czwartek, 27 listopada 2014

O męskiej chorobie zwanej warzywowstrętem i jej leczeniu, czyli placuszki z cukinią i bryndzą

Uwielbiam cukinię. W każdej postaci. Grillowaną, smażoną i marynowaną. Ale najbardziej lubię, gdy starta ląduje w zupie lub w placuszkach. O prostych plackach z cukinią możecie poczytać tutaj. Dziś na śniadanie zjedliśmy nieco urozmaiconą wersję. I było pysznie. Smakowało nawet Darkowi cierpiącemu na warzywowstręt. Ba! Poprosił nawet o dokładkę :)

Placuszki z cukinią i bryndzą


Składniki (ma około 3-4 porcje):
  • 2 cukinie
  • 2 jaja
  • mąka żytnia chlebowa (typ 720)
  • 2 i 1/2 łyżeczki soli
  • 1 opakowanie bryndzy (ok. 125 g)
  • 2 ząbki czosnku (utartego lub przeciśniętego przez praskę)
  • szczypta pieprzu i szczypta gałki muszkatołowej
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • olej do smażenia (użyłam słonecznikowego)

Przyda się:
  • duża patelnia
  • miska
  • tarka
  • ręcznik papierowy
Cukinię płuczemy, osuszamy i ucieramy na dużych oczkach tarki. Jeśli ma gniazda nasienne, musimy się ich najpierw pozbyć. Do cukinii dodajemy sól i lekko mieszamy. Następnie dodajemy jaja i znowu mieszamy.Dodajemy pozostałe składniki (bryndzę rozkruszamy w palcach) i mieszamy. Do powstałej masy dosypujemy mąki. Celowo nie podałam jej ilości, bo ta zależy od ilości wody w cukinii. Najlepiej jest dodawać mąki po łyżce i mieszać. Robimy tak do momentu, gdy ciasto nabierze konsystencji ciasta na placki ziemniaczane. 

Na patelni rozgrzewamy obfitą ilość oleju. Placki smażymy z obu stron, aż się zarumienią. Układamy na ręczniku papierowym, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu. Podajemy oprószone natką pietruszki lub z sosem czosnkowym na bazie jogurtu i odrobiny majonezu :)



poniedziałek, 24 listopada 2014

Odrobina włoskich wakacji na śniadanie, czyli smarowidła na nutę śródziemnomorską

- Co jemy na śniadanie? - pytam wczoraj.
- Może kanapki.
- A z czym masz ochotę?
- A, nie wiem. Posmaruj czymś dobrym.

No, to idę do kuchni i rozglądam się po okolicy. Jest niedzielny poranek, w lodówce wieje pustką. Ale na dnie szafki znajduję słoik z oliwkami. I drugi- z suszonymi pomidorami w oliwie. Wzrokiem szukam pozostałych składników. Czosnek? Jest. Pietruszka? Jest. No, to do dzieła. Na śniadanie będzie pieczywo ze smarowidłami na nutę śródziemnomorską. Banalnie prosty i pyszny zestaw.

Smarowidła 
na nutę śródziemnomorską


Składniki:

  • smarowidło z czarnych oliwek
    • 1 i 1/2 szklanki odsączonych czarnych oliwek bez pestek
    • ząbek czasnku
    • garstka natki pietruszki
    • szczypta oregano
    • szczypta soli
    • 4 łyżki oliwy z oliwek (najlepiej extra virgin)
  • smarowidło z suszonych pomidorów
    • szklanka odsączonych suszonych pomidorów w oliwie
    • 2 łyżki orzeszków piniowych lub ziaren słonecznika (choć polecam te pierwsze)
    • garstka natki pietruszki
    • szczypta bazylii
    • szczypta soli
    • 4 łyżki oliwy z oliwek (najlepiej extra virgin)
Przyda się:
  • 2 pojemniki lub miski
  • blender
W obu przypadkach postępujemy tak samo. Wszystkie składniki umieszczamy w pojemniku i ucieramy blenderem na jednolitą masę. Smarowidła możemy przechowywać w lodówce pod przykryciem nawet 2 tygodnie. Smarowidło z czarnych oliwek ma dosyć wytrawny smak, natomiast smarowidło z suszonych pomidorów jest słodkawe w smaku. Oba świetnie się sprawdzą, jako dodatek do pieczywa oraz jako dip do przekąsek.


sobota, 22 listopada 2014

Czasami czujemy szczęście

Czy jesteś szczęśliwa?- spytała któregoś dnia mama. Mama, jak to mama. Potrafi ni z gruchy, ni z pietruchy zadać jedno proste pytanie, które później nie daje nam spać przez kilka nocy. A jak już nawet znajdziemy w duszy odpowiedź, to znowu zaczynamy się zastanawiać, czemu takie pytanie w ogóle padło. Nauczeni doświadczeniem wiemy, że w tym, co mówi mama podtekst kryje się wszędzie.

I tak, po kilku bezsennych nocach, doszłam do wniosku, że to skomplikowane pytanie. Skomplikowane, bo nie da się na nie odpowiedzieć tak lub nie. Gdyby pojawiało się w uczelnianych testach, musiałoby mieć więcej niż te dwa okienka do zaznaczenia. Tak, nie, rzadko, czasami, nie wiem.

Czy można być po prostu szczęśliwym? Chyba nie. Cały czas cieszą się tylko wariaci. Maniacy nastawieni na odczuwanie jedynie przyjemności i to w słoniowej dawce. A my- względnie zdrowi na umyśle obywatele względnie normalnego kraju? Czy jesteśmy szczęśliwi?

Krzyżyk ląduje w jednym z okienek. Czasami.

Czasami czujemy szczęście. Czasami czujemy, że wszystkie elementy układanki, jakim jest nasze życie lądują na właściwym miejscu i na moment, choćby tylko na ułamek sekundy, nie kłócą się ze sobą. Powstaje idealna harmonia między nami, a światem. Potrafimy spojrzeć na naszą drogę z lotu ptaka i widzimy to, czego nie da się dostrzec siedząc za kierownicą. Widzimy cel. Przyczyny i skutki wszystkiego, co się wydarza. Choć raz dostrzegamy coś więcej poza wybojami i zakrętami naszej drogi. Dostrzegamy kierunek. Jeśli jest zgodny z naszymi przekonaniami... Zaznaczyliśmy właściwą odpowiedź.

Za moment czar pryśnie. Zadzwoni telefon, kierowca w aucie obok zajedzie nam drogę, pies szczekaniem wyrwie nas z zamyślenia. Ale przez chwilę doświadczyliśmy objawienia. Doświadczyliśmy szczęścia. 

Ostatnimi czasy te momenty harmonii zdarzają mi się coraz częściej. A może po prostu staram się ich doszukiwać wszędzie tam, gdzie inni widzą zwykły parapet z kwiatami, czy pochrapywanie śpiącego psa. Coraz częściej też myślę o moim życiu, jako o całości, a nie sumie wydarzeń. Nie rozczulam się nad momentami, które były be. No, może tylko czasami. Zaczynam widzieć, jaki wpływ miały na mnie i dokąd mnie doprowadziły. Czy gdyby ktoś kiedyś nie złamał mi serca, potrafiłabym teraz kochać i ufać? Czy gdybym sama kiedyś nie czuła się samotna i zagubiona, potrafiłabym teraz dawać ciepło i poczucie bezpieczeństwa? Czy gdybym nie doświadczyła tych wszystkich małych smutków, potrafiłabym teraz odczuwać radość?

Przyglądam się kierunkowi, w którym zmierza moje życie. Nasze życie, bo droga od dłuższego już czasu jest dwupasmowa. Nie mam bladego pojęcia, co będzie dalej. Nie wiem, jakie wyboje i zakręty szykuje nam los. Ale wiem, że damy radę. Wiem, bo w tych ulotnych momentach czuję, że wszystko trafia na właściwe miejsce. Czuję szczęście.

Teraz pozostaje mi już tylko rozgryźć, o co chodziło mamie ;)




czwartek, 20 listopada 2014

Siła uzależnienia, czyli torcik bardzo czekoladowy

Najwyższa pora się przyznać. Ujawnianie swoich najskrytszych żądz i najbrudniejszych myśli jest ostatnio modne. Wystarczy kupić pierwszą, lepszą kolorową gazetę, żeby się o tym przekonać. No, to proszę. Mówię otwarcie. Jestem uzależniona od czekolady. Mlecznej, gorzkiej, białej i nadzianej. Kocham smak czekolady, a zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym. Dieta? Dajcie spokój. Życie jest zbyt krótkie, by odmawiać sobie czekoladowych przyjemności :)

Torcik bardzo czekoladowy

Składniki:

  • 3 jaja
  • 240 ml oleju roślinnego (użyłam słonecznikowego)
  • 200 g cukru
  • 100 g rozpuszczonej gorzkiej czekolady
  • 300 g buraków ugotowanych w łupinkach
  • laska wanilii (ewentualnie odrobina esencji waniliowej)
  • szczypta soli
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 30 g kakao (prawdziwego kakao, nie proszku do sporządzania napoju mlecznego)
  • 200 g mąki pszennej uniwersalnej
  • polewa: tabliczka czekolady mlecznej + łyżka masła
  • nadzienie: kajmak o smaku waniliowym lub zwykły z dodatkiem kilku kropel esencji waniliowej
  • do dekoracji garstka żurawiny
Przyda się:
  • tortownica
  • papier do pieczenia
  • tarka
  • miska
  • garnuszek
  • długi i cienki nóż
Buraki gotujemy dużo wcześniej, żeby miały czas ostygnąć. Można przygotować je poprzedniego dnia. Jeśli nigdy nie dodawaliście do ciasta czekoladowego buraków, to pewnie macie teraz nie tęgą minę. Ale nie bójcie się. Buraków w naszym torciku nie będzie w ogóle czuć. Będą takim niezauważalnym, tajnym agentem i dodadzą ciastu wilgotności i słodyczy. Gwarantuję Wam, że jeśli raz spróbujecie upiec ciasto czekoladowe z burakami, nigdy więcej nie upieczecie go bez nich :)

Ostudzone buraki obieramy i ucieramy na drobnych oczkach tarki, ale nie na gładką masę. Powinny powstać cieniutkie wiórki. W małym garnuszku rozpuszczamy gorzką czekoladę.

W misce mieszamy ze sobą olej, cukier i jaja. Do powstałej masy dodajemy rozpuszczoną czekoladę, utarte buraki oraz nasionka lub esencję wanilii. Mieszamy łyżką. Mikser mógłby utrzec nasze buraki na papkę, a tego nie chcemy.

Na koniec dodajemy pozostałe składniki sypkie (mąka, proszek, kakao i sól) i mieszamy. Ciasto będzie dosyć gęste, więc trzeba w to włożyć nieco siły.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni. Dno tortownicy wykładamy wyciętym w okrąg papierem do pieczenia (wystarczy na papierze odrysować kształt tortownicy). Boki smarujemy delikatnie masłem i oprószamy mąką. Pieczemy przez godzinę. Po upływie 55 minut warto sprawdzić patyczkiem.

Gdy ciasto ostygnie, otwieramy bok tortownicy i przekrajamy ciasto na pół. Wierzch zdejmujemy bardzo ostrożnie, żeby go nie połamać. Spód smarujemy kajmakiem i przykrywamy wierzchem ciasta. W garnuszku rozpuszczamy czekoladę mleczną z dodatkiem masła. Gdy jest jeszcze ciepła, smarujemy nią torcik z wierzchu i po bokach. Trzeba to robić dosyć szybko, bo czekolada zastyga. Na koniec posypujemy całość rozdrobnionymi, suszonymi owocami żurawiny. Przechowujemy w lodówce.
 




poniedziałek, 17 listopada 2014

Spacer bez kurtek, ostatni w tym sezonie

Patrząc na zdjęcia nie mogę uwierzyć, że ten spacer miał miejsce zaledwie dwa tygodnie temu. Środek tygodnia, telefon od klienta. Nie może się spotkać z Darkiem na budowie, bo coś mu wypadło. Ja miałam cały dzień pisać, ale pisać mogę przecież zawsze. Ni stąd, ni zowąd okazuje się, że mamy dzień wolny. Darek odruchowo siada do komputera, żeby nadgonić zaległości w projektach. A ja wyglądam przez okno i nie mogę pozbyć się myśli, że jeśli ten dzień przesiedzimy w domu, to taka okazja na spacer już się nie powtórzy.

Chwytam psi bidon, w którym nosimy Bubie wodę na dłuższe spacery i idę do kuchni nalać do niego wody. Buba zrywa się na równe nogi i pędzi za mną do kuchni. Staje na tylnych łapach i przednimi opiera się o blat kuchenny. Bacznie obserwuje każdy mój ruch, jakby chciała się upewnić, czy nalewam wystarczająco dużo wody. Jest podekscytowana, a najbardziej na ogonie. Wołam do nas Darka. Wiem, że chciałeś popracować- mówię- ale spójrz tylko na Bubę. Buba, jak na zawołanie, obdarza nas najbardziej głupkowato-radosnym uśmiechem z możliwych. Darek przekupiony. Jedziemy na ostatni w tym roku spacer bez kurtek :)











sobota, 15 listopada 2014

Wyjazdy i powroty

05:00
Wychodzę na szybki spacer z dziewczynami. Darek jeszcze śpi. I niech śpi jak najdłużej. Czekają go trzy ciężkie dni. Będzie musiał wstawać rano i biec na spacer, będzie musiał gnać na spotkania i spieszyć z powrotem do domu, żeby wyprowadzić i nakarmić psy. Maja, jak na złość, złapała zapalenie krtani, więc Darka czekają też wizyty u weterynarza i- choć o tym jeszcze nie wiemy- robienie zastrzyków w domu. A w między czasie dwa duże projekty, które właśnie dobiegają do końca i trzeba milion spraw dopilnować, sprawdzić i domknąć. Poprzedniego dnia pytam Darka, czy sobie poradzi. Mogę przecież jechać w innym czasie. Po cichu może nawet bym chciała, żeby mnie zatrzymał. Nie lubię być daleko. Nie lubię być sama.
- Jedź- słyszę odpowiedź. - Musisz jechać. Tyle już czasu nie widziałaś się z tatą i dziadkami. Później nie będzie czasu. A o nas się nie martw. Damy sobie radę. To tylko trzy dni.

06:30
To tylko trzy dni- myślę i podciągam się za poręcz, żeby wspiąć się do pociągu. Ekspres płynie z cichym szelestem przez pola i lasy. Co jakiś czas za oknem jakaś wieś. Jak przecinek oddzielający zielenie i brązy. Z każdym przecinkiem jestem dalej od swojego życia i czuję się coraz bardziej oderwana. Kobieta na siedzeniu obok śpi. Lub raczej udaje, że śpi. Przymykam oczy i robię to samo. Zanurzam się w swoją własną małą intymność, odgradzam się od tego, co na zewnątrz. Nagle jestem daleko od współpasażerów. Od ich e-booków i smartfonów, mandarynek i rogalików w celofanie, puchowych kurtek i jeszcze bardziej wypchanych bagaży.

Nagle mam znowu 4 lata i jadę ekspresem do Warszawy. Przytulam się do pachnącego perfumami ramienia mamy i jest mi ciepło i bezpiecznie. Pomimo zimna za oknem, pomimo niewygodnych siedzeń, czuję się błogo. Jedziemy do babci, a ja jeszcze nie wiem, że mam z babcią zostać sama. Mama jedzie do pracy za granicę.

Zsuwam się nieco niżej na siedzeniu próbując znaleźć pozycję, w której będę mogła nie tylko udawać, że śpię, ale też że jest mi wygodnie.Teraz mam 13 lat i jadę pociągiem do Gdańska. To już niemal rytuał. Zaczynają się ferie, mama przysyła bilet i z małym plecakiem jadę na prom. Czeka mnie długa podróż i prawdopodobnie jakiś sztorm na morzu, jak to zimą, ale czuję się dziwnie odważna. To nie pierwszy raz. Trasę pociągu, numer tramwaju na przystań promową i kolejność okazywania dokumentów przy odprawie znam już na pamięć. Wiem też doskonale, co powiedzieć po dopłynięciu, w okienku oznaczonym napisem ALL OTHER NATIONS brzmiącym nieco, jak przekleństwo w zestawieniu z ładnym i schludnym napisem obok- EU.
- Jag har inga kronor. Jag går till min mama. Hon bor och arbetar i Stockholm och väntar på mig. (Nie mam żadnych koron. Jadę do mamy. Ona mieszka i pracuje w Sztokholmie i czeka na mnie.)

09:20
Przesiadka w Poznaniu. Ze schludnej i wyciszonej rzeczywistości ekspresu, w którym wszyscy udają, że są czymś zajęci (spaniem, czytaniem, graniem, albo i samym udawaniem) trafiam do obdrapanej i skrzypiącej rzeczywistości pośpiesznego. Pośpieszny jest pośpiesznym tylko w nazwie. W rzeczywistości nic tu się nie spieszy. Czas sprawia wrażenie, jakby wyraźnie zwolnił, a może nawet zatrzymał się gdzieś w okolicy wczesnych lat osiemdziesiątych. Drzwi toalety nie domykają się zaopatrując cały wagon w zapach trudny do zidentyfikowania. Wyobrażam sobie świeczkę zapachową inspirowaną tą sytuacją. Poranna Świeżość Popielniczki. Rześka Bryza Zatkanego Odpływu. W przedziałach ludzie przytulają się do siebie. Bo ciasno, ale też dlatego, że zimno. Ogrzewanie w kilku wagonach nie działa, a konduktor pociągu pośpiesznego bynajmniej się nie spieszy, żeby wcisnąć ten jeden guzik na kontrolce na korytarzu.
Ale nie narzekam. Tu nie muszę udawać, że śpię. Tu nie ma miejsca na udawanie. Tu wszyscy są prawdziwi. Starsza pani opowiada, jak to się kiedyś jeździło do miasta za pracą. Ludzie wchodzili oknami i stali całą drogę. Żołnierze w przedziale obok jadą na przepustkę. Cieszą się. To słychać. Co chwilę któryś przychodzi i zaprasza wszystkich na wódeczkę. Jeden z żołnierzy siedzi z nami i nie zagląda ani razu do kolegów obok. Ma smętną minę. Pytam się, co się stało. Mówi, że nie może się z nimi napić, bo ma alergię na alkohol. Starsza pani klepie go po ramieniu i mówi: "Nic nie tracisz. Od wódki rozum krótki. Pamiętam, jak ze Zbyszkiem..."
I tak to się toczy. Pach ciuch ciuch, pach ciuch ciuch. Zanim dojeżdżamy do Koszalina, niepijący żołnierz został już przez wszystkich poczęstowany czymś na ząb, a starsza pani opowiedziała mu o swoich trzech mężach. Ja dostałam dwie propozycje matrymonialne z przedziału obok, a pani siedzącej obok mnie któryś z żołnierzy powiedział, że wygląda zupełnie jak ta aktorka na J. Janda? Nie, Jolanta Kwaśniewska.

14:30
Wysiadam z pociągu na starym, koszalińskim dworcu. Bardziej wyskakuję, niż schodzę po dziwnie zaprojektowanych schodkach, na których nie mieści się nawet pół stopy. Boże- wzdycham. -Tu nic się nie zmienia. Ale to westchnienie ulgi, nie dezaprobaty. W Warszawie wszystko się zmienia aż za szybko. Budują się nowe osiedla, remontują się drogi, rozpadają się związki i likwidują miejsca pracy. A tu- dzięki Bogu- nic się nie zmienia.
Rozglądam się po peronie i widzę go. Jest. Stoi nieco onieśmielony, bo nigdy nie czuł się pewnie w towarzystwie rzeczy związanych z podróżowaniem. Walizek, pociągów, biletów. Dostrzega mnie i kąciki wąsów unoszą się w serdecznym uśmiechu. I nagle przypominam sobie to wszystko, co w pociągu jakoś nie chciało mi przyjść do głowy. Przypominam sobie powroty. Powroty z wyjazdu od mamy. Powroty ze studiów i z wakacji. Powroty do domu. Do taty. I dopiero teraz zaczynam rozumieć, że przecież każda podróż to żal za tym, co się zostawia, ale też radość z tego, do czego się zmierza.
- Jak dobrze, że już jesteś- mówi tata, dusząc mnie w swoim uścisku. -Dziadkowie już czekają z obiadem.



wtorek, 11 listopada 2014

Jesienny jadłospis, czyli pulpety w sosie grzybowym

Grzyby w lesie podobno jeszcze są. I nic dziwnego, bo przecież listopad wyjątkowo łagodny w tym roku. Aż strach pomyśleć, jakie jeszcze niespodzianki szykuje nam pogoda. Czy Boże Narodzenie będzie białe i puszyste, czy może szare i błotniste? 

Powoli w głowie układam listy prezentów i obmyślam, jak by tu coś świątecznego wyczarować w domu. Na przekór pogodzie rozgrzewam się myślą o kolorowej choince i wspólnym kolędowaniu. Ale zanim kuchnią zawładną pierniki i sałatki świąteczne, mamy jeszcze bardzo jesienny jadłospis. Dziś na obiad mięciutkie pulpety w sosie grzybowym :)

Pulpety w sosie grzybowym

Składniki (na około 10 pulpetów):
  • pół kilo mięsa wieprzowego mielonego
  • jajko
  • sucha bułka
  • szklanka mleka
  • łyżka posiekanej natki pietruszki
  • sól i pieprz do smaku
  • mąka do obtaczania
  • olej roślinny (użyłam ryżowego)
  • sos grzybowy:
    • szklanka drobno pokrojonych świeżych podgrzybków (mogą być pieczarki)
    • posiekana cebula
    • łyżka masła i 2 łyżki oleju roślinnego 
    • łyżka mąki ziemniaczanej
    • 2 szklanki bulionu wołowego
    • sól i pieprz do smaku
    • szczypta roztartego w moździerzu ziela angielskiego
Przyda się:
  • 2 patelnie
  • miska
  • mały pojemnik do obtaczania pulpetów w mące
Bułkę namaczamy w mleku. Gdy wchłonie już całe mleko i stanie się miękka, dodajemy ją do mięsa. Dodajemy też jajko i przyprawy. Dokładnie mieszamy, najlepiej ręką. Gdy wszystkie składniki połączą się ze sobą, formujemy owalne pulpety. Obtaczamy je w mące i smażymy na rozgrzanym oleju. Powinny zarumienić się z każdej strony. Układamy je na ręczniku papierowym i bierzemy się za sos.

Na patelni rozgrzewamy masło i olej. Podsmażamy cebulkę, aż się zeszkli. Dodajemy grzyby i co jakiś czas mieszając podsmażamy przez 10 minut na małym ogniu. W jednej szklance bulionu mieszamy łyżkę mąki ziemniaczanej. Dodajemy do grzybów, chwilę mieszamy, aż sos zgęstnieje i dolewamy drugą szklankę bulionu. Do sosu dodajemy przyprawy i trzymamy na małym ogniu 2 minuty. Na koniec dodajemy do sosu pulpety i delikatnie mieszając otaczamy je sosem i podgrzewamy. 

Podajemy z tłuczonymi ziemniaczkami lub ryżem. Świetnie smakują również następnego dnia :)
 



niedziela, 9 listopada 2014

O psie, który starał się nie zasnąć, czyli prosty żytni chlebek

Zakwas delikatnie buzuje w słoiku. Całe nasze małe mieszkanko jeszcze śpi, gdy idę do kuchni wyrobić ciasto na chleb. Darek śpi- pozytywnie zmęczony wczorajszym rozbawianiem gości. Buba śpi- równie pozytywnie zmęczona wczorajszym żebraniem o kawałeczek czegokolwiek.

Mieszam zakwas z mąką i wodą, za oknem jeszcze ciemno. Do kuchni człapie Maja, moja wierna towarzyszka. Przeciąga się z tą odrobiną gracji, jaka jeszcze pozostała w starych kościach i układa się w kłębuszek u wejścia do kuchni. Nie będzie spała. Będzie bacznie obserwować to, co robię. Będzie dokładnie śledzić mój każdy ruch i cierpliwie czekać na choćby odrobinę zainteresowania z mojej strony. Bo przecież wystarczy odrobina- jedno spojrzenie, jedno czułe słowo- żeby ogonek się obudził i rozmerdał na dobre. Dlatego Maja nie będzie spała. No, może zdrzemnie się tylko troszeczkę.

Gdy kilka godzin później Maja podnosi rozespany łepek, w piekarniku rośnie już chleb, a po kuchni rozchodzi się ten najbardziej domowy z domowych zapachów. Obok zapachu ciepłego, śpiącego psa i zapachu gotującego się rosołu- mój ulubiony zapach. Na śniadanie? Chlebek żytni. Najprostszy i najszybszy, na jaki było mnie dzisiaj stać. Cudnie aromatyczny i słodkawy. Najwyższa pora na niedzielne dzień dobry.

Prosty chlebek żytni 

Składniki:

  • zaczyn:
    • 2 łyżki zakwasu żytniego (dokarmionego około 12 godzin wcześniej- ja dokarmiłam zakwas rano i wieczorem przygotowałam zaczyn)
    • 150 ml wody
    • 150 g mąki żytniej typ 720 (mąka chlebowa/pytlowa)
  • 380 g mąki żytniej typ 720
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 200 ml wody w temp pokojowej
  • ewentualnie pół szklanki lekko rozdrobnionej żurawiny lub rodzynek

Przyda się:

  • miska
  • folia aluminowa
  • forma "keksówka"
  • kratka do studzenia chleba

Jeżeli dokarmiacie zakwas rano, to wieczorem trzeba go delikatnie zamieszać i dodać dwie łyżki do 150 ml letniej, przegotowanej wody i 150 g mąki. Wszystko mieszamy i przykrywamy miskę folią aluminiową uważając, żeby całość nie była przykryta szczelnie. Zaczyn musi mieć odrobinę powietrza, a przykrycie go ma jedynie zapobiegać wysychaniu. Miskę ustawiamy w ciepłym i suchym miejscu.

Następnego dnia rano dodajemy do zaczynu pozostałe składniki i łączymy ze sobą. Można to robić ręką, łyżką lub mikserem z końcówką do wyrabiania ciasta. Jeśli używacie miksera, to na najmniejszych obrotach i tylko przez chwilę. Żurawinę dodajemy na sam koniec i delikatnie mieszamy.

Formę smarujemy delikatnie olejem roślinnym i wysypujemy otrębami lub mąką razową. Przekładamy ciasto do formy, przykrywamy folią aluminiową niezbyt szczelnie i ponownie odstawiamy w ciepłe i suche miejsce. Czas wyrastania chlebka zależy od temperatury. U nas wyrastał około 3 godziny. Powinien mniej więcej podwoić swoją objętość. Wyrośnięty chlebek wstawiamy do zimnego piekarnika i nastawiamy piekarnik na 230 stopni. Na dole piekarnika ustawiamy naczynie żaroodporne z wodą. Po 30 minutach zmniejszamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy kolejne 30 minut. Po wyjęciu z piekarnika chlebek powinien ostygnąć na kratce. Inaczej się zaparzy i zrobi się wilgotny.

Smacznego!



piątek, 7 listopada 2014

Robimy zakwas żytni

Od jakiegoś już czasu bawimy się w pieczenie własnych chlebów. Bawimy się, bo to wciąż początki. Staramy się nie traktować tego na poważnie, bo nadal jeszcze zdarza się, że coś nie wyjdzie, nie wyrośnie, nie dopiecze się. Gdy jednak wszystko pójdzie według planu i po kilku godzinach wyrastania z piekarnika wychodzi świeżutki i aromatyczny bochenek, duma rozpiera nas, aż rośniemy, jak balony. Bo sami to zrobiliśmy. Mocą własnych rąk. Z dodatkiem własnego, pieczołowicie dokarmianego zakwasu. 

A, no właśnie. Zakwas. Tyle o nim wiemy, ile się dowiedzieliśmy z własnych obserwacji. Zanim zabrałam się za przygotowanie zakwasu, przeczytałam kilka książek na ten temat i przestudiowałam sporo blogów dla domowych piekarzy. Jedni doradzali używać mąki razowej, inni pytlowej (drobniejszej). Jedni stawiali na minimalizm i podstawowe składniki, inni radzili do zakwasu dodawać ulepszacze (owoce, jogurt, cukier). W końcu jedni prezentowali skomplikowany grafik mieszania i dokarmiania, inni sugerowali zatroszczyć się o zakwas tylko raz dziennie.

A jak jest na prawdę? Na prawdę jest tak, że każdy musi się z zakwasem poznać i dogadać na własnych warunkach. Koniec końców jedyne, co do powstania przyzwoitego zakwasu potrzeba, to mąka, woda, ciepło i czas. Nic więcej. Gdy tylko dwa pierwsze składniki trafiają do słoiczka, zaczynamy się o zakwas troszczyć. Trochę tak, jak o małe zwierzątko. W pewnym sensie nim jest. T w końcu żywe bakterie. I tak musimy go regularnie dokarmiać; dbać, by miał ciepło; uważać, żeby się zbytnio nie roztył; i dawać mu czasem odpocząć w lodówce. Słyszałam, że najlepsi mistrzowie piekarstwa do swojego zakwasu również przemawiają czułym tonem. Ale i bez gadania Wasz zakwas odwdzięczy Wam się za odrobinę uwagi i pozwoli Waszym bochenkom rosnąć i puchnąć :)

Poniżej najprostszy sposób na zakwas żytni, jak znam. Zakwas wykonany w ten sposób mamy i regularnie na nim pieczemy. Chleby żytnie mają niezwykły kwaskowy aromat i delikatnie orzechowy posmak. Cudnie smakują same, a jeszcze cudniej z dodatkiem ulubionych bakalii.

Zakwasem będziemy się zajmować raz dziennie, rano. 

Do półlitrowego słoika (umytego, niekoniecznie wyparzonego) wsypujemy pół szklanki mąki żytniej razowej (typ 2000), dodajemy pół szklanki letniej wody (najlepiej przegotowanej, na warszawskiej z kranu zakwas nie powstaje) i mieszamy. Słoik przykrywamy nie zakręcając wieczka i odstawiamy w zacienione i ciepłe miejsce. U nas zakwas zamieszkał w łazience, gdzie zimą mamy włączony kaloryfer. Może zamieszkać też przy piecu lub grzejniku ale raczej nie na samym kaloryferze,, bo zadziała za mocno i dosłownie wyjdzie ze słoika. 

Wieczorem tego samego dnia czynność powtarzamy. Dodajemy miarkę mąki i wody i mieszamy. Od tej pory zakwas będziemy dokarmiali już tylko raz dziennie. 

Następnego dnia rano musimy się o zakwas zatroszczyć. Najpierw mieszamy go delikatnie (przez noc na wierzchu mogła oddzielić się warstwa płynu). Po zamieszaniu odlewamy połowę zakwasu i markerem zaznaczamy na słoiku poziom, do którego sięga zakwas po odlaniu. Do tego poziomu będziemy zakwas codziennie odlewać. Następnie zakwas dokarmiamy miarką mąki i miarką wody. Mieszamy i odstawiamy ponownie w ciepłe miejsce.

Po trzech dniach zakwas jest gotowy do użycia.

A jak się go używa? Należy odczekać 3 godziny po dokarmieniu. Gotowy do użycia zakwas poznacie po tym, że na jego powierzchni pojawi się warstwa bąbelków (zdjęcie nr 3). Mieszamy zakwas i bierzemy kilka łyżek. Przepis na prosty chlebek żytni już niedługo na blogu.

Po upieczeniu chleba, jeśli zakwas nie będzie nam już przez kilka dni potrzebny, przetrzymujemy go w lodówce. Może w niej spędzić nawet tydzień bez dokarmiania. Gdy będzie znów potrzebny, trzeba go wyjąć na minimum dzień wcześniej, pozwolić nabrać temperatury pokojowej, zamieszać, dokarmić i odstawić w ciepłe miejsce. Na trzy godziny po dokarmieniu następnego dnia będzie ponownie gotowy do pieczenia chleba.

A co zrobić z tą ilością zakwasu, który odlewamy rano? Cóż. Jeżeli prowadzicie małą piekarnię, to możecie zakwas zużywać na bieżąco bez konieczności wyrzucania go. W warunkach domowych to jednak mało możliwe. Odlewana część zakwasu niestety się zmarnuje. Chyba, że postanowicie ją komuś podarować :)

To co? Robimy zakwas? :)


Zakwas żytni tuż po dokarmieniu
Żywe "zwierzątko" oddycha
Zakwas na 3 godziny po dokarmieniu

środa, 5 listopada 2014

O upodobaniach mięsożerców, czyli suszone paski indyka dla psa

Spójrzmy prawdzie w oczy. Pies to mięsożerca. Kombinujemy na co dzień jak tu przemycić trochę warzywnych i owocowych witamin, ale jeśli nasze psy miałyby decydować, ich miska zawierałaby samo mięcho. Żylaste i pełne ścięgien, bo właśnie takie najfajniej się żuje. No, dobrze. Jakby tak dziewczyny miały rzeczywiście same decydować, mięsko musiałoby jeszcze być odpowiednio zepsute. Ale nie popadajmy w skrajności ;)

Czasami mam wrażenie, że- bez względu na to, jak oryginalne przysmaki wymyślimy- oczy dziewczyn błyszczą najjaśniej na widok zwykłego kawałka mięsa. Co zrobić? Ususzyć. I mieć zawsze pod ręką.

Suszone paski indyka
przysmak dla doga i pekińczyka ;)


Nie piszę o składnikach i przyborach kuchennych, bo co tu dużo gadać. Wystarczy kawałek piersi indyka i piecyk. Mięso kroimy na paseczki- jak najcieniej się da, żeby szybciej wyschło. Piekarnik nastawiamy na temperaturę 90 stopni. Paski mięsa rozkładamy na blasze wylożonej papierem do pieczenia i suszymy w lekko uchylonym piekarniku przez minimum godzinę. Czas zależy od grubości naszych pasków i wilgotności mięsa. 

Suszone mięso jest dosyć trwały przysmakiem. W lodówce możemy je przechowywać nawet 3 tygodnie. Ale nie starczy na tak długo, możecie mi zaufać ;)


PS Uważajcie na "sklepowe" suszone przysmaki. Do większości dodaje się mnóstwo konserwantów i ulepszaczy.

poniedziałek, 3 listopada 2014

O skubaniu kury i zupie pomidorowej, czyli jajka w koszyczkach

Darek jest jajkożercą.

- Jak już kiedyś będziemy mieszkali na wsi, to będziemy mieli kurki- oświadczył mi któregoś dnia. - I będziemy wtedy jedli jajeczka codziennie.
- Tak? A jak będzie trzeba kurkę upitolić i oskubać na rosół, to kto to zrobi?
- Rosół? Ja nie lubię rosołu. Ty lubisz, więc ty upitolisz.
- A pomidorową lubisz?
- No pewnie. Pomidorki też będziemy mieli i mogę je zrywać.
- To dobrze. Ale pomidorową się robi na rosole.

Kwestię zup musimy jeszcze najwyraźniej omówić. Tymczasem ja wymyślam nowe sposoby na jajka. No bo przecież nie można jeść w kółko Macieju jajek z majonezem.

Jajka w koszyczkach


Składniki (porcja na 2-3 osoby):
  • 6 jaj
  • kilkanaście plastrów szynki serrano lub prosciutto
  • szczypiorek do posypania
  • odrobina oliwy z oliwek
  • pieprz
Przyda się:
  • forma do muffinów
Formę do muffinów smarujemy delikatnie oliwą z oliwek i wykładamy plastrami szynki tak, aby powstały koszyczki. Do każdego koszyczka wbijamy po jednym jajku. doprawiamy odrobiną pieprzu. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez 15 minut. Po upieczeniu posypujemy szczypiorkiem.

Smacznego!


sobota, 1 listopada 2014

O pustyni i świętach z supermarketu, czyli wszystko jest potrzebne

Uwaga. Będzie tekst wyjątkowo nabzdyczony i całkowicie pozbawiony dystansu (oby nie był pozbawiony sensu). Brakuje mi już cierpliwości, żeby się silić na dystans. I co tu dużo kryć: brakuje mi cierpliwości do świata.

Bo na tym naszym świecie wszystko się już "dupą do góry powywracało". Tak twierdzi pani z mięsnego i Bóg jej zapłać za tak szczere słowa, bo sama bym tego lepiej nie ujęła. Zresztą, gdybym ja tak powiedziała, to brzmiałoby to dziwnie, ale gdy to mówi pani z mięsnego rąbiąc tasakiem szponder wołowy to już inna sprawa. Powiedzmy, że spójność wizerunku zostaje zachowana.

A co się tak czterema literami powywracało? Zajrzałam wczoraj do marketu (tego z rodzaju super- hiper- ekstra, gdzie- nie oszukujmy się- większość asortymentu jest nie super, ale do... duszy). Chciałam kupić znicze, żeby oszczędzić sobie jarmarcznego charakteru zakupów pod cmentarzem. Biorę koszyk i już od progu trafiam do krainy świętego Mikołaja. Wokół mnie czekoladki, upominki i bombonierki. Wszystko merry christmas i jingle bells. Po amerykańsku, bo wiadomo przecież, że wszystko, co amerykańskie jest lepsze. Wszystko błyszczy i mruga. Biedni ludzie krążą między półkami i już sami nie wiedzą, jaki mamy miesiąc i jakie to święta w ten weekend wypadają. Ja rozumiem, że się można dać ponieść fantazji. Ja wiem, że duch świąt jest tak pozytywnym zjawiskiem, że aż wszechogarniającym. No, ale na litość! Czy on musi wszechogarniać już przed Zaduszkami. Na jednej półce jingle bells, a na drugiej modlitwa za dusze zmarłych? No i jak tu się nie zgodzić z panią z mięsnego?

Teraz będzie fragment całkowicie pozbawiony dystansu. Bo gdy ja byłam mała... ;) Pamiętam, że pierwszego listopada wybieraliśmy się całą rodziną odwiedzić groby bliskich. Ja- mały kajtek- nie wszystkich znałam, nie wszystkich pamiętałam. Uwielbiałam jednak słuchać opowieści mojej babci. O dawnych czasach, o dawnych przyjaźniach i miłościach. Po powrocie do domu jedliśmy rozgrzewający rosół i rozmawialiśmy. O wszystkim, ale głównie o wspomnieniach. O tym, co było. Nawet telewizora nie włączaliśmy. Nie chodziliśmy na imprezy, nie robiliśmy przebieranek i żartów. W tych dniach nikt o radowaniu się nie myślał, ale wbrew pozorom smutno nie było. Bo okazuje się, że po latach pamiętamy i wspominamy głównie miłe rzeczy. Te dni były zarezerwowane dla innych emocji. Z emocjami jest trochę tak, jak z pogodą. Jest czas na słońce i jest czas na deszcz. I wszystko jest potrzebne. Jeśli słońce będzie nam świecić na okrągło, to będziemy mieli suszę i wszystko pokryje piaszczysta pustynia. I podobnie, jeśli będziemy się w kółko radować, to zanim się obejrzymy wylądujemy na emocjonalnej pustyni, gdzie już nic nie porusza, nic nie zastanawia.

Dlatego tak bardzo dziwi mnie, dlaczego dzisiaj nie przeżywamy już Wszystkich Świętych w podobny sposób, co kiedyś. Dlaczego nie uczymy dzieci tych prostych praw natury (i życia). Dlaczego nie pokazujemy im, że wszystko jest w życiu potrzebne. Smutek również. Dlaczego, zamiast opowiadać im o dawnych czasach i tradycjach, idziemy na łatwiznę i wybieramy tę opcję na wynos, jaką jest halloween. Nie nasze święto. Właściwie, to w ogóle nie święto, tylko zlepek zabobonów i plastikowego bałaganu. Made in USA, gdzie wszystko jest kolorowe i pełne cukru.

Dynie wykrawamy i my. Bo to świetna zabawa. Nie wspominając już o pysznościach, które można wyczarować z miąższu. Przebieramy się też w dziwaczne stroje i opowiadamy sobie straszne historie. Ale wszystko to ma miejsce na końcu listopada. W Andrzejki. Na początku listopada jest czas na inne emocje. A halloween? Czy taki produkt z super-hiper marketu jest nam w ogóle potrzebny? Czy mało mamy naszych własnych tradycji i świąt? I czy rzeczywiście musimy pożyczać coś zza oceanu? Aha, zapomniałam. Przecież amerykańskie to znaczy lepsze ;)

Na zdjęciu babunia i dziadek oraz malutka mama i jej siostry. Babuni i dziadka już z nami nie ma, ale na pewno nie raz wspomnimy o nich w najbliższych dniach. Tym bardziej, że o ich życiu można by nakręcić nie jeden, ale kilka filmów.