piątek, 27 grudnia 2013

O słoikach i wiciu gniazdka, czyli zaczynamy nowy rozdział

- Nawet pan nie wie, jak bardzo się cieszymy, że pan tu jeszcze jest - westchnęłam próbując złapać oddech. Wpadliśmy do banku w ostatniej sekundzie przed zamknięciem. Przy większości polskich stołów rozpoczynała się Wigilia, a my musieliśmy jeszcze coś załatwić za ostatni dzwonek. Pan Bankier uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- W samą porę, zaraz wsiadam do auta i za jakieś 300 kilometrów będę w domu.
- O matko, tak samo mój brat. Tylko, że on jeszcze siedzi w pracy, a ma do przejechania jakieś 600 kilometrów. 
- Czyli jest pan słoikiem? - zażartował Darek, a ja zdębiałam. Mój mężczyzna ma niecodzienny dar mówienia wprost tego, co myśli. Najczęściej prowadzi to do zabawnych sytuacji. Jednak akurat w tej sytuacji bardzo liczyliśmy na przychylność Pana Bankiera. Któż mógł wiedzieć, jak człowiek zareaguje, gdy nazwie się go słoikiem.
- Najprawdziwszym! - odparł Pan Bankier z niekłamaną dumą w głosie. - Podporą i chwałą tego zwariowanego miasta.
- Och, to tak, jak my - odetchnęłam z ulgą. - Zachciało nam się życia w wielkim mieście, to teraz trzeba jeździć na wszystkie święta w te i z powrotem.


- A tak właściwie, to o co chodzi z tymi słoikami? - spytałam, gdy już wyszliśmy z banku, szczęśliwi, że udało się wszystko załatwić.
- No, wiesz.
- No właśnie nie wiem. Co to znaczy, że ktoś jest słoikiem? Że jest konserwatywny, jak ogórki...
- Nie, po prostu przyjezdny. Ale skąd to się wzięło, to nie wiem.
- To my jesteśmy słoikami? - drążyłam dalej.
- No tak. Nie urodziliśmy się tu. Przyjechaliśmy na studia lub za pracą. I jak Bóg da, raczej tu nie zostaniemy.
- Jak Bóg da - westchnęłam, jakby to były słowa modlitwy.

Zawsze zakładaliśmy, że jesteśmy tu tylko na chwilę. Na dłuższą chwilę, ale tylko chwilę. Nie wiem, czy nazwanie kogoś słoikiem jest pozytywne, czy negatywne. Sądząc po reakcji Pana Bankiera, chyba raczej pozytywne. Dla mnie to określenie nic nie znaczy. Nie przyjechałam do Warszawy, by nachapać się pieniędzy i wyprowadzić gdzieś indziej. Przyjechałam, by dosięgnąć możliwości, których w moim małym mieście na północy Polski nigdy bym nie dosięgnęła. Chciałam zdobyć wykształcenie i doświadczenie zawodowe. I w końcu znaleźć się na własnej drodze. Myślę, że w dużej mierze mi się to udało. Od samego początku wiedziałam jednak, że na stałe raczej wrócę na prowincję. Bo tam... No cóż, żyje się przyjemniej.


Okazało się jednak, że w tym wielkim mieście poznałam miłość mojego życia. No może nie od razu. Musiałam poznać kilka miłości NIE MOJEGO życia oraz kilka NIE MIŁOŚCI mojego życia. Ale w końcu się udało. Trafiliśmy na siebie zupełnie przypadkiem, nie mając żadnych wspólnych znajomych, ani wspólnych miejsc, czy zajęć. Znaleźliśmy się, jak w korcu maku. Jak w wielkim i zakorkowanym korcu maku. I postanowiliśmy już nigdy nie być osobno. Ot, tak po prostu. Bez zbędnego zastanawiania się, bez kalkulacji. Od pierwszego spotkania czuliśmy, że po prostu chcemy już zawsze być blisko siebie. 

Zanim się zorientowaliśmy miejsce, które do tej pory nazywaliśmy jedynie naszym mieszkaniem w Warszawie, zaczęliśmy nazywać domem. Wracaliśmy do tego domu z każdego wyjazdu świątecznego i już od progu powtarzaliśmy znane powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w domu...

...najlepiej. Co sprawiło, że udało nam się stworzyć tu dom? Nie wiem. Darek mówi, że to przeze mnie. Że uwiłam przytulne gniazdko, w którym nie można nie czuć się dobrze. Ja myślę, że to sprawka dwóch mokrych nosów, bez których już nie wyobrażamy sobie życia. A może to jeszcze coś innego...
Jedno jest pewne. W te święta zrozumieliśmy, że nawet gdybyśmy mieli zostać dożywotnimi słoikami, wcale nie byłoby tak źle. Znaleźliśmy tu dom. A pierścionek na moim palcu sugeruje, że właśnie rozpoczął się nowy rozdział naszego życia. A ja wprost nie mogę się doczekać reszty :)

4 komentarze: