środa, 30 lipca 2014

Ja wszystko wiem najlepiej

- Skąd wiedziałeś? - pytam z niekłamanym podziwem. Darek właśnie odkrył całkiem niezły skrót przez miasto.
- Słońce, przecież już ci mówiłem. Ja wszystko wiem najlepiej.
- Tak? To do której komory w pralce wsypuje się proszek, a do której wlewa płyn?
- Do żadnej.
- Jak to do żadnej?
- No, zwyczajnie. Kupuje się takie tabletki z reklamy, co są 5 w 1 i wrzuca się razem z praniem.
- Sprytnie. A na ilu stopniach najlepiej prać białe?
- Najlepiej na żadnym.
- ...?
- Na stopniach pralka mogłaby się przewrócić.

źr. /pinterest/

czwartek, 24 lipca 2014

Publikuję, więc jestem

- No, chodź - usłyszałam w autobusie, jak nastoletnia dziewczyna namawia swoją koleżankę. - Zobaczysz, będzie fajnie. Zrobimy sobie głupie fotki i wrzucimy na fejsa.

Dziewczyny miały razem pójść do parku i się powygłupiać. Nic dziwnego. Wakacje, piękna pogoda, a w parku mnóstwo atrakcji i kolegów. Ja w ich wieku jeździłam z koleżankami na plażę (przywilej mieszkania na północy kraju). Robiłyśmy, co się dało, żeby wyglądać na starsze i trzepotałyśmy rzęsami do starszych chłopców, którzy nawet nas nie zauważali. Jeżeli któraś z nas miała aparat, to może nawet przywoziłyśmy z takiego wypadu pamiątkę na kliszy. Nie przypominam sobie jednak, żeby zrobienie sobie zdjęć i pochwalenie się nimi przed znajomymi było naszą główną motywacją do wakacyjnych wygłupów.

Chyba się starzeję, bo zaczynam mieć dystans do otaczającej mnie rzeczywistości. Zaczynam też porównywać KIEDYŚ i TERAZ z wyraźnym faworyzowaniem tego pierwszego. Ale sami powiedzcie- czy nie macie czasem wrażenia, że zaczynamy się ocierać o granice absurdu? A może nawet (o rany!) już dawno tę granicę przekroczyliśmy.

Mam wrażenie, że dziś nie wystarczy już tylko pójść do kina na fajny film. Nie. Trzeba koniecznie napisać na fejsie, że się było, widziało i polubiło. Nie wystarczy uprawiać sportów. Trzeba zdawać z tego szczegółową relację. Ile się przebiegło, ile spaliło i ile wypociło. Nie wystarczy kupić butów. Trzeba koniecznie przygotować wymyślną stylizację i opublikować nasz styl. Czy jeśli pójdę do knajpy i zjem obiad, ale tego nie opublikuję, to znaczy, że wcale go nie zjadłam? Wydęty brzuch świadczy o tym, że najadłam się po kokardki. Ale nie pochwaliłam się nikomu, gdzie jem, więc równie dobrze mogło mnie tam wcale nie być.

Znalezione w sieci
- Co ty robisz? - pyta się mnie czasem Darek. Zaskoczony przygląda mi się, jak publikuję na fanpage'u bloga jakieś zdjęcie zrobione "na bieżąco". Zamiast się cieszyć chwilą i rozkoszować wolnym czasem, latam jak opętana z telefonem w ręku i staram się uchwycić i przekazać dalej jakąś część wesołej ferajny zwanej Ja, ty i 2 psy. I choć wiem, że sama też ocieram się o absurd, przyświeca mi konkretny cel. Blog i książki to przecież moja praca.

Myślę, że absurd, o którym tu mowa dotyczy głównie motywacji. Bo kiedyś... wiem, wiem- starzeję się. Ale kiedyś motywacją do robienia różnych rzeczy było samo robienie ich. Radość i satysfakcja, która płynęła z różnych czynności. Szło się do kina, żeby obejrzeć ciekawy film (no, albo w innym celu, ale równie przyjemnym). Do knajpy wybieraliśmy się, żeby zobaczyć znajomych, napić się piwka lub coś zjeść. A sporty uprawialiśmy, żeby schudnąć lub odwrotnie- nabrać masy.

Dziś jest inaczej. Dziś robimy różne rzeczy nie po to, by je robić, ale po to, by pokazać, że je robimy. A czy robienie ich nadal sprawia nam przyjemność? Mam nadzieję, że tak, ale widząc spectrum codziennych "dokonań" publikowanych na portalach społecznościowych, zaczynam się martwić. Nie o siebie, bo mnie ta potrzeba upubliczniania wszystkiego (od przebiegniętych kilometrów, przez wypitą kawę, aż po USG płodu) chyba już nie dotknie. Z publikowaniem ciekawych treści ograniczam się do prowadzenia bloga ;) Martwię, się jednak o moje przyszłe dzieci. Czy będą się kiedyś umawiały na porobienie różnych głupot w wakacje tylko po to, by wrzucić fotki na fejsa? Czy robienie tych głupot sprawi im w ogóle przyjemność? Czy będą potrafiły cieszyć się chwilą?

Internet jest łaskawy i cierpliwy. Przyjmuje absolutnie wszystko, czym go zarzucamy. Nie jego wina. Po to został stworzony. By każdy mógł opublikować praktycznie wszystko. Skoro jednak możemy opublikować niemal wszystko, dlaczego decydujemy się publikować tak mało istotne rzeczy i to bezustannie?

Tak wiele jest Wszystkiego, że Nic jest całkiem nieźle zasłonięte. Te słowa Wisławy Szymborskiej noszę w sobie i powtarzam, jak mantrę. Wszyscy tak bardzo boimy się pustki, że robimy co się da, by ją zasłonić. Czymkolwiek, choćby zwykłymi pozorami. Boimy się, że z chwilą, gdy przestaniemy się tymi pozorami otaczać- tak w świecie wirtualnym, jak i rzeczywistym- przestaniemy istnieć. A prawda jest taka, że dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe życie. I prawdziwa satysfakcja z doświadczania go.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Na szybko, czyli batoniki owsiane dla psa

Dziś na szybko i bez zbędnego owijania w bawełnę. Bo co tu dużo owijać? Gdy pies głodny, to marudny. A gdy Zuzia i Darek są zapracowani, to ostatnie, co jest im do szczęścia potrzebne, to dwa marudne psie pyski. A że czasu ostatnio jest wciąż za mało, w kuchni trzeba było wymyślić coś ekspresowego :)

Batoniki owsiane
(dla psa, chociaż jakby tak dodać trochę miodu...)


Składniki:
  • 5 średnich bananów (dojrzałych ale nie przejrzałych)
  • 3 szklanki płatków owsianych
  • łyżeczka miodu
Akcesoria kuchenne:
  • średnia miska
  • prostokątna forma do pieczenia
  • papier do pieczenia
  • ostry, cienki nóż

Banany wystarczy obrać i rozgnieść ręką w misce. Dodajemy płatki i miód i mieszamy zagniatając. Nie trzeba być przy tym zbyt dokładnym.

Masę wykładamy do formy wyłożonej papierem i równomiernie rozprowadzamy. Pieczemy w 180 stopniach przez 35 minut. Po upieczeniu pozwalamy chwilę przestygnąć i wyjmujemy z formy. Gdy jest jeszcze ciepłe, kroimy w kostkę lub paski. 


Czy wiesz, że:
  • Banany zawierają magnez i potas. Oba składniki są bardzo ważne dla układu ruchowego i nerwowego. Z tego powodu warto wprowadzić banany do diety psów młodych i starszych.
  • Banany bardzo rzadko uczulają. Można je spokojnie podawać szczeniętom (w przeciwieństwie do np. truskawek).

niedziela, 13 lipca 2014

O malowaniu czerwienią, czyli rubinowa tarta na czekoladowym spodzie


Gdybym miała przed sobą płótno (i choć odrobinę talentu do malowania) i postanowiła namalować lato, wcale nie potrzebowałabym wielu barw. W zasadzie wystarczyłaby mi tylko czerwień. Soczysta, gorąca czerwień. Może czasem delikatnie rozjaśniona słoneczną żółcią, lub znów innym razem przygaszona tajemniczym fioletem. Ale zawsze czerwień. Ciepła, jak promienie zachodzącego słońca na przymkniętych powiekach. Wszechobecna, jak zapach róż w ogrodzie moich marzeń. I soczysta. Soczysta, jak rubinowe owoce lata.

Rubinowa tarta na czekoladowym spodzie


Składniki na spód:

  • 250g mąki (np. pszennej tortowej)
  • 150g masła z lodówki
  • szczypta soli
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  • 1 jajko
  • łyżka kakao

Składniki na krem:

  • 250g sera mascarpone
  • 250ml skondensowanego mleka słodzonego (czyli takiego, którego używa się do robienia masy kajmakowej, do kupienia w większości sklepów; uwaga! 250ml tegoż mleka to nie cała puszka- trzeba odmierzyć)
  • 2 jajka
  • oraz ulubione owoce letnie (u nas: maliny i garść porzeczek)
  • ewentualnie świeżo starty cynamon i cukier perlisty do dekoracji
Akcesoria kuchenne:
  • średnia miska
  • mikser z końcówkami do wyrabiania ciasta oraz z końcówkami do ubijania
  • forma do tart
  • folia spożywcza
  • folia aluminiowa
  • groch lub fasola

Tartę przygotowuje się niezwykle łatwo, ale całą pracę trzeba podzielić na etapy, dlatego potrzeba na to nieco więcej czasu. Najpierw do miski trafia mąka, cukier, kakao i szczypta soli. Do tego wkrajamy po kawałeczku masło i mikserem z końcówkami do wyrabiania ciasta (to te świderki) wszystko ze sobą łączymy. Ciasto nie będzie jeszcze miało jednolitej konsystencji, ale tak wyrobione będzie nam znacznie łatwiej wyrobić ręcznie. Przekładamy je na blat, dodajemy jajko i wyrabiamy tak długo, aż stanie się jednolite. Formujemy je w kulę i zawinięte w folię wkładamy do lodówki na minimum godzinę. Można też przygotować ciasto na dzień wcześniej i zostawić w lodówce na noc. W tym przypadku pamiętajcie, żeby wyjąć je z lodówki na jakiś kwadrans przed planowanym pieczeniem.

Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki. Piekarnik nastawiamy na 190 stopni. Formę to tart smarujemy delikatnie masłem. Są dwie metody formowania spodu. Pierwsza zakłada rozwałkowanie ciasta między dwoma arkuszami papieru do pieczenia i przełożenie spodu do formy. Druga metoda jest mniej perfekcyjna i właśnie dlatego ją lubię. Ma wiele wspólnego z wyklejankami, które może pamiętacie z przedszkola. Kawałki ciasta wystarczy oderwać od masy rozpłaszczyć w palcach i wykleić nimi formę, nie zapominając o bokach. w ten sposób otrzymujemy bardzo nie regularny spód, który mnie osobiście o wiele bardziej kojarzy się z domową kuchnią niż pięciogwiazdkową restauracją ;) 

Spód przykrywamy dokładnie folią aluminiową (pamiętając o bokach) i rozsypujemy na wierzchu groch lub fasolę. Dzięki temu ciasto nie podniesie się. Pieczemy przez 15 minut i nie wyłączamy piekarnika. Jeszcze się przyda. Po upływie tego czasu zdejmujemy folię aluminiową z grochem i dalej pieczemy nasz spód przez jeszcze 10 minut. Powinien się delikatnie zarumienić.

Teraz pora na krem. Wszystkie składniki umieszczamy w misce i miksujemy na jednolitą masę. Ot, cała robota ;) Gdy nasz spód delikatnie przestygnie (ale nadal będzie ciepły) wylewamy na niego masę. Wstawiamy do piekarnika na 15 - 20 minut. Najlepiej jest po upływie 15 minut zajrzeć do piekarnika i delikatnie poruszyć formą. Jeśli masa jest nadal płynna, pieczemy dodatkowe 5 minut. Masa powinna delikatnie stężeć.

Na koniec wyjmujemy naszą tartę i na ciepły krem wysypujemy nasze owoce. Delikatnie przyciskamy je dłonią, żeby "weszły" w krem. Jeśli macie czas i chęci możecie też ułożyć owoce w dowolny wzór. Pozwalamy tarcie przestygnąć i wkładamy ją do lodówki.

Smacznego!

piątek, 11 lipca 2014

O odrobinie słodkiej przyjemności, czyli tort marchewkowo-orzechowy dla psa

Psy uwielbiają słodkości. Słodki smak pysznych przysmaków sprawia im podobną przyjemność, co nam. Dbamy o ich zdrowie (i linię) i nie pozwalamy im podjadać ciastek z kremem. Zresztą cukier jest w przypadku psów w ogóle niewskazany.

Jest jednak sposób, by raz na jakiś czas sprawić im słodką przyjemność. Wystarczy upiec ciasto bez cukru, z dodatkiem niewielkiej ilości miodu. Olej roślinny w części zastępujemy masłem orzechowym, dodajemy trochę startej marchwi i proszę bardzo. Całkiem przyzwoite i zdrowe ciacho gotowe.

Ciasto marchewkowo – orzechowe robi się szybko i właściwie nie może nie wyjść. Przecięte na pół i przełożone delikatnym kremem z dodatkiem miodu staje się deserem godnym najwybredniejszych francuskich piesków. Pierwszy raz zrobiłam ten tort z okazji urodzin Buby w maju. Obie dziewczyny były w niebo wzięte.

W wersji dietetycznej możemy pominąć przygotowanie kremu. Otrzymamy zdrowy i delikatnie słodki placek orzechowo – marchewkowy. Pokrojony na małe kwadraciki świetnie sprawdzi się jako mała przekąska.  Z kremem czy bez, taki deser osłodzi życie każdego psiaka.

Tort marchewkowo - orzechowy 


Składniki (na formę o średnicy ok. 25cm):

  • 2 szklanki mąki razowej
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 jajo
  • ½ szklanki masła orzechowego (koniecznie bez soli)
  • ½ szklanki oleju roślinnego (użyłam oleju z orzechów włoskich, ale może być też rzepakowy)
  • ½ szklanki płynnego miodu
  • 2 szklanki startej marchwi

Składniki na krem:

  • 2 opakowania serka naturalnego (ok. 300g)
  • 2 łyżki miodu płynnego


Mąkę i proszek delikatnie mieszamy ze sobą w większej misce. Dodajemy wszystkie pozostałe składniki i mieszamy, aż ciasto nabierze jednolitej konsystencji. Przelewamy do formy. Jeśli używacie formy silikonowej, to nie ma potrzeby smarowania jej masłem i oprószania mąką. W przeciwnym wypadku zróbcie to, by ciasto ładnie odchodziło po upieczeniu.

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 30 minut. Po ostudzeniu wyjmujemy z formy i przekrajamy ostrym i cienkim nożem na pół. Przekładamy kremem. Przechowujemy w lodówce do 2 dni.

* Jeśli chcecie upiec ciasto w mniejszej formie, wystarczy, że zmniejszycie ilość wszystkich składników o połowę. Ciasto nadaje się też do pieczenia w foremkach do muffinów.


czwartek, 10 lipca 2014

Śniadanie mistrzów, czyli marmurkowe jajka przepiórcze

Jeśli ogląda się mecz do drugiej w nocy, to nic dziwnego, że początek następnego dnia jest trudny. No, dobrze. Mecz trwał do północy, ale później trzeba jeszcze było trochę podyskutować o piłce nożnej i nie tylko. A zwłaszcza nie tylko. Na co dzień jest tak mało okazji, by po prostu pogadać.

Dziś mój kibic wstał o świcie i z zachrypniętym głosem i bolącą głową ruszył do pracy. Jedyne, co mogło uratować ten dzień, to śniadanie mistrzów. Marmurkowe jajka przepiórcze na wzmocnienie i soczysta bomba witaminowa w grejpfrucie. Wszystko utrzymane w barwach drużyny, której kibicujemy. Na zdrowie!

Marmurkowe jajka przepiórcze


Sposób na marmurkowe jajka (zarówno przepiórcze, jak i zwykłe- kurze) jest banalnie prosty. Wystarczy ugotować jaj ka na twardo, ugnieść delikatnie skorupkę i umieścić je na 5 minut w wodzie z barwnikiem. w miejscu załamań skorupki powstaną "żyłki" zupełnie takie, jak na kamieniu. Barwniki, w których zanurzamy jajka muszą być oczywiście naturalne. Należy też pamiętać, że niektóre z nich mają specyficzny smak i aromat, który może przenieść się na nasze śniadanie ;)

Żeby uzyskać kolor argentyńskiego słoneczka, zanurzyłam jajka w miseczce z wodą z dodatkiem łyżeczki kurkumy. Dodałam też 3 krople octu z białych winogron. Ocet przyspiesza " łapanie koloru", a w takiej ilości jest niewyczuwalny.

Innymi barwnikami, które znam i często wykorzystuję w kuchni, są:

  • spirulina i szpinak (kolor zielony)
  • herbata, kawa, sos sojowy (kolor brązowy)
  • buraki i botwinka (kolor czerwony)
  • jagody i kapusta czerwona (kolor niebiesko-fioletowy)


wtorek, 8 lipca 2014

O połączeniach idealnych, czyli sałatka z bobem i szynką serrano

Bób i wędzona szynka to dla mnie połączenie tak oczywiste, jak naleśniki i dżem czy młode ziemniaczki i koperek. Te dwie rzeczy po prostu do siebie pasują i już. W sezonie "bobowym" często robię bób podsmażany z odrobiną boczku lub zwyczajnie gotowany z dodatkiem czosnku i rozmarynu. Okazuje się jednak, że i w sałatce bób jest jak znalazł. W połączeniu z chrupiącą szynką serrano i odświeżającym aromatem mięty... Idealna kompozycja na lato, zarówno do obiadu, jak i na kolację.

Sałatka z bobem i szynką serrano


Składniki:

  • ulubiony mix sałat
  • szklanka ugotowanego, ostudzonego i obranego z łupinek bobu
  • kilka plastrów szynki serrano
  • pół cytryny
  • garść listków mięty cytrynowej (może być zwykła mięta, ale wtedy dajemy jej mniej, bo ma bardziej miętowy smak)
  • oliwa z oliwek extra vergine
  • szczypta soli, szczypta cukru i szczypta pieprzu
Do miski wsypujemy sałatę. Użyłam gotowego mixu z roszponką i radicchio, ale możecie wykombinować własne połączenia. Bób rozdzielamy na połówki i wrzucamy do miski. Możecie z powodzeniem użyć bobu ugotowanego dzień wcześniej. 

Szynkę rwiemy na mniejsze kawałki i podsmażamy na patelni aż stanie się chrupiąca. Odstawiamy na bok, żeby nieco przestygła.

W tym czasie przygotowujemy dressing. Mniej więcej 1/3 szklanki oliwy mieszamy z sokiem z połówki cytryny oraz z przyprawami. Ilości podaję orientacyjne, bo wszystko zależy od waszego indywidualnego smaku. Jeśli lubicie sałatki bardziej kwaskowe, dodajcie więcej soku z cytryny, jeśli bardziej słodkie- cukru. Na koniec do dressingu dodajemy porwane na mniejsze kawałki liście mięty. Mieszamy i zalewamy naszą sałatkę. Możemy wszystko razem delikatnie wymieszać.

Na koniec układamy na wierzchu kawałki szynki. 

Smacznego!

niedziela, 6 lipca 2014

O potrzebie sprawiania radości, czyli małdrzyki

Lubię siedzieć w kuchni. Nie jestem pewna, na czym polega ta przyjemność, ale jeśli tylko trafia mi się wolniejszy dzień, lecę na targ po cały kosz skarbów i zaszywam się przy kuchence na długie godziny. Może chodzi o radość tworzenia. A może o nieposkromioną potrzebę sprawiania przyjemności bliskim. A może po prostu o samozachwyt, bo miło czasem czuć, że jesteśmy w czymś nieźli. Tak czy inaczej, gdy tylko czas na to pozwala, kombinuję w kuchni, ile wlezie. W porze obiadowej, w każdym razie.

Śniadanie... Śniadanie to już zupełnie inna historia. Poranki w naszym domu bywają zwariowane. Spacer z psami, zakupy, w między czasie Darek nakłada dziewczynom śniadanie, a ja uwijam się przy kuchence w pośpiechu widząc, że Darek musi zaraz biec na spotkanie z klientem. Robię, co mogę by ogarnąć chaos naszego życia i z uporem maniaka namawiam Darka do jedzenia śniadań. Nie jest to nawet takie trudne. Wystarczy mi tych kilka sprawdzonych sposobów na śniadania proste i szybkie. I przede wszystkim bardzo smaczne.

- Mmm, co to jest? - spytał dziś Darek, krojąc kolejny kawałek, zanim przełknął pierwszy. 
- Małdrzyki. Takie placuszki z twarogiem. Smaczne?
- Mmm... nałet bałdzo!- odpowiedział z pełną buzią. 

Za pięć minut talerzyk był czysty, cukier puder zlizany, a fotel Darka pusty. Poleciał na spotkanie. A ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Tak, tu chyba jednak chodzi o tę potrzebę sprawiania przyjemności.

Małdrzyki


Składniki:

  • 250 g białego sera twarogowego (nie twarożku z kubełka), użyłam półtłustego
  • 1 jajo
  • 4 łyżki cukru pudru
  • 4 łyżki mąki pszennej
  • 2 łyżki masła i 2 łyżki oleju roślinnego (np. z pestek winogron lub ryżowego)
  • łyżka mąki do obtoczenia
  • cukier puder do posypania
  • dodatki, np. cynamon, kardamon, ekstrakt z wanilii, rodzynki (użyłam tylko cynamonu)


Twaróg rozgniatamy w miseczce widelcem. Dodajemy pozostałe składniki (jajo, mąkę i cukier oraz ewentualne dodatki) i wszystko mieszamy. Użyłam świeżo startego cynamonu. Korę wystarczy spiłować pilnikiem do paznokci ;) Oczywiście pilnik ten przeznaczamy tylko do tego celu. Można mieszać ręką, albo widelcem. Nie wolno jednak miksować ani ucierać. Powstałaby wtedy zbyt płynna masa.

Z masy formujemy kulki i następnie placuszki. Masa jest dosyć kleista i trzeba to robić ostrożnie, żeby placuszki się nie rozpadły. Obtaczamy je z obu stron w mące.

Smażymy na rozgrzanym oleju z masłem z obu stron aż się zarumienią. Podajemy posypane cukrem pudrem lub z konfiturą z owoców.

Smacznego!

sobota, 5 lipca 2014

Powrót do dzieciństwa, czyli smerfowe babeczki

Kto z nas nie oglądał w dzieciństwie tej bajki? Do dziś pamiętam słowa piosenki tytułowej. "Hej dzieci, jeśli chcecie zobaczyć Smerfów świat..."

Nie jesteśmy już dziećmi. A jaka szkoda. Zamiast zwariowanych pomysłów na pełne przygód zabawy, nasze głowy zaprzątają poważne sprawy. Zamiast budować na podwórku fort przy pomocy kilku starych koców i krzeseł, budujemy nasze codzienne życie z malutkich cegiełek cierpliwie układanych jedna na drugiej. I zdecydowanie zbyt często zapominamy się śmiać i cieszyć z małych rzeczy. Dobrze, że chociaż czasem przypomni nam się jeszcze, jak to kiedyś było, gdy jutrzejszy dzień wydawał się być odległą przyszłością, a przyjaźnie zawierane przy huśtawkach miały być tymi na zawsze, do grobowej deski.

Dzisiaj uśmiecham się do wspomnień. Dzisiaj piekę smerfowe babeczki ;)

Smerfowe babeczki


Składniki:

  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 4 łyżki cukru 
  • 1 duże jajko (lub 2 małe)
  • 1 szklanka tłustego mleka 
  • 1/2 szklanki oleju roślinnego (użyłam oleju ryżowego)
  • szklanka jagód
Odsypujemy pół szklanki jagód i razem z pozostałymi składnikami ucieramy na jednolitą masę. Na koniec dosypujemy do ciasta pozostałe jagody i delikatnie mieszamy.

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

Przelewamy ciasto do foremek wyłożonych papilotkami (lub bez, jeżeli używacie foremek silikonowych). Na wierzch możecie posypać cukier w granulkach lub zetrzeć odrobinę białej czekolady.

Pieczemy 15 - 20 minut. Czas pieczenia zależy od wielkości babeczek. Dla pewności po upływie 15 minut sprawdźcie patyczkiem. 

Smacznego!


środa, 2 lipca 2014

Do Paryża na śniadanie, czyli tosty francuskie z karmelizowanym bananem

Za każdym razem, gdy na śniadanie robię tosty francuskie, Darek patrzy na mnie i pyta, czym zasłużył, że go tak rozpieszczam. A ja uśmiecham się tajemniczo i nic nie mówię. Bo co tu dużo gadać. Podaję mu na śniadanie kilka kromek czerstwego chleba. 

Moja babcia była specjalistką od kuchennego recyclingu i słowo daję- w jej kuchni nic się nie marnowało. A każda potrawa, która trafiała na jej stół była tak bajecznie prosta, że aż niezwykła. Dokładnie tak jest z tostami francuskimi. Jeśli więc wstaliście lewą nogą, a w lodówce pusto, zajrzyjcie do koszyka z chlebem. A nóż, uzbiera się tam kilka kromek na tosty. Do tego karmelizowane owoce, na przykład banan i proszę bardzo! Paryskie śniadanie na stole :)

Tosty francuskie z karmelizowanym bananem

 Składniki:

  • banan (nie przejrzały, inaczej się rozpadnie)
  • 4 kromki pszennego chleba (nie musi być dzisiejszy)
  • jajko
  • szklanka mleka
  • łyżka miodu
  • łyżka masła
  • łyżeczka cukru trzcinowego
  • szczypta cynamonu
W miseczce lub w głębokim talerzu mieszamy ze sobą jajko, mleko, miód i cynamon. Wkładamy kromki chleba, żeby powoli nasiąkły. Co jakiś czas możemy obrócić je na druga stronę. Powinny być wilgotne i miękkie.

Grzanki smażymy na rozgrzanej patelni. Jeśli nie boicie się kalorii, możecie smażyć na łyżce masła. Ja usmażyłam grzanki na patelni teflonowej bez dodatku tłuszczu. Obsmażamy z obu stron aż się zarumienią. Gdy już są gotowe, zdejmujemy patelnie z ognia, ale grzanki zostawiamy na niej jeszcze na chwilę, żeby nie wystygły.

Na drugiej patelni lub w rondelku roztapiamy łyżkę masła i rozpuszczamy w niej cukier. Następnie układamy banana przekrojonego wzdłuż i na pół. Karmelizujemy z każdej strony przez 3 minuty. Z wierzchu powinna powstać złota i chrupiąca skórka.

Banany możemy ułożyć na tostach lub obok. Polewamy je roztopionym cukrem z patelni. Możemy też zetrzeć na wierzch odrobinę czekolady lub skórki pomarańczy. Same karmelizowane banany świetnie sprawdzą się też jako deser, zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy czasu na pieczenie ciast.

Smacznego!