środa, 26 lutego 2014

O pamiątkach z podróży i starej misce pełnej wiosny

Od kilku już tygodni utykam zieleń gdzie tylko się da. Kilka gałązek wiśni pączkuje w wazonie, hiacynty wystrzeliły kolorami i zapachami w słoiku, a na blacie kuchennym rośnie powoli szczypiorek. Mała rzecz, a cieszy. Wchodzę do kuchni i choćbym miała nie wiem, jakie góry zmywania i nie wiem, jakie morze gotowania... Wystarczy, że spojrzę na te radośnie zielone czubeczki wystające z cebulek i już mi weselej.

Już nie długo: jajecznica na masełku ze świeżym szczypiorkiem :)


Jak to zrobiliśmy:

Poprosiłam na bazarku o cebule, które już puściły szczypiorek. Z doświadczenia wiem, że te cebule, które jeszcze tego nie zrobiły, bywają kapryśne. Pani z budki z warzywami była bardziej niż szczęśliwa. Inaczej trudno by jej było sprzedać takie rosnące już cebule. Sprzedała mi je za połowę normalnej ceny, więc można powiedzieć, że były tanie, jak barszcz ;)


Gdybym zamierzała trzymać szczypiorek na balkonie, pewnie wsadziłabym nasze cebule do doniczek. W kuchni lubię jednak nieco bardziej rustykalny sposób. Wygrzebałam z szafki moją ukochaną miskę- ręcznie zdobioną i cudownie fioletową pamiątkę z podróży do Stambułu. Miseczka nie nadaje się już na salony, bo przez kilka lat zdążyła się poobijać na brzegach. Żeby nie zniszczyć jej doszczętnie i uniknąć trwałych zabrudzeń, wyłożyłam jej dno folią aluminiową. 


Podsypaliśmy ziemi, której zapas zawsze mam na balkonie tak, na wszelki wypadek i wsadziliśmy nasze cebule. Żeby było jeszcze bardziej "kuchennie" sam spód miseczki wyłożyłam zwykłym papierem śniadaniowym. Szczypiorek rośnie sobie spokojnie, wystarczy go delikatnie podlewać raz na kilka dni. A we mnie już budzi się ochota na kolejną podróż, z której mogłabym przywieźć kilka nowych skarbów :) A może to po prostu wiosna się budzi we mnie do życia...


poniedziałek, 24 lutego 2014

Szukanie wiosny, siła odśrodkowa i pizza "na szybko"

- Zuzia... - zaczęła nieśmiało buzia otulona różowym kapturkiem.
- No...
- A nie, nic.
- No powiedz.
- Nie, bo mama i tak się pewnie nie zgodzi.
- No, jak mi nie powiesz, o co chodzi, to ja nie będę wiedziała, o co mam mamę poprosić.


Nastąpiła chwila ciszy i zastanowienia. Sytuacja wyglądała na skomplikowaną, ale coś mi mówiło, że chodzi o nocowanie.

- No, dobra. Powiem ci. Ale obiecaj, że się zgodzisz.
- Dobrze zgadzam się, żebyś u nas zanocowała i poszła jutro na spacer z Bubą.
- Skąd wiedziałaś, że o to chodzi?
- Jestem wszechwiedząca.


Okazało się, że mamy wcale nie trzeba było zbyt długo przekonywać. I tak Różowy Kapturek (w tej roli moja mała kuzynka) przyjechał do nas w sobotę na obiad, a został na całą niedzielę. I tyle się działo, że gdy już Różowy Kapturek pojechał do domu, ja i Darek padliśmy, jak zabici.


Był plac zabaw, na którym opowiedzieliśmy Różowemu Kapturkowi o niezwykłym świecie sił fizycznych. Najbardziej spodobała nam się siła odśrodkowa. Układaliśmy na karuzeli wszystkie zabawki z placu, rozkręcaliśmy najmocniej, jak się dało i zastanawialiśmy się, dlaczego zabawki położone najbliżej środka nie spadają.


Był też spacer nad Wisłą, gdzie rozmawialiśmy o tym, jak to się dzieje, że rzeka czasami wylewa. Różowy Kapturek nie mógł uwierzyć, że woda może sięgać aż tam daleko- do linii drzew. Buba postanowiła nie przejmować się zupełnie tymi poważnymi rozmowami i przy pierwszej okazji wskoczyła do wody. Szukaliśmy też pierwszych oznak wiosny. Ja zauważyłam, że kaczki wygrzewają się w słońcu ewidentnie w parach mieszanych. Lada moment z ich jajeczek wyklują się małe kaczątka. Różowy Kapturek znalazł bazie. Chcieliśmy je zerwać, ale pomyśleliśmy, że bez nich krzaczek będzie wyglądał smutno. Zresztą Buba nie dałaby nam spokoju widząc, że niesiemy w ręku patyki. Darek natomiast znalazł malutkie kępki świeżej trawy, która bardzo zasmakowała Bubie.


Po powrocie Darek i Różowy Kapturek zabrali na krótki spacer Maję, a ja wrzuciłam do piekarnika pizzę na cieście wyrobionym z rana. I okazało się, że po długim spacerze i zabawie na placu zabaw nie ma nic lepszego niż ciepła pizza z piekarnika.


Pizza "na szybko"

Składniki na ciasto:
  • zaczyn 
    • 30g świeżych drożdży
    • łyżeczka cukru
    • 2 łyżki mąki pszennej
    • 300ml ciepłej wody
  • 400 g mąki
  • łyżeczka soli
  • 2 łyżki oliwy z oliwek extra virgin
Zaczyn przygotowujemy na 15 minut wcześniej. Mąkę i sól umieszczamy w dużej misce. Dodajemy zaczyn i oliwę i mieszamy chwilę mikserem z końcówkami do wyrabiania ciasta chlebowego. Jeśli nie mamy takich końcówek (albo tym bardziej miksera), możemy ciasto wyrobić ręcznie, ale wtedy pizza będzie "na szybko" tylko w nazwie ;) Zostawiamy ciasto do wyrośnięcia na minimum godzinę. Możemy w tym czasie iść poszukać na spacerze wiosny ;)

Gdy ciasto wyrośnie (powinno co najmniej podwoić swoją objętość), nastawiamy piekarnik na 200 stopni i wyklejamy blachę ciastem. Można je najpierw delikatnie zagnieść, żeby było mniej kleiste. Rozciąganie go na blasze zajmuje troszkę czasu i trzeba uważać, żeby ciasta nie podziurawić. Nie smarujcie blachy tłuszczem i nie posypujcie mąką. Odrobina oliwy w cieście sprawi, że po upieczeniu ciasto będzie ładnie odchodzić. Gdy ciasto pokryje już całą blachę, dajcie mu chwilę odpocząć. Możecie w tym czasie przygotować sos pomidorowy i składniki. Gotową pizzę pieczemy przez 10 do 15 minut. Czas zależy od ilości składników. Pizza powinna mieć lekko zarumienione boki.

Składniki na sos pomidorowy:
  • kartonik przecieru pomidorowego (500g)
  • łyżka octu winnego
  • sól i cukier do smaku
  • świeże zioła, np. bazylia i oregano
Wszystkie składniki wystarczy wymieszać i rozprowadzić na pizzy. Za wierzchu układamy ulubione dodatki pamiętając, że ser idzie na końcu ;)

Składniki na wierzch:
Wszystko, co lubicie. Ja używam zwykle tego, co akurat mam w lodówce. Tym razem na pizzy wylądowały: szynka, kukurydza, czerwona papryka, cebula i żółty ser. Nie przesadźcie jednak z ilością. Im mniej składników, tym pizza bardziej krucha. Jeśli położycie zbyt dużo pysznych rzeczy na wierzch, powstanie zapiekanka ;)

Z takich proporcji wychodzi pizza na całą blachę, czyli mniej więcej na 4 osoby.

Smacznego :) 


piątek, 21 lutego 2014

Zagraj w zielone

Pamiętam pewne ciekawe ćwiczenie z zajęć grupy teatralnej, do której należałam w liceum. Mieliśmy zdecydować, bez jakiego koloru nie potrafilibyśmy żyć. Szczerze mówiąc ja nie potrafiłabym sobie wyobrazić życia bez któregokolwiek z kolorów. Kolory działają na mnie, jak słońce na rośliny. W ich otoczeniu rosnę i rozkwitam. Głębokie i nieco melancholijne indygo, delikatny i nieśmiały pudrowy róż, ciepła i soczysta wiśnia... Wystarczy zajrzeć do mojej szafy i od razu widać, że kocham je wszystkie. Ale oddałabym całe to bogactwo tęczy za zieleń. I choć nie noszę jej na co dzień, nie wyobrażam sobie życia bez świeżej, pachnącej trawą zieleni. I tak też odpowiedziałam na zajęciach. Gdybym tylko wiedziała, że następnym ćwiczeniem będzie zagranie wybranego koloru, pewnie wybrałabym stabilny brąz, albo kamienną szarość ;)


A tymczasem wiosna zbliża się do nas w podskokach. Dziś rano Buba wygrzebała spod zeszłorocznych liści świeżą trawkę i urządziła sobie pełen wypas. Na gałązkach pojawiają się pączki, a w sercu rośnie ochota na śmiech, na słońce, na taniec i na życie. Robię, co mogę, by choć odrobinę tego wyczekiwania wiosny przynieść do domu.


A jeśli wyczekiwanie wiosny, to koniecznie hiacynty. Ja najbardziej je lubię niedbale przełożone do szklanego słoika, w którym doskonale widać, jak rosną i zapuszczają korzenie. Przypominają mi ogrodnicze eksperymenty z czasów dzieciństwa, gdy obserwowaliśmy z bratem, jak w małym słoiczku rośnie fasolka podebrana z babcinej szafki kuchennej. Na naszych oczach wydarzał się cud. Zielony cud życia.


* przybliżony koszt tej odrobiny wiosny w domu:

  • cebulki hiacyntów- 3 zł/szt. w sieci marketów budowlanych
  • ziemia- 0zł (wykopana na spacerze z psem)
  • szklany pojemnik- wygrzebany z szafy


czwartek, 20 lutego 2014

Rzucam się w wir pracy, czyli ekspresowe bananowe muffiny z żurawiną

Wszystko wskazuje na to, że do maja mój czas wolny ograniczy się do kilku godzin snu na dobę. Ruszyły prace nad projektem wydawniczym, o którym na razie nie mogę nic więcej powiedzieć. Zdaje się, że już i tak mocno się wygadałam ;) Wybaczcie. Od wczoraj chodzę, jak zaczarowana i nie rozstaję się z notesem, w którym zapisuję wszystkie pomysły. Gdybym mogła, stanęłabym teraz na swoim balkonie i z wysokości 11 piętra wykrzyczałabym całą swoją radość. Tak bardzo się cieszę! Nareszcie wydarza się coś, o czym marzyłam od dawna. Chociaż i tu los postanowił mnie zaskoczyć. 

Ale o szczegółach później. Tymczasem obiecuję nie zaniedbywać bloga i Was, kochani czytelnicy. Choć musicie mi wybaczyć- na blogu będą się teraz pojawiać głównie ekspresowe przepisy i pomysły. I tak oto ja- zwolenniczka powolnego życia- rzucam się w prawdziwy wir pracy. Trzymajcie za mnie kciuki, bo stoi przede mną nie lada wyzwanie. Czy podołam? Okaże się w maju. A tymczasem dodaję sobie energii pysznymi muffinkami bananowymi według przepisu niekwestionowanej Królowej Ekspresowej Kuchni- Nigelli Lawson. Ciut pozmieniałam, ciut dodałam. Jak to ja ;)

Bananowe muffiny z żurawiną


Składniki:

  • 3 dojrzałe banany
  • 125 ml oleju roślinnego (użyłam oleju ryżowego)
  • 2 jajka
  • 250 g mąki pszennej
  • 80 g cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • tabliczka białej czekolady
  • 100 g suszonej żurawiny
  • pół łyżeczki cynamonu i pół łyżeczki kardamonu
Banany, olej, jajka i cukier ucieramy w malakserze na gładką masę.

Nastawiamy piekarnik na 200 stopni (bez termoobiegu) i wykładamy foremki do babeczek papilotkami.

W większej misce mieszamy mąkę, sodę, proszek do pieczenia i przyprawy. Dodajemy masę bananową i mieszamy mikserem, aż składniki się połączą. Mikser nie jest zresztą konieczny, ale znacznie przyspiesza mieszanie ;) Zwykłą łyżką też dacie radę wymieszać całość. Na koniec dodajemy pokrojoną w drobne kawałki czekoladę oraz żurawinę i ponownie mieszamy (już nie mikserem).

Przekładamy do papilotek i pieczemy przez 18-20 minut. Po upływie 18 minut sprawdźcie patyczkiem, czy gotowe.

Nie wiem na czym polega ten fenomen, ale w wypiekach na bazie masy bananowej uwielbiam dodatek czekolady i żurawiny. Być może chodzi o połączenie dwóch smaków: słodkiej czekolady i kwaskowej żurawiny. Być może o kroplę żurawinowego koloru na bananowym tle. Tak, czy siak- w tych babeczkach naprawdę można się zakochać ;)

*Oryginalny przepis na bananowe muffiny Nigelli Lawson pochodzi z książki "Nigella ekspresowo".

poniedziałek, 17 lutego 2014

O zamieszaniu i nieprzypadkowej rezerwacji stolika, czyli zakwitła nam wiosna

Zeszły tydzień był dosyć zwariowany. Najpierw dowiedzieliśmy się, że przylatuje do nas z wizytą moja mama, co zawsze wiąże się z wielką radością, ale i wielkim zamieszaniem. Moja mama należy do tych osób, za którymi nikt nie jest w stanie nadążyć, choćby nie wiem, jak się starał. Jednocześnie mama nie uznaje bezczynności, nawet pod postacią chwilowego odpoczynku. To plus jej pedantyczne skłonności powoduje, że ręce mamy pozostają w ciągłym ruchu to coś układając, to znowu coś gotując. W rezultacie przez cały zeszły tydzień wszyscy staraliśmy się dotrzymać kroku ruchliwości mojej mamy, albo po prostu schodziliśmy jej z drogi. Buba postanowiła w ogóle nie wychodzić spod łóżka w obawie przez pojawiającym się co chwila na horyzoncie odkurzaczem. Prawdopodobnie najlepiej wizytę mamy zniosła nasza niewzruszona seniorka. Maja potrafi spać smacznie nawet, gdy odkurzacz pracuje tuż pod jej nosem.


Na dzień przed przylotem mamy dopadło mnie jakieś podejrzane zatrucie. Całą noc męczyłam się i popadałam w panikę na samą myśl, że to może być Jego Kurewska Mość Rotawirus. Moje ostatnie spotkanie z jegomościem skończyło się kroplówką i tygodniem spędzonym w szpitalu. Na całe szczęście nad ranem po zatruciu nie było już śladu. No, może tylko w postaci niewyspania. Z przysłowiowymi zapałkami pod powiekami udało mi się nawet przygotować obiad powitalny dla mamy i ogarnąć wielomiesięczne pokłady niesprzątania.


W Walentynki byliśmy już tak zmęczeni, że o mały włos skończyłoby się lenistwem na kanapie. Na całe szczęście Darek wyciągnął mnie na sushi do naszej knajpki. Naszej, bo tam się poznaliśmy. Nie zamierzaliśmy świętować Walentynek, mieliśmy zaległe nasze własne święto. Mało się nie popłakaliśmy ze wzruszenia, gdy okazało się, że pani Kelnerka zarezerwowała dla nas dokładnie ten sam stolik, przy którym się poznaliśmy i przy którym później spędzaliśmy wszystkie nasze rocznice. Okazało się zresztą, że to nie przypadek.

- Już się bałam, że się państwo rozstali - powiedziała z ulgą przemiła pani Kelnerka. - Są państwo u nas co roku. Wiem, bo co roku to właśnie ja państwa obsługuję.


Gdy poprosiliśmy o rachunek, razem z kwitkiem pojawiło się na stoliku małe pudełeczko, a w nim dwa kawałki sushi z makrelą, bez ostrego chrzanu wasabi. Na pudełeczku ktoś napisał markerem: "dla piesków". Maja swój kawałek połknęła w ułamku sekundy, Buba swój dziamgała przez kilka chwil, by na koniec wylizać pyszczek Mai w nadziei, że może coś tam jeszcze znajdzie.

A gdy obudziliśmy się w sobotę rano, okazało się, że w między czasie zakwitła nam w mieszkanku wiosna.


niedziela, 16 lutego 2014

O wojnie domowej słów kilka

W naszym domu od dawna toczy się mała wojna. Nietypowa wojna, bo toczona z ukrycia i właściwie bezgłośna. Do niewielkich starć dochodzi tylko czasami, gdy zbliża się weekend, a i wtedy drobne potyczki wydarzają się bez użycia siły. To wojna na argumenty.

- Co porobimy w tę niedzielę? - spytałam zajmując ustaloną pozycję na linii wroga.
- Och, no nie wiem - utworzył swoją formację obronną Darek. - Mam tyle pracy. Może posiedzimy w domku?
- No co ty? Taka ładna pogoda.
- Fakt. To możemy pojechać umyć samochód - odparł dumny, że wpadł na tak genialny pomysł.

Słowo daję, tylko mężczyzna mógłby pomyśleć, że wyprawa do myjni to świetny pomysł na spędzenie niedzieli. Chociaż po naszym aucie już nawet nie było widać, że jest niebieskie. Postanowiłam jednak, że ucieknę się do pewnego fortelu. Gdy już szykowaliśmy się do wyjścia, zapięłam Bubie obrożę i chwyciłam w rękę jej butelkę z wodą.

- A co to? - spytał Darek zdezorientowany. - Myślałem, że jedziemy umyć auto.
- Bo jedziemy. Nie masz na pewno nic przeciwko temu, żebyśmy po drodze zatrzymali się na chwilkę nad Wisłą? Bubcia tak się już nastawiła na spacerek...

Spojrzeliśmy na Bubę. Siedziała grzecznie czekając, aż otworzymy drzwi, ale zdradzała ją końcówka ogonka podrygująca radośnie. No i ten ogłupiały ze szczęścia uśmiech na pysku. Wystarczyło jedno spojrzenie na Darka, żebym wiedziała, że i tym razem odniosłam sukces. Nic tak nie rozmiękcza jego serca, jak widok uradowanej Buby.

A jak Wam minął weekend?







czwartek, 13 lutego 2014

Spieszymy się powoli, czyli walentynkowe serduszka z pieczoną wołowiną dla psiaków

Wciąż jestem pod silnym wpływem mojej ostatniej lektury. Wydawało mi się, że ja i Darek żyjemy w miarę "normalnie". Myślałam, że w tym oceanie szybkości, jakim jest wielkie miasto, udaje nam się zachować nasze własne status quo. Im bardziej jednak przyglądam się naszemu życiu, tym więcej widzę miejsc, w których spieszymy się i pędzimy na łeb, na szyję bez wyraźnego powodu. Wpadamy w nerwicę natręctw, której głównym natręctwem jest szybkość. A koniec końców i tak nic nie udaje się nam przyspieszyć. Efekt jest tylko jeden: poddenerwowanie i frustracja.

- No szybciej! - krzyknął Darek. Bogu dzięki za przednią szybę, bo gdyby jej nie było, wychyliłby się przed maskę i z zaciętością godną pitbulla ugryzłby stojące przed nami auto w tyłek. - Nie wyspałeś się w domu!? Teraz, na światłach sobie drzemkę ucinasz? - krzyczał dalej.

Siedząc obok niego dałam się ponieść tej czasowej irytacji. Na pewno nie zdążymy - pomyślałam. Staliśmy w korku, do lotniska było jeszcze daleko, a samolot z mamą na pokładzie właśnie planowo wylądował. Spóźnimy się na lotnisko - wyliczałam w głowie swoją pospieszną mantrę - później nie wyrobimy się, żeby Darek zdążył na spotkanie z klientem, a tu jeszcze trzeba zakupy, obiad zrobić, psy wyprowadzić. O matko!

I wtedy przypomniałam sobie coś, co kilka dni wcześniej przeczytałam. "Spiesz się wtedy, gdy pośpiech może faktycznie coś zmienić". Rozejrzałam się dokoła. Za nami i przed nami ciągnął się sznur samochodów.

- Darek, ile tu może być samochodów?- spytałam.
- Nie mam pojęcia, ale nie wykluczone, że właśnie dzisiaj cała Warszawa postanowiła pojechać na lotnisko. A czemu pytasz?
- No bo zobacz. Oni wszyscy się spieszą.
- No i... - Darek powoli zaczynał rozumieć, że w tym co mówię kryje się jakiś podstęp.
- No i wcale nie jedzie się przez to szybciej, prawda?

Nastąpiła krótka cisza, po której usłyszałam, jak kierowca bierze głęboki oddech i mówi:

- Może i racja. Zresztą, jak znam twoją mamę, to pewnie wysiądzie z samolotu ostatnia i jeszcze sobie utnie dłuższą pogawędkę ze stewardessą.

I tak też było. Dojechaliśmy na lotnisko i jeszcze musieliśmy na mamę poczekać kilka chwil. Zakupy udało się zrobić po drodze, a klient przełożył spotkanie na następny dzień, bo sam utknął w korku. Wieczorem znalazłam jeszcze wolną chwilę, żeby zrobić coś dla dziewczyn. Pośpiech wcale nie był nam potrzebny.

Walentynkowe serduszka z pieczoną wołowiną


Składniki:

  • 100 g wołowiny zrazowej
  • 2 łyżki ugotowanych i startych buraków (uszczknęłam troszkę z buraczków przygotowanych na barszcz)
  • 1/2 kostki masła
  • 6 łyżek śmietany 30%
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 2 łyżki otrąb
  • łyżka mąki razowej
  • 2 żółtka
  • łyżka oleju sezamowego (wzmacnia aromat wołowiny, ale można użyć oliwy z oliwek)
  • roztrzepane jajo do smarowania
Wołowinę kroimy na mniejsze kawałki, układamy na folii aluminiowej i lekko zawijamy nie domykając folii zbyt szczelnie. Chodzi o to, by mięso się upiekło, a nie udusiło. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15 minut. Po tym czasie wyjmujemy i studzimy.

Masło rozpuszczamy w garnuszku. Lekko ostudzone umieszczamy w malakserze razem z buraczkami i śmietaną. Ucieramy na jednolitą masę. Dodajemy pieczoną wołowinę i ponownie ucieramy.

Na stolnicy lub blacie wysypujemy mąkę pszenną, razową i otręby. W środku kopczyka umieszczamy żółtka. Zalewamy całość masą i wyrabiamy. Gdy ciasto będzie już lekko wyrobione, dodajemy łyżkę oleju. Ponownie wyrabiamy. Ciasto powinno mieć konsystencję ciastoliny, którą bawią się dzieci. Jest dosyć kleiste i bardzo rozciągliwe. Po mniej więcej 5 minutach wyrabiania powinno już odchodzić od blatu. Jeśli nadal bardzo klei się do podłoża i rąk, podsypcie jeszcze jedną łyżkę mąki razowej. Wyrobione ciasto ląduje w lodówce na minimum pół godziny.

Piekarnik nagrzewamy ponownie do 180 stopni z termoobiegiem (jeśli wasz piekarnik nie ma takiej opcji, to zwiększcie temperaturę do 190 stopni). Ciasto dzielimy na pół i każdą część wałkujemy między dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość ok. 4mm. Wycinamy dowolny kształt, ściągamy niepotrzebne ciasto i papier razem z wyciętymi ciastkami zsuwamy na blachę. Smarujemy roztrzepanym jajkiem i pieczemy przez 12 minut.

Surowe ciasto można mrozić. Ciastka są dosyć trwałe. W puszeczce powinny wytrzymać około tygodnia. Ze składników podanych w przepisie wychodzi około 50 serduszek. Ciastka są twarde na zewnątrz i mięciutkie w środku. Nie rozkruszają się i dają się świetnie łamać na mniejsze kawałki.

Smacznego, psiaki!

środa, 12 lutego 2014

Wolniej, proszę!

W sklepowej kolejce do kasy słyszę i czuję na swoim ramieniu zdenerwowanie pewnej pani. Starszy pan przede mną rozpakowuje swój koszyk. Nie spieszy się i ostrożnie wyjmuje z koszyczka kolejne przedmioty. Widać gołym okiem, że stara się powstrzymywać drżenie rąk. Moment nieuwagi i słoiczek z przecierem pomidorowym mógłby pofrunąć na kafelki. Gdy w pewnym momencie przypomina sobie, że zapomniał o śmietanie, pani stojącej za mną już na dobre puszczają nerwy.

- No bez przesady! Nie mam całego dnia na zakupy!

Odwracam się do Pani Zabieganej i oferuję, że ustąpię jej miejsca. W końcu mam tylko kilka rzeczy. To łagodzi nieco obyczaje. Starszy pan wraca z kubełkiem śmietany i już po chwili kolejka rusza dalej. Widząc, co Zabiegana Pani wyjmuje z koszyka czuję się trochę, jakbym odnalazła właściwe puzzle brakujące do układanki. Kilka puszek napoju energetycznego, zupki w proszku, kaszka dla dzieci instant, obiad w słoiku… Cały koszyk pełen pośpiechu.

Wracam do domu, ale przez resztę dnia coś nie daje mi spokoju. Nie mam całego dnia na zakupy- powiedziała. Ja nie mam całego dnia na pisanie. Moja praca nad kolejnym tekstem zwykle wygląda, jak przeprowadzanie skrzętnie zaplanowanego napadu na bank. Wykradam czas, jak całkiem profesjonalny złodziej. Gdzieś pomiędzy sprzątaniem, gotowaniem, spacerem z psami i organizacją życia we dwoje. Gdy już dopadnę komputera i żaden kryzys domowy nie wisi nad głową gotowy spaść z trzaskiem, mam wrażenie, że tracę tylko czas. Zamiast pisać, zastanawiam się i dumam, a czas leci nieubłaganie. Co chwilę spoglądam na zegarek w prawym dolnym rogu ekranu tylko po to, by zdać sobie sprawę, że lada moment przyjdzie czas na kolejny spacer, na kolejne gotowanie, czy sprzątanie. Wykonuję prawdopodobnie jedną z najpowolniejszych prac na świecie- piszę, a i tak mam wrażenie, że wciąż gdzieś się spieszę. Wolę nawet nie myśleć, co na ten temat miałby do powiedzenia manager dużej firmy (choć nie ukrywajmy- prowadzenie domu to też sztuka zarządzania).


Po książkę „Pochwała powolności” Carla Honoré sięgnęłam za namową znajomej. Dużo i często ostatnio mówię o świadomym gotowaniu i potrzebie powrotu do korzeni jeśli chodzi o wartości rodzinno-domowe. Stąd pewnie taka propozycja. O książce wiedziałam tylko tyle, że ma związek z popularnym ostatnio, zwłaszcza w kuchni, ruchem Slow. Obawiałam się troszkę, że będzie to coś w rodzaju obszernego peanu na rzecz pewnej ideologii. Obawiałam się indoktrynacji. Uff... Na szczęście byłam w błędzie.

Już na pierwszych stronach znalazłam pytanie, które w takiej, czy innej formie sama sobie od dawna zadaję. Jak to możliwe, że nasi dziadkowie i rodzice potrafili znaleźć czas na wszystko? Pracowali- w przypadku moich dziadków była to praca o niebo trudniejsza, niż jakiekolwiek zajęcie, które ja kiedykolwiek wykonywałam- a mimo to mieli jeszcze czas na utrzymywanie bliskich więzi z rodziną, znajomymi i sąsiadami. Mieli czas na czytanie nam bajek na dobranoc i gotowanie domowych obiadów. Mieli czas na letni wyjazd nad jezioro i na obejrzenie wieczornych wiadomości. Mieli czas na książkę i na spacer. Na świecie jestem ja i mój brat, więc rodzice mieli też czas na uprawianie miłości. Mieli czas na rozwój duchowy, czy to w formie niedzielnej mszy, czy w formie wyjścia do teatru. Jak to się dzieje, że my wciąż narzekamy, że nie mamy czasu na nic? Ot, paradoks czasów współczesnych. Im więcej mamy przedmiotów ułatwiających i przyspieszających wykonywanie różnych czynności, tym mniej mamy czasu. Coraz szybsze samochody zabierają nas w kilkanaście minut na drugą stronę miasta, a my i tak narzekamy stojąc w korku. Sprzęty domowe wykonują większość prac za nas, a my i tak narzekamy: „Muszę znowu zrobić pranie!” Internet umożliwia nam wysyłanie i odbieranie wiadomości właściwie w trakcie ułamka sekundy, a potrafimy dostać białej gorączki, gdy komputer na chwilę się „zawiesi”.

Cudownie podsumowała nasze nastawienie do życia znana Wam z Gwiezdnych Wojen aktorka Carrie Fischer: „Nawet natychmiastowa gratyfikacja nie jest wystarczająco natychmiastowa”. Zachowujemy się, jak małe dzieci wpadające w sklepie w szał, bo chcemy mieć to czy tamto teraz, natychmiast! Świat oszalał na punkcie prędkości i maniakalnego wręcz zapełniania czasu zajęciami.  Wystarczy spojrzeć na grafik niejednego dziecka, by stwierdzić, że jest wypełniony szczelniej, niż grafik dorosłych. Moja znajoma pochwaliła się ostatnio na portalu społecznościowym, że pracowała do 9 wieczorem, a po pracy udało jej się jeszcze skoczyć na siłownię. Ludzie żyjący w większych miastach zaczynają powoli przypominać niestrudzone króliczki z reklamy pewnej marki baterii. Media mają zresztą swój wkład w rozpowszechnianiu tej nerwicy na punkcie czasu. Większość reklam prezentowanych między programami zachęca do kupna czegoś, co pozwoli nam żyć jeszcze szybciej i jeszcze wydajniej. Tabletki z magnezem na zmęczenie, witaminy na odporność (żeby broń Boże nie iść na zwolnienie), szybszy komputer i telefon, żeby być w pracy 24 godziny na dobę. Niestety doskonale wiemy, w jakim kierunku to wszystko zmierza. W Japonii istnieje specjalne słowo na określenie śmierci z przepracowania. Rocznie z powodu karoshi umiera w kraju kwitnącej wiśni około 30 tysięcy osób.

Ktoś mieszkający na prowincji (i wierzcie mi, że dla mnie to słowo ma tylko i wyłącznie pozytywne skojarzenia- sama z takiej prowincji pochodzę) prawdopodobnie drapie się teraz po głowie i zastanawia, o czym ja w ogóle bredzę. Śmierć z przepracowania, brak czasu na przygotowanie i zjedzenie posiłku w gronie najbliższych? Faktycznie, wystarczy wyjechać te parę kilometrów za miasto, by przekonać się, że tam żyje się wolniej. A czy wolniej znaczy lepiej? Na to pytanie każdy musi znaleźć swoją własną odpowiedź. „Pochwała powolności” może w tych poszukiwaniach bardzo pomóc. Z ręka na sercu- polecam!

sobota, 8 lutego 2014

O malowaniu smakiem, czyli ciasto bananowe z polewą różaną

Jeżeli prawdą jest, że je się również wzrokiem, to ja to ciasto zjadam z szeroko otwartymi oczami. Jestem absolutnie zakochana w tych kolorach. Miodowo-orzechowe wnętrze poplamione gdzieniegdzie intensywnym różem żurawiny i głębokim brązem czekolady. A na wierzchu cudownie delikatna i romantyczna mgiełka bladoróżowej polewy. Gdybym była malarką, malowałabym właśnie takimi kolorami.


A jeśli chodzi o smak... To ciasto was zaskoczy. Z jednej strony ma wszystko to, co powinien mieć szanujący się bananowiec. Smakuje nieco bananowo, nieco piernikowo i jest zawsze lekko wilgotne. Z drugiej strony kryje w sobie kilka niespodzianek: lekką goryczkę gorzkiej czekolady, soczystą kwaskowość żurawiny i kwiatową słodycz polewy. Jeśli oczywiście uda Wam się przygotować polewę, zanim spałaszujecie jeszcze ciepłe ciasto.

Ciasto bananowe z polewą różaną
Składniki:

  • 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 4 dojrzałe (ale nie przejrzałe), średnie banany
  • 100 g roztopionego masła
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego (można dać ciut więcej, jeśli planujecie pominąć polewę)
  • 1 jajko
  • miąższ z jednej laski wanilii (ewentualnie łyżeczka cukru waniliowego i pół łyżeczki aromatu waniliowego)
  • 1 i 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • tabliczka gorzkiej czekolady
  • 100 g suszonej żurawiny (jeśli macie możliwość, to kupujcie na wagę, nie w opakowaniu- będzie świeższa i bardziej soczysta)



Mąkę, sodę i sól umieszczamy w większej misce. Tortownicę wykładamy papierem wyciętym w rozmiarze denka, a boki smarujemy delikatnie masłem. W malakserze ucieramy na jednolitą masę banany, masło, cukier i jajko. Masło powinno być przestudzone, aby nie ugotowało jajka ;) W garnuszku, w którym rozpuszczaliście masło zostawcie mniej więcej łyżeczkę roztopionego masła. Przyda się później do polewy.
Piekarnik nastawiamy na 170 stopni (bez termoobiegu).

Masę bananową oraz miąższ z laski wanilii dodajemy do mąki i mieszamy mikserem na średnich obrotach przez kilka minut, do uzyskania jednolitej konsystencji. Na koniec dodajemy pokrojoną w kostkę czekoladę (każdy kwadracik tabliczki dzielimy mniej więcej na 4) i żurawinę. Mieszamy ręcznie i przekładamy do tortownicy. Rozprowadzamy równomiernie i wkładamy do piekarnika. Pieczemy przez 55 minut i sprawdzamy patyczkiem. W razie potrzeby wyłączamy piekarnik i zostawiamy ciasto przez jeszcze 5 minut. Niech Was nie korci, by otwierać drzwiczki piekarnika w trakcie pieczenia. Ciasto bananowe jest dosyć ciężkie i może opaść, jeśli będziemy mu przeszkadzać ;)

Polewa:

  • tabliczka białej czekolady
  • łyżeczka masła (może być reszta masła, która zostaje z robienia ciasta)
  • łyżeczka mleka
  • 3 łyżeczki syropu z dzikiej róży
  • 3 łyżeczki konfitury z żurawin (starajcie się, by nie było większych kawałków owoców)
Całość podgrzewamy na wolnym ogniu cały czas mieszając. Gotową polewę rozprowadzamy na ostygniętym cieście. Ciasto schładzamy w lodówce, aż polewa stężeje.

Smacznego!


środa, 5 lutego 2014

Do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć ,czyli walentynkowy wianuszek na drzwi

Nigdy wcześniej nie robiłam w domu dekoracji na dzień Św. Walentego. Gdy byłam nastolatką, ten dzień był dla mnie mocno przereklamowany. Byłam ponad to. Widok entuzjazmu z jakim moje rówieśnice pojawiały się w szkole ze spineczkami w kształcie serduszek we włosach właściwie w ogóle mnie nie dotyczył. Przez całe dzieciństwo miałam zresztą wrażenie, że jestem ciut zbyt poważna, jak na swój wiek. No dobra! Przyznaję się. Skrycie marzyłam, że znajdę w swoim plecaku podrzuconą przez kogoś walentynkę. Ale nikomu ani słowa ;)

Na studiach Walentynki właściwie w ogóle mnie nie interesowały. Dzień, jak co dzień. Zwykle zresztą wypadały w samym środku sesji. Byłam wyzwoloną singielką i moją głowę zaprzątały ważniejsze sprawy. Tyle było rzeczy, których chciało się spróbować zanim nadejdzie upragniona, choć budząca wiele obaw dorosłość. Podróże przez Europę, zapalenie jointa z przyjaciółką, rozmowy do rana przy kilku butelkach wina... Kto by się przejmował jakimś tam świętem zakochanych. Miłość też była wtedy tylko kolejną przygodą.

Dziś, gdy słyszę, jak ktoś zwraca się do mnie per Pani, nie rozglądam się już dokoła szukając wzrokiem tej osoby. Instynktownie czuję, że przekroczyłam próg dorosłości (choć nie mam bladego pojęcia, kiedy to się stało- dopiero co byłam dziewczyną, nie panią). Dorosłość ma jednak swoje zalety. Poza niekwestionowaną zaletą- mogę z czystym sumieniem odpyskować jakiemuś wrednemu dorosłemu, jest jeszcze jedna zaleta. To, co żenowało i zawstydzało, gdy byłam podlotkiem, dziś mogę już potraktować z przymrużeniem oka i... bawić się tym.


Walentynki wciąż są w moim odczuciu zwykłym chwytem marketingowym skłaniającym nas do wydawania ogromnych pieniędzy na dekoracje, sukienki, restauracje i kwiaty. Nie wieżę też, że można w jeden dzień zapewnić drugą osobę o uczuciu. Takie zapewnianie trwa całe życie i nigdy się nie kończy. Na całe szczęście.

Jest jednak w tym dniu coś szczególnego, jakiś wyjątkowo serdeczny nastrój. I jeśli te wszystkie dekoracje, sukienki, restauracje i kwiaty mają komuś sprawić przyjemność... To co mi tam!? Niech cały świat aż kipi serduszkami! Gdy tylko uda nam się spojrzeć na to z dystansem, może się okazać, że świętowanie miłości jest całkiem fajną zabawą. I wcale nie musi dużo kosztować.


Niedługo upiekę bardzo walentynkowe serduszka dla dziewczyn, w weekend postaram się znaleźć odrobinę czasu na ciasto bardzo czekoladowe z wisienką w tle, a na naszych drzwiach lada moment zawiśnie walentynkowy wianuszek z serduszkami z filcu. Darek musi jeszcze tylko zainstalować jakiś haczyk na drzwiach, żeby było na czym zaczepić.

A my? Dla nas mam niespodziankę na walentynkowy wieczór, ale to już jest materiał ocenzurowany ;)

PS Wianuszek zrobiłam z gałązek zerwanych podczas spaceru z psami. Nie bójcie się, nie jestem wandalem zieleni. Drzewka rosną na terenie budowy nowego osiedla i deweloper lada moment zrówna je z ziemią :( Kilka gałązek zwinęłam w kształt koła i związałam na końcach. Pozostałe gałązki przeplatałam dokoła tej obręczy. Całość związałam czerwoną tasiemką. Serduszka są wykonane z filcu. Dwa identyczne serduszka zszyłam ręcznie na okrętkę. Przed zaszyciem ich do końca, włożyłam do środka odrobinę waty. Każde serduszko przywiązałam u szczytu wianuszka zwykłym sznurkiem jutowym. Wyszło bardzo rustykalnie i domowo :) Myślę, że gałązki pochodziły od młodych drzewek wiśniowych, ale mogę się mylić. Drzewa umiem rozpoznawać tylko po liściach ;)

niedziela, 2 lutego 2014

Bezbarwne kurteczki

- Dumna mama, czy troskliwa żona? - spytał nauczyciel jazdy na łyżwach widząc, jak biegam wzdłuż bandy z aparatem i komórką w ręku. Jednym cykałam zdjęcia próbując wykrzesać jakieś racjonalne kolory przy tak paskudnym jarzeniowym oświetleniu, drugim nagrywałam filmiki. Na jednej połowie swoją przygodę z lodowiskiem rozpoczynali dorośli, na drugiej- pierwsze kroki na łyżwach stawiały maluchy.
- Ani jedno, ani drugie - odpowiedziałam ze śmiechem wprawiając tym samym Pana Nauczyciela w niezłe zakłopotanie. - Ale z tym drugim był pan blisko. Narzeczona i ciocia - powiedziałam wskazując palcem najpierw na czapkę uszatkę, a potem na niebieską kurteczkę. - Jak im idzie?
- No cóż, do Soczi już pewnie nie zdążą, ale do Korei za 4 lata może pojadą. Tylko niech pani powie narzeczonemu, żeby mniej rękoma machał. Jeszcze trochę i odfrunie.


Spojrzałam na lewo, na czapkę uszatkę wykonującą kolejny, niezamierzony piruet. Potem spojrzałam na prawo i zobaczyłam, jak sprytna niebieska kurteczka robi wszystko, żeby tylko uprościć sobie zadane ćwiczenia. A niech mnie! Poczułam się, jak dumna mama i troskliwa żona w jednym. Co z tego, że tylko ciocia i co z tego, że bez ślubu!

Postanowiliśmy z Darkiem, że zaczniemy więcej czasu spędzać na rzeczach miłych i przyjemnych, najlepiej razem z bliskimi. Zawsze zabiegani, zawsze w pracy, zawsze zmęczeni... Koniec z tym. Życie jest jedno, jakkolwiek banalnie to brzmi. W samą porę mój kuzyn postanowił wybrać się razem z synkiem na naukę jazdy na łyżwach. Takiej okazji nie mogliśmy przegapić. Były bociany na jednej nodze, był slalom między kolorowymi talerzykami i były obite pupy i kolana. A poza tym było mnóstwo śmiechu i bardzo zdrowy sen na koniec dnia.

- Wiesz - zagaiłam, gdy układaliśmy się już do snu - gdy będziemy już mieli takie małe niebieskie albo różowe kurteczki, to będziemy co tydzień robili coś fajnego.
- Niebieskie albo różowe? To jest niezgodne z gender. Kurteczki muszą być bezbarwne.
- Jak dla mnie, to mogą być nawet zielone w ciapki bordo. Byle by były szczęśliwe i zdrowe.

A za tydzień kupujemy łyżwy i kontynuujemy naszą jazdę figurową. Na razie bardziej figurową, niż jazdę ;)