niedziela, 27 kwietnia 2014

Świętowanie świąt po świętach, czyli waniliowy sernik z kardamonem

Niby już po świętach, a sernik upiekłam dopiero teraz. Jajkiem też przyszło nam się dzielić kilka razy. Tak to już jest, gdy życie poszatkuje nam rodzinę i rozrzuci niedbale po całym kraju (a może nawet po całym świecie). Dawniej Wielkanoc odbywała się raz, a dobrze. Tradycyjnie przy stole dziadków. Dziś... Wielkanoc u jednych rodziców, z drugimi życzenia przez telefon, a nasze oczka w głowie: Zosia i Dominisia dopiero dziś dostały upominek od naszego zająca. 

Marzy mi się dom, w którym spotykaliby się wszyscy i w którym każdy czułby się zupełnie, jak u siebie. I kto wie, może kiedyś te marzenia się spełnią. Tymczasem trzeba sobie jakoś radzić. I na świąteczne spotkanie z rodziną po świętach piec sernik. 

Ten przepis jest właściwie tylko wariacją na temat puszystego sernika waniliowego. O dziwo nowa wersja smakuje nam o wiele bardziej niż oryginał. Być może jest to kwestia przypraw korzennych, które w wypiekach kocham miłością dozgonną. A być może to sprawka prostoty wykonania. Tak czy siak, ten sernik pojawia się na naszym stole bardzo często i wyjątkowo szybko znika.

Sernik waniliowy z kardamonem


Składniki:
  • 4 jaja
  • 1 i 1/2 szklanki cukru pudru
  • 4 opakowania serka homogenizowanego waniliowego (800g)
  • budyń waniliowy
  • łyżeczka cynamonu
  • utarte nasiona z około 8 ziaren kardamonu (lub pół łyżeczki mielonego kardamonu)
  • opakowanie biszkoptów (minimum 120 g)
  • odrobina masła do posmarowania formy
  • szczypta soli
  • cukier puder i/lub kakao do oprószenia gotowego ciasta

Najpierw przygotowujemy formę. Użyłam ceramicznej formy o wymiarach 32x22 cm. Smarujemy ją cieniutko masłem i obsypujemy garścią dokładnie pokruszonych biszkoptów. Pozostałe biszkopty kruszymy, ale już nie tak drobno (największe kawałki nie powinny przekraczać 1 cm średnicy) i wykładamy je na dno formy.

Piekarnik nastawiamy na 160 stopni i w czasie gdy się nagrzewa, przygotowujemy ciasto.

Żółtka oddzielamy od białek i umieszczamy w oddzielnych miskach. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno.

Żółtka ucieramy mikserem z cukrem pudrem. Do masy z żółtek i cukru dodajemy serki i dokładnie miksujemy. Dodajemy budyń waniliowy i ponownie dokładnie miksujemy. Na koniec dodajemy ubitą wcześniej pianę i całość bardzo delikatnie mieszamy drewniana łyżką. Trzeba uważać, by piana nie osiadła.

Całość przelewamy do formy i pieczemy przez godzinę i 15 minut. Po upływie tego czasu warto sprawdzić, czy ciasto nie jest jeszcze surowe. Powinno być ładnie zarumienione (nieco bardziej na brzegach) i lekko wilgotne, ale nie kleiste. Sprawdzamy patyczkiem i jeśli się klei, możemy wydłużyć czas pieczenia o kolejne 5 do 10 minut. 

Smacznego!


piątek, 25 kwietnia 2014

O plusach i minusach posiadania psa, czyli obiecaj mi, że się zestarzejemy

Posiadanie psa bywa przykrym obowiązkiem. Na przykład wtedy, gdy pies chwyci na spacerze coś do pyska i trzeba to stamtąd niezwłocznie usunąć. A to może być jakiś kawał mięsa, który był zepsuty jakiś tydzień temu, ale teraz to już jest o krok od reinkarnacji i przeistoczenia się z powrotem w coś żywego, co dostanie nóg i samo z siebie zacznie chodzić. Przykrym obowiązkiem bywa też spacerowanie z psem o 4 nad ranem, gdy okazuje się, że pies jednak zdążył połknąć kawałek tego mięsa. W takich chwilach zwykle też zaczyna mocno padać, a my uświadamiamy sobie, że wyskoczenie w samej bluzie narzuconej na piżamę jednak było złym pomysłem.


Posiadanie psa, albo co gorsza dwóch psów, miewa jednak swoje plusy. Długo by tu pisać o cieple, jakie do domu wprowadza merdający i zrzucający wszystko ogon, o radości, jaką się czuje, gdy budzi nas mokry nochal tylko czekający, aż wszyscy wstaną i będzie można wyjść na dwór i porobić coś fajnego. Na przykład znaleźć w krzakach kolejny kawał zreinkarnowanego mięsa.

Dla mnie posiadanie psa ma jedną zaletę, której nie jest mi w stanie zapewnić nic innego. Pracuję głównie w domu i gdyby nie potrzebująca sporej dawki ruchu Buba, prawdopodobnie spędzałabym całe dnie w domu: przed komputerem i aparatem. A tak... wędrujemy.


W mieście trudno o otwarte przestrzenie, pola i łąki po których mogłybyśmy się do woli szwendać. Zielone tereny pod naszym domem konsekwentnie zabudowuje i odgradza pewien pazerny deweloper, nie mamy więc wyjścia. Musimy maszerować po kilka kilometrów, by dojść do miejsc, w których z czystym sumieniem mogę puścić mojego dzikusa ze smyczy. I Bogu dzięki, za te wyprawy, bo gdzieś po drodze natrafiam czasami na prawdziwe chwile zachwytu.


Dziś w drodze nad rzekę spotkałam tę cudowną parę. Nie znam ich i nie wiem, jakimi są ludźmi. Szłam jednak za nimi spory kawałek, a oni przez cały ten czas trzymali się za ręce. Gdy tylko mijał ich jakiś rozpędzony rower, on przyciągał ją bliżej do siebie. Gdy on postanowił zdjąć kurtkę, ona mu ją złożyła. A ja szłam i patrzyłam i wprost nie mogłam przestać się uśmiechać. A gdy tylko wróciłam do domu, pobiegłam do Darka, pokazałam mu to zdjęcie i powiedziałam:

- Chcę się z tobą tak zestarzeć. Obiecasz mi to?
- Że się zestarzejemy? Jasne! Obiecuję.
- Nie, głuptasie! Obiecaj, że nigdy nie przestaniemy się trzymać za ręce.

Obiecał. Mam Was za świadków. Teraz pozostaje mi już tylko przeżyć z tym facetem resztę życia i trzymać go do końca za słowo. I za rękę.


środa, 23 kwietnia 2014

O pragnieniu kolorów, czyli dietetyczny chłodnik z botwinką

Wiosna może rozkwitać wszystkimi kolorami świata. Może pachnieć i szumieć w konarach drzew. Ale dopóki na naszym stole nie pojawią się nowalijki, to tak jakby nadal trwała zima. Całe pęczki młodych marchewek, karminowe rzodkiewki, ogórki pachnące świeżością... Po zimie jesteśmy ich niemiłosiernie spragnieni. Ślinka cieknie na sam widok tych wszystkich kolorów, nareszcie odpowiednio nasyconych, a nie wyblakłych i suchych. Nic dziwnego, że staramy się utkać z nowalijek każdy posiłek.

Chłodnik pojawiał się na moim rodzinnym stole bardzo często w czasie wiosny. Nic dziwnego- naczelny kucharz, czyli dziadzio urodził się i wychował na Litwie. Chłodnik był zawsze ten sam. Litewski. Litwini mają spore wątpliwości, czy chłodnik litewski jest rzeczywiście litewski. Podobnie jest z pierogami ruskimi, choć nie ruskimi. Ale nie wnikajmy. Prawdziwie litewski czy nie, chłodnik u mojego dziadziusia był tradycją wiosenną. Zawsze podawany z tłuczonymi ziemniakami. Zawsze w kolorze głębokiego różu. I zawsze obłędnie kremowy i orzeźwiający.

Obiecuję, że jeszcze podzielę się z Wami tym tradycyjnym przepisem dziadziusia. Ale tym razem proponuję coś innego. Odwiedzając dziś bazarek nie mogłam się powstrzymać i kupiłam 2 pęczki botwiny. Nie przemyślałam jednak tego zakupu do końca (tak, kobiety rzeczywiście robią zakupy pod wpływem emocji) i w rezultacie wylądowałam w kuchni z botwiną i pytaniem, co dalej :)

Na szczęście w lodówce wyszukałam kilka ciekawych rzeczy i tak powstał chłodnik bardzo prosty i dietetyczny. A do tego pyszny i lekki. W sam raz na wiosenną kolację lub śniadanie. Świetnie sprawdzi się też w roli dodatku do obiadu. Szczerze mówiąc jest tak smaczny, że można go pałaszować na okrągło :)

Dietetyczny chłodnik z botwinką


Składniki:
  • 2 pęczki botwiny
  • średniej wielkości ogórek
  • 4 rzodkiewki
  • garść posiekanego koperku
  • 800g kefiru
  • pieprz i sól do smaku
Botwinkę płuczemy i odcinamy łodyżki z liśćmi od bulw. Buraczki wrzuciłam razem z jabłkami do sokowirówki i zrobiłam z nich sok, ale jeśli chcecie, możecie je obrać i ugotować al dente. Pokrojone w drobną kostkę i dodane do chłodniku pięknie go zabarwią.

Łodyżki kroimy na małe kawałki, wkładamy do garnuszka i zalewamy wodą tak, aby ledwie je przykrywała. Liści absolutnie nie wyrzucajcie. Część przyda się do dekoracji, a z reszty można zrobić pyszną surówkę. Pokrojone łodyżki zagotowujemy i trzymamy na ogniu jedynie 3 - 4 minuty. Na koniec odsączamy i pozostawiamy do przestygnięcia.

Ogórek i rzodkiewki kroimy w drobną kostkę. Razem z botwinką umieszczamy w większej misce lub w garnku i zalewamy kefirem. Dodajemy koperek, sól i pieprz. Mieszamy i gotowe. Przed podaniem można posypać drobno pokrojonymi liśćmi botwiny.

Smacznego!


piątek, 18 kwietnia 2014

O granicach cierpliwości i pile mechanicznej, czyli jajka przepiórcze w sosie tysiąca wysp

- Czemu jemy te jajeczka tylko na święta? - spytał Darek między jednym kęsem kolorowej sałaty, a drugim. - Powinniśmy je jeść o wiele częściej. Są pyszne.

Faktycznie, widać było po nim, że mu smakują. Aż mu oczy błyszczały, gdy nabierał na widelec kolejny kęs.

- Dobra - stwierdziłam. - Ale to ty je będziesz obierał. 
- W sumie, jak jemy je tylko na święta, to mamy przynajmniej pewność, że nigdy nam się nie znudzą - odpowiedział rezolutnie po chwili namysłu.

I tak oto dowiedzieliśmy się 2 rzeczy. Po pierwsze, że w naszym domu będziemy jeść jajka przepiórcze tylko wtedy, gdy ja je obiorę. Co oznacza, że jeśli w wyniku nieszczęśliwego wypadku z piłą mechaniczną stracę obie dłonie, to jajek przepiórczych nie zjemy już nigdy.

Po drugie, że moja cierpliwość jednak ma granice. Kończy się mniej więcej na piętnastym, malutkim jajeczku, które wyślizguje się z ręki i tak łatwo skubanego zgnieść przypadkiem palcami, że można właściwie od razu zabrać się za przygotowywanie pasty jajecznej. No dobrze, przyznaję z ręką na sercu, że o granicach mojej cierpliwości dowiedzieliśmy się już kiedyś podczas wakacji spędzanych nad Bałtykiem. Wakacji, na które namówiłam Darka, po czym właściwie sama je zorganizowałam. Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że nasz pokój jest zagrzybiony, wyjazd będzie nas kosztować w sumie drożej niż wymarzona Chorwacja, a na dodatek panuje sztorm. To nic! - mówiłam zdeterminowana, ale gdy Darek od niechcenia rzucił swoje: "Ja wcale nie chciałem tu przyjeżdżać"... No cóż. Moja anielska cierpliwość zamieniła się w diabelską furię.

- Nie martw się, słońce - mówi Darek. - My nawet nie mamy piły mechanicznej, a odkąd z tobą jestem, to nawet polubiłem nasze polskie morze.

Nigdy nie będziemy mieć piły, na wakacje będziemy jeździć nad Bałtyk, a jajka przepiórcze będziemy jedli tylko na święta. Kompromis siłą związku. Amen.

A poniżej nasz ulubiony sposób podania tych wyślizgujących się skubańców :)

Jajka przepiórcze w sosie tysiąca wysp


Składniki na sos:

  • 8 łyżek majonezu
  • 4 łyżki ketchupu
  • łyżeczka sosu worcestershire
  • 1 i 1/2 octu winnego z czerwonych winogron
  • 1 łyżeczka cukru
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu kolorowego
  • szczypta chilli
Na ulubionej mieszance sałat układamy przekrojone na pół jajka (ugotowane wcześniej na twardo) i polewamy delikatnie sosem. Dla dekoracji można posypać szczyptą koperku. Pyszne kolory i barwny smak. Nic dodać, nic ująć. 

Smacznego!



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Tajemnica złotych loków, czyli cytrynowa babka z majonezem

Pamiętam, że gdy tylko mieli się u mojej babci zjawić niezapowiedziani goście (a dawniej nawet niezapowiedziani goście zapowiadali swoje odwiedziny na minimum godzinę przed przyjściem- ach! co to były za czasy!), babcia szła niespiesznym krokiem do kuchni i niby od niechcenia piekła ciasto. W między czasie nakręcała włosy na lokówki, przepis musiał więc być prosty, a składniki zawsze pod ręką. W wałkach na głowie nie można przecież było iść do sklepu.

Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, ciasto było już na stole, a babcia witała gości potrząsając złotymi lokami. I każdy się dziwił, jak ona z tym wszystkim zdążyła.

A odpowiedź jest prosta. Babunia piekła cytrynową babkę z majonezem. Tak, z majonezem. Wszystkie składniki miała zawsze w szafce kuchennej, a majonez... no, cóż. Przecież to nic innego, jak olej i jajka.

Przyznaję, że gdy sama dowiedziałam się o istnieniu w cieście tego dziwnego składnika, zrobiłam nietęgą minę. Majonez kojarzy nam się raczej z sałatką, niż z ciastem. Nie znam jednak jeszcze osoby, która spróbowałaby tego pysznie wilgotnego i soczyście cytrynowego ciasta i nie poprosiła o przepis. Sama robię tę babkę na każdą Wielkanoc i nigdy nic nie zostaje ;)

A jakim cudem udawało się babci w godzinę nakręcić włosy... Tego to już nikt nie wie.

Cytrynowa babka z majonezem


Składniki:
  • 4 jajka
  • 1 szklanka cukru
  • 1/2 szklanki mąki pszennej tortowej
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 5 łyżek majonezu
  • 1/2 buteleczki aromatu cytrynowego
  • skórka starta z jednej umytej cytryny
  • pół płaskiej łyżeczki kurkumy (niekoniecznie, ale ja wprost uwielbiam ten żółciutki kolor)
  • ewentualnie cukier puder do posypania

Ciasto robi się ekspresowo, więc najpierw nastawiamy piekarnik na 190 stopni.

Jajka i cukier ucieramy mikserem aż powstanie jednolita, kremowa masa. Na koniec dodajemy aromat i jeszcze chwilę ucieramy. Dodajemy majonez i ponownie mieszamy.

Mąki, proszek do pieczenia i kurkumę łączymy ze sobą w oddzielnej miseczce, po czym dodajemy je do masy i mieszamy na niskich obrotach miksera. Na początku dobrze jest chwilę pomieszać łyżką, żeby mąki nie zrobiły pufff! Na koniec dodajemy startą skórkę cytryny i mieszamy przez krótką chwilę.

Przelewamy ciasto do formy keksówki. Pierwszy raz w życiu piekłam w formie z silikonu. Ciasto trzeba było delikatnie podważyć drewnianym nożykiem, żeby odeszło od formy po upieczeniu, ale udało się. Jeśli używacie zwykłych form, nie zapomnijcie wysmarować ich masłem i oprószyć bułką tartą lub wyłożyć papierem. Pieczemy 35 - 40 minut. Po 35 minutach proponuję sprawdzić patyczkiem. Ta babka bywa przewrotna. W jednej chwili wydaje się być nadal w stanie płynnym, by za parę minut być już w pełni gotową. Po upływie 35 minut nie odchodźcie zbyt daleko od piekarnika.

Smacznego! 


piątek, 11 kwietnia 2014

W poszukiwaniu wielkanocnych jajeczek

Zbliża się Wielkanoc i już lada moment pojawi się na blogu kilka pomysłów na wielkanocne pyszności i dekoracje. Tymczasem nie da się ukryć, że mamy totalnego bzika na punkcie naszych psiaków. Dlaczego? Bo tradycją wielkanocną w naszym domu jest poszukiwanie pochowanych w całym mieszkaniu jajeczek. Psich jajeczek. W szukaniu dziewczynom pomaga Darek. Ja dopinguję i mówię, czy ciepło. Mamy ubaw po pachy, a widok entuzjazmu Buby, gdy znajdzie jakieś jajko- bezcenny. Maja ma swoją własną metodę. Chodzi za Bubą i metodycznie sprawdza każde miejsce po niej. Jeśli macie ogród, to zabawa będzie jeszcze lepsza. Polecamy :)
Kolorowe jajka wielkanocne


Składniki:
  • 120g dorsza (lub innej białej ryby)
  • 120g masła
  • 2 żółtka
  • 3 łyżki śmietanki 30%
  • 1 i ¾ szklanki mąki pszennej uniwersalnej
  • naturalne barwniki (na zdjęciu jeden mały burak oraz pół łyżeczki kurkumy)


Masło rozpuszczamy w rondelku i odstawiamy do przestygnięcia. 

Ucieramy w malakserze masło, rybę oraz żółtka i śmietankę.

Dodajemy masę do mąki i wyrabiamy ciasto. Gdy ma już jednolitą konsystencję dzielimy je na dwie części i do każdej dodajemy inny barwnik. Ja użyłam pół łyżeczki kurkumy dla otrzymania koloru żółtego i jeden, mały burak (ugotowany, obrany ze skórki i przetarty). Każdą część ciasta wyrabiamy ponownie, aż kolor równo się rozprowadzi. Zależnie od tego, czy dodajemy naturalnych barwników w formie sypkiej czy w formie bardziej mokrej, konsystencja różnych części ciasta może się nieznacznie różnić. Jeśli któraś część zrobi się zbyt lepka, możemy dodać łyżkę mąki. Różnica w wilgotności ciasta nie wpłynie na efekt końcowy.

Z ciasta formujemy jajeczka i układamy je na papierze do pieczenia. Jeśli chcemy, aby miały intensywniejszy kolor, możemy posmarować je roztrzepanym jajkiem. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 170 stopni przez pół godziny. 


środa, 9 kwietnia 2014

Nie ma to, jak domowe jedzenie, czyli wątróbka z jabłkiem i żurawiną

Praca nad książką kucharską dla psiaków powoli dobiega końca. Przed spisanymi i sfotografowanymi przeze mnie i Darka materiałami (Darek służył czasem, jako statyw pod ekran rozpraszający światło) jeszcze długa droga wydawnicza. Myślę, że nasze logo powinno się pokazać na jednej z książek w księgarniach dopiero na jesieni.

Przyznaję, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona światem psiego jedzenia. Zanim zaczęliśmy tę przygodę byłam przekonana, że przygotowywanie posiłków dla psiaków na własną rękę jest skomplikowane i trudne. Myślałam, że ilość składników, z których można te posiłki komponować jest mocno ograniczona i że będę się musiała nieźle nagłowić chcąc karmić dziewczyny różnorodnie. Bo o różnorodność tu właśnie chodzi. To jest ta główna przewaga karmienia świeżym nad karmieniem suchym. To i niezaprzeczalnie lepsza jakość świeżych produktów. Lepsza od jakiejś tam mączki mięsnej powstającej z nie wiadomo czego.

Okazuje się natomiast, że psiaki mogą pałaszować niemal wszystko to, co my. Wystarczy pamiętać o istnieniu listy produktów zabronionych i można z powodzeniem wkładać do zakupowego koszyka to samo, co wyląduje na naszym stole. Niektóre warzywa, owoce i nasiona muszą być jedynie rozdrobnione.

Okazało się też, taki domowy sposób karmienia wcale nie musi oznaczać dużo większych wydatków. Ba! może nawet wychodzi ekonomiczniej. Bo teraz już nie mamy problemu, co zrobić z nadwyżką ryżu z obiadu. Musimy tylko pamiętać, by gotować go bez soli. Czyli tak, jak powinno się gotować ryż :) A Pani w mięsnym zawsze trzyma dla nas pod ladą jakieś kości, jakieś chrząstki i jakieś piękne mięsko z dużą ilością ścięgien, które w cudowny sposób obniżają jego cenę, a dla dziewczyn stanowią nie lada gratkę.

Tak więc, na potrzeby książki zgłębiłam temat psiego żywienia i wybrałam taką metodę, która najbardziej odpowiadała dziewczynom i nam. Wiele rzeczy nauczyły mnie Maja i Buba. Metodą prób i błędów dodawaliśmy do jadłospisu nowe składniki i szukaliśmy właściwych proporcji. I tak okazało się, że za dużo warzyw to murowane wietrzenie mieszkania, a dodatek zdrowych olei pomaga na zaparcia.

To danie jest prawdopodobnie największym hitem w naszej psiej kuchni. Maja i Buba polecają :)

Psia micha numer 2
Wątróbka z jabłkiem i żurawiną


Składniki:

  • 300g wątróbki drobiowej
  • 220g kaszy gryczanej
  • jedno duże jabłko, obrane i pozbawione gniazd nasiennych
  • łyżka posiekanej suszonej żurawiny
  • szczypta posiekanego rozmarynu
  • łyżka mąki razowej (dowolnego typu)
  • pół szklanki wody
  • łyżka oleju do smażenia (używam ryżowego)

Kaszę gryczaną gotujemy i odstawiamy do przestygnięcia.

Wątróbkę obtaczamy w mące i podsmażamy na rozgrzanym oleju.

Jabłko kroimy w kostkę i razem z żurawiną dodajemy do wątróbki, gdy ta się delikatnie zarumieni. Podsmażamy wszystko razem przez 2 minuty, od czasu do czasu mieszając. Na koniec podlewamy wodą, posypujemy rozmarynem i dusimy na małym ogniu przez 10 minut.

Lekko ostudzoną wątróbkę nakładamy do psiej miski razem z kaszą.

* Psia micha została przygotowana dla psa o masie 30 kg jako całodzienny posiłek. Stosujemy proporcje 40% protein / 30% zielonego / 30% zbóż i kasz.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Obiecanki cacanki i kolorowe płyny

Termin oddania materiałów na książkę zbliża się wielkimi krokami. Ostanie poprawki, ostatnie przepisy... Wszystko musi być dopięte na ostatni, nawet najmniejszy guzik. W praktyce oznacza to obiady zamawiane przez telefon i spore ilości wypitej kawy. Niestety oznacza to też, że nie mam zbyt wiele czasu na prowadzenie bloga. Z bólem serca odkładam wszystkie projekty (kulinarne i nie tylko) na później. Gdy już uporam się z książką, nie opędzicie się ode mnie. Słowo honoru! Będę Was zasypywać smacznymi postami prosto z naszej małej kuchni i ciekawymi pomysłami na szeroko pojęte urozmaicanie sobie życia.

A tymczasem, zupełnie przypadkiem, odkryłam zabawny sposób na... płyny do naczyń i mydła.

Dni ostatnio jakieś takie szarobure. Zawsze można jednak stworzyć sobie w kuchni i łazience odrobinę tęczy. Pomysł banalnie prosty, a jaki ładny.


Co potrzeba:

  • minimum 2 różne płyny do naczyń lub mydła w płynie. Ważne, żeby były w różnych kolorach. Najlepiej jest tez wybrać płyny od różnych producentów. Będą miały różną gęstość i dzięki temu się nie zmieszają.
  • transparentny pojemnik z pompką (użyłam pojemników po mydłach)
Płyny wlewamy do pojemnika po kolei. Bardzo ostrożnie i nie naciskając zbyt mocno na butelkę, żeby nie wlewać ich pod zbyt dużym ciśnieniem. Ilość płynów i ich kolory dowolne. Ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia ;)
Miłej zabawy!