poniedziałek, 13 stycznia 2014

Najlepsze najgorsze sushi, czyli historia miłosna z letnimi oponami w tle

- Zabraniam ci wchodzić do kuchni - oświadczyłam poważnym tonem. - Przez najbliższe dwie godziny wstęp wzbroniony.
- Ok. A co robisz?
- Nic.
- Jak nic nie robisz, to czemu nie mogę wejść do kuchni?
- Bo to niespodzianka.
- Niespodzianka NIC? Już nie mogę się doczekać!

Dwie rzeczy były pewne. Po pierwsze, że Darek sam z siebie nie zajrzy do kuchni. O ile oczywiście nie wydarzy się jakiś kataklizm. Kuchnia to moje królestwo. Wydarzają się w niej kuchenne czary-mary, które tylko ja mogę mieszać i przyprawiać. Po drugie, że zapomniał, co to był za dzień i w związku z tym nie będzie się domyślał, że szykuję jakąś prawdziwą bombę.


Wiedziałam, że nie wzbudziłam jego podejrzeń prosząc, by nie wchodził do kuchni, bo od czasu do czasu takie ceregiele się zdarzają. Darek ma dość wrażliwą naturę jeśli chodzi o drastyczne widoki. Robię mu więc przysługę i informuję go, kiedy lepiej omijać kuchnię szerokim łukiem. Mogę tam na przykład porcjować kurę na rosół, albo wygotowywać ogony na bulion. Wiem, że po takich widokach Darek nic by nie zjadł nawet, gdyby na stole wylądowało najwykwintniejsze danie świata.


Po dwóch godzinach, gdy wszystko było już gotowe, a nasz salon zamienił się w romantyczny stolik w restauracji, zawołałam Darka. Już miałam mu zawiązać oczy apaszką i wprowadzić na naszą randkę, gdy usłyszałam:

- O! Zrobiłaś sushi? Ekstra. 
- Podglądałeś? - zapytałam zaskoczona. Mogłabym przysiąc, że nie dałam mu powodów do takich przypuszczeń.
- Nie musiałem. Od dwóch godzin w całym mieszkaniu pachnie gotowanym ryżem i ogórkiem. 

Widząc moją minę przytulił mnie mocno i powiedział:
- Nie martw się. Prawie ci się udało. Ale ja wyczuję sushi z odległości kilometra. 


To nie było najlepsze sushi, jakie w życiu jedliśmy. Wyglądało nie najgorzej, ale w smaku przypominało bardziej rozgotowany kapeć niż dalekowschodni afrodyzjak. A jednak było to jednocześnie najlepsze sushi. Bo przy jedzeniu mieliśmy mnóstwo zabawy i śmiechu. Bo do niektórych kawałków wpakowałam za dużo japońskiego chrzanu i momentami mało nie zialiśmy ogniem. Bo inne roladki były tak przeładowane składnikami, że rozpadały się zaraz po uniesieniu ich w powietrze i umieszczenie ich w buzi wymagało wyjątkowej zręczności. Bo okazało się, że Maja przepada za paluszkami krabowymi, a Buba woli sushi z awokado. Bo bez względu na jakość wykonania domowego sushi, przypomniało nam się, jak to wtedy było.


Spotkaliśmy się dokładnie cztery lata temu. I choć tak wiele się od tamtego wieczoru wydarzyło i tak wiele trudności musieliśmy wspólnie przejść, czasami wciąż mam wrażenie, że to było wczoraj.


Pamiętam, że tak bardzo stresowałam się przed pierwszą randką z Nim, że tuż przed wyjściem wypiłam kieliszek alkoholu na uspokojenie. Pamiętam, że dziękowałam za to Bogu, gdy okazało się, że On przyjechał po mnie w środku zimy na letnich oponach. Jadąc do restauracji odmówiłam w myślach cały różaniec, a za każdym razem, gdy tył samochodu mocno zarzucało na zakręcie, miałam ochotę wysiąść. Ale nie wysiadłam. Udawałam twardzielkę. Pamiętam, że gdy dojechaliśmy na miejsce, byłam na niego już bardzo zła. Nie dość, że przekładał spotkanie, bo poprzedniego dnia coś mu wypadło, nie dość, że przyjechał po mnie na letnich oponach i narażał moje życie na drodze, to jeszcze musiałam marznąć na zimnie czekając, aż wygrzebiemy się z zaspy. Pamiętam też, że chciałam na nim zrobić wrażenie i ubrałam się w cieniutkie rajstopki i przylegające szorty. A na dworze było 20 stopni poniżej zera. Wtedy żałowałam, że wypiłam wcześniej tylko jeden kieliszek alkoholu.


On pamiętał, że miał wtedy straszne urwanie głowy w pracy i po prostu nie zdążył zmienić opon przed atakiem zimy. Fakt, że zima zaatakowała miesiąc wcześniej świadczył o poziomie jego zapracowania. Pamiętał też, że spodobał mu się jaśminowy zapach moich perfum, bo pachniałam wiosną. Pamiętał, że wyglądałam na przerażoną za każdym razem, gdy samochód zarzucało i że doszedł wtedy do wniosku, że już pozamiatane- gorzej być nie może. Paradoksalnie, gdy tylko przestał wierzyć w to, że zrobi na mnie pozytywne wrażenie, poczuł się swobodniej. Pamiętał, że w restauracji prawie nic nie zjadłam i martwił się, czy mi smakowało. Pamiętał też, że na tylnym siedzeniu miał dla mnie kwiaty i przez to wszystko o mało nie zapomniał mi ich dać. I pamiętał dokładnie, co mu powiedziałam, gdy już odwiózł mnie do domu. Zapytał, czy może liczyć na kolejne spotkanie.

- Najpierw wymień opony, to pogadamy - odpowiedziałam mu rzeczowo i wysiadłam.

Następnego dnia pojawił się pod moim blokiem. Opony były zimowe. I dalej mówił mi, że pachnę wiosną, choć tego dnia nie użyłam perfum.


A wieczorem znalazłam na poduszce kwiaty. Pamiętał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz