piątek, 6 grudnia 2013

O zamartwianiu się i kwitnących ziemniakach, czyli korzenne babeczki z jabłkiem

Zaczęło się. Razem ze śniegiem spadło na mnie tysiące ciepłych wspomnień. Wspomnień ciasta drożdżowego pieczonego przez moją babcię i tego wyjątkowego drożdżowo-pomarańczowego zapachu, który roznosił się po całym domu i witał wszystkich już od progu. Wspomnień chrupiącego, czerstwego chleba maczanego w tranie, którego nie znosiłam i chowałam się pod łóżko, gdy tylko tato wyjmował z szafki zieloną buteleczkę. Wspomnień tych wszystkich dziwacznych pomysłów, na które wpadaliśmy z bratem, gdy śnieżna zawierucha za oknem uniemożliwiała wyjście na podwórko. Do dziś na przykład nie wiem, co konkretnie chcieliśmy osiągnąć wtykając pod łóżko ziemniaki. Może liczyliśmy na to, że na wiosnę wyrosną. W rezultacie dowiedliśmy tylko jednego. Że mamy krótką pamięć. O ziemniakach oczywiście zapomnieliśmy, a one zamiast wyrosnąć- zgniły. I wcale nie trzeba było czekać do wiosny. Mina mamy, gdy znalazła pod łóżkiem nasze "sadzonki"... bezcenna.

Gdy Darek pojechał na spotkanie z klientem, stanęłam w kuchni przed oknem i zapatrzona w pierwszy śnieg, zaczęłam się zamartwiać. Takie zamartwianie się przy kuchennym oknie jest u nas rodzinne. Tak robiła moja babcia wyglądając, czy dziadek wysiada z tramwaju. Tak samo robiła moja mama, zerkając przez okno, czy nie dzieje się nam żadna krzywda podczas zabawy. Dzisiaj ja też tak robię, choć ze swojego okna widzę tylko dachy praskich osiedli. Ale to nie na szare budynki patrzę. Oczami wyobraźni widzę jego, jak jedzie po zwariowanych, warszawskich ulicach. Widzę, jak się gdzieś spieszy i klnie pod nosem, że nie zdąży. Widzę, jak wraca do domu głodny, jak wilk i zmarznięty. I zamartwiam się, jak potrafi tylko kobieta, która kocha. Mimo chodem wrzuciłam do miski kilka rzeczy. Szklankę tego, łyżeczkę tamtego... I gdy kolejne podmuchy nadchodzącej zimy tańczyły za oknem, w piekarniku rosły już babeczki. Proste i szybkie, jak myśli biegające po głowie.

Uwielbiam ten przepis, bo przypomina mi moją mamę. Ona też robi wszystko ot tak, mimo chodem. I ni stąd, ni zowąd wyczarowuje coś pysznego. Tu zamiesza, tam coś podsypie... I babeczki korzenne z jabłkiem gotowe. A w domu zaczyna już pachnieć zimą i cynamonem :)

A gdy wrócił do domu głodny, jak wilk i zmarznięty, zjadł od razu cztery. A ja ugryzłam się w język, bo te babeczki miały być przecież na prezent mikołajkowy ;)

Korzenne babeczki z jabłkiem


Składniki:
  • 250 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 125 g cukru trzcinowego
  • ulubione przyprawy (ja dodałam łyżeczkę cynamonu, szczyptę mielonego imbiru, łyżeczkę kardamonu i 3 utarte ziarenka anyżku)
  • 125 ml mleka
  • 125 ml oleju (użyłam rzepakowego)
  • 2 jaja
  • 2 pokrojone w kostkę jabłka (użyłam jabłek ligol)
  • 100 g pokrojonej w kostkę mlecznej czekolady
  • cukier gruboziarnisty do dekoracji
Przygotowanie:
  1. Wszystkie sypkie składniki umieszczamy w misce (mąkę, proszek, cukier i przyprawy). Dodajemy jaja, mleko i olej i wszystko dokładnie mieszamy. Odstawiamy na chwilę, żeby cukier nieco się rozpuścił w naszej masie.
  2. W tym czasie kroimy w kostkę jabłka i czekoladę oraz nastawiamy piekarnik na 200 stopni. Formę do muffinek wykładamy papilotkami (niekoniecznie, jeśli mamy formę silikonową).
  3. Dodajemy do ciasta jabłka i czekoladę i delikatnie mieszamy. Rozkładamy masę do papilotek. Możemy posypać z wierzchu cukrem dla dekoracji. Pieczemy przez 20 minut.
Prawda, że mimo chodem? :) Smacznego!


1 komentarz: