czwartek, 9 stycznia 2014

Meteopatom żyje się trudniej, czyli puszysty omlet mojej mamy

Postanowiłam się ujawnić. Czuję to od dawna i najwyższa pora przyznać się do tego szczerze i bez owijania w bawełnę. Zresztą, przyznawanie się do wszelkiego rodzaju dziwactw jest ostatnio modne. Tak więc...

... jestem meteopatą.

No i proszę. Powiedziałam to. Ulżyło mi niezwykle :)

Nie ma tu jednak z czego żartować. Przedłużające się niezdecydowanie pogody i dokuczliwy brak słońca powoduje autentyczny rozpad mojej osoby. Budzę się niewyspana, mam problemy z zasypianiem i przeważnie mam ochotę położyć się na kanapie, nastawić jakiś pozbawiony sensu program w telewizji i nakryć się szczelnie kocem. Bardzo żałuję, że nie jestem niedźwiedziem brunatnym i nie mogę wleźć do nory z zamiarem smacznego przespania chłodnych i ponurych dni. Choćby to nawet oznaczało, że obudzę się dopiero w kwietniu.


Brakuje mi kolorów. Kwitnących wśród trawy żółcieni, szeleszczących na drzewach zieleni i pachnących soczyście czerwieni. Czy choćby wielkiej plamy czystego i świeżego błękitu nad głową. Zamiast tego wszędzie tylko wilgotna szarość, a do butów klei się brąz.

Brakuje mi też światła. Wesołych błysków tańczących na tafli wody, ciepłych promieni otulających twarz, letnich refleksów przeczesujących włosy. Czy choćby wielkiej plamy czystej i świeżej bieli pod nogami, rozpraszającej światło wszem i wobec. Zamiast tego wszędzie tylko matowe cienie i chropowate ciemności.

No i jak tu nie być meteopatą...

Na całe szczęście można jeszcze poczłapać do kuchni, przygotować puszysty omlet z konfiturą z wiśni i chociaż na chwilę odegnać ponure myśli :)

Puszysty omlet (jaki robiła moja mama)
Składniki:

  • 4 jajka
  • mała szczypta soli
  • 4 łyżki mąki pszennej
  • kawałeczek masła


Przygotowanie:

  1. Potrzebna będzie jedna większa miska oraz dwa kubki, dwie patelnie oraz mikser. Na początku smarujemy masłem obie patelnie. Ważne, by obie były w podobnym, dużym rozmiarze. Smarujemy je masłem na zimno zupełnie tak, jakbyśmy smarowali formę do pieczenia. Najlepiej jest używać 2 patelni, bo odwracanie omletu łopatkami zwykle kończy się zrobieniem puszystej jajecznicy ;)
  2. Białka oddzielamy od żółtek- białka umieszczamy w misce, a żółtka w jednym z kubków. Do drugiego kubka odmierzamy potrzebną ilość mąki. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Zmniejszamy obroty miksera do najniższych i dodajemy żółtka. Gdy masa będzie jednolita, dodajemy mąkę i mieszamy dosłownie kilka sekund. Jeśli robicie to pierwszy raz i obawiacie się, że zmiksujecie ciasto na omlet zbyt mocno, użyjcie drewnianej łyżki.
  3. Nagrzewamy pierwszą patelnię. Zwykle nagrzewam najpierw palnik (w przypadku kuchenek gazowych oraz indukcyjnych nie ma to sensu) i dopiero stawiam na nim patelnię. Na gorącą patelnię przekładamy ciasto i delikatnie rozprowadzamy je łyżką. Zmniejszamy ogień o połowę i smażymy omlet przez 2 minuty. W tym czasie nagrzewamy drugą patelnię i w odpowiednim momencie nakrywamy nasz omlet drugą patelnia i wprawnym, szybkim ruchem przekładamy omlet do góry nogami. Smażymy na drugiej patelni około minuty.
Z podanych składników wychodzi omlet, którego skosztują 2 osoby. Albo jedna bardzo głodna ;) Smacznego!

6 komentarzy:

  1. Ja też nienawidzę tej szarości, niestety niedźwiedzi sen ani oglądanie głupawych programów w tv mi nie grozi, a może na szczęście? Takie nasze życie... wiosna! lato! i ta "głupia jesień i zima :/ chociaż ta zima nie jest taka zła, z moim nieodłącznym czworonożnym przyjacielem spacerujemy w każdej wolnej chwili jak szaleni. Omletów nie lubię, ale ostatnio zrobiłam babeczki Twojego przepisu! Szaleństwo! I mam pytanie: gdzie kupiłaś te psie foremki? Zabieram się do zrobienia przyjemności mojemu łasuchowi jak przysłowiowy pies do jeża, chcę kupić coś takiego, bo z nowymi gadżetami zawsze łatwiej.. To taka troche moja męska strona ;) Przy okazji GRATULUJĘ tego cudownego pierścionka. A co do "małego krytyka" wysłałam go z nowym rokiem na Marsa. Teraz jest mój czas, i jakiś mały maruda mi go nie zabierze. Wszystko co mi się uda będzie super, nie będę się już zastanawiała czy mogło być lepiej, albo czy mogłam to lepiej zrobić. Mały sukces to duży sukces. Każdy jest kowalem swojego losu, a ja od tego roku wzięlam ostro w swoje ręce. Koniec marudzenia i narzekania.. Teraz żebym miała upaś tysiąc razy, żeby każdy mówił "nie uda się" w tym roku 31.12 powiem: "cholernie jestem szczesliwa" i będę! To się rozpisałam :D

    OdpowiedzUsuń
  2. :) zgadzam się w pełni! z mądrych książek wiem, że sukces to tylko kwestia percepcji. trochę tak, jak dyskutowanie, czy coś jest lazurowe, czy błękitne. wszystko zależy od tego, jak to postrzegamy :) Myślę, że z tak kipiącym i pozytywnym nastawieniem masz dużą szansę odnieść w tym roku mnóstwo sukcesów, bez względu na to, jak będziesz je postrzegać :)
    Foremki kupiłam w cudnym sklepie dla zapalonych kuchcików. Nie jestem upoważniona do zamieszczania tutaj reklamy, ale jeśli odezwiesz się do mnie na maila lub poprze wiadomość prywatna n FB, chętnie podam Ci namiary. sklep jest i internetowy i stacjonarny, więc przed zakupem można sobie pooglądać i pomacać, jakkolwiek to brzmi ;)
    no i na koniec: dziękuję za gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja chyba też jestem meteopatą. Nie jest możliwe dla mnie wstać o tej nawet 7 jeśli za oknem jest ciemno. A jak już naprawdę muszę, to bardzo cierpię. Podobnie niewesoło, jeśli jest szaro i ponuro. Ale za to, jak zwijam rolety i widze piękne słońce, to może sobie być i 6 rano, a mi momentalnie pojawia się banan na twarzy i moge wszystko!
    Latem często robie coś czego normalni ludzie nie robią... Jak wstaję o tej 6 nawet i widze, że świeci słońce to zakładam szlafrok, robię sobie cappuccino i... wychodze z kubkiem kawy do ogrodu (w tym szlafroku!) i oglądam jak mi wszystko rośnie ;)
    W związku z tym, że po dworze w szlafroku zwykle biegają uciekinierzy ze szpitali psychiatrycznych, to nigdy nie pytam sąsiadów, co o mnie myślą ;)

    A omlet robię chyba nawet taki sam! Ja go zsuwam na talerz i wrzucam na patelnię druga stroną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, zsuwać na talerz też można. tak właśnie robi moja mama :) a ogrodu zazdroszczę i marze o swoim. i jak Bóg da, to też kiedyś będę w szlafroku i kaloszach łazić wśród rabatek. a sąsiedzi... całe szczęście to nie inni decydują, jak przeżywać nasze życie. Mogłoby ono wtedy być wyjątkowo nudne ;)

      Usuń
  4. A może to depresja sezonowa, a nie meteopatia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie :) Wydaje mi się, że depresja sezonowa trwa nieco dłużej. Od kilku tygodni do kilku miesięcy. W moim pogoda ma ogromny wpływ na nastrój, ale takie kiepskie dni zdarzają się rzadko. Na szczęście :) A od kilku dni czuję wiosnę. W powietrzu i w sercu :) Wy też?

      Usuń