piątek, 3 stycznia 2014

O powodach do podróżowania i Małym Krytyku, czyli jest pięknie

Początek nowego roku. Uczucie ulgi, że stary już minął i można teraz zacząć znowu marzyć i planować od nowa. Z czystą kartką w ręku przyjrzeć się swojemu życiu i spisać, czego jeszcze nam potrzeba do szczęścia.

Zawsze najbardziej lubiłam początki. Początek roku szkolnego, gdy gromadziło się kredki, ołówki i zeszyty. Wszystko było takie świeże i nowe, a głowa pełna była postanowień o byciu najlepszą uczennicą w klasie. Początek wakacji, gdy z rodzicami spisywaliśmy listę wszystkich cudownych rzeczy, które będziemy wspólnie robić. Początek studiów i ten ogrom chęci do życia i poznawania nowych rzeczy: sztuki, podróży, kuchni i miłości. Pal sześć, że później- gdzieś po drodze- większość planów i zamiarów odchodziła na plan drugi. Bo brakło czasu, bo nie starczało chęci... Na początku nie miało to znaczenia. Na początku zawsze była ogromna ciekawość tego, co będzie dalej.

Ze wszystkich początków, początek roku ma chyba największą moc. Bo zaczyna się kolejny cykl życia, pór roku i naszego dążenia do bycia spełnionym. W pracy, w pasjach, w miłości. Przede wszystkim w miłości.

Postanowiłam, że w tym roku nie będę tworzyć w głowie listy niezliczonych pragnień na nowy rok. Przeciwnie. Spojrzałam przez ramię, za siebie. Chciałam przekonać się, czy mam rację myśląc, że wcale nie było tak źle. Pewien mądry przyjaciel powiedział mi kiedyś, że każdy z nas ma w sobie Małego Krytyka, który wytyka nam nasze błędy. Powiedział mi też, że ja stanowczo za rzadko pozwalam swojemu Małemu Krytykowi odpocząć. Staliśmy wtedy na wysokości trzech tysięcy metrów, a ja byłam na siebie wściekła, bo gdzieś po drodze zabrakło mi sił, zabrakło mi tchu, a najbardziej zabrakło mi wiary w siebie.

- Odpraw już tego Małego Krytyka na wakacje i zacznij doceniać samą siebie - usłyszałam.

Wtedy to do mnie nie dotarło. Nie mogło dotrzeć, bo ten mały skurczybyk cenzurował wszystko, co się do mnie mówiło. Jesteś beznadziejna- wołał. Starsi od ciebie weszli bez problemu, a ty prawie się udusiłaś po drodze. I tak stałam tam nadąsana i gotowa pobić każdego, kto choćby zasugerowałby, że potrzebuję pomocy. Zamiast rozejrzeć się wokół siebie i ujrzeć to, po co w ogóle wyruszyłam na tę wymarzoną wyprawę- piękno.

Dopiero parę lat później udało mi się zrozumieć, że Jego Wredna Wysokość Mały Krytyk omal nie zrujnował mi tamtego wyjazdu. I nie tylko wyjazdu. Prawda jest taka, że za każdym razem, gdy on dochodzi do głosu, cieszę się życiem odrobinę mniej. Bez względu na to, co akurat robię. Czy jestem w kuchni i coś nie wychodzi tak, jak powinno... Czy może siedzę nad jakimś tekstem i odpowiednie słowa po prostu nie chcą przyjść do głowy... Choćbym robiła najprzyjemniejszą rzecz na świecie- gdy tylko dopuszczę go do głosu- wszystko przestaje mnie cieszyć. Przestaję wierzyć, że to ma jakikolwiek sens.

Potrzebowałam kilku lat, żeby to pojąć. Paru lat i wyprawy w Himalaje. Biorąc pod uwagę koszta tamtej podróży, to chyba najdroższa wiedza, jaką zdobyłam. Ale było warto.

Dziś słucham Małego Krytyka rzadziej. Nie potrafię zupełnie go wyłączyć. Rodzimy się z tą opcją samokrytyki i na ogół bywa nam przydatna. Ale słucham go rzadziej. Za to o wiele częściej zdarza mi się pochwalić samą siebie. Choćby nawet za jakiś drobiazg. W końcu życie to w 99% drobiazgi.

I tak na początku tego roku staram się nie myśleć o planach, zamiarach, terminach. Nie, bo wiem, że Mały Krytyk zaraz zacznie mnie z tych planów rozliczać. A raczej nie jest wyrozumiały.

Na początku tego roku usiedliśmy z Darkiem nad albumem ze zdjęciami i wspominaliśmy. I cieszyliśmy się każdym wspomnieniem. Wspomnieniem narodzin mojej bratanicy i jej pierwszych uśmiechów. Wspomnieniem cudownego weekendu nad morzem i wzruszających urodzin mojego taty. Mojego zdanego egzaminu na prawo jazdy i zabawnych sytuacji, jakie to ze sobą niosło. Wspominaliśmy też sukcesy. Te małe, prywatne i te większe, zawodowe.

- To wcale nie był taki kiepski rok - stwierdził nagle zaskoczony Darek. - A mnie się cały czas wydawało, że był -piiip-.
- Wiesz, chyba zwracaliśmy uwagę głównie na to, co było -piiip-. A po drodze wydarza się tyle piękna. Wystarczy czasem przestać marudzić i rozejrzeć się do koła. Przecież właśnie po to odbywamy tę podróż zwaną życiem. By podziwiać jego piękno.

Początek nowego roku. Wprost nie mogę się doczekać, co pięknego się wydarzy.

fot. Tomasz

6 komentarzy:

  1. Ten Mały Krytyk to dość kontrowersyjny gość. Z jednej strony pomaga sie rozwijać - gdyby nie on, moje umiejętności w różnych dziedzinach stanełyby w miejscu, a z drugiej... nie pozwala sie za bardzo cieszyć z sukcesów bo podpowiada "no wyszło Ci, ale mogłaś to zrobić lepiej"
    Tak jak z tym prawem jazdy - też zdawałam w tym roku. I cóż z tego, że za pierwszym razem i cóż że Egzaminatorka uznała, że to była dobra jazda, skoro trafił się mały błąd - zapomniany kierunkowskaz przy warunkowym skręcie, który odskoczył a ja nie włączyłam z powrotem - gdyby nie to, egzamin byłby zdany z ilością 0 błedów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, dokładnie! myślę, że z tym małym krytykiem mają najczęściej do czynienia perfekcjoniści. Ja z perfekcjonizmu się leczę :) Albo raczej dalej staram się dawać z siebie 100 %, ale przejmuję się porażką tylko w tych dziedzinach, które są dla mnie ważne. Wszystko co nieistotne zaczęłam traktowac z przymrużeniem oka i wiesz co? Odetchnęłam pełną piersią :)
      ps gratuluję zdanego egzaminu. i to za pierwszym razem- WOW! Ja potrzebowałam aż 3 podejść ;)

      Usuń
    2. dzięki ale z tym prawem jazdy to po prawdzie miałam po prostu szczęście trafić na zawziętego instruktora. Uznał, że puści mnie na egzamin dopiero jak uzna, że umiem wszystko. Musiałam często na niego obrażać za czepialstwo ale ostatecznie wyszło, że to on miał racje bo na egzaminie nie dałam się podejść w żadnej sytuacji :)
      Ten gość ma w drugim 2013 półroczu 100% zdawalności! W całym roku tylko 2 jego kursantów zdało za 2 razem, cała reszta za pierwszym - to sie dopiero nazywa perfekcjonizm! ;)
      Wszystko pięknie ale teraz powoli sie zaczynam bać, bo jak odbiore prawko to bede musiała zaczać jeździć... ale jak to tak... sama???

      Usuń
    3. jeśli masz z kim, to na początku możesz pojeździć z towarzyszem. mnie to pomogło. rozjeździłam się, przy okazji wysłuchałam kilku praktycznych rad od bardziej doświadczonych kierowców i stałam się ulubioną kumpelą, bo wszędzie chętnie zawoziłam :) powodzenia

      Usuń
    4. No mam U. :) On nawet wpadł na pomysł, że skoro już zdałam prawko to moge być jego zmiennikiem za kierownicą w drodze do Bawarii. (2 dni po egzaminie ;) To jest 800 km a auto, to wielki Touran, jakim jeszcze nie jeździłam. Takie coś mógł wymyślić tylko Niemiec ;)

      P.S. jeszcze Ci nie napisałam ale strasznie mi sie podoba ten Twój blog :) tak tu jakoś ciepło i domowo :)

      Usuń
    5. dziękuję. bardzo mi miło :) ps nie tylko niemcy miewają takie pomysły. mój pierwszy raz za kółkiem odbył się o 3 w nocy, po hucznej zabawie u znajomych i w strugach deszczu. Ja oczywiście nie piłam, a Darek stwierdził, że tylko po kilku piwach jest gotów wsiąść ze mną do auta ;) i jak tu ich nie kochać?

      Usuń