czwartek, 30 października 2014

Prosto i smacznie, czyli indyk w sosie żurawinowym

"Ma być prosto i smacznie - powiedziała drewniana łyżka i zabrała się do pracy. Tu coś dosypała, tam coś zamieszała, postukała dwa razy w rondelek i zanim się ktokolwiek zorientował, na talerzach pysznie pachniał obiad."

Wierzcie lub nie, ale to fragment autentycznej bajki opowiadanej mi na dobranoc przez moją babcię. Jedyną książką, z jaką czasem można ją było zobaczyć, była biblia. W życiu nie skończyła żadnych szkół ani kursów. Ale jakie ona opowiadała bajki... I jak gotowała... Istna bajka. Kiedyś opowiem moim dzieciom jej bajkę o książce, która się na mnie obraziła, bo trzymałam ją w strasznym bałaganie. Obraziła się na mnie tak bardzo, że spakowała manatki i pojechała do mojej kuzynki do Radomia.

Zbliżają się te dni, gdy całymi rodzinami odwiedzamy tych, których już tutaj nie ma. Zapalamy lampki i... tęsknimy. W tych dniach jakoś bardziej, jakoś dotkliwiej.

Babuni już nie ma. Tylko czasem jakaś zabłąkana łezka spłynie po policzku. Ale czy na pewno? Jest przecież nadal częścią mojego życia. Może nawet poprzez pamięć o niej jest mi teraz bliższa niż dawniej. Jest w tych wszystkich bajkach, które pamiętam, a które kiedyś opowiem moim maluchom. Jest w złotych mądrościach, które zapisały mi serce. Jest też w mojej kuchni. Bo to chyba właśnie ona nauczyła mnie jak zrobić coś z niczego. Jak proste potrawy zamienić w prawdziwą ucztę. Umiejętność bardzo przydatna zwłaszcza w trudniejszych momentach życia, ale i na co dzień.

No, to proszę. Ma być prosto i smacznie :)

Indyk w sosie żurawinowym


Składniki:

  • kilogram filetu z indyka
  • mąka pszenna (około 2 - 3 łyżek)
  • 2 łyżki miodu
  • 2 łyżki żurawiny ze słoika
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • pół szklanki żurawiny suszonej
  • pieprz
  • 4 łyżki oleju roślinnego (użyłam ryżowego)

Przyda się:

  • głęboka patelnia
  • miska


Filet oczyszczamy z błonek i żyłek i kroimy w większe kawałki. W misce obtaczamy je w mące. Na patelni rozgrzewamy olej i podsmażamy na nim kawałki indyka z każdej strony aż się zarumienią. Dosypujemy resztę mąki i mieszamy.

Dodajemy 3/4 szklanki wody, żurawinę ze słoika oraz suszoną, sos sojowy, miód i szczyptę pieprzu. Dusimy wszystko przez 20 minut co jakiś czas mieszając. Jeśli sos będzie za gęsty, dodajemy odrobinę wody. Jeśli za rzadki- zagęszczamy mąką. Podajemy z ryżem.

Smacznego!

środa, 29 października 2014

Zapraszamy na spacer

Miasto to taki dziwny stwór, z którym się trzeba dogadać. Trzeba go sobie nieco oswoić, żeby przestał straszyć. Gdy jedziemy do rodziców na wieś, znajomi żartują sobie z nas serdecznie i wytykają nam, że my- miastowi nie poradzilibyśmy sobie na wsi. Gdyby trzeba było pług naprawić, albo drewna narąbać. Nie pozostajemy wtedy dłużni i odgryzamy się, że może i nie byłoby nam lekko, ale dalibyśmy radę. Ale za to gdyby tak naszych znajomych do Warszawy zawieźć i na środku Marszałkowskiej wysadzić... Oj, to już byłby problem ;)

Każdy, kto przyjeżdża do tego miasta, jest w pierwszej chwili onieśmielony (może nawet przerażony). Tyle tu wszystkiego. Samochodów, budynków, ludzi... Wszystko pozostaje w ciągłym ruchu, nie zatrzymuje się ani na chwilę. Człowiek, który pierwszy raz próbuje odnaleźć swój własny rytm w tym gąszczu ulic i chodników, może się pogubić. A chyba nie ma nic bardziej nieprzyjemnego niż świadomość, że się jest obcym i w dodatku zagubionym.

Chcemy czuć, że przynależymy. Do miejsca, do grupy ludzi, do pracy. To pragnienie przynależenia- nie bycia obcym, bycia stąd- jest w nas tak głęboko zakorzenione, że na ogół nie zawracamy sobie nim głowy.

Cóż więc może począć obcy w wielkim mieście? Poznać je i oswoić. 

Dokładnie tak było ze mną. Gdy przyjechałam tu na studia, z małego miasta gdzieś na drugim końcu Polski. Byłam obca i bardzo zagubiona. Do momentu, gdy zaczęłam łazić. Łaziłam po ulicach, łąziłam po parkach, odwiedzałam bazarki i pchle targi, zaglądałam do różnych dzielnic. Oswoiłam Warszawę i dziś... czasami nawet ją lubię. 

Zauważyłam, że pierwsze, co robimy, gdy przychodzi nam spędzić trochę czasu w nowym mieście, to staramy się znaleźć w nim swoje miejsca. Budujemy istną sieć bezpiecznych przystani, w których czujemy się dobrze i swobodnie. Posiadanie psa sprawia, że siłą rzeczy szukamy głównie terenów zielonych. A tych się trzeba czasem nieźle naszukać. Na facebooku postaram się od czasu do czasu napisać parę słów o nowym zielonym miejscu, które znalazłam. Bo wiem, jak trudno do nich czasem dotrzeć samemu. A nie oszukujmy się. Pies to nie pajacyk na sznurku. Pobiegać luzem czasem musi :) Zapraszam Was do komentowania i opisywania Waszych zielonych miejsc. Na pewno takie macie :) Poniżej fotorelacja z naszej ulubionej trasy spacerowej. Prawy brzeg Wisły na wysokości mostu Łazienkowskiego. Opis na fb.








poniedziałek, 27 października 2014

O nieudanych początkach udanego tygodnia, czyli naleśniki z ricottą i gruszką

Żeby cały tydzień był udany, poniedziałek trzeba rozpocząć z przytupem. Najlepiej pobudką o świcie, rześkim spacerem z psem i porządnym śniadaniem. Wygląda na to, że ten tydzień będziemy mieli do kitu, bo po zarwanej nocy zaspałam dziś niemiłosiernie, spacer z dziewczynami był na szybko, a śniadaniową jajecznicę przypaliłam z kretesem. No, cóż. Pozostaje mi popatrzeć na zdjęcia i powspominać nasze niedzielne śniadanko. 

Naleśniki z ricottą i gruszką


Składniki:

  • naleśniki (szklanka wody + szklanka mleka + jajo + szczypta soli + łyżka oleju roślinnego + około szklanki mąki)
  • 250 g sera ricotta
  • 2 płaskie łyżki płynnego miodu
  • szczypta cynamonu
  • gruszka
  • odrobina startej gorzkiej czekolady

Przyda się:

  • patelnia do naleśników
  • mała miska
  • tarka


Usmażonym naleśnikom pozwalamy nieco ostygnąć. W tym czasie mieszamy w miseczce ricottę i miód ze szczypta cynamonu. Powinien powstać serek o gładkiej konsystencji. Gruszkę obieramy i ucieramy na dużych oczkach tarki.

Każdy naleśnik smarujemy nie za grubo serkiem. Na środku w poprzek naleśnika rozkładamy odrobinę startej gruszki. Zawijamy w rulonik i oprószamy czekoladą.

Smacznego!

sobota, 25 października 2014

Rozgrzewka przed zimą, czyli krem z pieczonej papryki i dyni

Zimno. Na porannym spacerze wtulam głowę w mięsisty szalik. Każdy oddech pozostaje na chwilę widoczny w postaci delikatnych obłoków pary. Buba szaleje tarzając się w szeleszczącej, pokrytej szadzią trawie. Myślę, że ten zimnolubny stwór już przeczuwa nadchodzącą zimę. I cieszy się. Cieszy się, jak głupia na samą myśl o śniegu.

A my? A my wciąż jeszcze nie przyzwyczajeni do wiatru i mrozu. Wciąż skuleni, wciąż opatuleni. Na razie nie potrafimy w sobie odnaleźć tej dziecięcej radości, która już za moment każe nam wybiec na dwór na widok pierwszego śniegu i wystawić język, żeby łapał białe płatki. Na razie z zimna cieszą się tylko psy. Maja, żeby udowodnić swój stosunek do zimna, wskoczyła wczoraj radośnie do lodowatej wody w jeziorku, po czym truchtała radośnie nic a nic sobie nie robiąc z parujących z niej obłoków ciepła.

Dziewczynom radość z zimna przychodzi łatwo, naturalnie. Zimno i śnieg mają głęboko w genach. W końcu ich pra pra pra przodkowie mieszkali na dalekiej północy i razem z rybakami wyławiali sieci z lodowatej wody. My- powoli się przyzwyczajamy. I jak tylko się da, staramy się rozgrzać. A nic nie rozgrzewa lepiej, niż kubek gorącej i gęstej zupy paprykowej.

Krem z pieczonej papryki i dyni


Składniki (na około 6 porcji):

  • 750 g musu z dyni (lub kilogramowa dynia do pieczenia)
  • 6 czerwonych papryk (jeśli są malutkie to o 1 więcej, a jeśli bardzo duże, to o 1 mniej)
  • 5 szklanek bulionu wołowego
  • cebula
  • łyżeczka masła
  • łyżeczka papryki słodkiej
  • 1/2 łyżeczki papryki ostrej
  • łyżka imbiru
  • łyżeczka oregano
  • cukier (nie piszę ile, bo wszystko zależy od dyni- jeśli jest bardzo słodka, cukier może w ogóle nie być potrzebny. Ja musiałam dodać 2 łyżeczki. Zupa powinna być kremowa i delikatnie słodka)
  • sól
Przyda się:
  • średnia patelnia
  • średni garnek
  • blender
  • folia aluminiowa

Nastawiamy bulion. W dwóch litrach wody gotujemy na małym ogniu przez około godzinę 2 marchewki, korzeń pietruszki, ćwiartkę selera, cebulę i kawałek wołowiny z kością.

Dynię przekrajamy na 4 części, a papryki na połówki. Oczyszczamy warzywa z nasion i układamy na blasze wyłożonej folią aluminiową. Pieczemy w piekarniku w 180 stopniach przez 40 - 50 minut. Jeżeli mamy już wcześniej przygotowany mus z dyni, to wystarczy upiec samą paprykę. 


Upieczone i przestudzone warzywa obieramy ze skórki (w przypadku dyni wydłubujemy miąższ łyżeczką) i przekładamy do garnka.

Na patelni rozgrzewamy masło i podsmażamy pokrojoną w kostkę cebulę, aż się zeszkli. Dodajemy przyprawy (oprócz soli i cukru) i podsmażamy dosłownie chwilę. Zalewamy szklanką bulionu i dusimy przez 2 minuty na małym ogniu.

Dodajemy duszoną cebulę do garnka i zalewamy pozostałymi 4 szklankami bulionu. Blenderem ucieramy wszystko na jednolity krem. Dodajemy oregano i cukier (jeżeli jest potrzebny). Solimy do smaku.

Podajemy z odrobiną jogurtu naturalnego lub w wersji delikatniejszej- ze śmietanką 30%


czwartek, 23 października 2014

To nie ja powiedziałem

Widząc, jak Darek znowu daje się nabrać na maślane oczka Buby, mówię:

- Hej, nie dawaj jej już więcej ciastek, bo będzie grubas.
- Patrz na siebie.
- ???!!!
- To nie ja powiedziałem. To piesek.


Dyniowe kulki dla psiaka

Nie wiem, co jest takiego w dyni, ale coś być musi, bo obie nasze psice ślinią się na sam zapach. A zapach jest, oj jest. Z samego rana upiekłam kilkukilogramową dynię przywiezioną ze wsi i przerobiłam ją na mus. Zapach wciąż unosi się w całej kuchni, a dziewczyny leżą pod piekarnikiem i się inhalują. Z musu będą dla nas kluseczki i zupa krem z pieczonej papryki i dyni. A z resztek musu, który mi pozostał... No, cóż. Skoro już tak pilnie strzegą piekarnika, to niech im będzie ;)

Dyniowe kulki 
(dla psiaków)


Składniki:

  • 250 g musu z dyni (a robi się go tak)
  • 100 g mąki gryczanej
  • 150 g mąki pszennej uniwersalnej
  • 100 ml oleju roślinnego (użyłam oleju sezamowego- dał cudnie orzechowy aromat, ale może być też olej rzepakowy lub słonecznikowy)
  • łyżka roztopionego smalcu (dla uciechy psich nosów)
  • szczypta drobno posiekanego lubczyku
Przyda się:
  • papier do pieczenia i blacha
  • miska

Wszystkie składniki umieszczamy w misce i mieszamy. Można łyżką, ale szybciej będzie ręką. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Z ciasta formujemy małe kulki i układamy na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Ciasto jest dosyć miękkie i kleiste, ale powinno dawać się formować w małe kulki. Większych kulek nie polecam, bo oklapną i powstaną placki :) Kulki na zdjęciach są wielkości winogron. Pieczemy przez 20 minut. Czy mówiłam już, że to banalnie prosty przepis? :)

Smacznego psiaki!

Czy wiesz, że:
  • Działanie lubczyku jako afrodyzjaku nie został dotąd naukowo potwierdzone. Używa się go jednak w ziołolecznictwie dla wspomagania pracy układu moczowego i oczyszczania nerek. 
  • Ostrożnie z lubczykiem podczas ciąży. Ma działanie poronne. I to się tyczy zarówno kobiet, jak i suczek ;)

czwartek, 16 października 2014

Na złość Putinowi, czyli pieczemy psiakom przysmaki z polskich jabłek

Dziewczyny uwielbiają jabłka. Wszystko zaczęło się pod starą, dziko rosnącą jabłonką, pod którą spacerowałyśmy z Mają dawno temu, jeszcze w Koszalinie. Późnym latem często zbierałam z ziemi zielone jabłuszka i rzucałam Mai, jak piłkę. Maja miała w dawnych czasach dosyć maniakalne podejście do kwestii aportowania. Dzień bez piłeczki był dniem straconym. Gdy tylko zdarzyło mi się zapomnieć jej ulubionych piłek tenisowych, w ruch szły dzikie jabłka. Pewnego razu jabłko wylądowało na twardym asfalcie chodnika i rozłupało się na dwie soczyste połówki. Maja chwyciła jedną ze zdziwieniem i ni stąd, ni zowąd zaczęła chrupać. Po schrupaniu jednego jabłuszka zaraz zabrała się za następne. Już na kolejnym spacerze było widać, że dziewczyna uzależniła się od smaku jabłek. Chrupała zielone owoce śliniąc się przy tym niemiłosiernie.


Nie powiem, że szukając dla nas lokum w Warszawie brałam pod uwagę tylko te osiedla usytuowane w bezpośrednim sąsiedztwie dzikich jabłoni, bo to oznaczałoby, że zupełnie zwariowałam. Jednak gdy tylko urządziłam nasze małe mieszkanko na warszawskiej Pradze i przywiozłam do Warszawy Maję, wybrałyśmy się na długi spacer po okolicy. Wyobraźcie sobie Mai minę, gdy okazało się, że tuż obok znajdują się dawne ogródki działkowe z całymi gajami jabłonek. 

Gdy w naszej zwariowanej rodzinie pojawiła się Buba, Maja przejęła na siebie odpowiedzialność nauczenia brązowwego malucha wszystkiego, co szanujący się pies wiedzieć powinien. Bardzo szybko pokazała Bubie, gdzie w okolicy można podjeść kocie żarcie, jak robić maślane oczka, gdy się coś przeskrobie oraz kiedy najlepiej dać dyla i wskoczyć do jeziorka (absolutnie nie na początku spaceru, gdy jest jeszcze szansa, że się wyschnie przed powrotem do domu, ale właśnie pod koniec, żeby przynieść na sobie jak najwięcej aromatycznego błotka). A gdy nadeszła jesień, Buba została wprowadzona w tajniki wyszukiwania w trawie dzikich jabłek.

Dziś obie panny gustują w jabłkach. Od tych sklepowych wolą te znalezione w trawie i potrafią je wyszukać nawet zimą pod śniegiem. Specjalnie dla nich oraz dla wszystkich psich amatorów jabłuszek:

Placek wątróbkowy z jabłkiem i żurawiną


Składniki:

  • 100g ugotowanej wątróbki drobiowej
  • 2 małe jabłka (użyłam antonówek)
  • 3 jaja
  • pół szklanki drobno pociętej żurawiny suszonej
  • pół szklanki mąki pszennej tortowej
  • pół szklanki mąki gryczanej (lub pszennej razowej)
  • pół szklanki otrąb
Przyda się:
  • miska
  • blender
  • ostry nóż
  • papier do pieczenia
  • prostokątna forma do pieczenia
Jabłka myjemy i obieramy. Pozbawiamy gniazd nasiennych i wkrajamy do miski. Razem z wątróbką i jajami ucieramy blenderem na jednolitą masę. Dodajemy żurawinę, mąki i otręby. Wszystko dokładnie mieszamy. Jeśli ciasto wyjdzie zbyt gęste, by dało się mieszać, możemy dolać 1/4 szklanki wody. 

Piekarnik nagrzewamy do 190 stopni. Prostokątną formę wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy masę. Rozprowadzamy ją dokładnie. Pieczemy 25 minut.

Po upieczeniu i wystudzeniu kroimy placek na kostki dowolnej wielkości.

Smacznego psiaki!

Czy wiesz, że:
  •  Żurawina działa antybakteryjnie na układ moczowy i powinna być podawana zwłaszcza psom starszym, u których częściej dochodzi do zapaleń pęcherza.

czwartek, 2 października 2014

Parametry, parametry

- A ten? - spytałam z nieskrywaną nadzieją w głosie. Chodziliśmy po ogromnym sklepie z komputerami i szukaliśmy laptopa dla mnie do pracy. Dotychczasowy egzemplarz już ledwo zipał, a Buba zadbała o to, by kilka literek dosłownie zniknęło z klawiatury. Zbliżały się moje urodziny i... No, cóż. Mógł się nie pytać, co bym chciała dostać jeśli nie chciał kupować nic drogiego. Przyglądałam się właśnie cieniutkiemu i małemu laptopowi z cudownie czerwoną obudową, a małe dziecko wewnątrz mnie aż podskakiwało z podniecenia. Takie to ładne i czerwoniutkie!

- Słońce, to jest ultrabook. To taki gadżet. Zobacz, to nie ma w ogóle żadnych parametrów.

Spojrzałam na błyszczącą, jak rubin obudowę i przez ułamek sekundy chciało mi się tupnąć nóżką.

- Zobacz na to cacko! - Darek zaciągnął mnie na koniec alejki. - Ma najnowszą kartę grafiki i procesor. I ta moc! Właśnie taki ci kupimy.
- Kochanie, ale ja komputera potrzebuję głównie do pisania. Gdyby nie to, że czasem muszę też sprawdzić pocztę, to mogłabym używać zwykłej maszyny do pisania. Na prawdę myślisz, że potrzebny mi aż tak drogi sprzęt?
- Słońce, taki laptop będzie ci służył przez lata.

Gdy tylko na horyzoncie pojawił się sprzedawca, Darek zaczął z nim dyskusję na temat parametrów drogiego laptopa.

- To najlepszy sprzęt w tej grupie - zachwalał sprzedawca.
- Czyli jakaś nowsza gierka już na nim pójdzie? - spytał ni stąd, ni zowąd Darek.
- Bez problemu.

Gdy zostaliśmy już sami, spojrzałam na Darka i chwyciłam się pod boki.

- Taki laptop będzie MI służył przez lata?
- Słońce, no przecież musimy dbać o siebie nawzajem. Na tym polega miłość.


Śliwki na słodko, czyli migdałowy placek drożdżowy ze śliwkami

Gdy śliwki wkraczają na stół to znak, że lato już za nami. Dawniej śliwki pojawiały się w kuchni mojej babci razem z nadejściem nowego roku szkolnego. Po lekcjach biegłam do dziadków na obiad i w myślach zaciskałam kciuki. Tylko nie knedle, tylko nie knedle - powtarzałam. 

Dziś, patrząc wstecz, wdzięczna jestem za dwie rzeczy. Po pierwsze, że jadałam obiady u dziadków i oszczędzono mi w ten sposób wątpliwej przyjemności uczestniczenia w kulinarnych eksperymentach mojego taty. Tato, kocham cię, ale do dziś nie mogę ci wybaczyć tej marchewki z groszkiem o konsystencji żwiru i kolorze błota ;) Tato akurat w tym czasie uczył się w pełni korzystać z odzyskanego stanu kawalerskiego. Wiązało się to z pracą u podstaw na wielu polach. Dziś mogę z dumą w głosie powiedzieć, że nikt nie robi trzech rzeczy tak dobrze, jak mój tata. Jest najlepszym tancerzem (i to klasycznym), najlepszym rzeźbiarzem (rzeźbi małe buźki w... orzechach!) i zdecydowanie najlepszym kucharzem (specjalizującym się w kuchni azjatyckiej). 

Po drugie, jestem dozgonnie wdzięczna osobie, która wynalazła cukier. Wspomnianych babcinych knedli nie dało się zjeść ot, tak po prostu. Trzeba je było najpierw polać rozpuszczonym masełkiem i posypać cukrem. Obficie. Właściwie, to można je było śmiało zupełnie tym cukrem przysypać. Ależ one były kwaśne! Aż buzię wykręcało. Babcia robiła je za każdym razem, gdy dostała od przyjaciół z działki śliwki. Węgierki, a jakże! Były kwaśne na wskroś, twarde i soczyste.

Dziś powoli przekonuję się do wielu smaków, które w dzieciństwie omijałam szerokim łukiem (albo wrzucałam dyskretnie za lodówkę). Śliwki oswajam na słodko. W szafce stoją już przygotowane na zimę powidła, a na kuchni stygnie placek drożdżowy. Koniecznie ze śliwką. 

Migdałowy placek drożdżowy ze śliwką


Składniki:
  • 500 g mąki pszennej (tortowej lub poznańskiej)
  • 20g świeżych drożdży
  • 3 żółtka
  • 60 g cukru pudru
  • 60 g rozpuszczonego masła
  • jedna buteleczka zapachu migdałowego
  • 200 ml mleka
  • szczypta soli
  • na wierzch:
    • 6 - 8 śliwek (użyłam dużych i słodkich śliwek, ale mogą być węgierki)
    • 250 g serka mascarpone
    • 2 łyżki miodu
    • składniki na kruszonkę: 100 g mąki + 50 g masła + 50 g cukru
    • szczypta płatków migdałowych
Przyda się:
  • duża miska
  • 2 małe garnuszki
  • mały nożyk
  • mała miska
  • duża prostokątna forma do pieczenia
  • papier do pieczenia
Mleko należy podgrzać w garnuszku. W ciepłym ale nie gorącym mleku rozpuszczamy drożdże, dodajemy łyżeczkę cukru i oprószamy delikatnie mąką. Odstawiamy na pół godziny do wyrośnięcia  w ciepłe miejsce. Wstawiłam garnuszek do piekarnika nastawionego na 60 stopni.

W tym czasie możemy przygotować kruszonkę. Wszystkie składniki wystarczy utrzeć ze sobą drewnianą łyżką lub rozetrzeć widelcem w małej misce. Kruszonka powinna dawać się formować palcami w okruchy. Wkładamy ją do lodówki pod przykryciem.

Gdy drożdże wyrosną, dodajemy je do pozostałych składników na ciasto i wyrabiamy ręką przez minimum 5 minut. Odstawiamy je do wyrośnięcia na minimum godzinę. Dobrze jest przykryć miskę bawełnianą ściereczką, żeby nie wyschło.

W tym czasie możemy przygotować śliwki i serek. Śliwki płuczemy, osuszamy i przekrajamy na połówki. Usuwamy pestki i kroimy nasze śliwki w ćwiartki. Serek mieszamy dokładnie z dwoma łyżkami płynnego miodu.

Gdy ciasto wyrośnie, przekładamy je do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na bokach układamy ćwiartki śliwek, a środek przykrywamy grubszą warstwą serka. Serek możemy dodatkowo oprószyć płatkami migdałów. Całość posypujemy kruszonką i pieczemy w 180 stopniach przez około 50 minut. Najlepiej jest sprawdzać patyczkiem, czy ciasto się upiekło po 45 minutach pieczenia.

Smacznego!