poniedziałek, 17 lutego 2014

O zamieszaniu i nieprzypadkowej rezerwacji stolika, czyli zakwitła nam wiosna

Zeszły tydzień był dosyć zwariowany. Najpierw dowiedzieliśmy się, że przylatuje do nas z wizytą moja mama, co zawsze wiąże się z wielką radością, ale i wielkim zamieszaniem. Moja mama należy do tych osób, za którymi nikt nie jest w stanie nadążyć, choćby nie wiem, jak się starał. Jednocześnie mama nie uznaje bezczynności, nawet pod postacią chwilowego odpoczynku. To plus jej pedantyczne skłonności powoduje, że ręce mamy pozostają w ciągłym ruchu to coś układając, to znowu coś gotując. W rezultacie przez cały zeszły tydzień wszyscy staraliśmy się dotrzymać kroku ruchliwości mojej mamy, albo po prostu schodziliśmy jej z drogi. Buba postanowiła w ogóle nie wychodzić spod łóżka w obawie przez pojawiającym się co chwila na horyzoncie odkurzaczem. Prawdopodobnie najlepiej wizytę mamy zniosła nasza niewzruszona seniorka. Maja potrafi spać smacznie nawet, gdy odkurzacz pracuje tuż pod jej nosem.


Na dzień przed przylotem mamy dopadło mnie jakieś podejrzane zatrucie. Całą noc męczyłam się i popadałam w panikę na samą myśl, że to może być Jego Kurewska Mość Rotawirus. Moje ostatnie spotkanie z jegomościem skończyło się kroplówką i tygodniem spędzonym w szpitalu. Na całe szczęście nad ranem po zatruciu nie było już śladu. No, może tylko w postaci niewyspania. Z przysłowiowymi zapałkami pod powiekami udało mi się nawet przygotować obiad powitalny dla mamy i ogarnąć wielomiesięczne pokłady niesprzątania.


W Walentynki byliśmy już tak zmęczeni, że o mały włos skończyłoby się lenistwem na kanapie. Na całe szczęście Darek wyciągnął mnie na sushi do naszej knajpki. Naszej, bo tam się poznaliśmy. Nie zamierzaliśmy świętować Walentynek, mieliśmy zaległe nasze własne święto. Mało się nie popłakaliśmy ze wzruszenia, gdy okazało się, że pani Kelnerka zarezerwowała dla nas dokładnie ten sam stolik, przy którym się poznaliśmy i przy którym później spędzaliśmy wszystkie nasze rocznice. Okazało się zresztą, że to nie przypadek.

- Już się bałam, że się państwo rozstali - powiedziała z ulgą przemiła pani Kelnerka. - Są państwo u nas co roku. Wiem, bo co roku to właśnie ja państwa obsługuję.


Gdy poprosiliśmy o rachunek, razem z kwitkiem pojawiło się na stoliku małe pudełeczko, a w nim dwa kawałki sushi z makrelą, bez ostrego chrzanu wasabi. Na pudełeczku ktoś napisał markerem: "dla piesków". Maja swój kawałek połknęła w ułamku sekundy, Buba swój dziamgała przez kilka chwil, by na koniec wylizać pyszczek Mai w nadziei, że może coś tam jeszcze znajdzie.

A gdy obudziliśmy się w sobotę rano, okazało się, że w między czasie zakwitła nam w mieszkanku wiosna.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz