środa, 5 lutego 2014

Do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć ,czyli walentynkowy wianuszek na drzwi

Nigdy wcześniej nie robiłam w domu dekoracji na dzień Św. Walentego. Gdy byłam nastolatką, ten dzień był dla mnie mocno przereklamowany. Byłam ponad to. Widok entuzjazmu z jakim moje rówieśnice pojawiały się w szkole ze spineczkami w kształcie serduszek we włosach właściwie w ogóle mnie nie dotyczył. Przez całe dzieciństwo miałam zresztą wrażenie, że jestem ciut zbyt poważna, jak na swój wiek. No dobra! Przyznaję się. Skrycie marzyłam, że znajdę w swoim plecaku podrzuconą przez kogoś walentynkę. Ale nikomu ani słowa ;)

Na studiach Walentynki właściwie w ogóle mnie nie interesowały. Dzień, jak co dzień. Zwykle zresztą wypadały w samym środku sesji. Byłam wyzwoloną singielką i moją głowę zaprzątały ważniejsze sprawy. Tyle było rzeczy, których chciało się spróbować zanim nadejdzie upragniona, choć budząca wiele obaw dorosłość. Podróże przez Europę, zapalenie jointa z przyjaciółką, rozmowy do rana przy kilku butelkach wina... Kto by się przejmował jakimś tam świętem zakochanych. Miłość też była wtedy tylko kolejną przygodą.

Dziś, gdy słyszę, jak ktoś zwraca się do mnie per Pani, nie rozglądam się już dokoła szukając wzrokiem tej osoby. Instynktownie czuję, że przekroczyłam próg dorosłości (choć nie mam bladego pojęcia, kiedy to się stało- dopiero co byłam dziewczyną, nie panią). Dorosłość ma jednak swoje zalety. Poza niekwestionowaną zaletą- mogę z czystym sumieniem odpyskować jakiemuś wrednemu dorosłemu, jest jeszcze jedna zaleta. To, co żenowało i zawstydzało, gdy byłam podlotkiem, dziś mogę już potraktować z przymrużeniem oka i... bawić się tym.


Walentynki wciąż są w moim odczuciu zwykłym chwytem marketingowym skłaniającym nas do wydawania ogromnych pieniędzy na dekoracje, sukienki, restauracje i kwiaty. Nie wieżę też, że można w jeden dzień zapewnić drugą osobę o uczuciu. Takie zapewnianie trwa całe życie i nigdy się nie kończy. Na całe szczęście.

Jest jednak w tym dniu coś szczególnego, jakiś wyjątkowo serdeczny nastrój. I jeśli te wszystkie dekoracje, sukienki, restauracje i kwiaty mają komuś sprawić przyjemność... To co mi tam!? Niech cały świat aż kipi serduszkami! Gdy tylko uda nam się spojrzeć na to z dystansem, może się okazać, że świętowanie miłości jest całkiem fajną zabawą. I wcale nie musi dużo kosztować.


Niedługo upiekę bardzo walentynkowe serduszka dla dziewczyn, w weekend postaram się znaleźć odrobinę czasu na ciasto bardzo czekoladowe z wisienką w tle, a na naszych drzwiach lada moment zawiśnie walentynkowy wianuszek z serduszkami z filcu. Darek musi jeszcze tylko zainstalować jakiś haczyk na drzwiach, żeby było na czym zaczepić.

A my? Dla nas mam niespodziankę na walentynkowy wieczór, ale to już jest materiał ocenzurowany ;)

PS Wianuszek zrobiłam z gałązek zerwanych podczas spaceru z psami. Nie bójcie się, nie jestem wandalem zieleni. Drzewka rosną na terenie budowy nowego osiedla i deweloper lada moment zrówna je z ziemią :( Kilka gałązek zwinęłam w kształt koła i związałam na końcach. Pozostałe gałązki przeplatałam dokoła tej obręczy. Całość związałam czerwoną tasiemką. Serduszka są wykonane z filcu. Dwa identyczne serduszka zszyłam ręcznie na okrętkę. Przed zaszyciem ich do końca, włożyłam do środka odrobinę waty. Każde serduszko przywiązałam u szczytu wianuszka zwykłym sznurkiem jutowym. Wyszło bardzo rustykalnie i domowo :) Myślę, że gałązki pochodziły od młodych drzewek wiśniowych, ale mogę się mylić. Drzewa umiem rozpoznawać tylko po liściach ;)

2 komentarze:

  1. Ktoś tu nie pamięta o pięknych walentynkach w LO. Co prawda nie od cudownego mężczyzny, ale co tam - były? były :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pamiętam. ba! zachowałam na pamiątkę w pudełku ze skarbami. ale wiesz, co innego walentynka od psiapsióły ze szkolnej ławki, a co innego walentynka od tajemniczego nieznajomego :)

      Usuń