środa, 25 czerwca 2014

Lody! Lody dla ochłody! czyli jak dogodzić psu latem

Pogoda jakaś taka zupełnie nie wakacyjna. My narzekamy, bo trzeba nosić swetry, bo sandały gdzieś w szafie nadal czekają na bycie potrzebnymi, bo wieczorem nie da się na zewnątrz posiedzieć. Ja wciąż upiększam i ulepszam mój balkonowy ogródek, ale podziwiam go właściwie wyłącznie przez szybę. Jest chłodno i wietrznie i choć marzymy już o letnim cieple, o krótkich sukienkach i szortach, o lodach kręconych i piwie w ogródku, to muszę przyznać, że z perspektywy naszych dziewczyn jest dobrze tak, jak jest. Labrador to zimnolubny stwór. Zimnolubny, wodnolubny i błotnolubny.



No, cóż. Dobrze, że chociaż ktoś tu jest zadowolony. My wciąż czekamy na żar tropików. A ja zawczasu obmyślam, jak pomóc naszym dziewczynom przetrwać upały, gdy te już nadejdą. Lody! Lody! Lody dla ochłody! Byłabym nieludzka, gdybym latem objadała się lodami w pojedynkę. Lody dla psa? Proszę bardzo! Nic prostszego.

Lody kokosowo-bananowe dla psa


Składniki:

  • puszka mleka kokosowego (400ml)
  • 2 banany
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • łyżka miodu
Wszystkie składniki wystarczy zmiksować na jednolitą masę. Najłatwiej jest mrozić lody w formach. Po zamrożeniu są dosyć twarde i trudno je nakładać. Ja użyłam foremek do kostek lodu. Takie bananowo-kokosowe kostki są świetnym pomysłem na letnią przekąskę. Lody są dosyć zbite i twarde, więc psiaki mają mnóstwo zajęcia z ich wylizywaniem. 


Czy wiesz, że:
--> regularne podawanie psom oleju kokosowego poprawia pracę ich układu nerwowego i pomaga uchronić je przed zaburzeniami pracy mózgu związanymi z wiekiem, na przykład chorobą Alzheimera?

wtorek, 17 czerwca 2014

Naszym zdaniem o adopcjach. Również psich.

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Prawda to i tylko prawda. Są w życiu takie chwile, gdy puchar goryczy się wypełnia i stoimy przed wyborem: albo staniemy na środku Marszałkowskiej i zaczniemy się drzeć w niebo głosy na wszystko, co złe na tym świecie i w rezultacie zostaniemy odwiezieni do Tworek w pięknej, białej kurteczce, albo...

... albo spuścimy trochę powietrza i wyrazimy się na jakiś temat raz a dobrze. Kawa na ławę.

Pisanie bloga (czy w ogóle publikowanie czegokolwiek w bezdennym internecie) niesie ze sobą jedno podstawowe ryzyko. Bardzo łatwo zboczyć z tematu. A nie oszukujmy się- jak już się raz zboczy, to trudno z powrotem wrócić na wyznaczoną ścieżkę. Od początku istnienia Ja, ty i 2 psy staram się trzymać szlaku i podążać razem z Wami przez krainę pysznych przepisów, psich przysmaków i domowych historii z psem w tle. Staram się też nie zanudzać Was moim prywatnym widzi mi się na taki czy inny temat, bo i po co. Nasze prywatne opinie są... prywatne i niech takie pozostaną.

Zdarza się jednak, że coś poruszy, zadziwi, zasmuci lub rozbawi tak mocno, że po prostu nie mogę dłużej tego w sobie tłumić. Chęć podzielenia się z Wami jakąś myślą zwycięża. Nie dla tego, że właśnie moje własne przemyślenia wydają mi się wyjątkowe, ale wprost przeciwnie- bo domyślam się, że bardzo podobne przemyślenia macie i Wy. Ciekawa tylko jestem, czy Wasze wnioski są podobne.

Zrobię więc eksperyment i w dziale Naszym zdaniem napiszę od czasu do czasu, co myślimy na tematy różne, ale dla nas ważne. Obiecuję, że jeśli pomysł okaże się klapą, wycofam się z niego bez urazy ;)

Na pierwszy strzał idą sprawy psie, a jakże! Muszę się publicznie przyznać, że śledząc i wspierając liczne kampanie fejsbukowe na rzecz schroniskowych biduli muszę czasami odejść od komputera. Po polikach spływa czasem łza, a w środku aż się gotuje.

fot. /internet/

Dlaczego w Polsce jest aż tyle bezdomnych zwierząt, którymi nikt nie chce się opiekować?

- Bo zbyt łatwo jest mieć psa - zasugerowała przyjaciółka, gdy o tym rozmawiałyśmy.

Zastanowiłam się nad tym i doszłam do wniosku, że chyba właśnie udało nam się znaleźć rozwiązanie problemu bezdomnych (ale również źle traktowanych) psiaków. Prawda jest taka, że jeśli ktoś ma ochotę mieć psa, to wystarczy, że uda się do schroniska i już go ma. Internetowe półki aż uginają się od ogłoszeń sprzedam/oddam psa i kotka. Nikt nawet nie wie, ile psów i kotów w Polsce jest. Bo i skąd mielibyśmy to wiedzieć. Zwierzęta domowe żyją i umierają i zdarza się, że nikt tego nie zauważa.

Swego czasu zastanawialiśmy się nad zarobkowym wyjazdem do Szwecji, gdzie mam rodzinę. Do wyjazdu na szczęście nie doszło, ale ja zawczasu dowiedziałam się wiele na temat posiadania psów w tym pięknym i uporządkowanym kraju. Okazuje się, że wcale nie tak łatwo jest mieć psa w Skandynawii. Po pierwsze ceny samych psów są spore. Nie wspominając już o psiakach z hodowli- nie ma mowy o adoptowaniu biduli ze schroniska za darmo. Płaci się nawet do 2 000 zł za adopcję. Wszystkie psy są objęte obowiązkiem czipowania, a właściciele co roku płacą podatek. A trzeba dodać, że Szwedzi mają do prawa podejście bardzo skrupulatne. W Szwecji nie ma psów "na czarno". Wszystkie mają numer identyfikacyjny i objęte są kontrolą. Na czym polega kontrola? Na sąsiedzkim poczuciu obowiązku. Jeżeli sąsiad zauważy, że źle traktujemy naszego pupila, ma poczucie obowiązku, by powiadomić o tym odpowiednie służby. Samo pojęcie złego traktowania psów też różni się od naszego. I tak na przykład, pies nie może pozostawać w domu sam dłużej niż 6 godzin. Jest to ustawowo (sic!) zakazane. Kolczatki, uwiązywanie na łańcuchu, czy używanie obroży elektrycznych jest zakazane. Opieka weterynaryjna jest niebotycznie droga, a jedną wizytę w roku trzeba odbyć koniecznie.

Efekt? Szwedzi zastanawiają się nie dwa, nie trzy, ale sto razy zanim zdecydują się na kupno psa. A gdy to już się stanie, muszą jeszcze przejść weryfikację hodowcy lub schroniska. Nie każdy może w Szwecji psa posiadać. Jeżeli odpowiedzialna za to osoba uzna, że nasz tryb życia nie pozwoli nam odpowiednio zająć się psem, to nici z kupna. Nic dziwnego, że gdy Szwed już psa ma, to dokłada wszelkich starań, żeby ten miał najlepszą opiekę. Jeśli właściciel w Szwecji zdecyduje się przekazać opiekę nad psem innej osobie, musi to zgłosić. Nie ma takiej możliwości, aby jakiś pies nagle "zniknął".

Pod wieloma względami adopcja psa w Szwecji jest równie trudna, co adopcja dziecka. Bo niby dlaczego miałoby być inaczej? W obu przypadkach chodzi przecież o żywą istotę o bardzo konkretnych potrzebach. Opieka nad nią jest wyzwaniem i obowiązkiem na lata, a nie kaprysem na chwilę.

Próbuję sobie przypomnieć, jak to było w przypadku Buby. Zaadoptowaliśmy naszego wariata z tak zwanej "dobrej hodowli". Dużo tytułów, dużo sukcesów, ludzie z pasją. Ale nikt nie pytał nas o nasze warunki, czy nasz tryb życia. Padło tylko kilka zdawkowych informacji na temat żywienia i szczepień. Przyjechaliśmy, wybraliśmy i wróciliśmy do domu z brązową kluchą. Nikt z hodowli nie dzwonił do nas, by zapytać, jak sobie radzi ta klucha. Podatku od psów nie płacimy, bo nie ma takiego obowiązku. Psiaki mamy zaczipowane, ale po ilości biduli w schroniskach wnioskuję, że raczej jesteśmy w mniejszości (pomimo iż czipowanie jest w wielu miastach bezpłatne).

Jak daleko nam do szwedzkiego porządku? Niech odpowiedzią będzie historia Czesia. Czesio jest psem naszych znajomych. Do schroniska trafiał trzykrotnie. Raz, bo się okazało, że dziecko dla którego miał być zabawką, jest uczulone. Drugi raz, bo się okazało, że cały dzień szczekał i przeszkadzał sąsiadom. Trzeci raz, bo pani musiała wyjechać za granicę. Na całe szczęście Czesio trafił w końcu we właściwe miejsce. Zawczasu było wiadomo, że nikt na psa uczulenia nie ma, powstał wyraźny podział obowiązków związanych ze spacerami i pielęgnacją, wyznaczono też głównego dowodzącego- tatę. Okazało się, że Czesio szczeka tylko, gdy jest sam i nie ma co robić, więc na krótkie chwile, gdy musiał zostać w domu, przyprowadzano mu towarzystwo w postaci babci. W imieniu Czesia cała rodzina składa się co roku na mały prezent dla schroniska. Za czwarty razem i domem się udało, ale trzy poprzednie razy pies był oddany tak łatwo, jak łatwo był wzięty.

Moja przyjaciółka ma rację. Zbyt łatwo jest mieć psa.


sobota, 14 czerwca 2014

O sztuce interpretacji, czyli czekoladowo-grysikowe ciasto z truskawkami

Najlepsze przepisy to te, które można dowolnie interpretować i kreatywnie zmieniać. W rezultacie jeden przepis może nam zapewnić niekończące się możliwości tworzenia nowych, pysznych pozycji w naszej domowej karcie dań. W przypadku tego deseru wystarczy, że dodamy do masy grysikowej kakao i otrzymujemy zupełnie nową wersję naszego ulubionego, grysikowego ciasta z truskawkami. Zachęcam Was do interpretowania przepisów i do szukania własnych rozwiązań. Na pewno zdarzy się nie raz, że coś nie wyjdzie tak, jak powinno. Ale przecież bez ryzyka nie ma zabawy ;)

Przepis na oryginalne grysikowe z truskawkami znajdziecie TUTAJ

Czekoladowo-grysikowe ciasto z truskawkami


Składniki:

  • 2 opakowania herbatników petit beurre (około 200 g)
  • 1 litr mleka
  • 200 g masła
  • 3/4  szklanki cukru
  • 1 szklanka kaszy manny
  • 15 - 20 średniej wielkości truskawek
  • 2 opakowania galaretki truskawkowej
  • łyżka niesłodzonego kakao

Galaretki rozpuszczamy w 750 ml wody, odstawiamy do przestudzenia.

Prostokątną formę wykładamy papierem do pieczenia i układamy na dnie herbatniki. Staramy się, żeby wypełniły dno jak najszczelniej, ale zwracamy uwagę, aby leżały na dnie płasko (nie powinny opierać się o boki formy pod kątem).
W garnku zagotowujemy mleko z cukrem i masłem. Do gorącego mleka dodajemy szklankę kaszy manny i zagotowujemy mieszając. Gdy się zagotuje, zdejmujemy z ognia i dodajemy łyżkę stołową kakao. Dalej mieszamy, aż masa będzie gęsta i jednolita. Na koniec ucieramy masę blenderem. Nie jest to konieczne, ale sprawi, że masa będzie aksamitnie gładka, bez konsystencji kaszy. Gorącą jeszcze masę wylewamy na herbatniki i rozprowadzamy równomiernie.

W jeszcze ciepłą kaszę (ale nie gorącą) wciskamy truskawki. Wkładamy na pół godziny do lodówki, by przestygło.

Na koniec zalewamy galaretką. Robimy to delikatnie, nie z pieca na łeb. Wkładamy ponownie do lodówki i chłodzimy przez minimum godzinę. Podajemy lekko polane sosem truskawkowym lub czekoladowym.

Smacznego!

piątek, 13 czerwca 2014

Domowe sadzonki, czyli zioła w skorupkach

Już tak mam, że od rzeczy kupionych wolę te zrobione własnoręcznie. Może chodzi o satysfakcję płynącą z faktu stworzenia czegoś samemu, a może o przekonanie, że moje własne "dzieła" są niepowtarzalne i w związku z tym o wiele ciekawsze od tych kupnych. Sporo frajdy sprawia mi też patrzenie, jak coś powstaje. Choćby to miały być zwykłe, małe sadzonki ziół. Gdy wyrastają z malutkich ziarenek, cieszą o niebo bardziej od tych bujnych ziół kupionych w markecie. Są też o wiele bardziej wytrzymałe. Gdy supermarketowe zioła więdną po kilku tygodniach, te wyhodowane przez nas rosną w donicy aż do późnej jesieni. Są też o wiele tańsze. Jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę z sadzeniem ziół, to poniżej prosty sposób, jak to zrobić.


Potrzebne będą:

  • oczyszczone połówki skorupek po jajkach
  • opakowanie nasion wybranych ziół (moim zdaniem najprostsze w hodowli "skorupkowej" są: bazylia, pietruszka, szczypiorek, lubczyk)
  • odrobina ziemi (później przy przesadzaniu przyda się więcej niż odrobina)
  • puste opakowanie po jajkach


Skorupki dziurawimy na dnie, żeby zapewnić wodzie odpływ. Nie przejmujcie się jeśli skorupka pęknie wam w dłoniach. Błonka wyściełająca skorupkę powinna utrzymać ją w całości. Do skorupek wystarczy nasypać odrobinę ziemi. Do każdej skorupki wysypujemy kilka nasion. Nie za dużo, bo sadzonki będą zbyt ściśnięte i nie wyrosną, ale też nie za mało, bo naturą rządzi los i z niektórych nasionek może nam nic nie wyrosnąć. W każdej skorupce powinno się znaleźć od 5 do 10 nasionek. Delikatnie podlewamy wodą. Aby nie zalać nasionek można zamiast podlewania zraszać wodą ze zraszacza lub puste i wymyte opakowanie po płynie do szyb napełnić wodą i spryskiwać. Takie podlewanie urządzamy mniej więcej co dwa dni lub gdy tylko zauważymy że ziemia przeschła. Sadzonki trzymamy w ciepłym i nasłonecznionym miejscu. Możemy też na pierwszy tydzień przykryć je folią. Powstanie w ten sposób mini szklarnia.


Sadzonki wsadzamy do doniczek z ziemią (lub do ziemi, jeśli dysponujecie ogrodem) gdy wyrosną minimum 2 cm. Wsadzamy je razem ze skorupką. Rozkładając się powoli będzie dodatkowo użyźniać ziemię. Bardzo ważne jest jednak, aby skorupkę delikatnie pozgniatać w palcach uważając, by nie zgnieść doszczętnie sadzonek. W ten sposób zapewnimy korzeniom możliwość przebicia się przez skorupkę do gruntu. A resztą zajmie się już siła natury ;)  

sobota, 7 czerwca 2014

Zamykamy lato w słoikach, czyli konfitura z całych truskawek

Cieszymy się słońcem, deszczem zresztą też. U progu lata nawet przemoknięte nogawki wydają się przyjemne. Bo ciepło, bo wokół tętni życie. Słychać jego radosny rytm wszędzie. W parku, w rozśpiewanych konarach drzew. Na ulicy, w radosnym gwarze przechodniów. I w domu, wśród kuchennego stukotu łyżek i garnków. Życie! Piękne życie! - chciałoby się krzyczeć od rana.

Po sobie i innych zauważam, jak wielkie znaczenie ma dla nas ciepło i słońce. Jeszcze kilka miesięcy temu chodziliśmy przygarbieni, przytłoczeni zimnem. Szaro bure krajobrazy odbijały się w naszych twarzach jak w lustrze. Nikogo nie było stać, na pogwizdywanie melodii w drodze do pracy, czy choćby przelotny uśmiech do współpasażera w autobusie.

A teraz? Życie! Piękne życie!

Każdego roku, gdy idę do kuchni zrobić pierwszą konfiturę, czuję się jakoś nieswojo. Dziwnie jest myśleć o zapasach na szarą zimę, gdy wokół dopiero co zaczyna się kolorowe lato. Prawda jest jednak taka, że to własnie taki mały słoiczek konfitury uratował już nie jeden styczniowy poranek. Odrobina letniego słońca zamknięta w słoiku i zawekowana.

Konfitura z całych truskawek


Składniki (na około 5 słoików po 250 ml)
  • 1,5 kg truskawek - najlepsze są małe truskawki z pola. Duże truskawki, hodowane w szklarniach są bardzo wodniste i rozpadną się podczas gotowania.
  • 1 kg cukru
  • sok z jednej małej cytryny
Zanim zaczęłam co roku przygotowywać konfitury, obawiałam się, że będzie to zajęcie bardzo czasochłonne. Z przyjemnością oświadczam, że byłam w błędzie. Konfiturę z truskawek przygotowuje się nawet 3 dni, ale faktycznej pracy jest przy tym, co kot napłakał. Pracę dzielimy na 3 etapy i każdy wykonujemy po upływie mniej więcej 12 godzin. Jeśli więc zaczniecie nad ranem, to drugi etap przypadnie na wieczór, a kolejny na następny poranek. Przerwy można też wydłużyć do całej doby.


  1. Na samym początku płuczemy truskawki i rozkładamy je na bawełnianej ściereczce, żeby przeschły. Następnie wykrajamy małym nożykiem szypułki, umieszczamy w dużym garnku i zasypujemy cukrem. Ręka delikatnie mieszamy, aby cukier okleił wszystkie truskawki. Odstawiamy w chłodne i zacienione miejsce i przykrywamy ściereczką. Pierwszy etap zakończony.
  2. Drugi etap następuje po upływie minimum 12 godzin. Ja zwykle odczekuję 24 godziny, żeby mieć pewność, że owoce puściły cały sok. W takim wypadku lepiej jest przechowywać je w lodówce, inaczej zrobimy nie konfiturę, a wino. Dodajemy sok z cytryny i całość zagotowujemy. Od czasu do czasu delikatnie mieszamy, koniecznie drewnianą łyżką. Gdy mamy pewność, że owoce się zagotowały (wyraźnie bulgocą), odstawiamy garnek na bok do przestygnięcia. Następnie umieszczamy go na kolejne 12 godzin w lodówce.
  3. Na trzecim etapie odsączamy truskawki (np. łyżką cedzakową), a sok zagotowujemy i gotujemy na małym ogniu przez godzinę. W tym czasie przygotowujemy słoiki. Wyparzamy je i osuszamy. Wyparzamy też wieczka. Ja dodatkowo przecieram słoiki i wieczka wacikiem nasączonym spirytusem. Po upływie godziny dodajemy do soku truskawki i gotujemy przez 5 minut.
Gotową konfiturę przelewamy do słoików póki jest jeszcze gorąca. Słoiki zakręcamy i odwracamy do góry dnem. Po 10 minutach konfitury powinny być już zawekowane. A zimą puknięcie otwieranego wieczka będzie oznaczało, że udało nam się zachować odrobinę lata na zimę :)


środa, 4 czerwca 2014

O wałkowaniu zegarów i zapachu truskawek prosto z pola

Uff, ale się działo. Ostatnie poprawki do książki naniesione. Moje wydawnicze dziecko (pierworodne) przechodzi właśnie przez mozolny proces redakcyjny. Dojrzewa. Moja praca już skończona i choć na efekt ostateczny muszę jeszcze chwilę poczekać, to mam wrażenie, że będzie cudowny. W fotografowanie, pisanie i wymyślanie najróżniejszych ciekawostek kulinarnych włożyłam całe serce i mam wrażenie, że już od pierwszej strony da się to wyczuć.


Jednocześnie muszę przyznać, że miałam szczęście. Trafiłam pod skrzydła wydawnictwa, w którym kolejnej książki nie traktuje się tylko i wyłącznie jako kolejnego źródła zysku. W dzisiejszym świecie goniącym na łeb, na szyję za każdą złotówką to się rzadko zdarza. Jakie to dziwne i odświeżające uczucie spotkać na swojej drodze prawdziwych pasjonatów. A konkretnie pasjonatki. Dziękuję Wam, dziewczyny!


W mojej głowie kurz po burzy myśli nad książką kucharską dla psiaków jeszcze nie opadł, a ja już kombinuję, co dalej. Pisze się coś nowego. W porywach weny pisze się nawet kilka rzeczy jednocześnie, aż czasem miałabym ochotę zdjąć ten zegar ze ściany, oprószyć mąką i porządnie rozwałkować, żeby się zrobił bardziej elastyczny i wyrozumiały. Czasu zawsze mało. Z przerażeniem zauważyłam, że ostatnio pustka wieje i piszczy na blogu.


Jak na złość, czyli jak to zwykle w życiu bywa, wydarza się teraz w naszym życiu wiele trosk i zmartwień niezależnych od nas. I choć wiemy, że na niektóre sytuacje nie możemy nic poradzić, martwimy się i pocieszamy nawzajem. Kilka dni temu udało nam się pojechać na wieś. I to było dokładnie to, czego nam było trzeba. Świeżego powietrza, otwartej przestrzeni, śpiewu ptaków i zapachu truskawek prosto z pola. Nawet deszcz cieszył, bo zdawał się zmywać z nas wszystkie zmartwienia.

Truskawki zasypane cukrem puszczają już sok na konfiturę, psy śpią smacznie i śnią o bieganiu po mokrej trawie, a my z nową energią ruszamy do pracy. I wkładamy w nią całe nasze serca ;)