środa, 12 lutego 2014

Wolniej, proszę!

W sklepowej kolejce do kasy słyszę i czuję na swoim ramieniu zdenerwowanie pewnej pani. Starszy pan przede mną rozpakowuje swój koszyk. Nie spieszy się i ostrożnie wyjmuje z koszyczka kolejne przedmioty. Widać gołym okiem, że stara się powstrzymywać drżenie rąk. Moment nieuwagi i słoiczek z przecierem pomidorowym mógłby pofrunąć na kafelki. Gdy w pewnym momencie przypomina sobie, że zapomniał o śmietanie, pani stojącej za mną już na dobre puszczają nerwy.

- No bez przesady! Nie mam całego dnia na zakupy!

Odwracam się do Pani Zabieganej i oferuję, że ustąpię jej miejsca. W końcu mam tylko kilka rzeczy. To łagodzi nieco obyczaje. Starszy pan wraca z kubełkiem śmietany i już po chwili kolejka rusza dalej. Widząc, co Zabiegana Pani wyjmuje z koszyka czuję się trochę, jakbym odnalazła właściwe puzzle brakujące do układanki. Kilka puszek napoju energetycznego, zupki w proszku, kaszka dla dzieci instant, obiad w słoiku… Cały koszyk pełen pośpiechu.

Wracam do domu, ale przez resztę dnia coś nie daje mi spokoju. Nie mam całego dnia na zakupy- powiedziała. Ja nie mam całego dnia na pisanie. Moja praca nad kolejnym tekstem zwykle wygląda, jak przeprowadzanie skrzętnie zaplanowanego napadu na bank. Wykradam czas, jak całkiem profesjonalny złodziej. Gdzieś pomiędzy sprzątaniem, gotowaniem, spacerem z psami i organizacją życia we dwoje. Gdy już dopadnę komputera i żaden kryzys domowy nie wisi nad głową gotowy spaść z trzaskiem, mam wrażenie, że tracę tylko czas. Zamiast pisać, zastanawiam się i dumam, a czas leci nieubłaganie. Co chwilę spoglądam na zegarek w prawym dolnym rogu ekranu tylko po to, by zdać sobie sprawę, że lada moment przyjdzie czas na kolejny spacer, na kolejne gotowanie, czy sprzątanie. Wykonuję prawdopodobnie jedną z najpowolniejszych prac na świecie- piszę, a i tak mam wrażenie, że wciąż gdzieś się spieszę. Wolę nawet nie myśleć, co na ten temat miałby do powiedzenia manager dużej firmy (choć nie ukrywajmy- prowadzenie domu to też sztuka zarządzania).


Po książkę „Pochwała powolności” Carla Honoré sięgnęłam za namową znajomej. Dużo i często ostatnio mówię o świadomym gotowaniu i potrzebie powrotu do korzeni jeśli chodzi o wartości rodzinno-domowe. Stąd pewnie taka propozycja. O książce wiedziałam tylko tyle, że ma związek z popularnym ostatnio, zwłaszcza w kuchni, ruchem Slow. Obawiałam się troszkę, że będzie to coś w rodzaju obszernego peanu na rzecz pewnej ideologii. Obawiałam się indoktrynacji. Uff... Na szczęście byłam w błędzie.

Już na pierwszych stronach znalazłam pytanie, które w takiej, czy innej formie sama sobie od dawna zadaję. Jak to możliwe, że nasi dziadkowie i rodzice potrafili znaleźć czas na wszystko? Pracowali- w przypadku moich dziadków była to praca o niebo trudniejsza, niż jakiekolwiek zajęcie, które ja kiedykolwiek wykonywałam- a mimo to mieli jeszcze czas na utrzymywanie bliskich więzi z rodziną, znajomymi i sąsiadami. Mieli czas na czytanie nam bajek na dobranoc i gotowanie domowych obiadów. Mieli czas na letni wyjazd nad jezioro i na obejrzenie wieczornych wiadomości. Mieli czas na książkę i na spacer. Na świecie jestem ja i mój brat, więc rodzice mieli też czas na uprawianie miłości. Mieli czas na rozwój duchowy, czy to w formie niedzielnej mszy, czy w formie wyjścia do teatru. Jak to się dzieje, że my wciąż narzekamy, że nie mamy czasu na nic? Ot, paradoks czasów współczesnych. Im więcej mamy przedmiotów ułatwiających i przyspieszających wykonywanie różnych czynności, tym mniej mamy czasu. Coraz szybsze samochody zabierają nas w kilkanaście minut na drugą stronę miasta, a my i tak narzekamy stojąc w korku. Sprzęty domowe wykonują większość prac za nas, a my i tak narzekamy: „Muszę znowu zrobić pranie!” Internet umożliwia nam wysyłanie i odbieranie wiadomości właściwie w trakcie ułamka sekundy, a potrafimy dostać białej gorączki, gdy komputer na chwilę się „zawiesi”.

Cudownie podsumowała nasze nastawienie do życia znana Wam z Gwiezdnych Wojen aktorka Carrie Fischer: „Nawet natychmiastowa gratyfikacja nie jest wystarczająco natychmiastowa”. Zachowujemy się, jak małe dzieci wpadające w sklepie w szał, bo chcemy mieć to czy tamto teraz, natychmiast! Świat oszalał na punkcie prędkości i maniakalnego wręcz zapełniania czasu zajęciami.  Wystarczy spojrzeć na grafik niejednego dziecka, by stwierdzić, że jest wypełniony szczelniej, niż grafik dorosłych. Moja znajoma pochwaliła się ostatnio na portalu społecznościowym, że pracowała do 9 wieczorem, a po pracy udało jej się jeszcze skoczyć na siłownię. Ludzie żyjący w większych miastach zaczynają powoli przypominać niestrudzone króliczki z reklamy pewnej marki baterii. Media mają zresztą swój wkład w rozpowszechnianiu tej nerwicy na punkcie czasu. Większość reklam prezentowanych między programami zachęca do kupna czegoś, co pozwoli nam żyć jeszcze szybciej i jeszcze wydajniej. Tabletki z magnezem na zmęczenie, witaminy na odporność (żeby broń Boże nie iść na zwolnienie), szybszy komputer i telefon, żeby być w pracy 24 godziny na dobę. Niestety doskonale wiemy, w jakim kierunku to wszystko zmierza. W Japonii istnieje specjalne słowo na określenie śmierci z przepracowania. Rocznie z powodu karoshi umiera w kraju kwitnącej wiśni około 30 tysięcy osób.

Ktoś mieszkający na prowincji (i wierzcie mi, że dla mnie to słowo ma tylko i wyłącznie pozytywne skojarzenia- sama z takiej prowincji pochodzę) prawdopodobnie drapie się teraz po głowie i zastanawia, o czym ja w ogóle bredzę. Śmierć z przepracowania, brak czasu na przygotowanie i zjedzenie posiłku w gronie najbliższych? Faktycznie, wystarczy wyjechać te parę kilometrów za miasto, by przekonać się, że tam żyje się wolniej. A czy wolniej znaczy lepiej? Na to pytanie każdy musi znaleźć swoją własną odpowiedź. „Pochwała powolności” może w tych poszukiwaniach bardzo pomóc. Z ręka na sercu- polecam!

4 komentarze:

  1. Bardzo celne podsumowanie współczesnego "syndromu braku czasu". Jeszcze do niedawna ludziom zwykle brakowało pieniędzy, dzisiaj sytuacja nieco się zmieniła, bo większość osób narzeka na brak czasu.
    A z tymi Japończykami, to ciekawa sprawa, bo wszyscy, których miałem okazję poznać pracowali wyjątkowo wolno w porównaniu np.z Polakami, ale intensywność ich pracy, była zdecydowanie większa - pracowali dłużej, więcej czasu poświęcali na drobne zadania, co w efekcie bardziej ich eksploatowało.
    Pozdrawiam, marmurkowy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... przypomniał mi się film, który ostatnio oglądaliśmy. Jakiś gniot klasy B z Justinem Timberlake ;) Scenariusz napisano jednak wokół ciekawej idei. W filmowej przyszłości walutą stał się czas. Ludzie chodzili do fabry i pracowali by zarobić kolejny dzień życia. Całość raczej mało prawdopodobna, ale czas faktycznie powoli zastępuje pieniądze. Koniec końców pracujemy po to, by mieć czas wolny. Przygnębiająca wizja, nie sądzisz?

      Usuń
  2. Filmu z Timberlakiem nie widziałem, ani książki Carla Honoréa nie czytałem (ignorant! więcej kultury, człowieku…), ale jeżeli to nie przeszkadza, żeby podyskutować, to odpowiem na pytanie.
    Uważam, że okres modernizmu (a może ponowoczesności?) razem z maszyną parową przyniósł ze sobą potrzebę pędu. Już w samym słowie "postęp" ukryty jest dynamizm, to słowo żyje, porusza się i ucieka. Jakby człowiek stworzył doskonałego rywala, który jest zawsze o krok przed nim. Ale to nie jest bieg do ustalonego punktu, czy mety, to raczej zmaganie na ilość przebiegniętych okrążeni. Cel pogoni jest zmienny, elastycznie dostosowuje się do aktualnych warunków. Cykliczność tej bieżni sprawia, że zmaganie nigdy się nie skończy. Jednego dnia człowiek goni ku wolności, innym razem za pieniądze bierze udział w wyścigu szczurów, żeby na koniec dać się porwać w rwący nurt poszukiwania czasu.
    Przygnębiająca wizja? A może warto spojrzeć na to z innej strony.
    Kiedy wszystkich ogarnia gorączka złota, lepiej jest odsunąć się na bok, zrobić miejsce dla tłumu poszukiwaczy. I zamiast przekonywać i krzyczeć: tu złota nie znajdziecie!, lepiej jest sięgnąć do swojego wnętrza po samorodek pomysłu na ten zwariowany świat. Ale to nie znaczy, że zawsze należy stać z boku. Przeciwnie. Można przecież, jak Levi Strauss, w spokoju szyć porządne niebieskie spodnie, dla tych wszystkich, którzy zajadle atakują skały kilofami.
    Nie lubię zostawiać pytań bez odpowiedzi, dlatego tak się rozpisałem.
    Kończę, bo temat rzeczka, a czas ucieka…

    Pozdrawiam, marmurkowy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, czas zawsze ucieka. A my zawsze będziemy go do pewnego stopnia gonić. Ale mamy wybór, czy zupełnie zatracić się w tej gonitwie, czy nie :) Ps książki nie czytałeś, a piszesz, jakbys przeczytał od deski do deski ;) Pozdrawiam i dziękuję za zaangażowanie w te dyskusję. Chyba właśnie po to pisze się bloga. By poruszać. Serca, umysły...

      Usuń