piątek, 28 marca 2014

Szarak z prezentem, czyli uczymy się cieszyć życiem i chrupiemy krakersy serowe z sezamem

- A co to? - spytał zaskoczony Darek. Po powrocie do domu znalazł na swoim biurku ogromny karton przewiązany zieloną wstążką.
- Nie wiem. A co tam jest napisane?
- Od Zajączka. Słońce! Co ty znowu wymyśliłaś?
- Ja? Nic. Zadzwonił domofon, ktoś mówi, że przesyłka, no to wpuściłam. Otwieram drzwi, a tu taaaki wielki Zając. Jedno ucho miał klapnięte i mówi do mnie, że ma paczkę dla ciebie. No, to co miałam zrobić? Wpuściłam szaraka, pokicał trochę po pokoju, poganiał się z Bubą, wskoczył Mai na głowę i poleciał dalej roznosić prezenty. Ja? Ja nie miałam z tym nic wspólnego.

Darek spojrzał na mnie wzrokiem pełnym pobłażliwej cierpliwości, którym zwykle obdarza się dzieci, które opowiadają niestworzone historie. Ale gdy już przebrnął przez zieloną kokardę i kilka plastrów taśmy do pakowania, jego oczy rozbłysły, jak dwa słoneczka.

- Słońce! Nie musiałaś!
- Nie musiałam. Ale bardzo chciałam.

I już po chwili mój mężczyzna zamienił się w małego chłopca i przemierzał całe mieszkanie wzdłuż i wszerz na nowiuteńkich rolkach.

Tej zimy spróbowaliśmy naszych sił na łyżwach. Teraz zamierzamy poćwiczyć na sucho. Z wiekiem zaczynamy rozumieć coś bardzo ważnego, choć też banalnie prostego. Że życie jest jedno. Powtórki nie będzie. Wszystko- każda, nawet najmniejsza rzecz, którą odkładamy na później- zdarza się tylko raz i już nie wraca. Jeszcze kilka lat temu wydawało nam się, że przecież na wszystko mamy czas. Z niczym nie musimy się spieszyć, wszystkiego zdążymy spróbować. Dziś widzimy to w nieco innych barwach. Okazuje się, że jeśli dziś nie mamy czasu, by choć trochę cieszyć się życiem, to jutro tym bardziej nie będziemy go mieć. Tylko od nas zależy, jak przeżyjemy nasze życie. Praca jest ważna. Zarabianie pieniędzy jest ważne. Ale życie to o wiele więcej niż tylko spotkania, umowy i wypłaty. Życie to też ta radocha w oczach Darka, gdy otworzył przesyłkę od Zajączka. To szaleństwo, jakie się obudziło w Bubie, gdy zobaczyła, że jej pan jeździ po mieszkaniu. Buba panicznie boi się wszystkiego, co ma kółka (walizki, wózki, rowery...). Widząc, że jakieś straszne buty z kółkami zaatakowały Darka, dostała bzika. Życie to też poczucie spełnienia, jakie się czuje, gdy sprawia się przyjemność drugiej osobie.

W ten weekend zobaczymy, jak nam się jeździ bez lodu pod nogami. A tymczasem jeszcze troszkę pracy i coś chrupiącego na ząb, bo przecież kto to widział, żeby pracować bez zagrychy ;)

Krakersy serowe z sezamem


Składniki:

  • 175g sera pleśniowego (użyłam gorgonzoli, który dał krakersom bardzo wytrawny smak, ale można użyć delikatniejszego camemberta bez skórki)
  • 100g rozpuszczonego masła
  • żółtko
  • 125g mąki żytniej chlebowej (typ 750)
  • 50g mąki kukurydzianej
  • porządna szczypta soli
  • ulubione przyprawy (użyłam łyżkę posiekanego tymianku i oregano oraz szczyptę pieprzu)
  • roztrzepane jajko do smarowania i odrobina sezamu do posypania


Ser rozkruszamy do miseczki, dodajemy przestudzone masło i żółtko. Wszystko mieszamy energicznie, aż powstanie grudkowata masa. Nie przejmujcie się grudkami. Znikną podczas wyrabiania.

Na blacie lub stolnicy wysypujemy mąki i przyprawy. Dodajemy masę serową i zagniatamy ciasto tak długo, aż będzie odchodzić od rąk i blatu. Powinno mieć konsystencję masy marcepanowej. Wyrobione ciasto wkładamy na 15 minut do lodówki.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. W małej miseczce roztrzepujemy jajko. Ciasto wyjmujemy z lodówki, dzielimy na 2 części i każdą rozwałkowujemy na arkuszu papieru do pieczenia na grubość mniej więcej 3mm. Wycinamy dowolne kształty starając się zostawiać między krakersami odstępy minimum półcentymetrowe. Zdejmujemy niepotrzebne ciasto i zsuwamy papier razem z krakersami na blachę. Smarujemy jajkiem, posypujemy sezamem (lub makiem) i pieczemy przez 15 minut. Krakersy powinny się ładnie zarumienić i skruszeć dopiero po ostygnięciu.

Smacznego!

poniedziałek, 24 marca 2014

Zielono mi, czyli zielone roladki z kremem łososiowym

Naleśniki. Kto ich nie lubi? Chyba nikt. Na naszym stole (a czasami i na biurku) pojawiają się bardzo często. Najczęściej w ulubionej wersji Darka- na słodko, z konfiturą z wiśni i polewą czekoladową. Zdarza się jednak taki dzień, gdy trochę tupnę nogą. Dosyć tych słodkości! - stwierdzam poważnym tonem widząc, jak moje ulubione spodnie robią się coraz bardziej opięte. A to przecież dżiny typu "boyfriend", a nie legginsy! Takie spodnie mają być z założenia luźne. I tak od czasu do czasu zmuszam mojego słodkożercę do spróbowania czegoś dobrze nam znanego, ale w nieco innej, zdrowszej wersji.

P. S. Te roladki wcale nie są takie niesłodkie. Polane sosikiem stają się prawdziwą rozkoszą słodyczy :)

Zielone roladki z kremem łososiowym


Składniki:

  • szklanka mleka
  • szklanka wody
  • 2 jaja
  • 2 łyżki oleju (użyłam rzepakowego)
  • mąki na oko (około 1 1/2 szklanki)
  • 2 łyżeczki spiruliny (alg) w proszku
  • szczypta soli
Krem łososiowy:
  • 2 serki philadelphia
  • 150g łososia wędzonego
  • garść posiekanego koperku
  • odrobina soku z cytryny do smaku
Sos musztardowo-miodowy:
  • łyżka musztardy Dijon
  • łyżka miodu
  • łyżka soku z cytryny
  • 2 łyżki oleju sezamowego
  • pół szklanki oleju z pestek winogron
  • ewentualnie sezam do posypania całości


Ciasto naleśnikowe miksujemy na gładką masę. Najlepiej to robić mikserem, bo spirulina dosyć trudno się rozprowadza. Ja zwykle zaczynam od kilku łyżek mąki i stopniowo dodaję więcej, aż osiągnę odpowiednią gęstość. Ciasto powinno być płynne, ale nie za rzadkie. 

Naleśniki smażymy na nieprzywierającej patelni bez tłuszczu.

Wszystkie składniki na krem oprócz posiekanego koperku umieszczamy w malakserze i ucieramy na jednolitą masę. Na koniec dodajemy koperek i mieszamy.

W małej miseczce mieszamy ze sobą najpierw musztardę z miodem. Dopiero później dodajemy soku z cytryny i mieszamy. Na samym końcu dodajemy oleje i ponownie energicznie mieszamy. Kolejność jest istotna, inaczej składniki nie połączą się.

Naleśniki smarujemy nie za grubo kremem łososiowym. Zwijamy w roladki i kroimy na mniejsze kawałki. Układamy na talerzyku, polewamy sosem i posypujemy sezamem. 

Uwaga! Jak raz spróbujecie takich naleśników, możecie mieć trudności z powrotem do klasycznej, dżemowej wersji ;)

P. S. Spróbujcie też podsmażyć zrolowane naleśniki przed ich pokrojeniem. Na ciepło to, co pyszne staje się przepyszne ;)

piątek, 21 marca 2014

Szczyt ekstrawagancji, czyli torcik mascarpone dla psa

Będzie krótko i na temat. Krótko, bo co tu dużo mówić: rozpieszczamy nasze psiaki, jak się da. A skoro my nie wyobrażamy sobie swoich urodzin bez tortu... No właśnie. Wczoraj odbyły się huczne (a jakże!) urodziny naszej staruszki Mai. Tort musiał być.

- Słońce, nie uważasz, że to może za duża ekstrawagancja? - spytał zatroskany Darek widząc, jak ustawiam oświetlenie (czyli lusterko łazienkowe) i fotografuję urodzinowy tort Mai.
- Co masz na myśli?
- No wiesz, my jesteśmy zwariowani na punkcie naszych piesków, ale taki wykwintny tort w książce kucharskiej dla psiaków? Myślisz, że ludzi to zainteresuje?
- Ludzi? Nie wiem. Ale psiaki na pewno. - odpowiedziałam z uśmiechem. Po chwili namysłu dodałam - Kochanie, wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. To ma być książka kulinarna, a nie kucharska. I to jest zasadnicza różnica.

Spojrzałam na przerażonego powagą sytuacji Darka. Nie wytrzymaliśmy zbyt długo. Wybuchliśmy śmiechem. Szczerze mówiąc sama nie wiem, czy tort dla psiaka, to już ekstrawagancja, czy nie. U nas w domu na pewno nie. Jak tego typu propozycje zostaną odebrane, gdy pojawią się w książce? Nie wiem. Mam nadzieję, że na wesoło i bez zbędnego nabzdyczenia w stylu: "Takie rzeczy dla psa?" Tym bardziej, że to wszystko kwestia wyobraźni i ładnego podania. Te same składniki niedbale wrzucone do psiej miski nikogo już nie dziwią. Ot, po prostu trochę serka, jakieś jajo i odrobina łososia :)

No, dobrze. My tu gadu gadu, a o przepis aż się prosi.

Torcik mascarpone


Biszkopt:
Składniki:

  • 3 jajka
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia

Biszkopt dla psiaków robimy tak samo, jak biszkopt nie dla psiaków. Jedyna różnica tkwi w braku cukru. Torcik ma być zdrowy i w miarę dietetyczny.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni.

Żółtka i białka wbijamy do oddzielnych misek. Białka najlepiej jest umieścić w większej misce. W dużym kubku mieszamy ze sobą mąki i proszek. Białka ubijamy na sztywno. Tym samym mikserem (nie ma konieczności mycia trzepaczek) roztrzepujemy żółtka. Dodajemy je do białek i delikatnie miksujemy na najniższych obrotach. Na koniec dodajemy delikatnie mąki i znowu chwilę miksujemy.

Przekładamy ciasto do dowolnej formy. Ważne, by była dosyć duża i by dało się z biszkoptu w niej upieczonego wyciąć szklanką lub kubkiem spody w kształcie koła. Ja użyłam tortownicy o średnicy 25cm. Pieczemy 20 - 25 minut. Najlepiej jest wykonać po 20 minutach test suchego patyczka. Biszkopt nie wyrasta i nie jest zbyt pulchny. Przypomina słabo wyrośnięty omlet i jest dosyć suchy.

Krem:
Składniki:

  • 4 żółtka
  • 2 białka
  • 500g schłodzonego mascarpone (może być prosto z lodówki)
Żółtka i białka rozdzielamy do osobnych miseczek (tym razem żółtka lądują w większej miseczce). Białka ubijamy na sztywno. Do żółtek dodajemy serek i dokładnie ucieramy (można to robić tymi samymi trzepaczkami, którymi ubijaliśmy białko. Gdy masa jest już jednolita, dodajemy ubite białko i delikatnie mieszamy mikserem na najmniejszych obrotach.


Torcik:
Jedną małą cukinię dokładnie myjemy i osuszamy. Kroimy ją w cienkie plastry wzdłuż. Plastry rozkładamy na pokrytej papierem do pieczenia blasze, delikatnie zwilżamy oliwą z oliwek i pieczemy w 180 stopniach przez mniej więcej 15 minut. Plastry powinny być mięciutkie i lekko wilgotne.

Wyjmujemy ostudzony biszkopt z formy i wykrawamy w nim 3 koła. Użyłam do wykrawania największego kubka jaki posiadam (tort musiał wystarczyć na 2 labradory). Jeśli postanowicie zrobić torcik w wersji mini, kółka możecie wyciąć szklanką. Będziecie też potrzebować mniej kremu. Proporcje jego składników można wtedy zmniejszyć o połowę.

Spody przekładamy kremem. Ja zrobiłam to na odwróconej do góry dnem miseczce. Tak było mi znacznie wygodniej. Krem rozprowadzamy też z wierzchu i na bokach. Boki torciku owijamy ostudzonymi plastrami cukinii. Ważne, by cukinia nie była ciepła, bo może rozpuścić krem. Z wierzchu dekorujemy łososiem i koperkiem. Schładzamy w lodówce przez minimum godzinę.



czwartek, 20 marca 2014

O liście pełnej wyzwań i nietypowym urodzinowym torcie

 Ach, co to był za dzień. Intensywny do szpiku. Najpierw kolejny poranek pełen rewolucji kuchennych, bo za punkt honoru wyznaczyłam sobie opracowywanie minimum 4 psiepisów dziennie, a dni wciąż jeszcze krótkie i pochmurne, więc żeby zrobić przyzwoite zdjęcia muszę się mocno spieszyć. Darek od rana a to na budowie, a to na spotkaniu z klientem, a to znowu w domu, ale w pracy. Zabiegani i zamyśleni kręciliśmy się wokół własnych spraw, a Majcia cichutko leżała na posłanku i zastanawiała się, czy przypadkiem o niej nie zapomnieliśmy...


A czy moglibyśmy zapomnieć o najwierniejszym, najczulszym i najmądrzejszym przyjacielu, jakiego kiedykolwiek mieliśmy? Nigdy w życiu! Już kilka dni temu zrobiłam listę rzeczy, o których mogła marzyć Maja. Nie było to wbrew pozorom takie trudne. Z Majcią znamy się już, jak dwa łyse konie. I tak na pierwszym miejscu znalazła się kąpiel w jeziorku. To nie byle rzecz. Buba wskakuje do wody regularnie, ale dla Mai stromy brzeg stanowi barierę nie do pokonania. Znalazłyśmy jednak dogodne zejście i zapytałyśmy rezydującego tam wędkarza, czy by nam na chwilę nie ustąpił kąpieliska. Spodziewałam się, że coś mi tam nie po sportowemu odburknie, ale nie. Okazało się, że też ma pieska na emeryturze i był bardziej niż pomocny. Obuty w wysokie kalosze wszedł nawet razem z Mają do wody, żeby w razie czego pomóc jej przy wychodzeniu. Majcia zanurzyła tylko łapki, ale w chwili gdy stanęła w wodzie na jej pysku pojawił się taki banan, że aż słońce zaświeciło nad Warszawą.



Numerem dwa na liście było porządne gziochanie- takie, jakiego jeszcze nie było. No więc gziochaliśmy przez cały dzień. Kto tylko przechodził obok Mai, ten zaraz ją gziochał. Gziochać trzeba było zresztą podwójnie, bo przecież musimy nasze dziewczyny traktować po równo. Gziochali też wszyscy znajomi na spacerze, gziochała pani dbająca o porządek na naszej klatce, gziochała pani z administracji osiedla i pan ochroniarz. Przez telefon pogziochała nawet mama.


Numerem trzy był tort. Koniecznie z łososiem i duuużą ilością pysznego kremu. Pracowałam nad nim cały ranek i... nie mam pewności, czy Maja w ogóle poczuła jego smak. Chapsnęła swój kawałek i połknęła, jak ostrygę. Buba najpierw zjadła łososia (czego innego można się spodziewać po psie uzależnionym od ryb), a potem z błogim spojrzeniem zlizywała krem zupełnie się nie spiesząc, czym doprowadzała Maję do szału. Mamy podejrzenia, że robiła to specjalnie. A gdy michy były już wylizane na czysto, my otworzyliśmy szampana i usiedliśmy na kanapie, żeby choć na chwilę zwolnić tempo.


Numer cztery został zrealizowany już wczoraj. Wieczorem do naszych drzwi zapukał Pan Kurier i przyniósł zamówienie z zaprzyjaźnionego sklepu zoologicznego. Podając mi zawiniątko nieopatrznie ścisnął je w odpowiednim miejscu, na co zawiniątko zapiszczało tak, jak potrafią piszczeć tylko zabawki dla psów. No i cały mój misterny plan legł w gruzach. Nie mogłam już udawać, że to jakieś tam nieistotne rzeczy dla mnie, jakieś ciuchy, czy przyrządy do kuchni. Wyszło szydło z worka, Buba wlepiła we mnie swój pytający wzrok, a pytanie brzmiało: "Piłeczka?" I tak oto Buba dostała piszczące nie-wiadomo-co, a Majcia wymarzoną pluszową zabawkę do przynoszenia wszystkim gościom, nawet tym nieproszonym. Poprzedniego pluszaka zeżarła jej Buba.


Numer piąty i ostatni, choć niewykluczone, że najważniejszy. Obiecałam Majusi, że na łamach bloga (a więc oficjalnie) zrobię dwie rzeczy. Oto one:
Po pierwsze primo, w imieniu Majci dziękujemy Wam wszystkim. Za to że jesteście, za to że śledzicie losy naszej wesołej bandy i za to, że trzymacie za Majcię kciuki.
Po drugie primo, również w imieniu Majci pozdrawiamy serdecznie Pana Weterynarza, który 3 lata temu sugerował, że psa trzeba uśpić, bo nie ma wyjścia. Znaleźliśmy wyjście i wyważyliśmy je na oścież.

A dziś możemy z dumą powiedzieć, że nasza seniorka ma 14 lat i żyje pełną piersią.

Sto lat, Majeczko!
  

czwartek, 13 marca 2014

Algi Wszechmogące, czyli psy grają w zielone

Zastanawiam się, co napisać i... nie wiem, od czego zacząć. Algi cudownym składnikiem są. Dlaczego? I tu pojawia się problem, bo jeśli podejdę do sprawy rzetelnie, to zanim się obejrzę powstanie nie wpis na blogu, ale cała książka. 

Ale od początku. Spirulina, bo o tym rodzaju sinic będzie tu mowa, to cyjanobakteria. Istnieje na świecie od milionów lat i, co tu dużo mówić, ma niemal wszystko to, co nam do zdrowia potrzebne. W zdecydowanej większości składa się z białka. Stanowi więc świetny suplement diety dla sportowców i rekonwalescentów.

Ale łatwo przyswajalne białko, to nie wszystko. Ten niepozorny, szmaragdowy proszek jest prawdziwą bombą witamin i minerałów- również tych rzadziej spotykanych, a nie mniej ważnych dla naszego zdrowia. w sumie daje to ponad 4000 drogocennych składników odżywczych. Witaminy z grupy B, magnez, beta-karoten, 8 róznych aminokwasów, których nasz organizm nie jest w stanie wyprodukować sam... Wszystko zaklęte w jednej łyżeczce zielonego proszku, bo właśnie taka ilość wystarczy, by odczuć na własnej skórze działanie spiruliny.

Ano właśnie. Na co konkretnie pomaga spirulina? Na włosy, paznokcie i skórę. Pomaga tez leczyć objawy uczuleń i poprawia odporność organizmu. Uzupełnia niedobory magnezu, pomaga kontrolować poziom cukru w cukrzycy oraz wspomaga pracę mózgu, wątroby i nerek. Ma też potwierdzone badaniami działanie antynowotworowe. 

Pamiętacie Papaja? Tak, to ten gość z fajką. Po zjedzeniu porcji szpinaku z jego uszu buchała para i stawał się silny niczym wół. No cóż. Powiedzmy, że gdyby Papaj skosztował spiruliny, wystrzeliłby w kosmos i wrócił pięścią do przodu zupełnie, jak Superman. 

Nie wiem, jak Was, ale mnie to przekonuje ;) Wymyślam i knuję, jakby tu spirulinę przemycić do naszej codziennej kuchni. Mam małe obawy, że jej kolor i specyficzny (choć moim zdaniem nie nieprzyjemny) zapach mógłby nie przypaść do gustu Darkowi. A tymczasem wypróbowałam szmaragdowy eliksir na naszych psicach. Były zachwycone! Chrupały, aż im się uszy trzęsły.

Ciasteczka ryżowe z algami


Składniki:

  • 100g filetu białej ryby morskiej bez ości (użyłam dorsza)
  • 100g masła (½ kostki) w temperaturze pokojowej
  • 2 żółtka
  • 2 szklanki mąki ryżowej
  • łyżeczka sproszkowanej spiruliny
  • łyżka gęstej śmietany
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 – 2 łyżki wody
  • ewentualnie łyżka posiekanego koperku

Mięso ryby, masło, żółtka i śmietanę ucieramy w malakserze. Mąkę łączymy z proszkiem do pieczenia i spiruliną. Dodajemy masę, koperek i łyżkę wody. Wyrabiamy ciasto, aż wszystkie składniki się połączą. Ciasto powinno być w miarę spójne, ale kruche i ziarniste. Jeżeli kruszy się tak bardzo, że nie można uformować małych kulek, dodajemy jeszcze jedną łyżkę wody i ponownie wyrabiamy.

Formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy je na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Każdą kulkę przyciskamy delikatnie kciukiem. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 20 minut.

wtorek, 11 marca 2014

O klonowaniu godzin, czyli azjatycka wołowina z warzywami

- Już czwarta? - pytam przerażona. - A gdzie się podziała trzecia, druga i pierwsza?
- Ja się pytam, gdzie się podziało całe przedpołudnie? - wzdycha znad komputera Darek.
- Matko jedyna, musimy wymyślić jakiś sposób na sklonowanie godzin. Inaczej się nie wyrobimy.

I tak już od kilku tygodni. I choć Darek jest do tego stanu rzeczy przyzwyczajony, bo wiosna w zawodzie architekta to zawsze natłok pracy, ja...

Tu i teraz, publicznie chciałabym wyrazić swój podziw dla kobiet robiących karierę. Bo praca na pełnych obrotach oznacza dla kobiety nie jeden, ale kilka etatów. Poza byciem kobietą pracującą jest się jeszcze nianią, pielęgniarką, pomocą domową i kucharzem. A wszystkimi tymi zawodami trzeba zarządzać jak wybitnej klasy manager. I weź tu się jeszcze uśmiechaj i bądź piękna! Kochane! Szacun!

Ja mam tylko 2 psy, nie mam dzieci, mam cudownego narzeczonego i wyjątkowo przyjemną pracę. A są dni, że nie wiem w co ręce włożyć. Dopiero co był poranny spacer, usiadłam na chwilę żeby popracować, ale nie zdążyłam nawet zacząć, a tu już trzeba pomyśleć o obiedzie i zanim się zorientuję- wychodzimy na wieczorny spacer, po którym nie mam już na nic więcej siły.

No cóż. Trzeba sobie jakoś radzić. Na całe szczęście nasz świat wywrócił się do góry nogami tylko na moment. Gdy książka będzie gotowa, wszystko wróci do normy. A tymczasem uskuteczniam w kuchni przepisy pyszne, ale bardzo szybkie. Jeśli się da, to przy użyciu jednej patelni :)

Azjatycka wołowina z warzywami


Składniki:
300g wołowiny (np. rostbef)
ulubione warzywa drobno pokrojone (zaraz wyjaśnię)
łyżka startego, świeżego imbiru
2 posiekane ząbki czosnku
1/4 łyżeczki chilli
3 łyżki oleju ryżowego (ewentualnie oleju słonecznikowego)
3 łyżki sosu ostrygowego
2 łyżki sosu sojowego

Całe danie przygotowujemy na jednej patelni lub woku. Tajny sposób (opracowany przez Azjatów do perfekcji) polega na dorzucaniu kolejnych składników w odstępie 2 - 3 minut. Właśnie kolejność ma tu największe znaczenie. Dodatki są właściwie dowolne i ogranicza je jedynie Wasza wyobraźnia i smak. Zawsze jednak zaczynami od dodatków twardszych (potrzebujących dłuższej obróbki termicznej), a kończymy na tych miększych. Gdy na patelni znajdą się już pierwsze składniki, trzeba będzie działać sprawnie. Dlatego najlepiej jest wszystko przygotować sobie zawczasu.

Sos ostrygowy łączymy w szklaneczce z sosem sojowym. Czosnek rozgniatamy i szatkujemy, imbir ucieramy i posypujemy chilli. Wszystkie dodatki, które tego wymagają, drobno kroimy w kostkę lub zapałkę.  Zanim zabierzemy się za smażenie, możemy też przygotować ryż lub makaron ryżowy.

Na początku na rozgrzany olej ryżowy ląduje bezapelacyjnie wołowina. Koniecznie pokrojona w cieniutkie plasterki. Następnie warzywa, najwięcej 5-6 rodzajów w ilości około pół szklanki. Ja użyłam:
- marchew (starta obieraczką do warzyw na cienkie listewki)
- kilka rozdrobnionych różyczek brokułu
- połowa czerwonej papryki
- cebula (pokrojona w piórka)
- połowa białej części pora (pokrojona w talarki)
- kukurydza i groszek
- garść kiełków rzodkiewki

Wszystkie te składniki dodajemy w odstępie mniej więcej 2 - 3 minut co jakiś czas mieszając. Wyjątkowo twardym składnikom możemy podarować jeszcze jedną lub dwie minuty (marchewce i brokułom). Na koniec dorzucamy czosnek i imbir z chilli. Mieszamy i polewamy sosem. Wyłączamy ogień i trzymając jeszcze chwilę na patelni, mieszamy ze sobą wszystkie składniki. I gotowe! Prosto i szybko.



sobota, 8 marca 2014

Czym pachnie wiosna, czyli cynamonowo-bananowe ciasto z jabłkami

Ostatnie zimowe ciasto już spałaszowane. Nawet okruszki nie zostały. Za oknem słońce aż prosi, by wyjść, wystawić listki na jego ciepły blask. Cały świat dokoła aż buzuje życiem, wciąż jeszcze ukrytym tuz pod powierzchnią. Pod powierzchnią ziemi, pod powierzchnią wody i pod powierzchnią skóry. Darek już od tygodnia chodzi uśmiechnięty. Nie trzeba go już zachęcać do wspólnego spaceru z psami.

- Czujesz? - pyta podekscytowany. - Już wiosna. Już pachnie zgniłą ziemią.

Kiwam ze zrozumieniem głową, choć dla mnie wiosna pachnie jeszcze inaczej. Ogórkowym zapachem wody w jeziorku, wilgotnym zapachem porannej mgły i... mokrym psem śpiącym smacznie po spacerze. Wszystkie te zapachy są podejrzanie związane z wodą. No cóż... W końcu pochodzę znad morza.


Cynamonowo - bananowe ciasto z jabłkami

Składniki:
  • 100g masła (1/2 kostki)
  • jeden średni, niezbyt dojrzały banan
  • 250g mąki pszennej
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 150g cukru trzcinowego
  • 2 jaja
  • łyżeczka zapachu waniliowego
  • 75 ml tłustego mleka
  • 3 średnie, twarde jabłka (np. ligol)
  • łyżka cynamonu
  • cukier puder
2 jabłka obieramy ze skórki i kroimy w kosteczkę. Trzecie jabłko dokładnie myjemy, kroimy w ćwiartki i oczyszczamy z gniazd nasiennych. Ćwiartki kroimy w cienkie plasterki. Będziemy je później układać na wierzchu.

Masło rozpuszczamy w garnuszku i studzimy. Ucieramy je z bananem, zapachem waniliowym, mlekiem, jajkami i cukrem. Uwielbiam przepisy, w których wszystko wystarczy wrzucić do malaksera i utrzeć ;)

W oddzielnej misce mieszamy ze sobą składniki sypkie (mąkę, proszek, sól i cynamon). Dodajemy zmiksowaną masę i mieszamy. Ciasto powinno mieć dosyć gęstą konsystencję. Na koniec dodajemy jabłka pokrojone w kostkę i znowu delikatnie mieszamy.

Nastawiamy piekarnik na 190 stopni (bez termoobiegu). Przekładamy ciasto to wyłożonej papierem tortownicy i równomiernie je rozprowadzamy. Na wierzchu układamy plasterki jabłka skórką do góry na kształt rozety. Najlepiej jest zacząć od zewnątrz i zbliżać się do środka. Jabłka delikatnie oprószamy cukrem pudrem.

Pieczemy godzinę i sprawdzamy patyczkiem. Ciasto powinno być wilgotne, ale nie może kleić się do patyczka. W razie potrzeby pieczemy kolejne 10 minut.


piątek, 7 marca 2014

Na pożegnanie zimy

Gdy zima powoli dobiega końca, moim ulubionym zajęciem w wolnej chwili jest doszukiwanie się pierwszych oznak wiosny. To tu, to tam odnajduję świeże i soczyste pączki na gałązkach krzewów, przebiśniegi przebijające się przez zeszłoroczne liście i nowe gniazdka zakładane przez ptaki w goluteńkich jeszcze konarach drzew. 

Na wczorajszym spacerze z Bubą zauważyłam też, że krzyżówki na naszym jeziorku ewidentnie pływają już w parach. Kaczory, które zwykle lubią towarzystwo innych kaczorów, nie odstępują teraz swoich pań ani na krok i prężą dumnie pierś przed każdym potencjalnym rywalem. Nie, wcale nie różnimy się tak bardzo od zwierząt. Gdy tylko z jajeczek wyklują się malutkie kaczątka, kaczory znowu wybiorą towarzystwo kumpli. Będą dyskutować o przebiegach i tłumikach. A gromadka małych kaczątek będzie na głowie pani kaczki. Takie życie... :)

Na działkach spotkałyśmy też kurki. Nie wiem, czy mają coś wspólnego z wiosną, ale taki widok, to nie lada gratka w samym środku wielkiego miasta. Buba widziała żywe kury pierwszy raz w swoim życiu. Mój rudy mieszczuch potrafi wystartować z groźnym bulgotem do owczarka niemieckiego, ale mało się nie posiusiał ze strachu na widok kury. Drób zresztą zupełnie nie zwracał na psa uwagi i spokojnie skubał trawkę, co tym bardziej zafrapowało Bubę. No bo, jak to? Ptaki, które nie uciekają i których nie da się w związku z tym gonić? Bez sensu.

Wracając do domu zauważyłam w wodzie wyjątkowo przerośniętą wydrę. Pluskała się w wodzie i wyławiała z dna patyki. W sumie to przypominała trochę psa ;) A po powrocie postanowiłam pożegnać zimę na mój ulubiony sposób. Upiekłam ostatnie w tym roku zimowe ciasto. Dlaczego zimowe? Bo z mnóstwem cynamonu i jabłek. Przepis wieczorem :) 









środa, 5 marca 2014

O kwaszeniu kapusty i nieotwartej restauracji

Dziś urodziny mojego dziadziusia. Jedynego w przenośni i dosłownie (nie miałam okazji poznać mojego drugiego dziadka, choć z opowieści wiem, że był prawdziwym dżentelmenem). Z niecierpliwością czekam, aż pora zrobi się na tyle przyzwoita, by zadzwonić. Choć coś mi mówi, że dziadzio już dawno nie śpi. Może właśnie w tej chwili kroi coś i miesza na dzisiejszy obiad...

Wiele razy zastanawiałam się skąd się we mnie wzięła ta ochota do gotowania i pieczenia. I choćbym znalazła nie wiem, jak elokwentne rozwiązanie, wszystko i tak sprowadza się do domu moich dziadków. A był to dom dosyć nietypowy, jak na tamte czasy. Nietypowy, bo w kuchni rządził dziadzio. Babcia jest niekwestionowaną królową szarlotek :) Ale gołąbki, zraziki po węgiersku i sałatki świąteczne- to już terytorium dziadka. A gdy pomyślę, że nie jestem jedyną wnuczką dziadka, która ma w życiu coś wspólnego z kuchnią, to myślę sobie, że pewne rzeczy jednak zostają w rodzinie.


Dziadzio należy do tych osób, których po prostu nie da się opisać w kilku prostych zdaniach. Ba! Na opowiedzenie Wam o dziadku nie starczyłoby nawet całej książki. Trzeba by było przytoczyć wszystkie anegdoty z jego barwnego życia, wszystkie wspomnienia z jego licznych podróży (rzadko kiedy turystycznych, a częściej życiowych) i wszystkie te zabawne sytuacje, w których dziadzio grał na pierwszych skrzypcach, a czasem na nerwach babci.

Ja pamiętam, jak w piwnicy kwasiliśmy kapustę, a ilość zielonych główek do poszatkowania była- jak przystało na byłego wojskowego- ogromna. Pamiętam, jak na każde święta przygotowywaliśmy sałatkę z gotowanych warzyw. Dziadek dawał mi łyżkę i pytał:
- I co myślisz, mój pomocniku? Czy trzeba czegoś dodać?

Pamiętam też, jak się z dziadkiem umawialiśmy, że w przyszłości otworzymy restaurację. Dziadzio miał gotować, a ja podawać gościom. Nic nie wskazuje na to, że tak się stanie, choć może w pewnym sensie już się tak stało. Od samego początku blog jest takim zaproszeniem do naszego domu. Do stołu i do kuchni. I do naszych serc. I choć z pewnością do gwiazdki Michelina nam daleko, to chciałabym, żebyście odwiedzając nas tutaj posmakowali choć ociupinkę tej domowej atmosfery, którą ja pamiętam jeszcze z domu dziadków. A kto wie? Może usiądziemy kiedyś wszyscy przy wspólnym stole... Dziadzio zniknie na chwilę w kuchni, by wrócić z talerzami pełnymi sycącego krupniku. Zegar wybije swoje powolne bim bam bom, a zanim skończy, zapomnimy o zmartwieniach i zasłuchamy się w jedną z opowieści dziadka...

poniedziałek, 3 marca 2014

Zmiany, zmiany...

Wciąż szukamy nowych sposobów na polepszenie komfortu życia naszych psiaków. Zabrzmiało to dosyć oficjalnie ;) A chodzi po prostu o kochanie. Kocham- dbam. To oczywiste, że dla najbliższych chcemy, jak najlepiej. Dlatego wymyślamy tysiące sposobów, by przemycić warzywa do diety naszych dzieci. Dlatego stajemy na głowie, by zachęcić naszą druga połowę do oderwania się od pracy i spędzenia soboty na świeżym powietrzu. Dlatego też zaglądamy na tył opakowania psiej karmy i z wikipedią w zasięgu wzroku czytamy tabele ze składem kolorowych kuleczek.

Mam nadzieję, że nie zapeszę, jeśli powiem, że szykuje się duży projekt wydawniczy dotyczący właśnie psiej miski. A konkretnie tego, co do niej trafia. Praca wre, otoczyłam się opasłymi tomami bibliografii weterynaryjnej... Czytam i sprawdzam, zanudzam zaprzyjaźnionego weterynarza dociekliwymi pytaniami i powoli dochodzę do wniosku, że sucha karma, którą do tej pory podawałam dziewczynom na śniadanie i obiad może wcale nie być takim znowu najlepszym wyjściem. Może nie jest też najgorszym, ale na pewno pozostawia wiele do życzenia. No bo- tak na chłopski rozum- skąd producent znanej karmy mógłby wiedzieć, jakie potrzeby żywieniowe mają moje psice. Nie mówiąc już o ich indywidualnych upodobaniach. Przecież tylko ja wiem, że Majcia to wątróbkowy potwór, a Bubol jest uzależniona od zapachu wędzonej rybki ;)

A tak na poważnie. Powoli odkrywam zalety żywienia psiaków posiłkami przygotowywanymi w domu. Na efekty mojej pracy będzie trzeba jeszcze troszkę poczekać, powinny się pokazać w druku na jesieni. Tymczasem przestawiam nasze panny na domowe jedzenie. Zaczynamy powoli- gotowanymi obiadami. Na śniadanie nadal chrupki. Maja ma już swoje lata i takie nagłe rewolucje są raczej nie dla niej.

Jesteśmy już po pierwszym obiedzie. Wniosek? Muszę kupić jakieś gumowe podkładki pod miski. Były wylizywane tak namiętnie, że z kuchni zawędrowały do sypialni ;)

Psia micha nr 1

  • 300g filetu z indyka pokrojonego w nieduże kawałki
  • 150g gotowanych brokułów
  • mała marchewka ugotowana
  • łyżka jogurtu koziego
  • 220g ryżu naturalnego
  • łyżka oleju z ryżu
  • łyżka nasion dyni
  • szczypta pietruszki i lubczyku 
Gotujemy ryż (należy odmierzać ryż po ugotowaniu). Mięso podsmażamy na oleju i odstawiamy. Ugotowane i przestudzone brokuły miksujemy z jogurtem. Nasiona dyni i zioła ucieramy w moździerzu lub rozdrabniamy w malakserze.

Podajemy mięso na ryżu, polane sosem brokułowym. Ozdabiamy plasterkami marchewki i posypujemy nasionami dyni z ziołami. Jeśli Wasz psiak lubi wyskubywać najlepsze kąski, a resztę zostawiać, możecie wszystko po prostu wymieszać :)

* Podane ilości wystarczą na przygotowanie całodniowego posiłku dla jednego psa o wadze 30 kg (labrador). Jeśli karmicie psa 2 razy dziennie, trzeba ilość składników podzielić na pół. 
* Posiłek skomponowany jest według zasady 40% protein / 30% zbóż / 30% warzyw
* Nasiona i ziarna (np. pestki dyni) podawane psom powinny być rozdrobnione. Inaczej nie zostaną strawione.
* Psi układ pokarmowy nie radzi sobie z trawieniem surowych warzyw. Powinny być ugotowane i dodatkowo rozdrobnione.