środa, 5 marca 2014

O kwaszeniu kapusty i nieotwartej restauracji

Dziś urodziny mojego dziadziusia. Jedynego w przenośni i dosłownie (nie miałam okazji poznać mojego drugiego dziadka, choć z opowieści wiem, że był prawdziwym dżentelmenem). Z niecierpliwością czekam, aż pora zrobi się na tyle przyzwoita, by zadzwonić. Choć coś mi mówi, że dziadzio już dawno nie śpi. Może właśnie w tej chwili kroi coś i miesza na dzisiejszy obiad...

Wiele razy zastanawiałam się skąd się we mnie wzięła ta ochota do gotowania i pieczenia. I choćbym znalazła nie wiem, jak elokwentne rozwiązanie, wszystko i tak sprowadza się do domu moich dziadków. A był to dom dosyć nietypowy, jak na tamte czasy. Nietypowy, bo w kuchni rządził dziadzio. Babcia jest niekwestionowaną królową szarlotek :) Ale gołąbki, zraziki po węgiersku i sałatki świąteczne- to już terytorium dziadka. A gdy pomyślę, że nie jestem jedyną wnuczką dziadka, która ma w życiu coś wspólnego z kuchnią, to myślę sobie, że pewne rzeczy jednak zostają w rodzinie.


Dziadzio należy do tych osób, których po prostu nie da się opisać w kilku prostych zdaniach. Ba! Na opowiedzenie Wam o dziadku nie starczyłoby nawet całej książki. Trzeba by było przytoczyć wszystkie anegdoty z jego barwnego życia, wszystkie wspomnienia z jego licznych podróży (rzadko kiedy turystycznych, a częściej życiowych) i wszystkie te zabawne sytuacje, w których dziadzio grał na pierwszych skrzypcach, a czasem na nerwach babci.

Ja pamiętam, jak w piwnicy kwasiliśmy kapustę, a ilość zielonych główek do poszatkowania była- jak przystało na byłego wojskowego- ogromna. Pamiętam, jak na każde święta przygotowywaliśmy sałatkę z gotowanych warzyw. Dziadek dawał mi łyżkę i pytał:
- I co myślisz, mój pomocniku? Czy trzeba czegoś dodać?

Pamiętam też, jak się z dziadkiem umawialiśmy, że w przyszłości otworzymy restaurację. Dziadzio miał gotować, a ja podawać gościom. Nic nie wskazuje na to, że tak się stanie, choć może w pewnym sensie już się tak stało. Od samego początku blog jest takim zaproszeniem do naszego domu. Do stołu i do kuchni. I do naszych serc. I choć z pewnością do gwiazdki Michelina nam daleko, to chciałabym, żebyście odwiedzając nas tutaj posmakowali choć ociupinkę tej domowej atmosfery, którą ja pamiętam jeszcze z domu dziadków. A kto wie? Może usiądziemy kiedyś wszyscy przy wspólnym stole... Dziadzio zniknie na chwilę w kuchni, by wrócić z talerzami pełnymi sycącego krupniku. Zegar wybije swoje powolne bim bam bom, a zanim skończy, zapomnimy o zmartwieniach i zasłuchamy się w jedną z opowieści dziadka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz