piątek, 25 kwietnia 2014

O plusach i minusach posiadania psa, czyli obiecaj mi, że się zestarzejemy

Posiadanie psa bywa przykrym obowiązkiem. Na przykład wtedy, gdy pies chwyci na spacerze coś do pyska i trzeba to stamtąd niezwłocznie usunąć. A to może być jakiś kawał mięsa, który był zepsuty jakiś tydzień temu, ale teraz to już jest o krok od reinkarnacji i przeistoczenia się z powrotem w coś żywego, co dostanie nóg i samo z siebie zacznie chodzić. Przykrym obowiązkiem bywa też spacerowanie z psem o 4 nad ranem, gdy okazuje się, że pies jednak zdążył połknąć kawałek tego mięsa. W takich chwilach zwykle też zaczyna mocno padać, a my uświadamiamy sobie, że wyskoczenie w samej bluzie narzuconej na piżamę jednak było złym pomysłem.


Posiadanie psa, albo co gorsza dwóch psów, miewa jednak swoje plusy. Długo by tu pisać o cieple, jakie do domu wprowadza merdający i zrzucający wszystko ogon, o radości, jaką się czuje, gdy budzi nas mokry nochal tylko czekający, aż wszyscy wstaną i będzie można wyjść na dwór i porobić coś fajnego. Na przykład znaleźć w krzakach kolejny kawał zreinkarnowanego mięsa.

Dla mnie posiadanie psa ma jedną zaletę, której nie jest mi w stanie zapewnić nic innego. Pracuję głównie w domu i gdyby nie potrzebująca sporej dawki ruchu Buba, prawdopodobnie spędzałabym całe dnie w domu: przed komputerem i aparatem. A tak... wędrujemy.


W mieście trudno o otwarte przestrzenie, pola i łąki po których mogłybyśmy się do woli szwendać. Zielone tereny pod naszym domem konsekwentnie zabudowuje i odgradza pewien pazerny deweloper, nie mamy więc wyjścia. Musimy maszerować po kilka kilometrów, by dojść do miejsc, w których z czystym sumieniem mogę puścić mojego dzikusa ze smyczy. I Bogu dzięki, za te wyprawy, bo gdzieś po drodze natrafiam czasami na prawdziwe chwile zachwytu.


Dziś w drodze nad rzekę spotkałam tę cudowną parę. Nie znam ich i nie wiem, jakimi są ludźmi. Szłam jednak za nimi spory kawałek, a oni przez cały ten czas trzymali się za ręce. Gdy tylko mijał ich jakiś rozpędzony rower, on przyciągał ją bliżej do siebie. Gdy on postanowił zdjąć kurtkę, ona mu ją złożyła. A ja szłam i patrzyłam i wprost nie mogłam przestać się uśmiechać. A gdy tylko wróciłam do domu, pobiegłam do Darka, pokazałam mu to zdjęcie i powiedziałam:

- Chcę się z tobą tak zestarzeć. Obiecasz mi to?
- Że się zestarzejemy? Jasne! Obiecuję.
- Nie, głuptasie! Obiecaj, że nigdy nie przestaniemy się trzymać za ręce.

Obiecał. Mam Was za świadków. Teraz pozostaje mi już tylko przeżyć z tym facetem resztę życia i trzymać go do końca za słowo. I za rękę.


1 komentarz:

  1. Prawdziwe kochające się pary.... starsi ludzie, którzy radością życia (tak radością!) i radością z posiadania drugiej osoby, mogliby nas nie tylko nauczyć, a też i tą radością obdzielić... Zawsze chciałam się tak zestarzeć, żeby mieć tą radość... i nic tylko prosić najwyższego, żeby ten nasz luby został z nami do końca :)
    Życzę wam, abyście doczekali tak wspaniałej wspólnej starości, a psiakom żeby miały jak najdłuższe życie i więcej wybiegów!:) Pozdrawiam Asia!

    OdpowiedzUsuń