sobota, 20 grudnia 2014

Wszystko płynie, czyli kolejne święta razem

No i już są. Stoją skryte pod choinką i kuszą. Darek stwierdził wczoraj, że to na pewno atrapy. Na prawdziwe prezenty podobno za ładne. Niech mu będzie, że atrapy. Będzie miał tym większą niespodziankę, gdy się okaże, że w środku jednak coś jest.

Tak, jak zamierzałam, użyłam do pakowania tapety wyszperanej w szafie. Skorzystałam też z uwielbianego przeze mnie szarego papieru (a właściwie beżowego) i zwykłego, jutowego sznurka. w ruch poszły też gwiazdki z masy solnej przygotowane w tym roku na choinkę. Zastanawiam się, czy na gwiazdkach nie napisać małymi literami życzeń od Gwiazdora i daty- na pamiątkę.

A teraz przemyślenia filozoficzne ;) Pakując prezenty doszłam do wniosku, że życie płynie wzorem sinusoidy. Raz do góry, raz do dołu. I od nowa. Gdy byłam mała i spędzałam święta w gronie rodziny, prezentów pod choinką było mnóstwo. Gwiazdor musiał się nieźle nadźwigać, bo na Wigilii u dziadków gromadziło się sporo dzieci. Dziś pod naszą choinką leżą tylko dwa prezenty. Dla nas. Choć planuję jeszcze dodać paczkę z zabawkami dla dziewczyn, to i tak skromna ilość. Ale jakaś część mnie już widzi oczami wyobraźni, że za jakiś czas liczba paczuszek może znowu wzrosnąć. I biedny Gwiazdor znowu się będzie musiał nanosić.

Panta rhei. Wszystko płynie, kochani. Niech Wam w te święta i w całym nowym roku płynie spokojnie i w kierunku, który sobie obraliście.





piątek, 19 grudnia 2014

Nie samą Wigilią święta żyją, czyli pieczeń z indyka w żurawinie i miodzie

Decyzja zapadła. Wigilię spędzamy na Mazurach. Będzie cisza i spokój, kominek i ciepłe skarpety. Zawsze marzyłam o takiej ucieczce na święta. Z dala od spraw codziennych. Jestem podekscytowana i już nie mogę się doczekać, chociaż część mnie już tęskni za domem. Ale nic to. Być może przyszłe święta spędzimy już w naszym wymarzonym domu na wsi. A tymczasem w kuchni staram się przygotować kilka prostych rzeczy, które na pewno przydadzą nam się przed i po Bożym Narodzeniu. Święta to przecież nie tylko sama Wigilia- nie tylko śledź w occie i ryba w galarecie. 

Pieczenie własnych wędlin uskuteczniam już od jakiegoś czasu. Tak jest zdrowiej i na pewno smaczniej. Filet indyka pieczony w żurawinie i miodzie robi się tak łatwo, że pojawia się na naszym stole nie tylko od święta. A delikatnie słodki smak sprawia, że uwielbiają go wszyscy :)

Pieczeń z indyka w żurawinie i miodzie

Składniki:

  • 750 g ładnego filetu z indyka
  • 1/2 szklanki miodu
  • mały słoiczek żurawiny do mięs
  • 5 łyżek sosu teriyaki (lub sosu sojowego)
  • 1/4 łyżeczki chilli
Przyda się:
  • brytfanna lub naczynie żaroodporne
  • worek foliowy
Mięso oczyszczamy z błonek i żyłek. W woreczku mieszamy ze sobą wszystkie składniki marynaty. Wkładamy do woreczka mięso i delikatnie ugniatamy, aby dokładnie rozprowadzić marynatę. Woreczek zawiązujemy i wkładamy do lodówki na noc. 

Następnego dnia przekładamy mięso do brytfanki, podlewamy marynatą tak, aby sięgała najwyżej 1 cm i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy przez 30 minut. I tyle. Prawda, że proste?

środa, 17 grudnia 2014

A świstak siedzi i zawija, czyli kilka pomysłów na pakowanie prezentów

Jestem maniakiem pakowania prezentów. Szczerze. Gdy zbliżają się święta lub czyjeś urodziny, zamieniam się w tego świstaka z reklamy, co tylko siedzi i zawija. I mogłabym tak zawijać bez końca. Zawijać, oklejać i robić kokardki.

Darek uważa, że opakowanie nie ma znaczenia, bo przecież liczy się sam prezent. No, tak. Jest w tym jakiś sens. Z drugiej strony, nawet najzwyklejszy przedmiot staje się wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, gdy ubierzemy w piękny papier i przewiążemy wstążką. Zresztą, gdyby opakowanie rzeczywiście nie miało znaczenia, większość firm reklamowych upadłoby na łeb, na szyję.

Wydaje mi się jednak, że w pakowaniu prezentów chodzi nie tylko o wyjątkowy wygląd tego, co zamierzamy podarować, ale jeszcze o coś. O serce. Bo gdy zabieram się do robienia prezentów, to staje obok mnie cała moja wewnętrzna chęć sprawienia tej drugiej osobie przyjemności. Całe moje serducho materializuje się i to ono zawija i wiąże kokardki.

W tym roku wyszperałam na dnie szafy rolkę pięknej tapety, która wzięła się nie wiadomo skąd (choć zawód wykonywany przez Darka może rzucać nieco światła na tę sprawę). Leżała biedna, nikomu niepotrzebna. Zdecydowanie wykorzystam ją do pakowania prezentów. Poniżej kilka innych ciekawych pomysłów. Może któryś się Wam spodoba :)

/deasogmia.blogspot.dk/
Zwykły, szary papier jest moim absolutnym numerem jeden, jeśli chodzi o pakowanie. W zeszłym roku zapakowałam nim wszystkie prezenty i przewiązałam sznurkiem jutowym. Wyglądały, jak autentyczne paczki nadane z Laponii. Szary papier nie musi jednak wyglądać surowo. Wystarczy dodać małą gałązkę lub kawałek kolorowego materiału.

/mycakies.com/
Bardzo podoba mi się ten pomysł z pocztówkami zatkniętymi za sznurek. Na pocztówce można wypisać życzenia. Chciałabym zrobić to w przyszłym roku, ale ze zdjęciami z Polaroida zamiast pocztówek. Zdjęcia mogłyby wskazywać na odbiorcę paczki ;)

/eclectictrends.com/
 To jest świetny pomysł. Każdy ma w domu jakieś niepotrzebne materiały lub stare ubrania, których już nie nosi. Albo stary, zniszczony obrus.

/eclectictrends.com/

wtorek, 16 grudnia 2014

Pozytywna lista filmów optymistycznych, czyli co warto obejrzeć w te święta

W kuchni praca wre, pierogi się kleją, barszcz gotuje, a kapusta... Głowa pusta. Ale zaraz ten szał świątecznego pichcenia ustanie. Obudzimy się w pierwszy dzień świąt i odetchniemy z ulgą. Bo nagle okaże się, że już nic nie trzeba robić. Jedzenia nagotowane na co najmniej miesiąc, słodyczy już nie ma gdzie upychać, a dom wysprzątany, jak nigdy. Najwyższa pora pozwolić sobie na relaks i nadrobić zaległości w czytaniu, oglądaniu i słuchaniu.

Mamy z Darkiem naszą własną listę filmów, które z przyjemnością obejrzymy w te święta. Nie ma dla nas znaczenia, ile razy już je oglądaliśmy. Ani to, że niektóre kwestie potrafimy wyrecytować z pamięci. Za każdym razem robi nam się na serduchu tak samo ciepło. To nasza Pozytywna Lista Filmów Optymistycznych, po których przez resztę dnia pozostaje banan na buzi i słońce w głowie. O niektórych z nich już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Jest jednak jeden film, o którym jeszcze nie wspominałam, a który... rozkochał nas w sobie. I zrobił to na tyle skutecznie, że choć oglądaliśmy go zaledwie kilka dni temu, już chcemy obejrzeć go ponownie.

Wielkie uwodzenie (Grand seduction- chwała Bogu, ten geniusz od tłumaczenia tytułów postanowił choć raz zachować sens oryginału) to opowieść prosta i absolutnie w tej prostocie urzekająca. Bez kaskaderskich popisów, bez efektów specjalnych i charakteryzacji rodem z Dzwonnika z Notre Damme. Opowieść o małym miasteczku, w którym już nawet diabeł nie mówi dobranoc, bo nie ma tam po co zaglądać. Wróć. Opowieść nie o miasteczku, bo takich miasteczek jest na ziemi pewnie milion. Opowieść o jego mieszkańcach. Bo takich mieszkańców nie ma nigdzie indziej na świecie. Ze swoim burmistrzem na czele wpadają na pomysł, co zrobić, by przywrócić swojej wiosce dawny splendor i... I będzie się działo. Oj, będzie.

Jest w tej prostej i zabawnej opowieści parę nutek, które radośnie zagrały na naszych uczuciach. Nikogo już chyba nie zaskoczę, jeśli powiem, że marzymy z Darkiem o życiu na wsi. Marzymy i powoli nakręcamy odpowiednie trybiki zdarzeń, aby te marzenia wreszcie rozłożyły skrzydła i poszybowały daleko, hen daleko. Kto wie, może już w przyszłym roku blog Ja, ty i 2 psy nabierze swojej nowej, wiejskiej aury ;) Ciągnie nas do tego nieskomplikowanego życia na łonie natury, jak pszczoły do miodu. Do tej serdeczności z jaką ludzie się do siebie odnoszą, gdy zamiast setek sąsiadów z bloku mają jedynie paru sąsiadów ze wsi. Serdeczności, która może czasem wydawać się nieco zbyt natarczywa, zbyt wścibska, ma jednak tę zaletę, że jest bardzo prostolinijna i nie sili się na fałsz.

No! Chyba, że mowa tu o tej odrobinie fałszu koniecznej dla dobra ogółu. Wielkie uwodzenie. Gorąco polecamy!

fot. /www.circletheatre.ca/

poniedziałek, 15 grudnia 2014

O zimowych tradycjach i domowych sposobach na przeziębienie, czyli sok z imbiru na miodzie

Dla wielu z nas zimowe przeziębienie to już tradycja. Zupełnie, jak ubieranie choinki i pieczenie pierniczków. Są na to jednak domowe sposoby. I choć koncerny farmaceutyczne dwoją się i troją, żeby przekonać nas, że jedynym sposobem ustrzeżenia się przed byciem "niewyraźnym" na zimę jest łykanie tysiąca różnych kapsułek, drażetek i saszetek, to prawda jest taka, że nasze babcie leczyły się głównie domowymi sposobami i działały. Skoro wtedy działały, to dlaczego teraz miałoby być inaczej.

Gdy zdarzy nam się poważniej zachorować, wtedy nie ma rady. Trzeba odwiedzić lekarza i pokornie stosować się do zaleceń. Można jednak samemu zrobic wiele, aby wzmocnić organizm na zimę i złagodzić objawy przeziębienia. Wiele z domowych sposobów można również z powodzeniem stosować u psów. Kto ma psa, ten wie, że jednostka chorobowa zwana tajemniczo kaszlem kenelowym to prawdziwa zmora. Potrafi się ciągnąć tygodniami, a weterynarze zwykle potrafią nas wtedy zachęcić do zainwestowania w najróżniejsze leki. Zarabiać przecież trzeba. Maja właśnie się z kaszlu kenelowego wykurowała, a przez wzgląd na jej wiek musieliśmy sięgać po łagodne, domowe leczenie. W ruch poszły inhalacje olejkami i napary z miodu i imbiru.

No właśnie.

Miód, cytryna i imbir. Te trzy słowa to cała recepta na zdrowie zimą. Najprościej jest zetrzeć nieco imbiru do filiżanki, dodać łyżeczkę miodu i nieco cytryny i zalać ciepłą wodą (ale nie wrzątkiem). My uprościliśmy sobie nieco sprawę i przygotowaliśmy sok z imbiru na bazie miodu. Świetny do herbaty i do piwa :)

Sok z imbiru na miodzie


Składniki:

  • 1 spory korzeń imbiru
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 1 szklanka miodu lipowego
  • sok z jednej cytryny i starta z niej skórka
Przyda się:
  • tarka
  • garnuszek
  • słoiczek lub szklana butelka
  • sitko

Imbir obieramy (nie musimy tego robić bardzo dokładnie) i ucieramy na drobnych oczkach tarki. Umieszczany go w garnuszku. Dodajemy startą skórkę cytryny i zasypujemy cukrem. Mieszamy i zostawiamy pod przykryciem na noc.

 Następnego dnia dodajemy do imbiru przegotowanej wody. Tyle, żeby woda ledwie co przykrywała imbir. Zagotowujemy całość i trzymamy na małym ogniu przez 5 minut. Co jakiś czas mieszamy.

Zdejmujemy z ognia i przelewamy przez sitko. Do ciepłego jeszcze soku (ale już nie gorącego) dodajemy miód i sok z cytryny. Mieszamy i przelewamy do słoiczka. Przechowujemy w lodówce najdłużej miesiąc. Dodajemy łyżeczkę lub dwie do herbaty lub piwa.




piątek, 12 grudnia 2014

Na święta nie godzi się zapominać o rodzinie, czyli gryczane pierniczki z wątróbką dla psa

Zbliżają się święta. Powoli dajemy się porwać szałowi zakupów i przygotowań. W głowie tworzymy kolejne listy sprawunków i trzymamy kciuki, by udało się zrealizować przynajmniej tę ważniejszą część. W naszym domu również już zawrzało. W kuchni pełno książek kucharskich pootwieranych na świątecznych przepisach, na stole piętrzą się czekające na spakowanie prezenty, a lista zakupów wciąż rośnie i końca nie widać. Znalazłam jednak chwilę, żeby wyczarować coś dla naszych wiernych towarzyszek. Dla nich też są święta. Zresztą pies to członek rodziny, a- kiedy, jak kiedy- na święta nie godzi się zapominać o rodzinie. 

Gryczane pierniczki z wątróbką
(dla psa;))


Składniki:

  • 150 g ugotowanej wątróbki drobiowej
  • 1 obrane jabłko
  • 2 łyżki miodu gryczanego
  • 1/2 szklanki otrąb 
  • 1/2 szklanki mąki pszennej razowej
  • szklanka mąki gryczanej
  • jajo
  • ewentualnie żurawina do dekoracji
Przyda się:
  • papier i blacha do pieczenia
  • blender
  • wałek
  • foremka do wykrawania
Wątróbkę, jabłko i miód ucieramy na gładką masę w blenderze. Na blat wysypujemy mąki i otręby. Dodajemy jajko i masę i zagniatamy ciasto. Powinno być kruche ale dawać się formować w kulę. Ciasto wałkujemy na grubość około 5 mm (podsypując odrobiną mąki) i wykrawamy ciastka. Układamy je na papierze do pieczenia i pieczemy przez 15 minut w temperaturze 180 stopni.
Przechowujemy w otwartym pojemniku nawet 2 tygodnie lub dłużej w lodówce.

środa, 10 grudnia 2014

O wyczekiwaniu świąt i filmach z lukrem, czyli pepparkakor i lukier mojito

Święta z dzieciństwa kojarzą mi się głównie z wyczekiwaniem. Wyczekiwaniem prezentów, których z bratem szukaliśmy po wszystkich zakamarkach. Nadaremno. Tata zawsze znalazł sposób, żeby skutecznie ukryć pakunki od Gwiazdora. Wyczekiwaniem pierwszego śniegu i woskowaniem sanek starą świeczką, żeby- gdy już czas nadejdzie- jechać jeszcze dalej i jeszcze szybciej. I w końcu- wyczekiwaniem powrotu mamy, z którą wracało do nas całe ciepło i radość świąt. A gdy otwierała walizkę, na dnie zawsze znajdowała się pięknie kolorowa puszka pełna dziwnie twardych i bajecznie korzennych ciastek. Pepparkakor. Zupełnie nie podobne do naszych rodzimych pierników, dziś kojarzące się głównie z siecią sklepów meblowych. Dla mnie- smak świąt z dawnych lat. W tym roku, trochę na przekór pogodzie, postanowiłam wyczarować w kuchni odrobinę Skandynawii. I dodać kapkę południowoamerykańskich rytmów.

- Mmm… Ale pachnie. Co robisz? - spytał Darek.
- Lukier mojito.
- O! Super! Będę mógł spróbować?
- No, jasne. Ale to dosyć słodkie.
- Nie szkodzi. A może sobie wieczorkiem dziabniemy po jednym i obejrzymy jakiś film?
- Nie wiem, jaki chcesz oglądać film, ale to jest lukier. Nie likier.

Pepparkakor + lukier mojito


Składniki (na 60 - 80 pierniczków):
  • 100 g masła
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego lub brązowego (im ciemniejszy, tym lepiej)
  • 200 g ciemnego miodu (np. gryczanego) i 50 g melasy, lub 250 g samego miodu (ale polecam melasę przez wzgląd na jej ciemny kolor)
  • 100 ml śmietanki 36%
  • 550 g mąki pszennej (około 4 szklanek)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • przyprawy korzenne (3 łyżeczki cynamonu, 3 łyżeczki imbiru, 2 łyżeczki drobno mielonych goździków)  
Lukier mojito:
  • skórka starta z limonki
  • sok z limonki
  • porządna garść świeżej mięty
  • 3 szklanki cukru pudru
  • białko z jednego jajka
Przyda się:
  • mały garnuszek
  • makutra lub robot kuchenny
  • foremka do wycinania ciastek
  • papier do pieczenia i blacha
  • pędzel kuchenny do nakładania lukru
Masło rozpuszczamy w rondelku. Następnie ucieramy je razem z cukrem. Przyda się makutra dla zwolenników prac ręcznych lub robot kuchenny dla tych, co lubią jedynie nadzorować postęp prac ;) Jeśli natomiast jesteście leniwcami pospolitymi tak, jak ja i nie będzie się Wam chciało utrzeć masła z cukrem, to w Waszych pierniczkach również będzie widać drobinki cukru ;)

Do utartej masy dodajemy miód, melasę oraz śmietanę i delikatnie mieszamy. Nie rezygnujcie z melasy, choć nie jest tania. Na pewno przyda się do innych świątecznych wypieków, a przecież święta są tylko raz w roku. Melasa da pierniczkom to, czego nie da nawet najciemniejszy miód. Brunatny kolor i cudny intensywny smak.

Na blacie delikatnie mieszamy ze sobą sypkie składniki i dodajemy do nich masę. Wyrabiamy ciasto tak długo, aż będzie dawało się uformować w kulę. Ciasto dzielimy na dwie części, formujemy z nich niewielkie placki i umieszczamy w lodówce na około godzinę.

Schłodzone placki rozwałkowujemy dosyć cienko, na około 2 mm. Ciasto może przywierać, więc podsypujemy mąką. Wycinamy dowolny kształt ciastek i układamy je na papierze do pieczenia. Pieczemy przez 8 minut w temperaturze 200 stopni. Zaraz po wyjęciu z piekarnika pepparkakor są miękkie, ale szybko twardnieją. Już po godzinie od upieczenia możemy je udekorować lukrem. Choć oczywiście nie musimy ;)

Lukier robi się łatwo i można przechowywać go w lodówce przez tydzień. Sama zwykle robię większą ilość i zużywam do różnych wypieków przedświątecznych. Liście mięty zalewamy sokiem z limonki i ugniatamy łyżeczką. Pamiętajcie, by najpierw zetrzeć z limonki skórkę. Sok zostawiamy w chłodnym miejscu na około 15 minut. Następnie przelewamy sok przez sitko do miseczki i dodajemy cukier puder i białko. Ucieramy tak długo, aż lukier nabierze jednolitej konsystencji. Na koniec dodajemy skórkę i mieszamy. Jeśli wolicie, aby lukier był idealnie gładki, nie dodawajcie skórki. Ja lubię widok zielonych wiórków w lukrze. Ich kolor kojarzy mi się z kolorem świeżych pędów sosny :) Gotowym lukrem smarujemy pierniki.

* Im więcej cukru pudru dodacie, tym gęstszy będzie lukier.



poniedziałek, 8 grudnia 2014

Święta hand made, czyli gwiazdki z masy solnej

Pamiętam te czasy, gdy niewiele można było dostać w sklepie. Niewiele rzeczy potrzebnych na co dzień, a już o delikatesach nie mówiąc. Wspomnienia otula coraz gęstsza mgła, bo w rzeczywistości byłam wtedy bardzo mała. Pamiętam jednak zapach mandarynek przysyłanych w paczce od wujka, smak suszu, za którym nigdy nie przepadałam i dźwięk stukających o siebie kolorowych bombek z cieniutkiego szkła, które gromadziło się latami. Łańcuchów nie było. Robiliśmy je z bratem sami. Z bibuły i kolorowego papieru. I to były najpiękniejsze łańcuchy na świecie. Zrobione przez nas, mozolnie klejone klejem ze słoiczka, który był później wszędzie, a zwłaszcza we włosach.

Pokuszę się o dość ekstremalny pogląd. Osobiście uznaję tylko Święta hand made. Święta kupione w markecie po prostu mijają się z celem. Ma być przecież domowo. Domowo i po naszemu :)

No to co? Do dzieła. Robimy ozdoby na choinkę. W zeszłym roku pokusiłam się o wykonanie kilku bombek techniką decoupage. W tym roku postawiłam na minimalizm. Małe, skromne, ale i urocze gwiazdki z masy solnej już niedługo zawisną na naszej choince. Postanowiłam ich nie malować, bo bardzo podoba mi się ich rustykalny wygląd. I te drobinki soli połyskujące w świetle :) Jeśli wolicie kolorowe ozdoby, wysuszoną masę solną można pomalować np. akwarelami. Powstaną w ten sposób istne cuda w kolorach pasteli.


Masa solna:

  • szklanka mąki pszennej
  • szklanka soli
  • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki wody
Całość wystarczy zagnieść, rozwałkować na dowolną grubość i wyciąć foremką do ciastek ulubiony kształt. Jeśli ozdoby mają wisieć na choince, robimy patyczkiem dziurki na sznurek. Wycięte ozdoby rozkładamy na papierze i suszymy na grzejniku przez 2 - 3 dni, lub przez 3 godziny w piekarniku nagrzanym do 70 stopni. 


sobota, 6 grudnia 2014

O zapachu lasu piniowego w łazience, czyli pierniki korzenno - pomarańczowe

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta... Czujecie je już? My czujemy, oj czujemy. Tym bardziej, że przeziębionej babci Mai musimy co wieczór robić inhalację z olejkiem piniowym. Jak się robi inhalację psu? Bardzo łatwo. Wlewa się do wanny kilka garnków wrzącej wody, pół buteleczki olejku piniowego i gotowe. Później trzeba się jeszcze tylko zamknąć w naparowanej łazience razem z psem na jakieś pół godziny i pozatykać wszystkie szpary w drzwiach. A po otworzeniu drzwi do łazienki zapach lasu rozchodzi się po całym mieszkaniu. Świątecznie, prawda? A przy okazji Darkowi katar przeszedł ;)

A tymczasem do blaszanej puszki na świąteczne wypieki trafiły pierwsze pierniki. Pysznie korzenne i cudnie pomarańczowe. Koniecznie z miodem i ciemną, gęstą melasą.

Pierniki 
korzenno - pomarańczowe


Składniki:

  • 200 g ciemnego miodu (użyłam gryczanego)
  • 3 łyżki melasy
  • 80 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • 400 g mąki pszennej ( mąki przyda się nieco więcej do podsypywania ciasta)
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu, 1 łyżeczka imbiru
  • skórka starta z jednej pomarańczy (uprzednio umytej i osuszonej)
  • 2 łyżki gęstego jogurtu naturalnego
Przyda się:
  • papier do pieczenia
  • blachy do wypieku ciastek
  • miska
  • wałek i foremka do wykrawania ciastek
Pierniki robi się dość łatwo. Jedyną trudność może sprawić wałkowanie i wykrawanie ciastek, bo ciasto mocno się klei i przywiera do każdej powierzchni. Ale po kolei. 

Do płynnego miodu (trzeba go podgrzać, jeśli się skrystalizował) dodajemy melasę, przyprawy i skórkę pomarańczy. Mieszamy, aż składniki się połączą. dodajemy jajko i znowu mieszamy. Na koniec dodajemy mąkę, cukier i proszek i zagniatamy ręką ciasto. Na razie jest suche i nijak nie daje się formować. Dodajemy jogurt i wyrabiamy ciasto. 

Z wyrobionego ciasta formujemy placek i rozkładamy go na blacie obficie posypanym mąką. Mąka oprószamy też wierzch ciasta i wałek. Wałkujemy ciasto na grubość 5 mm i wykrawamy ciastka. Przekładamy je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Resztę ciasta ponownie ugniatamy i powtarzamy wałkowanie - wykrawanie. 

Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez 14 minut. Przed włożeniem do pieca, możemy nasze pierniki posmarować pędzlem zanurzonym w wodzie. Zwilżona skórka będzie po upieczeniu gładsza.


czwartek, 4 grudnia 2014

O przeziębieniu i zosio-samosiowaniu w kuchni, czyli rolada z indyka ze szpinakiem i orzechami piniowymi

Stajemy się coraz bardziej świadomi tego, co jemy. Może to kwestia wieku, mojego wrażliwego żołądka lub planów założenia rodziny. A może po prostu mądrości życiowej, która przychodzi z czasem. Zauważyłam, że coraz częściej widząc jakiś kuszący produkt na sklepowej półce zastanawiam się, jak mogę to samo zrobić w domu SAMA. Takie zosio-samosiowanie we własnej kuchni ma jedną, podstawową zaletę. Robię sama, więc wiem, czego używam. Albo przynajmniej staram się wiedzieć, bo nie oszukujmy się- nie zawsze mamy pewność, że produkty, których używamy pochodzą z rzeczywiście dobrych źródeł. A o mnogości sztucznych kolorków i zapaszków w sklepowym jedzeniu pisać już nie będę, bo przecież wszyscy o nich wiemy. Tylko nie zawsze wiemy, jak ich uniknąć. 

Mnie z pomocą przyszła książka, którą- przyznaję się bez bicia- dodałam do koszyka w księgarni internetowej tylko po to, żeby uzyskać darmową przesyłkę. Książka kosztowała niewiele, akurat tyle, ile brakowało do darmowej przesyłki. Dziś już się z nią nie rozstaję i polecam wszystkim znajomym. "Zamień chemię na jedzenie" Julity Bator zamieniło nasze życie w coś o wiele zdrowszego. I smaczniejszego.

Idą święta. Czas wielkiego gotowania. Zachęcam Was do własnych kulinarnych eksperymentów i do omijania super hiper marketów. Zróbcie wielkim koncernom spożywczym na złość i wybierzcie się na targ. Kupcie jaja od kurek ze wsi i świeże warzywa prosto z ziemi. Gwarantuję Wam, że będziecie zadowoleni. A Wasz portfel wcale na tym nie ucierpi, bo przecież zamiast kupić więcej niezdrowych rzeczy, można kupić ciut mniej, ale lepszych ;) Ja wdrażam zosio-samosiowanie już od jakiegoś czasu i nie zauważyłam, żeby miało to znaczący wpływ na nasze finanse. Wróć! Ma wpływ. Zdecydowanie mniej wydajemy na leki i lekarza. Już prawie nie pamiętamy, jak to jest chorować każdej jesieni na przeziębienie. A co ma katar do pieczenia własnej wędliny? Chcecie wiedzieć, to zajrzyjcie do książki ;)

Rolada z indyka ze szpinakiem 
i orzechami piniowymi


Składniki:
  • ładny, prostokątny kawałek filetu indyka (ok. 700 g) - kupiłam cały filet i odkroiłam środkową, najgrubszą część. Resztę użyłam na taki obiad i takie psie smaczki ;)
  • 3 pęczki świeżego szpinaku
  • szklanka orzechów piniowych
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Przyda się:
  • blender
  • naczynie żaroodporne do pieczenia
  • sznurek do wiązania pieczeni
  • ostry i długi nóż
Wszystkie składniki (oprócz mięsa) ucieramy blenderem na jednolitą masę.

Mięso rozkładamy na desce do krojenia. Przekrajamy je wzdłuż dłuższego boku w poprzek. Cięcia nie dociągamy jednak do końca tak, aby filet można było "otworzyć" tak, jak książkę. Powstanie nam w ten sposób większy i bardziej płaski kawałek mięsa.

Wewnętrzną stronę rozkrojonego filetu smarujemy obficie masą. Całość zwijamy od krótszego boku i związujemy sznurkiem w 4 miejscach. Staramy się zwijać dosyć mocno i nie przejmujemy się, że część masy wycieknie. Powstały rulon okładamy resztą masy i umieszczamy w naczyniu żaroodpornym. Przykrywamy folią i chowamy do lodówki na minimum 6 godzin. Można całość przygotować wieczorem i upiec nad ranem.

Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 45 minut. Pamiętajcie by naczynie żaroodporne wyjąć z lodówki na pół godziny przed pieczeniem, żeby różnica temperatur nie narobiła bigosu ;) Po upieczeniu studzimy i trzymamy w lodówce. Rolada smakuje pysznie na zimno do kanapek.





poniedziałek, 1 grudnia 2014

Inspiracje zimowe, czyli czekamy na pierwszy śnieg

Zaczął się grudzień, zaczęło się wyczekiwanie świąt i wypatrywanie śniegu. Dla mnie to czas, w którym aż mnie roznosi od ilości pomysłów na zapełnienie zimowych wieczorów. W grudniu zamieniam się w stuprocentowego domatora. Mogłabym tak siedzieć otulona kocem i wykrawać z masy solnej ozdoby choinkowe bez końca :) Z uporem maniaka przeglądam strony internetowe i ulubione blogi i szukam inspiracji. Tylko spójrzcie, co znalazłam. Tym samym zaczynamy nowy dział :) Inspiracje.

Zawsze miałam takie małe marzenie. Chciałam spędzić święta w małej, leśnej chatce, przysypanej śniegiem. Marzenie trudne do zrealizowania, bo a) mieszkamy w mieście i b) do tej pory nie umiałam sobie wyobrazić świąt spędzanych poza domem. Ale życie, jak to życie. Samo pisze scenariusze. Dziś święta musimy dzielić na pół, a nawet na trzy części (z racji tego, że moi rodzice nie mieszkają razem). W tym roku moja mama namówiła nas na dość nietypowe rozwiązanie. Święta spędzimy w wynajętej chatce na Mazurach. Nie będzie do końca domowo, ale na pewno będzie bajecznie. Z kominkiem i ciepłymi kocami. Ze śpiącymi na dywanie psami i grzanym winem w kubku.

http://blog.lauraashley.com/
 Od jakiegoś już czasu noszę się z zamiarem powrotu do szycia. Szyć nauczyła mnie babcia i muszę przyznać, że miałam najlepszą nauczycielkę na świecie. Pomagałam jej w pracy obsługując pedał żeliwnej maszyny. Próbowała również nauczyć mnie robienia na drutach, ale do tego nie starczyło mi cierpliwości. Może kiedyś... Tymczasem moja maszyna do szycia (już elektryczna) stoi w szafie i aż się prosi, żeby coś na niej uszyć. Może takie proste przytulaki na prezent dla dzieci.

http://syllovesshabby.blogspot.com/
 Zawsze lubiłam prosto i nieco rustykalnie ubraną choinkę. Koniecznie z ozdób wykonanych własnoręcznie. No, bo co to za filozofia pójść do sklepu i kupić kolorowe i błyszczące świecidełka. Już za rok, nie będziemy o nich pamiętali. A te robione ręcznie, zwłaszcza przy pomocy małych asystentów mają w sobie zaklęty czar wspomnień i wzruszeń. W tym roku planuję zrobić proste ozdoby z masy solnej.

http://mormormartas.blogspot.com/
Jedna z tych rzeczy, na które najbardziej czekam jest śnieg. Wiem, wiem. Wszyscy kierowcy przeklinają biały puch i ja też nie lubię jeździć autem po zaśnieżonych drogach. Ale spacer z psem po zaśnieżonych, leśnych zakątkach ma w sobie tyle uroku i wbrew pozorom- ciepła... I te powroty do ciepłego domu, w którym ktoś pyta, czy zaparzyć nam gorącej herbaty... Marzy mi się spędzanie takich zimowych chwil w towarzystwie tupotu małych stópek. I wprost nie mogę się oderwać od fotografii Eleny Shumilovej. Jest w nich tyle uroku dzieciństwa i tyle ciepła. Ale na to musimy jeszcze poczekać. Tymczasem czekamy na śnieg.

https://500px.com/ElenaShumilova
To, co najbardziej rozgrzewa zimą, to oczywiście gorąca kawa, herbata i grzane wino. Zima robię te napoje często i z najróżniejszymi dodatkami. Uzbroiliśmy się w domowy sok z malin, zestaw przypraw korzennych i nawet w nalewki od taty. W tym roku zamierzam przygotowywać również gorącą czekoladę. Koniecznie z pianką :)

Kemi H Photography
Jestem uzależniona od wzorów. Kocham szczególnie te związane z folklorem i ostatnio bardzo modne indiańskie szlaczki. A skoro właśnie zaczął się sezon na kalesony i getry... Zamierzam rozglądać się za takimi rajtkami.

White Plum Boutique
 Jedna rzecz, bez której zima nie mogłaby się odbyć, to ciastka. Pierniczki, kruche i owsiane. Mam już kilka pomysłów na zimowe wypieki. Moje ciastka na pewno nie będą tak pięknie zdobione, bo najzwyczajniej brak mi cierpliwości, ale postaram się, żeby już niedługo na blogu zrobiło się bardzo ciasteczkowo :)

www.caramelcookie.es

czwartek, 27 listopada 2014

O męskiej chorobie zwanej warzywowstrętem i jej leczeniu, czyli placuszki z cukinią i bryndzą

Uwielbiam cukinię. W każdej postaci. Grillowaną, smażoną i marynowaną. Ale najbardziej lubię, gdy starta ląduje w zupie lub w placuszkach. O prostych plackach z cukinią możecie poczytać tutaj. Dziś na śniadanie zjedliśmy nieco urozmaiconą wersję. I było pysznie. Smakowało nawet Darkowi cierpiącemu na warzywowstręt. Ba! Poprosił nawet o dokładkę :)

Placuszki z cukinią i bryndzą


Składniki (ma około 3-4 porcje):
  • 2 cukinie
  • 2 jaja
  • mąka żytnia chlebowa (typ 720)
  • 2 i 1/2 łyżeczki soli
  • 1 opakowanie bryndzy (ok. 125 g)
  • 2 ząbki czosnku (utartego lub przeciśniętego przez praskę)
  • szczypta pieprzu i szczypta gałki muszkatołowej
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • olej do smażenia (użyłam słonecznikowego)

Przyda się:
  • duża patelnia
  • miska
  • tarka
  • ręcznik papierowy
Cukinię płuczemy, osuszamy i ucieramy na dużych oczkach tarki. Jeśli ma gniazda nasienne, musimy się ich najpierw pozbyć. Do cukinii dodajemy sól i lekko mieszamy. Następnie dodajemy jaja i znowu mieszamy.Dodajemy pozostałe składniki (bryndzę rozkruszamy w palcach) i mieszamy. Do powstałej masy dosypujemy mąki. Celowo nie podałam jej ilości, bo ta zależy od ilości wody w cukinii. Najlepiej jest dodawać mąki po łyżce i mieszać. Robimy tak do momentu, gdy ciasto nabierze konsystencji ciasta na placki ziemniaczane. 

Na patelni rozgrzewamy obfitą ilość oleju. Placki smażymy z obu stron, aż się zarumienią. Układamy na ręczniku papierowym, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu. Podajemy oprószone natką pietruszki lub z sosem czosnkowym na bazie jogurtu i odrobiny majonezu :)



poniedziałek, 24 listopada 2014

Odrobina włoskich wakacji na śniadanie, czyli smarowidła na nutę śródziemnomorską

- Co jemy na śniadanie? - pytam wczoraj.
- Może kanapki.
- A z czym masz ochotę?
- A, nie wiem. Posmaruj czymś dobrym.

No, to idę do kuchni i rozglądam się po okolicy. Jest niedzielny poranek, w lodówce wieje pustką. Ale na dnie szafki znajduję słoik z oliwkami. I drugi- z suszonymi pomidorami w oliwie. Wzrokiem szukam pozostałych składników. Czosnek? Jest. Pietruszka? Jest. No, to do dzieła. Na śniadanie będzie pieczywo ze smarowidłami na nutę śródziemnomorską. Banalnie prosty i pyszny zestaw.

Smarowidła 
na nutę śródziemnomorską


Składniki:

  • smarowidło z czarnych oliwek
    • 1 i 1/2 szklanki odsączonych czarnych oliwek bez pestek
    • ząbek czasnku
    • garstka natki pietruszki
    • szczypta oregano
    • szczypta soli
    • 4 łyżki oliwy z oliwek (najlepiej extra virgin)
  • smarowidło z suszonych pomidorów
    • szklanka odsączonych suszonych pomidorów w oliwie
    • 2 łyżki orzeszków piniowych lub ziaren słonecznika (choć polecam te pierwsze)
    • garstka natki pietruszki
    • szczypta bazylii
    • szczypta soli
    • 4 łyżki oliwy z oliwek (najlepiej extra virgin)
Przyda się:
  • 2 pojemniki lub miski
  • blender
W obu przypadkach postępujemy tak samo. Wszystkie składniki umieszczamy w pojemniku i ucieramy blenderem na jednolitą masę. Smarowidła możemy przechowywać w lodówce pod przykryciem nawet 2 tygodnie. Smarowidło z czarnych oliwek ma dosyć wytrawny smak, natomiast smarowidło z suszonych pomidorów jest słodkawe w smaku. Oba świetnie się sprawdzą, jako dodatek do pieczywa oraz jako dip do przekąsek.


sobota, 22 listopada 2014

Czasami czujemy szczęście

Czy jesteś szczęśliwa?- spytała któregoś dnia mama. Mama, jak to mama. Potrafi ni z gruchy, ni z pietruchy zadać jedno proste pytanie, które później nie daje nam spać przez kilka nocy. A jak już nawet znajdziemy w duszy odpowiedź, to znowu zaczynamy się zastanawiać, czemu takie pytanie w ogóle padło. Nauczeni doświadczeniem wiemy, że w tym, co mówi mama podtekst kryje się wszędzie.

I tak, po kilku bezsennych nocach, doszłam do wniosku, że to skomplikowane pytanie. Skomplikowane, bo nie da się na nie odpowiedzieć tak lub nie. Gdyby pojawiało się w uczelnianych testach, musiałoby mieć więcej niż te dwa okienka do zaznaczenia. Tak, nie, rzadko, czasami, nie wiem.

Czy można być po prostu szczęśliwym? Chyba nie. Cały czas cieszą się tylko wariaci. Maniacy nastawieni na odczuwanie jedynie przyjemności i to w słoniowej dawce. A my- względnie zdrowi na umyśle obywatele względnie normalnego kraju? Czy jesteśmy szczęśliwi?

Krzyżyk ląduje w jednym z okienek. Czasami.

Czasami czujemy szczęście. Czasami czujemy, że wszystkie elementy układanki, jakim jest nasze życie lądują na właściwym miejscu i na moment, choćby tylko na ułamek sekundy, nie kłócą się ze sobą. Powstaje idealna harmonia między nami, a światem. Potrafimy spojrzeć na naszą drogę z lotu ptaka i widzimy to, czego nie da się dostrzec siedząc za kierownicą. Widzimy cel. Przyczyny i skutki wszystkiego, co się wydarza. Choć raz dostrzegamy coś więcej poza wybojami i zakrętami naszej drogi. Dostrzegamy kierunek. Jeśli jest zgodny z naszymi przekonaniami... Zaznaczyliśmy właściwą odpowiedź.

Za moment czar pryśnie. Zadzwoni telefon, kierowca w aucie obok zajedzie nam drogę, pies szczekaniem wyrwie nas z zamyślenia. Ale przez chwilę doświadczyliśmy objawienia. Doświadczyliśmy szczęścia. 

Ostatnimi czasy te momenty harmonii zdarzają mi się coraz częściej. A może po prostu staram się ich doszukiwać wszędzie tam, gdzie inni widzą zwykły parapet z kwiatami, czy pochrapywanie śpiącego psa. Coraz częściej też myślę o moim życiu, jako o całości, a nie sumie wydarzeń. Nie rozczulam się nad momentami, które były be. No, może tylko czasami. Zaczynam widzieć, jaki wpływ miały na mnie i dokąd mnie doprowadziły. Czy gdyby ktoś kiedyś nie złamał mi serca, potrafiłabym teraz kochać i ufać? Czy gdybym sama kiedyś nie czuła się samotna i zagubiona, potrafiłabym teraz dawać ciepło i poczucie bezpieczeństwa? Czy gdybym nie doświadczyła tych wszystkich małych smutków, potrafiłabym teraz odczuwać radość?

Przyglądam się kierunkowi, w którym zmierza moje życie. Nasze życie, bo droga od dłuższego już czasu jest dwupasmowa. Nie mam bladego pojęcia, co będzie dalej. Nie wiem, jakie wyboje i zakręty szykuje nam los. Ale wiem, że damy radę. Wiem, bo w tych ulotnych momentach czuję, że wszystko trafia na właściwe miejsce. Czuję szczęście.

Teraz pozostaje mi już tylko rozgryźć, o co chodziło mamie ;)




czwartek, 20 listopada 2014

Siła uzależnienia, czyli torcik bardzo czekoladowy

Najwyższa pora się przyznać. Ujawnianie swoich najskrytszych żądz i najbrudniejszych myśli jest ostatnio modne. Wystarczy kupić pierwszą, lepszą kolorową gazetę, żeby się o tym przekonać. No, to proszę. Mówię otwarcie. Jestem uzależniona od czekolady. Mlecznej, gorzkiej, białej i nadzianej. Kocham smak czekolady, a zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym. Dieta? Dajcie spokój. Życie jest zbyt krótkie, by odmawiać sobie czekoladowych przyjemności :)

Torcik bardzo czekoladowy

Składniki:

  • 3 jaja
  • 240 ml oleju roślinnego (użyłam słonecznikowego)
  • 200 g cukru
  • 100 g rozpuszczonej gorzkiej czekolady
  • 300 g buraków ugotowanych w łupinkach
  • laska wanilii (ewentualnie odrobina esencji waniliowej)
  • szczypta soli
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 30 g kakao (prawdziwego kakao, nie proszku do sporządzania napoju mlecznego)
  • 200 g mąki pszennej uniwersalnej
  • polewa: tabliczka czekolady mlecznej + łyżka masła
  • nadzienie: kajmak o smaku waniliowym lub zwykły z dodatkiem kilku kropel esencji waniliowej
  • do dekoracji garstka żurawiny
Przyda się:
  • tortownica
  • papier do pieczenia
  • tarka
  • miska
  • garnuszek
  • długi i cienki nóż
Buraki gotujemy dużo wcześniej, żeby miały czas ostygnąć. Można przygotować je poprzedniego dnia. Jeśli nigdy nie dodawaliście do ciasta czekoladowego buraków, to pewnie macie teraz nie tęgą minę. Ale nie bójcie się. Buraków w naszym torciku nie będzie w ogóle czuć. Będą takim niezauważalnym, tajnym agentem i dodadzą ciastu wilgotności i słodyczy. Gwarantuję Wam, że jeśli raz spróbujecie upiec ciasto czekoladowe z burakami, nigdy więcej nie upieczecie go bez nich :)

Ostudzone buraki obieramy i ucieramy na drobnych oczkach tarki, ale nie na gładką masę. Powinny powstać cieniutkie wiórki. W małym garnuszku rozpuszczamy gorzką czekoladę.

W misce mieszamy ze sobą olej, cukier i jaja. Do powstałej masy dodajemy rozpuszczoną czekoladę, utarte buraki oraz nasionka lub esencję wanilii. Mieszamy łyżką. Mikser mógłby utrzec nasze buraki na papkę, a tego nie chcemy.

Na koniec dodajemy pozostałe składniki sypkie (mąka, proszek, kakao i sól) i mieszamy. Ciasto będzie dosyć gęste, więc trzeba w to włożyć nieco siły.

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni. Dno tortownicy wykładamy wyciętym w okrąg papierem do pieczenia (wystarczy na papierze odrysować kształt tortownicy). Boki smarujemy delikatnie masłem i oprószamy mąką. Pieczemy przez godzinę. Po upływie 55 minut warto sprawdzić patyczkiem.

Gdy ciasto ostygnie, otwieramy bok tortownicy i przekrajamy ciasto na pół. Wierzch zdejmujemy bardzo ostrożnie, żeby go nie połamać. Spód smarujemy kajmakiem i przykrywamy wierzchem ciasta. W garnuszku rozpuszczamy czekoladę mleczną z dodatkiem masła. Gdy jest jeszcze ciepła, smarujemy nią torcik z wierzchu i po bokach. Trzeba to robić dosyć szybko, bo czekolada zastyga. Na koniec posypujemy całość rozdrobnionymi, suszonymi owocami żurawiny. Przechowujemy w lodówce.
 




poniedziałek, 17 listopada 2014

Spacer bez kurtek, ostatni w tym sezonie

Patrząc na zdjęcia nie mogę uwierzyć, że ten spacer miał miejsce zaledwie dwa tygodnie temu. Środek tygodnia, telefon od klienta. Nie może się spotkać z Darkiem na budowie, bo coś mu wypadło. Ja miałam cały dzień pisać, ale pisać mogę przecież zawsze. Ni stąd, ni zowąd okazuje się, że mamy dzień wolny. Darek odruchowo siada do komputera, żeby nadgonić zaległości w projektach. A ja wyglądam przez okno i nie mogę pozbyć się myśli, że jeśli ten dzień przesiedzimy w domu, to taka okazja na spacer już się nie powtórzy.

Chwytam psi bidon, w którym nosimy Bubie wodę na dłuższe spacery i idę do kuchni nalać do niego wody. Buba zrywa się na równe nogi i pędzi za mną do kuchni. Staje na tylnych łapach i przednimi opiera się o blat kuchenny. Bacznie obserwuje każdy mój ruch, jakby chciała się upewnić, czy nalewam wystarczająco dużo wody. Jest podekscytowana, a najbardziej na ogonie. Wołam do nas Darka. Wiem, że chciałeś popracować- mówię- ale spójrz tylko na Bubę. Buba, jak na zawołanie, obdarza nas najbardziej głupkowato-radosnym uśmiechem z możliwych. Darek przekupiony. Jedziemy na ostatni w tym roku spacer bez kurtek :)











sobota, 15 listopada 2014

Wyjazdy i powroty

05:00
Wychodzę na szybki spacer z dziewczynami. Darek jeszcze śpi. I niech śpi jak najdłużej. Czekają go trzy ciężkie dni. Będzie musiał wstawać rano i biec na spacer, będzie musiał gnać na spotkania i spieszyć z powrotem do domu, żeby wyprowadzić i nakarmić psy. Maja, jak na złość, złapała zapalenie krtani, więc Darka czekają też wizyty u weterynarza i- choć o tym jeszcze nie wiemy- robienie zastrzyków w domu. A w między czasie dwa duże projekty, które właśnie dobiegają do końca i trzeba milion spraw dopilnować, sprawdzić i domknąć. Poprzedniego dnia pytam Darka, czy sobie poradzi. Mogę przecież jechać w innym czasie. Po cichu może nawet bym chciała, żeby mnie zatrzymał. Nie lubię być daleko. Nie lubię być sama.
- Jedź- słyszę odpowiedź. - Musisz jechać. Tyle już czasu nie widziałaś się z tatą i dziadkami. Później nie będzie czasu. A o nas się nie martw. Damy sobie radę. To tylko trzy dni.

06:30
To tylko trzy dni- myślę i podciągam się za poręcz, żeby wspiąć się do pociągu. Ekspres płynie z cichym szelestem przez pola i lasy. Co jakiś czas za oknem jakaś wieś. Jak przecinek oddzielający zielenie i brązy. Z każdym przecinkiem jestem dalej od swojego życia i czuję się coraz bardziej oderwana. Kobieta na siedzeniu obok śpi. Lub raczej udaje, że śpi. Przymykam oczy i robię to samo. Zanurzam się w swoją własną małą intymność, odgradzam się od tego, co na zewnątrz. Nagle jestem daleko od współpasażerów. Od ich e-booków i smartfonów, mandarynek i rogalików w celofanie, puchowych kurtek i jeszcze bardziej wypchanych bagaży.

Nagle mam znowu 4 lata i jadę ekspresem do Warszawy. Przytulam się do pachnącego perfumami ramienia mamy i jest mi ciepło i bezpiecznie. Pomimo zimna za oknem, pomimo niewygodnych siedzeń, czuję się błogo. Jedziemy do babci, a ja jeszcze nie wiem, że mam z babcią zostać sama. Mama jedzie do pracy za granicę.

Zsuwam się nieco niżej na siedzeniu próbując znaleźć pozycję, w której będę mogła nie tylko udawać, że śpię, ale też że jest mi wygodnie.Teraz mam 13 lat i jadę pociągiem do Gdańska. To już niemal rytuał. Zaczynają się ferie, mama przysyła bilet i z małym plecakiem jadę na prom. Czeka mnie długa podróż i prawdopodobnie jakiś sztorm na morzu, jak to zimą, ale czuję się dziwnie odważna. To nie pierwszy raz. Trasę pociągu, numer tramwaju na przystań promową i kolejność okazywania dokumentów przy odprawie znam już na pamięć. Wiem też doskonale, co powiedzieć po dopłynięciu, w okienku oznaczonym napisem ALL OTHER NATIONS brzmiącym nieco, jak przekleństwo w zestawieniu z ładnym i schludnym napisem obok- EU.
- Jag har inga kronor. Jag går till min mama. Hon bor och arbetar i Stockholm och väntar på mig. (Nie mam żadnych koron. Jadę do mamy. Ona mieszka i pracuje w Sztokholmie i czeka na mnie.)

09:20
Przesiadka w Poznaniu. Ze schludnej i wyciszonej rzeczywistości ekspresu, w którym wszyscy udają, że są czymś zajęci (spaniem, czytaniem, graniem, albo i samym udawaniem) trafiam do obdrapanej i skrzypiącej rzeczywistości pośpiesznego. Pośpieszny jest pośpiesznym tylko w nazwie. W rzeczywistości nic tu się nie spieszy. Czas sprawia wrażenie, jakby wyraźnie zwolnił, a może nawet zatrzymał się gdzieś w okolicy wczesnych lat osiemdziesiątych. Drzwi toalety nie domykają się zaopatrując cały wagon w zapach trudny do zidentyfikowania. Wyobrażam sobie świeczkę zapachową inspirowaną tą sytuacją. Poranna Świeżość Popielniczki. Rześka Bryza Zatkanego Odpływu. W przedziałach ludzie przytulają się do siebie. Bo ciasno, ale też dlatego, że zimno. Ogrzewanie w kilku wagonach nie działa, a konduktor pociągu pośpiesznego bynajmniej się nie spieszy, żeby wcisnąć ten jeden guzik na kontrolce na korytarzu.
Ale nie narzekam. Tu nie muszę udawać, że śpię. Tu nie ma miejsca na udawanie. Tu wszyscy są prawdziwi. Starsza pani opowiada, jak to się kiedyś jeździło do miasta za pracą. Ludzie wchodzili oknami i stali całą drogę. Żołnierze w przedziale obok jadą na przepustkę. Cieszą się. To słychać. Co chwilę któryś przychodzi i zaprasza wszystkich na wódeczkę. Jeden z żołnierzy siedzi z nami i nie zagląda ani razu do kolegów obok. Ma smętną minę. Pytam się, co się stało. Mówi, że nie może się z nimi napić, bo ma alergię na alkohol. Starsza pani klepie go po ramieniu i mówi: "Nic nie tracisz. Od wódki rozum krótki. Pamiętam, jak ze Zbyszkiem..."
I tak to się toczy. Pach ciuch ciuch, pach ciuch ciuch. Zanim dojeżdżamy do Koszalina, niepijący żołnierz został już przez wszystkich poczęstowany czymś na ząb, a starsza pani opowiedziała mu o swoich trzech mężach. Ja dostałam dwie propozycje matrymonialne z przedziału obok, a pani siedzącej obok mnie któryś z żołnierzy powiedział, że wygląda zupełnie jak ta aktorka na J. Janda? Nie, Jolanta Kwaśniewska.

14:30
Wysiadam z pociągu na starym, koszalińskim dworcu. Bardziej wyskakuję, niż schodzę po dziwnie zaprojektowanych schodkach, na których nie mieści się nawet pół stopy. Boże- wzdycham. -Tu nic się nie zmienia. Ale to westchnienie ulgi, nie dezaprobaty. W Warszawie wszystko się zmienia aż za szybko. Budują się nowe osiedla, remontują się drogi, rozpadają się związki i likwidują miejsca pracy. A tu- dzięki Bogu- nic się nie zmienia.
Rozglądam się po peronie i widzę go. Jest. Stoi nieco onieśmielony, bo nigdy nie czuł się pewnie w towarzystwie rzeczy związanych z podróżowaniem. Walizek, pociągów, biletów. Dostrzega mnie i kąciki wąsów unoszą się w serdecznym uśmiechu. I nagle przypominam sobie to wszystko, co w pociągu jakoś nie chciało mi przyjść do głowy. Przypominam sobie powroty. Powroty z wyjazdu od mamy. Powroty ze studiów i z wakacji. Powroty do domu. Do taty. I dopiero teraz zaczynam rozumieć, że przecież każda podróż to żal za tym, co się zostawia, ale też radość z tego, do czego się zmierza.
- Jak dobrze, że już jesteś- mówi tata, dusząc mnie w swoim uścisku. -Dziadkowie już czekają z obiadem.



wtorek, 11 listopada 2014

Jesienny jadłospis, czyli pulpety w sosie grzybowym

Grzyby w lesie podobno jeszcze są. I nic dziwnego, bo przecież listopad wyjątkowo łagodny w tym roku. Aż strach pomyśleć, jakie jeszcze niespodzianki szykuje nam pogoda. Czy Boże Narodzenie będzie białe i puszyste, czy może szare i błotniste? 

Powoli w głowie układam listy prezentów i obmyślam, jak by tu coś świątecznego wyczarować w domu. Na przekór pogodzie rozgrzewam się myślą o kolorowej choince i wspólnym kolędowaniu. Ale zanim kuchnią zawładną pierniki i sałatki świąteczne, mamy jeszcze bardzo jesienny jadłospis. Dziś na obiad mięciutkie pulpety w sosie grzybowym :)

Pulpety w sosie grzybowym

Składniki (na około 10 pulpetów):
  • pół kilo mięsa wieprzowego mielonego
  • jajko
  • sucha bułka
  • szklanka mleka
  • łyżka posiekanej natki pietruszki
  • sól i pieprz do smaku
  • mąka do obtaczania
  • olej roślinny (użyłam ryżowego)
  • sos grzybowy:
    • szklanka drobno pokrojonych świeżych podgrzybków (mogą być pieczarki)
    • posiekana cebula
    • łyżka masła i 2 łyżki oleju roślinnego 
    • łyżka mąki ziemniaczanej
    • 2 szklanki bulionu wołowego
    • sól i pieprz do smaku
    • szczypta roztartego w moździerzu ziela angielskiego
Przyda się:
  • 2 patelnie
  • miska
  • mały pojemnik do obtaczania pulpetów w mące
Bułkę namaczamy w mleku. Gdy wchłonie już całe mleko i stanie się miękka, dodajemy ją do mięsa. Dodajemy też jajko i przyprawy. Dokładnie mieszamy, najlepiej ręką. Gdy wszystkie składniki połączą się ze sobą, formujemy owalne pulpety. Obtaczamy je w mące i smażymy na rozgrzanym oleju. Powinny zarumienić się z każdej strony. Układamy je na ręczniku papierowym i bierzemy się za sos.

Na patelni rozgrzewamy masło i olej. Podsmażamy cebulkę, aż się zeszkli. Dodajemy grzyby i co jakiś czas mieszając podsmażamy przez 10 minut na małym ogniu. W jednej szklance bulionu mieszamy łyżkę mąki ziemniaczanej. Dodajemy do grzybów, chwilę mieszamy, aż sos zgęstnieje i dolewamy drugą szklankę bulionu. Do sosu dodajemy przyprawy i trzymamy na małym ogniu 2 minuty. Na koniec dodajemy do sosu pulpety i delikatnie mieszając otaczamy je sosem i podgrzewamy. 

Podajemy z tłuczonymi ziemniaczkami lub ryżem. Świetnie smakują również następnego dnia :)
 



niedziela, 9 listopada 2014

O psie, który starał się nie zasnąć, czyli prosty żytni chlebek

Zakwas delikatnie buzuje w słoiku. Całe nasze małe mieszkanko jeszcze śpi, gdy idę do kuchni wyrobić ciasto na chleb. Darek śpi- pozytywnie zmęczony wczorajszym rozbawianiem gości. Buba śpi- równie pozytywnie zmęczona wczorajszym żebraniem o kawałeczek czegokolwiek.

Mieszam zakwas z mąką i wodą, za oknem jeszcze ciemno. Do kuchni człapie Maja, moja wierna towarzyszka. Przeciąga się z tą odrobiną gracji, jaka jeszcze pozostała w starych kościach i układa się w kłębuszek u wejścia do kuchni. Nie będzie spała. Będzie bacznie obserwować to, co robię. Będzie dokładnie śledzić mój każdy ruch i cierpliwie czekać na choćby odrobinę zainteresowania z mojej strony. Bo przecież wystarczy odrobina- jedno spojrzenie, jedno czułe słowo- żeby ogonek się obudził i rozmerdał na dobre. Dlatego Maja nie będzie spała. No, może zdrzemnie się tylko troszeczkę.

Gdy kilka godzin później Maja podnosi rozespany łepek, w piekarniku rośnie już chleb, a po kuchni rozchodzi się ten najbardziej domowy z domowych zapachów. Obok zapachu ciepłego, śpiącego psa i zapachu gotującego się rosołu- mój ulubiony zapach. Na śniadanie? Chlebek żytni. Najprostszy i najszybszy, na jaki było mnie dzisiaj stać. Cudnie aromatyczny i słodkawy. Najwyższa pora na niedzielne dzień dobry.

Prosty chlebek żytni 

Składniki:

  • zaczyn:
    • 2 łyżki zakwasu żytniego (dokarmionego około 12 godzin wcześniej- ja dokarmiłam zakwas rano i wieczorem przygotowałam zaczyn)
    • 150 ml wody
    • 150 g mąki żytniej typ 720 (mąka chlebowa/pytlowa)
  • 380 g mąki żytniej typ 720
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 200 ml wody w temp pokojowej
  • ewentualnie pół szklanki lekko rozdrobnionej żurawiny lub rodzynek

Przyda się:

  • miska
  • folia aluminowa
  • forma "keksówka"
  • kratka do studzenia chleba

Jeżeli dokarmiacie zakwas rano, to wieczorem trzeba go delikatnie zamieszać i dodać dwie łyżki do 150 ml letniej, przegotowanej wody i 150 g mąki. Wszystko mieszamy i przykrywamy miskę folią aluminiową uważając, żeby całość nie była przykryta szczelnie. Zaczyn musi mieć odrobinę powietrza, a przykrycie go ma jedynie zapobiegać wysychaniu. Miskę ustawiamy w ciepłym i suchym miejscu.

Następnego dnia rano dodajemy do zaczynu pozostałe składniki i łączymy ze sobą. Można to robić ręką, łyżką lub mikserem z końcówką do wyrabiania ciasta. Jeśli używacie miksera, to na najmniejszych obrotach i tylko przez chwilę. Żurawinę dodajemy na sam koniec i delikatnie mieszamy.

Formę smarujemy delikatnie olejem roślinnym i wysypujemy otrębami lub mąką razową. Przekładamy ciasto do formy, przykrywamy folią aluminiową niezbyt szczelnie i ponownie odstawiamy w ciepłe i suche miejsce. Czas wyrastania chlebka zależy od temperatury. U nas wyrastał około 3 godziny. Powinien mniej więcej podwoić swoją objętość. Wyrośnięty chlebek wstawiamy do zimnego piekarnika i nastawiamy piekarnik na 230 stopni. Na dole piekarnika ustawiamy naczynie żaroodporne z wodą. Po 30 minutach zmniejszamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy kolejne 30 minut. Po wyjęciu z piekarnika chlebek powinien ostygnąć na kratce. Inaczej się zaparzy i zrobi się wilgotny.

Smacznego!