągu na starym, koszalińskim dworcu. Bardziej wyskakuję, niż schodzę po dziwnie zaprojektowanych schodkach, na których nie mieści się nawet pół stopy. Boże- wzdycham. -Tu nic się nie zmienia. Ale to westchnienie ulgi, nie dezaprobaty. W Warszawie wszystko się zmienia aż za szybko. Budują się nowe osiedla, remontują się drogi, rozpadają się związki i likwidują miejsca pracy. A tu- dzięki Bogu- nic się nie zmienia.
Rozglądam się po peronie i widzę go. Jest. Stoi nieco onieśmielony, bo nigdy nie czuł się pewnie w towarzystwie rzeczy związanych z podróżowaniem. Walizek, pociągów, biletów. Dostrzega mnie i kąciki wąsów unoszą się w serdecznym uśmiechu. I nagle przypominam sobie to wszystko, co w pociągu jakoś nie chciało mi przyjść do głowy. Przypominam sobie powroty. Powroty z wyjazdu od mamy. Powroty ze studiów i z wakacji. Powroty do domu. Do taty. I dopiero teraz zaczynam rozumieć, że przecież każda podróż to żal za tym, co się zostawia, ale też radość z tego, do czego się zmierza.
- Jak dobrze, że już jesteś- mówi tata, dusząc mnie w swoim uścisku. -Dziadkowie już czekają z obiadem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz