sobota, 1 listopada 2014

O pustyni i świętach z supermarketu, czyli wszystko jest potrzebne

Uwaga. Będzie tekst wyjątkowo nabzdyczony i całkowicie pozbawiony dystansu (oby nie był pozbawiony sensu). Brakuje mi już cierpliwości, żeby się silić na dystans. I co tu dużo kryć: brakuje mi cierpliwości do świata.

Bo na tym naszym świecie wszystko się już "dupą do góry powywracało". Tak twierdzi pani z mięsnego i Bóg jej zapłać za tak szczere słowa, bo sama bym tego lepiej nie ujęła. Zresztą, gdybym ja tak powiedziała, to brzmiałoby to dziwnie, ale gdy to mówi pani z mięsnego rąbiąc tasakiem szponder wołowy to już inna sprawa. Powiedzmy, że spójność wizerunku zostaje zachowana.

A co się tak czterema literami powywracało? Zajrzałam wczoraj do marketu (tego z rodzaju super- hiper- ekstra, gdzie- nie oszukujmy się- większość asortymentu jest nie super, ale do... duszy). Chciałam kupić znicze, żeby oszczędzić sobie jarmarcznego charakteru zakupów pod cmentarzem. Biorę koszyk i już od progu trafiam do krainy świętego Mikołaja. Wokół mnie czekoladki, upominki i bombonierki. Wszystko merry christmas i jingle bells. Po amerykańsku, bo wiadomo przecież, że wszystko, co amerykańskie jest lepsze. Wszystko błyszczy i mruga. Biedni ludzie krążą między półkami i już sami nie wiedzą, jaki mamy miesiąc i jakie to święta w ten weekend wypadają. Ja rozumiem, że się można dać ponieść fantazji. Ja wiem, że duch świąt jest tak pozytywnym zjawiskiem, że aż wszechogarniającym. No, ale na litość! Czy on musi wszechogarniać już przed Zaduszkami. Na jednej półce jingle bells, a na drugiej modlitwa za dusze zmarłych? No i jak tu się nie zgodzić z panią z mięsnego?

Teraz będzie fragment całkowicie pozbawiony dystansu. Bo gdy ja byłam mała... ;) Pamiętam, że pierwszego listopada wybieraliśmy się całą rodziną odwiedzić groby bliskich. Ja- mały kajtek- nie wszystkich znałam, nie wszystkich pamiętałam. Uwielbiałam jednak słuchać opowieści mojej babci. O dawnych czasach, o dawnych przyjaźniach i miłościach. Po powrocie do domu jedliśmy rozgrzewający rosół i rozmawialiśmy. O wszystkim, ale głównie o wspomnieniach. O tym, co było. Nawet telewizora nie włączaliśmy. Nie chodziliśmy na imprezy, nie robiliśmy przebieranek i żartów. W tych dniach nikt o radowaniu się nie myślał, ale wbrew pozorom smutno nie było. Bo okazuje się, że po latach pamiętamy i wspominamy głównie miłe rzeczy. Te dni były zarezerwowane dla innych emocji. Z emocjami jest trochę tak, jak z pogodą. Jest czas na słońce i jest czas na deszcz. I wszystko jest potrzebne. Jeśli słońce będzie nam świecić na okrągło, to będziemy mieli suszę i wszystko pokryje piaszczysta pustynia. I podobnie, jeśli będziemy się w kółko radować, to zanim się obejrzymy wylądujemy na emocjonalnej pustyni, gdzie już nic nie porusza, nic nie zastanawia.

Dlatego tak bardzo dziwi mnie, dlaczego dzisiaj nie przeżywamy już Wszystkich Świętych w podobny sposób, co kiedyś. Dlaczego nie uczymy dzieci tych prostych praw natury (i życia). Dlaczego nie pokazujemy im, że wszystko jest w życiu potrzebne. Smutek również. Dlaczego, zamiast opowiadać im o dawnych czasach i tradycjach, idziemy na łatwiznę i wybieramy tę opcję na wynos, jaką jest halloween. Nie nasze święto. Właściwie, to w ogóle nie święto, tylko zlepek zabobonów i plastikowego bałaganu. Made in USA, gdzie wszystko jest kolorowe i pełne cukru.

Dynie wykrawamy i my. Bo to świetna zabawa. Nie wspominając już o pysznościach, które można wyczarować z miąższu. Przebieramy się też w dziwaczne stroje i opowiadamy sobie straszne historie. Ale wszystko to ma miejsce na końcu listopada. W Andrzejki. Na początku listopada jest czas na inne emocje. A halloween? Czy taki produkt z super-hiper marketu jest nam w ogóle potrzebny? Czy mało mamy naszych własnych tradycji i świąt? I czy rzeczywiście musimy pożyczać coś zza oceanu? Aha, zapomniałam. Przecież amerykańskie to znaczy lepsze ;)

Na zdjęciu babunia i dziadek oraz malutka mama i jej siostry. Babuni i dziadka już z nami nie ma, ale na pewno nie raz wspomnimy o nich w najbliższych dniach. Tym bardziej, że o ich życiu można by nakręcić nie jeden, ale kilka filmów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz