piątek, 31 stycznia 2014

O uprawianiu batatów w Portugalii, czyli surówka z zimowych warzyw

- Co ty na to? - pyta podekscytowany Darek pokazując mi ogłoszenie w internecie. Najwyraźniej kilka opustoszałych gmin w Portugalii rozdaje domy i grunty rolne za darmo.
- Co ja na to? Chciałbyś zamieszkać w Portugalii i uprawiać bataty? - sama nie wiem, skąd przyszły mi do głowy akurat bataty. Prawda jest taka, że nie mam pojęcia, co się uprawia w Portugalii, a tym bardziej nie mam pojęcia, co my moglibyśmy uprawiać w Portugalii. Moja wiedza w zakresie uprawy roślin ogranicza się do wciśnięcia w balkonowe doniczki kilku sadzonek na wiosnę. On panicznie boi się żab i nie lubi się brudzić.
- Bataty może nie, bo ja nie lubię się babrać w ziemi. Ale moglibyśmy założyć winnicę. Siedzielibyśmy sobie popołudniami na ganku i popijalibyśmy własne winko.
- Obawiam się, że prowadzenie winnicy nie ogranicza się tylko do siedzenia na ganku i popijania winka - spojrzałam na jego gasnący entuzjazm i poczułam się, jakbym właśnie odebrała dziecku lizaka. Dlaczego to zawsze ja muszę nas sprowadzać na ziemię...
- No to nic byśmy nie uprawiali. Moglibyśmy sobie tam siedzieć i nie popijać winka. Ale byłoby nam ciepło. Nie cierpię zimy.

I tak oto mój smerf maruda wreszcie wyrzucił to z siebie. I choć ja zwykle cieszę się, gdy spada pierwszy śnieg, a widok psów dostających totalnej głupawki na śniegu potrafi poprawić mi nawet najgorszy nastrój, to muszę przyznać, że kilku rzeczy mam już powoli dosyć. Na przykład wciskania się w kilka warstw ubrań przed każdym wyjściem z domu i tego lęku przed zimnem, zanim się rano odkryje kołdrę i wstanie z łóżka. No i, co tu kryć, stęskniłam się też za letnim bogactwem warzyw i owoców. 


Trzeba sobie jakoś radzić, więc na spacery z psami chodzimy w narciarskich portkach, a na naszym stole królują warzywa i owoce dostępne zimą. Ta surówka to jeden z moich ulubionych smaków z dzieciństwa. W zestawie z kotlecikiem mielonym to już właściwie klasyka. Nasz sposób na witaminy, gdy na lato trzeba jeszcze chwilkę poczekać :)

Surówka z zimowych warzyw
Składniki:

  • 1 duża marchew
  • 1 duża pietruszka (korzeń)
  • 1 mały seler
  • 1 duże, twarde jabłko (np. ligol)
  • garść rodzynek
  • szczypta posiekanej natki pietruszki
  • łyżka gęstego jogurtu naturalnego (mój dziadzio używał gęstej śmietany- jogurt to mój sposób na nieco lżejszą wersję)
  • 2 łyżki majonezu (użyłam kieleckiego)
  • sól i pieprz do smaku
  • ewentualnie odrobina musztardy, jeśli lubicie tego typu surówki w ostrzejszej formie
Warzywa ucieramy na małych oczkach tarki, a jabłko na dużych. Wszystkie składniki mieszamy ze sobą i posypujemy natką pietruszki. Surówka jest świetnym dodatkiem do wszelkiego rodzaju kotletów. Dobrze się sprawdza również, jako dodatek do ryby. Świetnie smakuje również następnego dnia, ale na tym jej termin przydatności się kończy, więc nie róbcie zbyt dużych ilości :)

Smacznego!

czwartek, 30 stycznia 2014

Nakręcamy się i uczymy się nie przejmować, choć to drugie wcale nie jest takie łatwe

Ten tydzień powoli dobiega końca. Uff! - wzdycha cała moja dusza. Wiele się wydarzyło. Była publikacja w Kukbuku, a to wiązało się z ogromną ilością przemyśleń i pracy. Bo musiało być idealnie. Żadna fuszerka nie wchodziła w grę. W końcu chodziło o Kukbuk, ten Kukbuk. Ten sam, który prenumeruję od roku. Więc przez cały weekend zagniatałam i piekłam, ustawiałam i fotografowałam. A to wszystko gdzieś pomiędzy robieniem obiadu na 6 osób, bo gdy raz na jakiś czas pojawia się okazja, by spotkać się z rodziną, to nie można jej przegapić.

U Darka, na jego projektowym froncie też gorąco. Jak nie było zleceń, to w momentach zwątpienia byliśmy o krok od rzucenia wszystkiego w pinezkę i zakupienia 2 biletów do Szwecji. W jedną stronę. Z opłatą za przewóz 2 psów. A tu nagle telefony nie przestają dzwonić, sobota i niedziela wypełnione spotkaniami z klientami i od rana do wieczora rysowanie kresek. I żeby było weselej- kontuzja. Przesunięcie dysków w 3 miejscach. Najbliższy wolny termin u rehabilitanta był dopiero dzisiaj.

Ale najwięcej wydarzyło się pod skórą. Tam, gdzie różnych rzeczy nie widać, chociaż się je czuje. Darek zaczął znowu wierzyć, że może jednak warto być architektem wnętrz w naszym kraju. Był już o krok od podjęcia decyzji o zmianie zawodu. Teraz nie może przestać mówić o kolejnych pomysłach na to, czy tamto wnętrze. Odżył. Zupełnie, jak gdyby ktoś nakręcił mu sprężynkę.

Ja? Wiązałam ogromne nadzieje z publikacją na stronie poważnego magazynu kulinarnego. Chociaż opublikowane miały być tylko przepisy na psie ciastka... Podświadomie czułam, że to duży krok. I liczyłam na to, że odbiór będzie raczej pozytywny. I tu zaskoczenie. Pomimo sporego zainteresowania samym tematem, w sieci pojawiło się kilka bardzo negatywnych opinii. Momentami miałam wrażenie, że ich negatywizm wymierzony jest nie w same przepisy, ale we mnie i w to, co robię.

- Nie przejmuj się - pocieszał Darek. - Niektórzy ludzie po prostu lubią sprawiać innym przykrość.

Pisanie bloga jest nierozerwalnie związane z poruszaniem się w świecie wszelkiego rodzaju for społecznościowych, gdzie teoretycznie każdy może napisać wszystko. Pierwszy raz jednak spotkałam się ze zjawiskiem trollowania. O istnieniu samego terminu poinformowała mnie zresztą bardziej zorientowana koleżanka. Pierwszy też raz odczułam to na własnej skórze. Moje racjonalne JA mówi mi, żebym się tym w ogóle nie przejmowała. Ale moje emocjonalne JA pyta: dlaczego?


Dlaczego w sieci pojawiają się negatywne komentarze mające na celu obrażenie lub zranienie innego użytkownika internetu? Dlaczego czerpiemy satysfakcję z poniżania innych? Dlaczego przychodzi nam to tak łatwo w sieci, ale nie w rzeczywistości? Co chcemy osiągnąć, trollując dyskusję na dany temat lub wręcz konkretną osobę? I jak przed takim trollowaniem się bronić? Bronić się w ogóle, czy odpuścić?

Za namową koleżanki zamieściłam własny komentarz pod feralną dyskusją. Rzeczowo i na ile się dało bez emocji wyjaśniłam swoje stanowisko. Myślę, że gdyby sytuacja nie dotyczyła mnie osobiście i nie uderzała w coś, co robię i co jest dla mnie ważne, odpuściłabym. Szkoda nerwów. Teraz jednak mam wątpliwości. Czy dając się wciągnąć w dyskusję nie zrobiłam przypadkiem dokładnie tego, o co w trollowaniu przecież chodzi? Czy dałam się sprowokować?

Temat agrasji werbalnej i trollowania w internecie to trudny temat. I pewnie jeszcze nie raz zetknę się z nim przy okazji pisania bloga. Być może następnym razem zaboli troszkę mniej. A kiedyś może nawet będzie mnie to bawić. Teraz moja dusz mówi: Uff! Czas wreszcie odpocząć.

A o trollowaniu możecie poczytać tutaj.

środa, 29 stycznia 2014

Przyprawiamy, czyli kruche cytrynowo-imbirowe ciastka z wędzonym pstrągiem

Na potrzeby współpracy z Kukbukiem powstał nowy przepis na kruche ciacha dla psiaków. Z dobrego źródła wiem, że i kicia nie pogardzi. Publikacja właśnie tego przepisu wywołała spore zamieszanie. Ciastka dla psa z przyprawami? 

W kilku dyskusjach internetowych spotkałam się z opinią, że zwierzętom nie wolno dawać przypraw. Nie jest to prawdą, choć wszystko zależy, co uważamy za przyprawy. Na pewno nie ryzykowałabym podawania psu gotowych mieszanek z dwóch powodów. Po pierwsze, sól dla psa nie jest zdrowa. Po drugie, mieszanki gotowe do użycia mają w sobie więcej chemii niż niejedno laboratorium szkolne. 


Ale przyprawy korzenne i zioła? Jak najbardziej. Niektóre, jak imbir lub goździki pomagają podkreślić aromat ciastek, inne mają właściwości lecznicze (np. mięta, rozmaryn lub szałwia). Nie ma absolutnie żadnych przeciwwskazań w stosowaniu takich przypraw w psiej kuchni. Należy jednak uważać i raczej unikać przypraw, które mogą podrażnić śluzówkę. Nie trudno się pewnie domyślić, że ktoś, kto ma węch kilkadziesiąt razy wrażliwszy niż my, nie będzie raczej przepadał za aromatem pieprzu cayenne. Jedyne o czym trzeba pamiętać dodając do psich przysmaków przyprawy, to umiar. Właśnie z racji na ten wrażliwszy nos, wystarczy zaledwie szczypta danej przyprawy, by była wyczuwalna przez psa. Jeśli przesadzimy, pies będzie miał wrażenie, że ciastka pachną, jak nadmiernie wyperfumowana starsza pani ;)


Kruche cytrynowo-imbirowe ciastka z wędzonym pstrągiem

Składniki:
- 3 szklanki mąki pszennej
- 2 żółtka
- 50g obranego z ości wędzonego pstrąga
- 3 łyżki jogurtu naturalnego typu greckiego
- kostka masła w temperaturze pokojowej
- pół łyżeczki imbiru
- pół łyżeczki kurkumy
- skórka starta z jednej umytej cytryny
- roztrzepane jajko do smarowania

Żółtka, wędzonego pstrąga, jogurt, masło oraz przyprawy ucieramy w malakserze na jednolitą masę.
Masę oraz skórkę cytryny dodajemy do mąki i zagniatamy ciasto, aż zacznie przypominać ciastolinę.
Wyrobione ciasto dzielimy na 2 części i każdą po kolei wałkujemy między dwoma arkuszami papieru do pieczenia. Dzięki temu ciasto nie będzie przywierać ani do blatu, ani do wałka. Ciasto powinno mieć grubość około 2-3mm. Wycinamy dowolny kształt ciastek i układamy na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Smarujemy z wierzchu roztrzepanym jajkiem i pieczemy około 12 minut w temperaturze 200 stopni (bez termoobiegu). Ciastka są pyszne i bardzo trwałe. Skórka cytryny i imbir wzmacniają aromat wędzonej ryby sprawiając, że nie może im się oprzeć nawet największy niejadek.

A kuku, jesteśmy w Kukbuku

Gdy przeglądałam dotąd cudownie kolorowe strony jednego z ulubionych magazynów kulinarnych, do głowy mi nawet nie przyszło, że kiedyś dołączę do grona osób publikujących na jego łamach. Choćby nawet tylko na stronie internetowej. Marzyłam o tym skrycie, przyznaję. Ale do głowy by mi nie przyszło, że opublikowane zostaną przepisy na nasze psie przysmaki :) To ja się tu dwoję i troję, żeby blog był jak najbardziej kulinarny, a tu taki numer. Największym zainteresowaniem nadal cieszą się psie ciacha :)

Może powinnam zacząć myśleć o specjalizacji w tym zakresie?

Link do mojego debiutu na stronie Kukbuk tutaj.

A tutaj cały tekst (na potrzeby redakcyjne troszkę okrojony):

Kocham-nie truję, czyli psie przysmaki domowej roboty

Na samym początku tworzenie bloga bardziej przypominało podróż w nieznane bez mapy, niż zaplanowane zwiedzanie z przewodnikiem. W kolejnych postach opisywałam nasze życie trochę od kuchni, trochę od serca i czekałam, aż świat internetu powie mi, co w blogerskiej trawie piszczy. Blog miał być o nas- o 2 warszawskich słoikach, które poznały się przypadkiem i pewnego dnia postanowiły założyć rodzinę. Dosyć nietypową rodzinę. Ja, on i 2 psy. Miało być o naszych pasjach. Trochę o dekorowaniu, trochę o oglądaniu i trochę o gotowaniu. Zwłaszcza o gotowaniu. Tego się jednak nie spodziewałam. Największym zainteresowaniem na blogu cieszą się przepisy na psie smakołyki :) Kto by pomyślał...

Chociaż właściwie dlaczego nie? Żyjemy w coraz bardziej toksycznym otoczeniu. Chemia już dawno stała się nieodłącznym elementem naszego życia. Jest w tym, w co się ubieramy. Jest w tym, czym się myjemy. Jest też w tym, co jemy. Jednocześnie, a może właśnie dlatego, stajemy się coraz bardziej świadomi tego, jaki wpływ na nas samych ma nasz styl życia. Wyczerpaliśmy już limit wymówek. Nie mam siły na gotowanie w domu, nie stać mnie na uprawianie sportu, nie mam czasu dla siebie… Te wymówki się nie sprawdzają. Dziś coraz częściej traktujemy nasze ciało i umysł, jako inwestycje na przyszłość. Dbamy o siebie i swoich bliskich. Pies, jak najbardziej zalicza się do tej kategorii.

Z domowymi smakołykami dla psiaków pierwszy raz zetknęłam się podczas pobytu w Szwecji. Wędrując uliczkami sztokholmskiego Söder trafiłam do nietypowego sklepiku zoologicznego. Wszystkie smakołyki i gryzaki w nim sprzedawane były domowej roboty. A jaki tam panował tłum. W sobotnie popołudnie kolejka zawijała za róg ulicy. Wszystkim klientom oczywiście towarzyszyli ludzie. Pamiętam, że na drzwiach sklepiku wisiała tabliczka z hasłem, które do dziś jest moim mottem w kuchni. Kocham, nie truję.

Niestety w gotowych przysmakach dla naszych milusińskich odnaleźć można całą tablicę Mendelejewa. Podobnie jest z gotowymi do spożycia produktami dla nas, jednak w przypadku psiego jedzenia normy są znacznie mniej restrykcyjne. Jeśli dla siebie wybieramy jedzenie przygotowywane ze świeżych produktów i wolimy wiedzieć, z czego powstało to, co ląduje na naszym talerzu, to dlaczego mielibyśmy inaczej traktować naszego najlepszego przyjaciela. Patrząc na skład niektórych sklepowych smakołyków- nie poczęstowałabym nimi nawet wroga, a co dopiero członka rodziny.

Nic też nie zastąpi aromatu i smaku świeżo upieczonych ciastek. Właśnie aromat jest dla psów wyjątkowo ważny. Zmysł węchu i smaku są ze sobą silnie związane, a jeśli jest się psem i rozpoznaje się zapachy 10 tysięcy razy lepiej niż człowiek… No cóż. Można właściwie powiedzieć, że pies je nosem.

Jeśli wyjątkowy smak i aromat oraz walory zdrowotne jeszcze nie przekonały wszystkich do  domowych psich smakołyków, niech zrobi to fakt, że ich wyrabianie to świetna zabawa dla całej rodziny i właściwie żadna praca. Najprostsze ciastka robi się właściwie w kilka minut, nie wliczając w to czasu pieczenia, a wyrobione ciasto często można zamrozić na później. Jeśli natomiast posłuszeństwo waszych psiaków jest silnie związane z ich łakomstwem… Upieczcie domowe ciacha raz, a będziecie mieć najposłuszniejszego psa na świecie, a i kociak takim smaczkiem nie pogardzi. Oto kilka prostych przepisów z ulubionym dodatkiem naszych psiaków- wędzona rybą. Dobrej zabawy!

piątek, 24 stycznia 2014

Przez żołądek do serca, czyli sezamowe paluszki z makrelą

- Jakie grzeczne pieski - pochwaliła Maję i Bubę moja sąsiadka widząc, jak grzecznie wchodzą do windy gęsiego i siadają równo pod ścianą. Spojrzałam w ich maślane spojrzenia wpatrzone w moją kieszeń i przypomniałam sobie, jak przed chwilą mało nie wywinęłam na lodzie potrójnego rittbergera pociągnięta przez Bubę.
- Nie takie znowu grzeczne - odpowiedziałam. -  Po prostu łakome.
- Ach, czyli z pieskami jest zupełnie, jak z moim mężem. Przez żołądek do serca.

Nie znam męża mojej sąsiadki zbyt dobrze, ale jeżeli za coś pysznego jest w stanie zrobić wszystko- nawet to, czego normalnie nie umie zrobić, to rzeczywiście istnieje tu pewne podobieństwo. Faktycznie posiadanie przy sobie kilku psich ciastek, ot takich na przykład świeżutkich, chrupiących i aromatycznych paluszków potrafi zamienić nasze diablice w najgrzeczniejsze psy na świecie. I słowo honoru, choćby nie wiem, jak daleko ode mnie były i choćby nie wiem, jak cudne skarby znalazły w krzakach- wystarczy, że spytam: "Kto chce ciacho?" i w ułamku sekundy są przy mnie. No dobrze, przy mojej kieszeni ;)


Sezamowe paluszki z makrelą
Składniki:
  • 2 i 1/4 szklanki mąki pszennej
  • 150 g jogurtu naturalnego
  • 2 żółtka i 1 całe jajo
  • łyżka  mięsa z wędzonej makreli, obranego z ości ( uszczknęłam troszkę przy okazji robienia pasty rybnej dla siebie, przepis na pastę we wcześniejszych postach)
  • 2 łyżki sezamu
  • 3 łyżki oleju sezamowego
  • 2 łyżki masła w temperaturze pokojowej
  • 1 roztrzepane jajo do smarowania
Sposób przygotowania:
  1. Wszystkie składniki oprócz mąki umieszczamy w malakserze i ucieramy na jednolitą masę.
  2. Dodajemy masę do mąki i zagniatamy tak długo, aż ciasto będzie sprężyste.
  3. Dzielimy na co najmniej 10 części i każdą rolujemy tak długo, aż osiągnie pożądaną grubość. Dla mniejszych piesków można zrobić cieńsze paluszki, a dla większych- nieco grubsze. Paluszki na zdjęciu są grubości naszych solonych paluszków. W zależności od ich grubości należy nieco wydłużyć lub skrócić czas pieczenia.
  4. Nasze zrolowane ciasto kroimy na mniejsze części, układamy na papierze do pieczenia i smarujemy jajkiem. Pieczemy około 12 minut w temperaturze 180 stopni (bez termoobiegu). Paluszki powinny zacząć się delikatnie rumienić, zwłaszcza na końcach.

Z takich proporcji wychodzi cały, duży słoik paluszków. Powinny być świeże przez około 10 dni. Jeśli obawiacie się, że zepsują się zanim zdążycie je zużyć, możecie je podsuszyć w piekarniku. Wystarczy po upieczeniu wyjąć je, przesypać na jedną blachę, równomiernie rozłożyć i po przestygnięciu włożyć do wyłączonego, ale nadal nagrzanego piekarnika. Po 15 minutach będą suche i chrupiące.

Smacznego psiaki!


wtorek, 21 stycznia 2014

O podróżach pociągiem i przerośniętym czarnym kocie, czyli styczeń smakuje tiramisu

- Jest zima, więc musi być zimno - sparafrazował naszą rodzimą ministrę infrastruktury Darek. Oglądaliśmy właśnie wiadomości i wprost nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom. Pasażerowie kolei mało nie zamarzli gdzieś w szczerym polu, zamknięci w nieogrzewanych wagonach, a pani ministra raczyła poinformować cały naród, że taki mamy klimat. Nie pierwszy i nie ostatni raz poczuliśmy się, jak w scenie z Misia.

- Jak ja się cieszę, że już nie muszę nigdzie jeździć pociągami - westchnęłam i opatuliłam się szczelniej kocem. Na samo wspomnienie o moich zimowych wojażach koleją po Polsce zrobiło mi się bardzo mroźno.



Przypomniałam sobie niedomykające się okno w przedziale, w którym spędziłam całą noc jadąc w góry na narty. Bogu dzięki za piersiówkę z rumem, którą częstował mój kolega. Pamiętam, że zasłonka przypominała ośnieżony stalaktyt, a my byliśmy gotowi ruszyć na stok prosto z pociągu, bo w trakcie podróży wszyscy przebraliśmy się w stroje narciarskie.

Przypomniałam sobie, jak czekałam kiedyś 3 godziny na opóźniony pociąg. Były ferie, jechałam z Warszawy do domu, a na dworcu było zimniej, niż na peronach. Pamiętam, że straciłam czucie w stopach i pamiętam, że mało się nie popłakałam z bólu, gdy po wejściu do przedziału to czucie wróciło. Pamiętam też, że nie miałam grosza przy duszy (po całym semestrze mój studencki portfel piszczał z biedy) i przemiła starsza pani kupiła mi kawę z warsowego wózka. To była najbardziej lurowata kawa o niezidentyfikowanej konsystencji, jaką kiedykolwiek piłam. Nigdy nie piłam lepszej.

Przypomniałam też sobie, jak wracałam do Warszawy ze świąt Bożego Narodzenia. Musiałam całą podróż spędzić w Warsie na niewygodnym taborecie, bo w przedziale nie było wystarczająco miejsca dla mojej towarzyszki podróży. Gdyby położyła się między siedzeniami, współpasażerowie nie mieliby gdzie trzymać nóg. Pamiętam, że byłam bardzo przejęta pierwszą tak daleką podróżą z psem. Martwiłam się, jak Maja to zniesie i czy wytrzyma 8 godzin bez siusiania. A ona ułożyła się wygodnie na zabranym z domu kocyku i przespała całą podróż. Pamiętam, że gdy chciałam u konduktora zrobić dopłatę za psa, ten zajrzał pod stolik i powiedział:
- Psa? Jakiego psa? Ja tu nie widzę żadnego psa, tylko kota. Wyjątkowo przerośniętego, czarnego kota.


Prawdopodobnie każdy z nas ma mnóstwo niezbyt miłych wspomnień związanych z podróżowaniem pociągiem. Ale gdzieś między nimi czas poutykał też kilka ciepłych myśli. Smak kawy z Warsu, ciekawe rozmowy ze współpasażerami i to uczucie, gdy pociąg rusza. Świat za oknem zaczyna mijać, wokół nas dudni rytmiczne tu dum, a w sercu pojawia się ta dziwna mieszanka. Żal, że coś się zostawia i radość, że do czegoś się zmierza.

Z takim podejściem rządu do sprawy, podróżowanie koleją pewnie nie prędko stanie się komfortowe. Może jednak doczekamy tych czasów, gdy wygodniej i szybciej będzie pojechać gdzieś pociągiem, a nie samochodem. Mam tylko nadzieję, że nie utracimy wtedy tego, co najważniejsze w podróżowaniu. Współpasażerskiej życzliwości. I smaku lurowatej kawy z Warsu :)

A skoro mowa o kawie...

... to jest najlepszy przepis na deser tiramisu, jaki wypróbowałam. Smakuje, jak gęsta kawa z bitą śmietaną i cynamonem, czyli dokładnie tak, jak powinien smakować styczeń.

Składniki:

  • około 300 g biszkoptów ladyfingers (mniej więcej 2 opakowania po 140 g)
  • 250 ml espresso
  • 120 ml likieru kawowego
  • 4 żółtka
  • 2 białka
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 500 g mascarpone z lodówki
  • 4 łyżeczki cynamonu
  • kakao do oprószenia
Sposób przygotowania:

  1. Najpierw przygotowujemy kawę, w której będziemy maczać biszkopciki. Kawa po zaparzeniu musi przestygnąć. Dodajemy do niej 2 łyżeczki cynamonu oraz likier i dokładnie mieszamy.
  2. Następnie do dwóch osobnych misek rozdzielamy białko od żółtka. Białka ubijamy na sztywno (można dodać szczyptę soli).
  3. Do żółtek dodajemy cukier i dokładnie ucieramy. Następnie dodajemy schłodzony serek mascarpone oraz pozostałe 2 łyżeczki cynamonu i znowu ucieramy, aż nie będzie grudek. Na koniec dodajemy ubite białka i delikatnie mieszamy, aż uzyskamy jednolitą masę.
  4. Formę o wymiarach 20cm na 35cm wykładamy nasączonymi kawą biszkoptami. Biszkopty nasączamy zanurzając je na chwilę w kawie. Nie powinny ociekać, ale zwilgotnieć. Spód warto wyłożyć dosyć ciasno starając się unikać wolnych przestrzeni (ciasto będzie się łatwiej nakładać).
  5. Na biszkopty wykładamy połowę masy mascarpone i dokładnie rozprowadzamy. Na to układamy drugą warstwę nasączonych biszkoptów i przykrywamy je resztą masy. Całość przykrywamy folią i wkładamy do lodówki na godzinę. Po upływie tego czasu oprószamy z wierzchu kakao. I ponownie wkładamy do lodówki. Ciasto najlepiej smakuje następnego dnia. Świetnie się kroi i nakłada. Jest idealnym dodatkiem do popołudniowej kawy.
Smacznego!

wtorek, 14 stycznia 2014

Metoda małych kroczków i otwieranie okien

Jeden z moich tekstów znów pojawił się na portalu charaktery.eu

Powoli, powolutku i małymi kroczkami staram się publikować, gdzie się da. Ćwiczę przy tym swoją cierpliwość. Rozciągam ją, jak ciasto i ugniatam. Sprawiam, że jest elastyczna i wytrzymała. To jedyny sposób, by uodpornić się na uderzenia, do których dochodzi, gdy rozpędzona i niesiona na skrzydłach entuzjazmu wpadam z głośnym plaśnięciem na kolejne szczelnie zamknięte okno.

Bogu dzięki za Charaktery i ich szeroko otwarte okna :)

Tekst tutaj.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Najlepsze najgorsze sushi, czyli historia miłosna z letnimi oponami w tle

- Zabraniam ci wchodzić do kuchni - oświadczyłam poważnym tonem. - Przez najbliższe dwie godziny wstęp wzbroniony.
- Ok. A co robisz?
- Nic.
- Jak nic nie robisz, to czemu nie mogę wejść do kuchni?
- Bo to niespodzianka.
- Niespodzianka NIC? Już nie mogę się doczekać!

Dwie rzeczy były pewne. Po pierwsze, że Darek sam z siebie nie zajrzy do kuchni. O ile oczywiście nie wydarzy się jakiś kataklizm. Kuchnia to moje królestwo. Wydarzają się w niej kuchenne czary-mary, które tylko ja mogę mieszać i przyprawiać. Po drugie, że zapomniał, co to był za dzień i w związku z tym nie będzie się domyślał, że szykuję jakąś prawdziwą bombę.


Wiedziałam, że nie wzbudziłam jego podejrzeń prosząc, by nie wchodził do kuchni, bo od czasu do czasu takie ceregiele się zdarzają. Darek ma dość wrażliwą naturę jeśli chodzi o drastyczne widoki. Robię mu więc przysługę i informuję go, kiedy lepiej omijać kuchnię szerokim łukiem. Mogę tam na przykład porcjować kurę na rosół, albo wygotowywać ogony na bulion. Wiem, że po takich widokach Darek nic by nie zjadł nawet, gdyby na stole wylądowało najwykwintniejsze danie świata.


Po dwóch godzinach, gdy wszystko było już gotowe, a nasz salon zamienił się w romantyczny stolik w restauracji, zawołałam Darka. Już miałam mu zawiązać oczy apaszką i wprowadzić na naszą randkę, gdy usłyszałam:

- O! Zrobiłaś sushi? Ekstra. 
- Podglądałeś? - zapytałam zaskoczona. Mogłabym przysiąc, że nie dałam mu powodów do takich przypuszczeń.
- Nie musiałem. Od dwóch godzin w całym mieszkaniu pachnie gotowanym ryżem i ogórkiem. 

Widząc moją minę przytulił mnie mocno i powiedział:
- Nie martw się. Prawie ci się udało. Ale ja wyczuję sushi z odległości kilometra. 


To nie było najlepsze sushi, jakie w życiu jedliśmy. Wyglądało nie najgorzej, ale w smaku przypominało bardziej rozgotowany kapeć niż dalekowschodni afrodyzjak. A jednak było to jednocześnie najlepsze sushi. Bo przy jedzeniu mieliśmy mnóstwo zabawy i śmiechu. Bo do niektórych kawałków wpakowałam za dużo japońskiego chrzanu i momentami mało nie zialiśmy ogniem. Bo inne roladki były tak przeładowane składnikami, że rozpadały się zaraz po uniesieniu ich w powietrze i umieszczenie ich w buzi wymagało wyjątkowej zręczności. Bo okazało się, że Maja przepada za paluszkami krabowymi, a Buba woli sushi z awokado. Bo bez względu na jakość wykonania domowego sushi, przypomniało nam się, jak to wtedy było.


Spotkaliśmy się dokładnie cztery lata temu. I choć tak wiele się od tamtego wieczoru wydarzyło i tak wiele trudności musieliśmy wspólnie przejść, czasami wciąż mam wrażenie, że to było wczoraj.


Pamiętam, że tak bardzo stresowałam się przed pierwszą randką z Nim, że tuż przed wyjściem wypiłam kieliszek alkoholu na uspokojenie. Pamiętam, że dziękowałam za to Bogu, gdy okazało się, że On przyjechał po mnie w środku zimy na letnich oponach. Jadąc do restauracji odmówiłam w myślach cały różaniec, a za każdym razem, gdy tył samochodu mocno zarzucało na zakręcie, miałam ochotę wysiąść. Ale nie wysiadłam. Udawałam twardzielkę. Pamiętam, że gdy dojechaliśmy na miejsce, byłam na niego już bardzo zła. Nie dość, że przekładał spotkanie, bo poprzedniego dnia coś mu wypadło, nie dość, że przyjechał po mnie na letnich oponach i narażał moje życie na drodze, to jeszcze musiałam marznąć na zimnie czekając, aż wygrzebiemy się z zaspy. Pamiętam też, że chciałam na nim zrobić wrażenie i ubrałam się w cieniutkie rajstopki i przylegające szorty. A na dworze było 20 stopni poniżej zera. Wtedy żałowałam, że wypiłam wcześniej tylko jeden kieliszek alkoholu.


On pamiętał, że miał wtedy straszne urwanie głowy w pracy i po prostu nie zdążył zmienić opon przed atakiem zimy. Fakt, że zima zaatakowała miesiąc wcześniej świadczył o poziomie jego zapracowania. Pamiętał też, że spodobał mu się jaśminowy zapach moich perfum, bo pachniałam wiosną. Pamiętał, że wyglądałam na przerażoną za każdym razem, gdy samochód zarzucało i że doszedł wtedy do wniosku, że już pozamiatane- gorzej być nie może. Paradoksalnie, gdy tylko przestał wierzyć w to, że zrobi na mnie pozytywne wrażenie, poczuł się swobodniej. Pamiętał, że w restauracji prawie nic nie zjadłam i martwił się, czy mi smakowało. Pamiętał też, że na tylnym siedzeniu miał dla mnie kwiaty i przez to wszystko o mało nie zapomniał mi ich dać. I pamiętał dokładnie, co mu powiedziałam, gdy już odwiózł mnie do domu. Zapytał, czy może liczyć na kolejne spotkanie.

- Najpierw wymień opony, to pogadamy - odpowiedziałam mu rzeczowo i wysiadłam.

Następnego dnia pojawił się pod moim blokiem. Opony były zimowe. I dalej mówił mi, że pachnę wiosną, choć tego dnia nie użyłam perfum.


A wieczorem znalazłam na poduszce kwiaty. Pamiętał.

piątek, 10 stycznia 2014

Kilka słów o łatkach

W naszym najbliższym otoczeniu pojawia się coraz więcej dzieci. W rodzinie i wśród przyjaciół. Wszystkie kochamy i rozpieszczamy ile wlezie po cichutku marząc o naszych własnych małych rączkach i małych stópkach. Ale im bliższy staje się nam świat dzieci, tym więcej rzeczy nas dziwi, a nawet przeraża.

Gdy po ulicach chodzili jeszcze ludzie w sandałach, a do lodziarni ustawiały się kolejki, wybraliśmy się z naszymi przyjaciółmi i ich córeczką na plac zabaw. Panowie lada moment znaleźli dogodną ławeczkę i rozpoczęli swoje dyskusje motoryzacyjne o przebiegach, tulejkach i spalaniu. My- obserwując małą Zosię, jak wspina się na coraz to wyższe zjeżdżalnie- rozmawiałyśmy właśnie o trudnościach, jakie niesie ze sobą wychowywanie dzieci w mieście. Nagle przez plac zabaw przebiegł mały chłopczyk. Machał rączkami, buzia śmiała się i krzyczała w niebo głosy, a nóżki ledwo nadążały za rozpędzoną resztą. Dobiegłszy do końca placu zawrócił i zaczął biec z powrotem, tym razem w podskokach. Całe przedstawienie było tak zabawne, że nawet Zosia zapomniała na chwilę o zjeżdżaniu i przyjrzała się wesołemu koledze.

- To na pewno ADHD – stwierdziła wszechwiedzącym tonem rudowłosa pani stojąca niedaleko nas. Jej blondwłosa koleżanka przyciągnęła swoje dziecko bliżej siebie, jakby się bała, że ta tajemnicza choroba może być równie zaraźliwa, jak ospa.

- Chyba masz rację – przyznała blondyna. – To na pewno ADHD. Słyszałam o tym w telewizji.

Obie panie zawołały swoje dzieci i niezwłocznie oddaliły się poza obszar rażenia. A my stałyśmy tam dalej zastanawiając się, co się właściwie wydarzyło. Zaczęła we mnie wzbierać złość i poczucie niesprawiedliwości. Na moich oczach ktoś bezczelnie przypiął łatkę niewinnemu dziecku. Jego jedyną winą było to, że bawił się nieco bardziej niż inne dzieci.

Łatka była nie byle jaka. ADHD. Tajemnicza choroba niegrzecznych dzieci. Niegrzecznych, czyli jakich? Ano zbyt głośnych, zbyt szybkich, zbyt… wesołych!? Prawda jest taka, że większość z nas nie ma bladego pojęcia ani co to za choroba, ani czym się objawia, ani nawet co oznacza ten skrót. Nie mniej jednak, gdy tylko jakieś dziecko zachowa się zbyt energicznie, łatka pojawia się w komentarzach i czasem dociera do uszu zawstydzonych rodziców. Lub do uszu nie rozumiejącego swojej winy dziecka. Mogę sobie tylko wyobrazić, że dorastanie z taką łatką to strasznie trudne zadanie. Zbyt trudne dla dziecka.

To, że człowiek ma potrzebę naklejania etykietki na wszystko, co się rusza nikogo nie dziwi. Tak jest i nie ma się co łudzić, że my jesteśmy inni. Tak poznajemy i rozumiemy świat- układając wszystko w odpowiednich szufladach, w odpowiednich kategoriach. Większość kategorii, których używamy mają zupełnie neutralny wydźwięk i nikomu krzywdy zrobić nie mogą. Ot, na przykład fakt, że burak podpada pod kategorię warzyw. Jeśli jednak nazwiemy kogoś burakiem… To już jest inny rodzaj kategorii, o wiele bardziej niebezpieczny.

Psycholog używa kategorii ADHD dla określenia zespołu zachowań dziecka, które może potrzebować nieco innego niż tradycyjne podejścia w nauce i wychowaniu. Dla psychologa kategoria ta ma neutralny wydźwięk. Oznacza ni mniej, ni więcej zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Ani nie wyrok śmierci, ani nie powód do wstydu.

Ogół społeczeństwa używa kategorii ADHD dla stygmatyzowania rodziców dzieci nieco głośniejszych i nieco bardziej energicznych niż pozostałe. Twoje dziecko rozrzuca zabawki? Ma ADHD. Na spacerze biega i skacze? Ma ADHD. Nie słucha? Ma ADHD. A ty jesteś złym rodzicem. Dla ogółu społeczeństwa ADHD jest kategorią bardzo negatywną. Oznacza dzieci złe, którymi rodzice nie potrafią lub nie chcą się odpowiednio zająć.

Jest tak wiele etykietek, których używamy. Sama pod swoim adresem słyszałam już kilka niewybrednych przykładów. Mój ulubiony to Słoik (dopiero ostatnio dowiedziałam się, co to oznacza). Każda nowa łatka spływa po mnie, jak po kaczce. Jestem dorosła i wiem, że szkoda życia na zastanawianie się, co myślą o nas inni. Ale dziecko nie wyrobiło sobie jeszcze skóry odpornej na takie uderzenia. Nie nabrało jeszcze dystansu do samego siebie i do innych. Nie poznało jeszcze swojej wartości i nie nauczyło się bronić swojego zdania. Zwykła i nieprzemyślana łatka może się dla niego okazać zbyt dużym ciężarem.

Tamtego dnia na placu zabaw zrozumiałam bardzo ważną rzecz. Że wystarczy jedno słowo, by uderzyć. Tylko jedno słowo. ADHD. Dla mnie termin, który dobrze pamiętam z zajęć z psychologii klinicznej. Od tego czasu minęło już parę ładnych lat, a ja nie spotkałam ani jednego dziecka, w przypadku którego mogłabym z czystym sumieniem użyć tego słowa. Dwóm wyedukowanym telewizyjnie mamom przyszło to tak łatwo. Psycholog dziecięcy potrzebuje szczegółowego wywiadu z dzieckiem i rodziną oraz co najmniej kilku spotkań, by użyć terminu ADHD. One potrzebowały dwóch sekund.

W chwilę po odejściu telewizyjnych specjalistek z zakresu psychologii dziecięcej, na placu zabaw rozgorzała zabawa na całego. Bieganie w te i z powrotem w podskokach okazało się być świetną wariacją na temat berka. Kolejne dzieci przyłączały się do bieganiny, krzycząc się i śmiejąc pełną parą. Okazało się, że ADHD rzeczywiście może być zaraźliwe ;)

źr. /internet/


czwartek, 9 stycznia 2014

Meteopatom żyje się trudniej, czyli puszysty omlet mojej mamy

Postanowiłam się ujawnić. Czuję to od dawna i najwyższa pora przyznać się do tego szczerze i bez owijania w bawełnę. Zresztą, przyznawanie się do wszelkiego rodzaju dziwactw jest ostatnio modne. Tak więc...

... jestem meteopatą.

No i proszę. Powiedziałam to. Ulżyło mi niezwykle :)

Nie ma tu jednak z czego żartować. Przedłużające się niezdecydowanie pogody i dokuczliwy brak słońca powoduje autentyczny rozpad mojej osoby. Budzę się niewyspana, mam problemy z zasypianiem i przeważnie mam ochotę położyć się na kanapie, nastawić jakiś pozbawiony sensu program w telewizji i nakryć się szczelnie kocem. Bardzo żałuję, że nie jestem niedźwiedziem brunatnym i nie mogę wleźć do nory z zamiarem smacznego przespania chłodnych i ponurych dni. Choćby to nawet oznaczało, że obudzę się dopiero w kwietniu.


Brakuje mi kolorów. Kwitnących wśród trawy żółcieni, szeleszczących na drzewach zieleni i pachnących soczyście czerwieni. Czy choćby wielkiej plamy czystego i świeżego błękitu nad głową. Zamiast tego wszędzie tylko wilgotna szarość, a do butów klei się brąz.

Brakuje mi też światła. Wesołych błysków tańczących na tafli wody, ciepłych promieni otulających twarz, letnich refleksów przeczesujących włosy. Czy choćby wielkiej plamy czystej i świeżej bieli pod nogami, rozpraszającej światło wszem i wobec. Zamiast tego wszędzie tylko matowe cienie i chropowate ciemności.

No i jak tu nie być meteopatą...

Na całe szczęście można jeszcze poczłapać do kuchni, przygotować puszysty omlet z konfiturą z wiśni i chociaż na chwilę odegnać ponure myśli :)

Puszysty omlet (jaki robiła moja mama)
Składniki:

  • 4 jajka
  • mała szczypta soli
  • 4 łyżki mąki pszennej
  • kawałeczek masła


Przygotowanie:

  1. Potrzebna będzie jedna większa miska oraz dwa kubki, dwie patelnie oraz mikser. Na początku smarujemy masłem obie patelnie. Ważne, by obie były w podobnym, dużym rozmiarze. Smarujemy je masłem na zimno zupełnie tak, jakbyśmy smarowali formę do pieczenia. Najlepiej jest używać 2 patelni, bo odwracanie omletu łopatkami zwykle kończy się zrobieniem puszystej jajecznicy ;)
  2. Białka oddzielamy od żółtek- białka umieszczamy w misce, a żółtka w jednym z kubków. Do drugiego kubka odmierzamy potrzebną ilość mąki. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno. Zmniejszamy obroty miksera do najniższych i dodajemy żółtka. Gdy masa będzie jednolita, dodajemy mąkę i mieszamy dosłownie kilka sekund. Jeśli robicie to pierwszy raz i obawiacie się, że zmiksujecie ciasto na omlet zbyt mocno, użyjcie drewnianej łyżki.
  3. Nagrzewamy pierwszą patelnię. Zwykle nagrzewam najpierw palnik (w przypadku kuchenek gazowych oraz indukcyjnych nie ma to sensu) i dopiero stawiam na nim patelnię. Na gorącą patelnię przekładamy ciasto i delikatnie rozprowadzamy je łyżką. Zmniejszamy ogień o połowę i smażymy omlet przez 2 minuty. W tym czasie nagrzewamy drugą patelnię i w odpowiednim momencie nakrywamy nasz omlet drugą patelnia i wprawnym, szybkim ruchem przekładamy omlet do góry nogami. Smażymy na drugiej patelni około minuty.
Z podanych składników wychodzi omlet, którego skosztują 2 osoby. Albo jedna bardzo głodna ;) Smacznego!

piątek, 3 stycznia 2014

O powodach do podróżowania i Małym Krytyku, czyli jest pięknie

Początek nowego roku. Uczucie ulgi, że stary już minął i można teraz zacząć znowu marzyć i planować od nowa. Z czystą kartką w ręku przyjrzeć się swojemu życiu i spisać, czego jeszcze nam potrzeba do szczęścia.

Zawsze najbardziej lubiłam początki. Początek roku szkolnego, gdy gromadziło się kredki, ołówki i zeszyty. Wszystko było takie świeże i nowe, a głowa pełna była postanowień o byciu najlepszą uczennicą w klasie. Początek wakacji, gdy z rodzicami spisywaliśmy listę wszystkich cudownych rzeczy, które będziemy wspólnie robić. Początek studiów i ten ogrom chęci do życia i poznawania nowych rzeczy: sztuki, podróży, kuchni i miłości. Pal sześć, że później- gdzieś po drodze- większość planów i zamiarów odchodziła na plan drugi. Bo brakło czasu, bo nie starczało chęci... Na początku nie miało to znaczenia. Na początku zawsze była ogromna ciekawość tego, co będzie dalej.

Ze wszystkich początków, początek roku ma chyba największą moc. Bo zaczyna się kolejny cykl życia, pór roku i naszego dążenia do bycia spełnionym. W pracy, w pasjach, w miłości. Przede wszystkim w miłości.

Postanowiłam, że w tym roku nie będę tworzyć w głowie listy niezliczonych pragnień na nowy rok. Przeciwnie. Spojrzałam przez ramię, za siebie. Chciałam przekonać się, czy mam rację myśląc, że wcale nie było tak źle. Pewien mądry przyjaciel powiedział mi kiedyś, że każdy z nas ma w sobie Małego Krytyka, który wytyka nam nasze błędy. Powiedział mi też, że ja stanowczo za rzadko pozwalam swojemu Małemu Krytykowi odpocząć. Staliśmy wtedy na wysokości trzech tysięcy metrów, a ja byłam na siebie wściekła, bo gdzieś po drodze zabrakło mi sił, zabrakło mi tchu, a najbardziej zabrakło mi wiary w siebie.

- Odpraw już tego Małego Krytyka na wakacje i zacznij doceniać samą siebie - usłyszałam.

Wtedy to do mnie nie dotarło. Nie mogło dotrzeć, bo ten mały skurczybyk cenzurował wszystko, co się do mnie mówiło. Jesteś beznadziejna- wołał. Starsi od ciebie weszli bez problemu, a ty prawie się udusiłaś po drodze. I tak stałam tam nadąsana i gotowa pobić każdego, kto choćby zasugerowałby, że potrzebuję pomocy. Zamiast rozejrzeć się wokół siebie i ujrzeć to, po co w ogóle wyruszyłam na tę wymarzoną wyprawę- piękno.

Dopiero parę lat później udało mi się zrozumieć, że Jego Wredna Wysokość Mały Krytyk omal nie zrujnował mi tamtego wyjazdu. I nie tylko wyjazdu. Prawda jest taka, że za każdym razem, gdy on dochodzi do głosu, cieszę się życiem odrobinę mniej. Bez względu na to, co akurat robię. Czy jestem w kuchni i coś nie wychodzi tak, jak powinno... Czy może siedzę nad jakimś tekstem i odpowiednie słowa po prostu nie chcą przyjść do głowy... Choćbym robiła najprzyjemniejszą rzecz na świecie- gdy tylko dopuszczę go do głosu- wszystko przestaje mnie cieszyć. Przestaję wierzyć, że to ma jakikolwiek sens.

Potrzebowałam kilku lat, żeby to pojąć. Paru lat i wyprawy w Himalaje. Biorąc pod uwagę koszta tamtej podróży, to chyba najdroższa wiedza, jaką zdobyłam. Ale było warto.

Dziś słucham Małego Krytyka rzadziej. Nie potrafię zupełnie go wyłączyć. Rodzimy się z tą opcją samokrytyki i na ogół bywa nam przydatna. Ale słucham go rzadziej. Za to o wiele częściej zdarza mi się pochwalić samą siebie. Choćby nawet za jakiś drobiazg. W końcu życie to w 99% drobiazgi.

I tak na początku tego roku staram się nie myśleć o planach, zamiarach, terminach. Nie, bo wiem, że Mały Krytyk zaraz zacznie mnie z tych planów rozliczać. A raczej nie jest wyrozumiały.

Na początku tego roku usiedliśmy z Darkiem nad albumem ze zdjęciami i wspominaliśmy. I cieszyliśmy się każdym wspomnieniem. Wspomnieniem narodzin mojej bratanicy i jej pierwszych uśmiechów. Wspomnieniem cudownego weekendu nad morzem i wzruszających urodzin mojego taty. Mojego zdanego egzaminu na prawo jazdy i zabawnych sytuacji, jakie to ze sobą niosło. Wspominaliśmy też sukcesy. Te małe, prywatne i te większe, zawodowe.

- To wcale nie był taki kiepski rok - stwierdził nagle zaskoczony Darek. - A mnie się cały czas wydawało, że był -piiip-.
- Wiesz, chyba zwracaliśmy uwagę głównie na to, co było -piiip-. A po drodze wydarza się tyle piękna. Wystarczy czasem przestać marudzić i rozejrzeć się do koła. Przecież właśnie po to odbywamy tę podróż zwaną życiem. By podziwiać jego piękno.

Początek nowego roku. Wprost nie mogę się doczekać, co pięknego się wydarzy.

fot. Tomasz