czwartek, 13 lutego 2014

Spieszymy się powoli, czyli walentynkowe serduszka z pieczoną wołowiną dla psiaków

Wciąż jestem pod silnym wpływem mojej ostatniej lektury. Wydawało mi się, że ja i Darek żyjemy w miarę "normalnie". Myślałam, że w tym oceanie szybkości, jakim jest wielkie miasto, udaje nam się zachować nasze własne status quo. Im bardziej jednak przyglądam się naszemu życiu, tym więcej widzę miejsc, w których spieszymy się i pędzimy na łeb, na szyję bez wyraźnego powodu. Wpadamy w nerwicę natręctw, której głównym natręctwem jest szybkość. A koniec końców i tak nic nie udaje się nam przyspieszyć. Efekt jest tylko jeden: poddenerwowanie i frustracja.

- No szybciej! - krzyknął Darek. Bogu dzięki za przednią szybę, bo gdyby jej nie było, wychyliłby się przed maskę i z zaciętością godną pitbulla ugryzłby stojące przed nami auto w tyłek. - Nie wyspałeś się w domu!? Teraz, na światłach sobie drzemkę ucinasz? - krzyczał dalej.

Siedząc obok niego dałam się ponieść tej czasowej irytacji. Na pewno nie zdążymy - pomyślałam. Staliśmy w korku, do lotniska było jeszcze daleko, a samolot z mamą na pokładzie właśnie planowo wylądował. Spóźnimy się na lotnisko - wyliczałam w głowie swoją pospieszną mantrę - później nie wyrobimy się, żeby Darek zdążył na spotkanie z klientem, a tu jeszcze trzeba zakupy, obiad zrobić, psy wyprowadzić. O matko!

I wtedy przypomniałam sobie coś, co kilka dni wcześniej przeczytałam. "Spiesz się wtedy, gdy pośpiech może faktycznie coś zmienić". Rozejrzałam się dokoła. Za nami i przed nami ciągnął się sznur samochodów.

- Darek, ile tu może być samochodów?- spytałam.
- Nie mam pojęcia, ale nie wykluczone, że właśnie dzisiaj cała Warszawa postanowiła pojechać na lotnisko. A czemu pytasz?
- No bo zobacz. Oni wszyscy się spieszą.
- No i... - Darek powoli zaczynał rozumieć, że w tym co mówię kryje się jakiś podstęp.
- No i wcale nie jedzie się przez to szybciej, prawda?

Nastąpiła krótka cisza, po której usłyszałam, jak kierowca bierze głęboki oddech i mówi:

- Może i racja. Zresztą, jak znam twoją mamę, to pewnie wysiądzie z samolotu ostatnia i jeszcze sobie utnie dłuższą pogawędkę ze stewardessą.

I tak też było. Dojechaliśmy na lotnisko i jeszcze musieliśmy na mamę poczekać kilka chwil. Zakupy udało się zrobić po drodze, a klient przełożył spotkanie na następny dzień, bo sam utknął w korku. Wieczorem znalazłam jeszcze wolną chwilę, żeby zrobić coś dla dziewczyn. Pośpiech wcale nie był nam potrzebny.

Walentynkowe serduszka z pieczoną wołowiną


Składniki:

  • 100 g wołowiny zrazowej
  • 2 łyżki ugotowanych i startych buraków (uszczknęłam troszkę z buraczków przygotowanych na barszcz)
  • 1/2 kostki masła
  • 6 łyżek śmietany 30%
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 2 łyżki otrąb
  • łyżka mąki razowej
  • 2 żółtka
  • łyżka oleju sezamowego (wzmacnia aromat wołowiny, ale można użyć oliwy z oliwek)
  • roztrzepane jajo do smarowania
Wołowinę kroimy na mniejsze kawałki, układamy na folii aluminiowej i lekko zawijamy nie domykając folii zbyt szczelnie. Chodzi o to, by mięso się upiekło, a nie udusiło. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15 minut. Po tym czasie wyjmujemy i studzimy.

Masło rozpuszczamy w garnuszku. Lekko ostudzone umieszczamy w malakserze razem z buraczkami i śmietaną. Ucieramy na jednolitą masę. Dodajemy pieczoną wołowinę i ponownie ucieramy.

Na stolnicy lub blacie wysypujemy mąkę pszenną, razową i otręby. W środku kopczyka umieszczamy żółtka. Zalewamy całość masą i wyrabiamy. Gdy ciasto będzie już lekko wyrobione, dodajemy łyżkę oleju. Ponownie wyrabiamy. Ciasto powinno mieć konsystencję ciastoliny, którą bawią się dzieci. Jest dosyć kleiste i bardzo rozciągliwe. Po mniej więcej 5 minutach wyrabiania powinno już odchodzić od blatu. Jeśli nadal bardzo klei się do podłoża i rąk, podsypcie jeszcze jedną łyżkę mąki razowej. Wyrobione ciasto ląduje w lodówce na minimum pół godziny.

Piekarnik nagrzewamy ponownie do 180 stopni z termoobiegiem (jeśli wasz piekarnik nie ma takiej opcji, to zwiększcie temperaturę do 190 stopni). Ciasto dzielimy na pół i każdą część wałkujemy między dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość ok. 4mm. Wycinamy dowolny kształt, ściągamy niepotrzebne ciasto i papier razem z wyciętymi ciastkami zsuwamy na blachę. Smarujemy roztrzepanym jajkiem i pieczemy przez 12 minut.

Surowe ciasto można mrozić. Ciastka są dosyć trwałe. W puszeczce powinny wytrzymać około tygodnia. Ze składników podanych w przepisie wychodzi około 50 serduszek. Ciastka są twarde na zewnątrz i mięciutkie w środku. Nie rozkruszają się i dają się świetnie łamać na mniejsze kawałki.

Smacznego, psiaki!

2 komentarze:

  1. Wyglądają pięknie! Chyba się zabiorę za ich robienie :D
    Pozdrawiam,
    http://mojprzyjaciel-pies.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam! Koniecznie daj znać, jak wyszło :)

      Usuń