piątek, 27 grudnia 2013

O słoikach i wiciu gniazdka, czyli zaczynamy nowy rozdział

- Nawet pan nie wie, jak bardzo się cieszymy, że pan tu jeszcze jest - westchnęłam próbując złapać oddech. Wpadliśmy do banku w ostatniej sekundzie przed zamknięciem. Przy większości polskich stołów rozpoczynała się Wigilia, a my musieliśmy jeszcze coś załatwić za ostatni dzwonek. Pan Bankier uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- W samą porę, zaraz wsiadam do auta i za jakieś 300 kilometrów będę w domu.
- O matko, tak samo mój brat. Tylko, że on jeszcze siedzi w pracy, a ma do przejechania jakieś 600 kilometrów. 
- Czyli jest pan słoikiem? - zażartował Darek, a ja zdębiałam. Mój mężczyzna ma niecodzienny dar mówienia wprost tego, co myśli. Najczęściej prowadzi to do zabawnych sytuacji. Jednak akurat w tej sytuacji bardzo liczyliśmy na przychylność Pana Bankiera. Któż mógł wiedzieć, jak człowiek zareaguje, gdy nazwie się go słoikiem.
- Najprawdziwszym! - odparł Pan Bankier z niekłamaną dumą w głosie. - Podporą i chwałą tego zwariowanego miasta.
- Och, to tak, jak my - odetchnęłam z ulgą. - Zachciało nam się życia w wielkim mieście, to teraz trzeba jeździć na wszystkie święta w te i z powrotem.


- A tak właściwie, to o co chodzi z tymi słoikami? - spytałam, gdy już wyszliśmy z banku, szczęśliwi, że udało się wszystko załatwić.
- No, wiesz.
- No właśnie nie wiem. Co to znaczy, że ktoś jest słoikiem? Że jest konserwatywny, jak ogórki...
- Nie, po prostu przyjezdny. Ale skąd to się wzięło, to nie wiem.
- To my jesteśmy słoikami? - drążyłam dalej.
- No tak. Nie urodziliśmy się tu. Przyjechaliśmy na studia lub za pracą. I jak Bóg da, raczej tu nie zostaniemy.
- Jak Bóg da - westchnęłam, jakby to były słowa modlitwy.

Zawsze zakładaliśmy, że jesteśmy tu tylko na chwilę. Na dłuższą chwilę, ale tylko chwilę. Nie wiem, czy nazwanie kogoś słoikiem jest pozytywne, czy negatywne. Sądząc po reakcji Pana Bankiera, chyba raczej pozytywne. Dla mnie to określenie nic nie znaczy. Nie przyjechałam do Warszawy, by nachapać się pieniędzy i wyprowadzić gdzieś indziej. Przyjechałam, by dosięgnąć możliwości, których w moim małym mieście na północy Polski nigdy bym nie dosięgnęła. Chciałam zdobyć wykształcenie i doświadczenie zawodowe. I w końcu znaleźć się na własnej drodze. Myślę, że w dużej mierze mi się to udało. Od samego początku wiedziałam jednak, że na stałe raczej wrócę na prowincję. Bo tam... No cóż, żyje się przyjemniej.


Okazało się jednak, że w tym wielkim mieście poznałam miłość mojego życia. No może nie od razu. Musiałam poznać kilka miłości NIE MOJEGO życia oraz kilka NIE MIŁOŚCI mojego życia. Ale w końcu się udało. Trafiliśmy na siebie zupełnie przypadkiem, nie mając żadnych wspólnych znajomych, ani wspólnych miejsc, czy zajęć. Znaleźliśmy się, jak w korcu maku. Jak w wielkim i zakorkowanym korcu maku. I postanowiliśmy już nigdy nie być osobno. Ot, tak po prostu. Bez zbędnego zastanawiania się, bez kalkulacji. Od pierwszego spotkania czuliśmy, że po prostu chcemy już zawsze być blisko siebie. 

Zanim się zorientowaliśmy miejsce, które do tej pory nazywaliśmy jedynie naszym mieszkaniem w Warszawie, zaczęliśmy nazywać domem. Wracaliśmy do tego domu z każdego wyjazdu świątecznego i już od progu powtarzaliśmy znane powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w domu...

...najlepiej. Co sprawiło, że udało nam się stworzyć tu dom? Nie wiem. Darek mówi, że to przeze mnie. Że uwiłam przytulne gniazdko, w którym nie można nie czuć się dobrze. Ja myślę, że to sprawka dwóch mokrych nosów, bez których już nie wyobrażamy sobie życia. A może to jeszcze coś innego...
Jedno jest pewne. W te święta zrozumieliśmy, że nawet gdybyśmy mieli zostać dożywotnimi słoikami, wcale nie byłoby tak źle. Znaleźliśmy tu dom. A pierścionek na moim palcu sugeruje, że właśnie rozpoczął się nowy rozdział naszego życia. A ja wprost nie mogę się doczekać reszty :)

O niechlubnej liście kulinarnych przekleństw, czyli pasta rybna, w której się zakochasz

Jest kilka potraw na liście moich kulinarnych przekleństw z dzieciństwa. Któż nie ma takiej listy, niechaj pierwszy rzuci kamień ;) Rzeczy, którymi futrowali nas nasi rodzice i dziadkowie wierząc, że to jest dla nas zdrowe.

Do niedawna jedną z pozycji na liście zajmowała pasta rybna. Mój tato jest zapalonym wędkarzem. Świeże i wędzone rybki były więc częstym gościem na naszym domowym stole. Uwielbiałam chrupiące płotki w panierce, smażone na masełku. Szczupak po szlachecku duszony w warzywach do dziś śni mi się po nocach, a mięciutkie kotleciki rybne zawsze mam pod ręką, zamrożone w lodówce.


Co było nie tak z pastą rybną? Nie pamiętam. Może chodziło o szaro brunatny kolor, mało atrakcyjny z perspektywy dziecka. A może o zapach- bardzo rybny. Tak, czy inaczej, gdy tylko będąc u kogoś w gościach zauważyłam pastę rybną na stole, momentalnie traciłam apetyt na jakiekolwiek jedzenie. Na całe szczęście moi rodzice nie przyrządzali tej potrawy. Ale moje ciocie... Owszem. A mam ich aż pięć.


W ramach bycia panią swojego domu i ustalania własnych zasad kulinarnych, postanowiłam odczarować kilka znielubionych lub po prostu nie znanych wcześniej potraw. I tak w naszym jadłospisie pojawiły się dania z dyni, kasza manna, a ostatnio... pasta rybna. I wiecie, co? Bez względu na to, czy lubicie rybkę w takiej postaci, czy nie- jeśli raz przygotujecie ją według tego przepisu, będziecie to robić regularnie. To jest najlepsza pasta rybna na świecie. Delikatna konsystencja, aromat wakacji nad morzem i ten smak- ostry i słodki zarazem... Pycha!


Pasta rybna z makreli
Składniki:
  • 1 cała wędzona makrela średnich rozmiarów
  • 2 łyżeczki tartego chrzanu śmietankowego
  • serek naturalny (użyłam serka Bieluch)
  • 1/4 łyżeczki pieprzu cayenne (lub odrobinę więcej, jeśli lubicie na ostro)
  • garść suszonej żurawiny
Przygotowanie:
  1. Obieramu makrelę ze skóry i pozbywamy się ości. Mięso umieszczamy w malakserze. Dodajemy chrzan, serek oraz pieprz i ucieramy na jednolitą masę.
  2. Żurawinę rozdrabniamy nożem na mniejsze kawałki. Dodajemy do naszej pasty i mieszamy łyżką.
Gotowe. Smacznego!

czwartek, 26 grudnia 2013

Bykujemy się

- Ciociu, pobykuj się ze mną - poprosiła mała Zosia.
- Kochanie, bardzo chętnie, ale co to znaczy?
- No jak to? Nie wiesz, jak się bykuje? - rezolutna trzylatka uświadomiła mi, jaka jestem niedokształcona.
- Wiesz, chyba nigdy tego nie robiłam. Pokażesz mi, jak to się robi?

Zosi nie trzeba było zachęcać. Uradowana, że może mi coś pokazać, chwyciła mnie za rękę i bez owijania w bawełnę pociągnęła mnie w stronę swojego łóżka. Gdy leżałyśmy w jej królestwie misiów i lalek już jakieś dobre 10 minut postanowiłam pogrążyć się jeszcze bardziej i spytałam:

- Zosiu, pokażesz mi teraz, jak się bykuje?
- Ciociu! No przecież właśnie się bykujemy.

Spojrzałam zdezorientowana na mamę Zosi.

- To znaczy, że się byczycie, ciociu - odpowiedziała rozbawiona mama.

I tak oto mała Zosia pokazała mi, jak należy się prawidłowo byczyć. Wiedza bardzo przydatna zwłaszcza w czasie świąt.


niedziela, 22 grudnia 2013

O pisaniu listów

- Co robisz - spytał Darek.
- Piszę kartki - odpowiedziałam. Od godziny głowiłam się, jak na małej kartce świątecznej zmieścić wszystko, co chciałoby się powiedzieć. Że kochamy, że tęsknimy i że bardzo chcielibyśmy być w tych dniach z nimi. Im więcej pisałam, tym bardziej gubił się między wierszami główny sens życzeń.


Dzisiaj piszemy do siebie listy już tylko na wyjątkowe okazje. By poinformować o ślubie lub złożyć życzenia noworoczne. A i to rzadko kiedy. W swojej skrzynce na listy znajduję zazwyczaj mnóstwo życzeń branżowych opatrzonych logiem takiej, czy innej firmy i bezdusznie wydrukowanych na drukarce laserowej. Tych od rodziny i bliskich jest, co kot napłakał.

Takie czasy. Mamy maile, smsy i gotowe szablony na wszystko. Mogę marudzić, że mi się to nie podoba. Mogę tęsknić za czasami, gdy pisało się listy. Ale sama też korzystam z nowoczesności. Bo łatwiej, bo szybciej, bo od ręki.


A jednak, gdy wyjmuję ze skrzynki pocztę i gdzieś pomiędzy rachunkami, fakturami i reklamami znajduję kopertę z odręcznie napisanym adresem- biegnę na górę podekscytowana, zupełnie jak wtedy...

...Jak wtedy, gdy przychodziły do nas listy od mamy pracującej przez pół roku za granicą. I wszystko w nich było cudowne. Fioletowy atrament, delikatny zapach perfum, zabawne sytuacje, które mama opisywała w liście. Całą papeterię od mamy trzymałam w metalowej puszce po ciastkach i był okres, w którym ta puszka stanowiła największą świętość w moim życiu.

...Albo jak wtedy, gdy z utęsknieniem czekałam na list od swojej pierwszej miłości. Ja chodziłam do ostatniej klasy liceum w Koszalinie, on studiował we Wrocławiu. Dzieliła nas cała Polska, ale łączyły listy. Listy z wierszami i ze zdjęciami. Listy opatrzone odciskiem ust umalowanych szminką podebraną mamie i listy z dołączonym biletem na pociąg do Wrocławia.


Nie zamierzam pozwolić, by cudowny zwyczaj pisania listów zaginął. Wciąż mam metalową puszkę po ciastkach i wciąż cieszę się, jak dziecko, gdy w skrzynce znajdę kopertę z listem.


czwartek, 19 grudnia 2013

O przedświątecznym czarowaniu w kuchni, czyli polędwiczki z żurawiną i mandarynką

W kuchni lubię prostotę. Ale prostota wcale nie oznacza, że efekt musi być byle jaki. Wprost przeciwnie. Czasem najprostsze rozwiązania zaskakują najbardziej.

Dla nas wszystkich czas przedświąteczny to czas biegania, załatwiania i przygotowywania. Nie da się tego uniknąć nawet, jeśli spędza się Święta tylko we dwoje, a na samą Wigilię odwiedza rodzinę. Już sam fakt, że przez kilka dni sklepy będą zamknięte powoduje, że jakieś plany kulinarne i nie tylko musimy przedsięwziąć. Nasz okoliczny sklep mięsny będzie nieczynny od Wigilii aż po Nowy Rok. Tak więc od kilku już dni robimy zapasy, tak by w decydującym momencie niczego nie zabrakło. Poza tym, nie wiem, jak Wy, ale ja lubię spędzać Święta "w kapciach" i na totalnym luzie. Poza samą Wigilią, która oczywiście zobowiązuje ;)

Bez względu na to, ile mamy na głowie, najchętniej pstryknęlibyśmy palcami tak, żeby akurat w tych dniach obiad robił się sam. Zupełnie, jak w bajce. Czary-mary, fiku-miku i już obiad na stoliku :) Na przykład takie polędwiczki w żurawinie i mandarynkach. Bardzo pokazowe danie, które świetnie się sprawdzi, jeśli wpadną do Was goście. A robi się właściwie samo. Wystarczy, że na godzinę przed pieczeniem oczyścicie mięso z żyłek i włożycie do marynaty. Ach, żeby i sklepowe poszukiwanie prezentów dało się tak zaczarować... Czary-mary, fiku-miku, są prezenty na stoliku ;)

Świąteczne polędwiczki
Marynata:
  • 60 ml (ciut mniej niż pół szklanki) konfitury żurawinowej (ważne, by żurawina była cała- nie rozdrobniona)
  • 60 ml sosu sojowego
  • 2 mandarynki, przekrojone w ćwiartki i pozbawione nasion
  • 1/4 łyżeczki sproszkowanej papryki chilli

Przygotowanie:
  1. 2 małe polędwiczki wieprzowe oczyszczamy i delikatnie nacinamy z wierzchu w kilku miejscach. Nie obawiajcie się, że nie zjecie wszystkiego na obiad. Schłodzone polędwiczki świetnie nadają się do jedzenia na zimno :)
  2. Wszystkie składniki marynaty mieszamy ze sobą. Kawałki mandarynek możemy lekko wycisnąć ręką, aby puściły nieco soku do naszej marynaty. Umieszczamy polędwiczki i marynatę w naczyniu żaroodpornym i mieszamy. Odstawiamy pod przykryciem na około godzinę. Jeśli chcemy przygotować wszystko dużo wcześniej, pamiętajmy by włożyć mięso do lodówki.
  3. Pieczemy w 180 stopniach bez termoobiegu przez 30 minut. Zwróćcie uwagę, żeby polędwiczki były odwrócone nacięciami do góry i żeby marynata sięgała nie wyżej niż do 1/3 ich wysokości. Jeśli jest jej za dużo, odlejcie jej nadmiar. W połowie pieczenia możemy delikatnie podlać mięso sosem, który wytworzy się w trakcie pieczenia.
  4. Po upieczeniu wyjmijcie z piekarnika i przykryjcie sreberkiem na 10 minut.
Smacznego!



środa, 18 grudnia 2013

Bezsenność w Warszawie, czyli co można robić nocą

Zdarzają Wam się bezsenne noce? Długie, wieczorne godziny, gdy pomimo zmęczenia sen po prostu nie chce nadejść. Gonitwa myśli nie pozwalająca chociaż na chwilę przestać obmyślać i planować życia, ku uciesze wszystkich bogów gotowych w każdej chwili tak zamieszać, żeby z planów nic nie wyszło. Miliony obrazów pojawiających się pod zmęczonymi powiekami, których nie można odegnać. I nagle okazuje się, że z zasypianiem jest trochę tak, jak z tym różowym słoniem. Możemy usilnie powtarzać sobie: "Nie myśl o różowym słoniu, nie myśl o różowym...", a on i tak przyjdzie nam do głowy.

- Przestań już myśleć i śpij - westchnął Darek i odwrócił się na drugi bok. On nigdy nie ma problemów z zaśnięciem. Zasypia jeszcze zanim przyłoży głowę do poduszki. Ja zwykle potrzebuję co najmniej pół godziny, żeby się umościć. A i to nie zawsze pomaga.

I w całym tym bezczynnym wpatrywaniu się w sufit najbardziej nie lubię świadomości, że marnuję czas. Czas przeznaczony na odpoczynek. Na całe szczęście jest jeden sposób by dobrze ten czas wykorzystać. No bo przecież co innego można robić o 3 nad ranem, jak nie wyrabiać ciasto na chleb.


Pomimo szczerych chęci, prawdopodobnie nie byłabym w stanie wykonać żadnej skomplikowanej czynności o tak wczesnej porze. Przepis na ten poranny bochenek jest więc banalnie prosty. Ot, zwykły pszenny chlebek na zakwasie. Jeśli Waszym snom nic nie dolega i spokojnie przesypiacie całe noce, możecie ten chlebek upiec w ciągu dnia. Wystarczy, że dobrze to rozplanujecie. Pamiętajcie, że chleb pszenny musi wyrastać minimum 2 razy. Tak więc przygotowanie tego bochenka (od momentu pierwszego wyrabiania ciasta do momentu wyjęcia z pieca) trwa około 8-9 godzin. Niby robota na cały dzień, a tak niewiele przy tym pracy :)


Pszenny bochenek na zakwasie


Składniki:

  • 600g mąki pszennej poznańskiej
  • 330ml ciepłej wody (nie wrzątek, ale może być gorąca)
  • pół szklanki zakwasu (pamiętając o tym, by przed pieczeniem chleba zakwas dokarmić około 6 godzin wcześniej)
  • łyżka soli
  • łyżka cukru
Przygotowanie:
  1. Wszystkie składniki umieszczamy na stolnicy według zasady: najpierw sypkie, potem płynne. Wyrabiamy ręcznie przez 10 minut. Jeśli się choć troszkę nie spocicie, to znaczy, że za słabo ugniatacie ;) Na początku ciasto może się kleić do rąk i stolnicy, ale pod koniec wyrabiania będzie już gładkie. Tak wyrobione ciasto umieszczamy w dużej misce i przykrywamy ściereczką. Ciasto wyrasta po raz pierwszy przez 2 godziny.
  2. Po upływie tego czasu robimy powtórkę. Zagniatamy (wystarczy 5 minut) i odstawiamy na drugie wyrastanie na kolejne 2 godziny.
  3. Wreszcie formujemy z ciasta nasz bochenek i umieszczamy go w porządnie oprószonym mąką koszyku do wyrastania chleba. Jeśli nie macie czegoś takiego, możecie wyłożyć miskę bawełnianą ściereczką i mocno oprószyć ją mąką. Ostatni raz ciasto będzie wyrastać 4 godziny.
  4. Po upływie tego czasu delikatnie odwracamy koszyk/miskę do góry dnem i delikatnie przekładamy nasz bochenek na blachę oprószoną mąką lub wyłożoną papierem. Jeśli koszyczek był oprószony mąką, ciasto powinno łatwo odejść. W razie gdyby przywarło, spróbujcie delikatnie podważać je dłonią.
  5. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 220 stopni (bez termoobiegu) przez 40 minut. Pamiętajmy, by na dole piekarnika umieścić naczynie żaroodporne z wodą. Po upływie czasu pieczenia wyłączamy piekarnik, ale chleb trzymamy w nim jeszcze przez 5 minut.
Smacznego!

wtorek, 17 grudnia 2013

O kalkach językowych słów kilka, czyli miejmy miło

Uwielbiam ten czas tuż przed Świętami. To czas spędzony w kuchni i na targu, wśród pyszności i cudnych zapachów. A wszystkiemu przyświeca jedna, prosta idea. By było miło.

- Miejcie miło - kończy rozmowę przez skypa moja mama. Próżno mówić i powtarzać, że w Polsce tak się nie mówi. Mówi się trzymaj się. Mama wsiąkła już w język szwedzki na tyle głęboko, że używa kalk językowych. W języku szwedzkim powiedziałaby Ta det lungt! czyli właśnie- miej spokojnie, dobrze. I akurat teraz chyba bardziej odpowiada mi ta skandynawska wersja. Bo po polsku trzymamy się, czego się da na co dzień. A czasami nawet łapiemy się czegokolwiek, jak tonący- deski. Szwedzkie miejcie miło pozwala choć na chwilę zapomnieć o tym, jak czasami bywa ciężko.

Miejcie miło, kochani. Gdzieś pomiędzy lepieniem pierogów, a zagniataniem ciasta na pierniczki. Gdzieś w trakcie spotkania z najbliższymi i po powrocie do domu. Tam- przy choince i tu przy śledziku. Miejcie miło! A mając miło, nie zapominajcie o nich. Rozmerdane ogonki też należą do rodzinnej ferajny :)

Paszteciki ze szpinakiem


Składniki:
  • 220 g wątróbki wieprzowej
  • 2 łyżki rozdrobnionej nożem żurawiny suszonej
  • 2 żółtka
  • 1 jajo
  • pół szklanki oleju (użyłam oleju z pestek winogron)
  • 100 g masła w temperaturze pokojowej
  • mały burak ugotowany, obrany i przetarty na gładko
  • 450 g mąki pszennej 
  • 2 garści opłukanych liści szpinaku (niekoniecznie)
  • roztrzepane jajko do smarowania
Sposób:
  1. Wątróbkę (surową), jajka oraz olej i masło łączymy ze sobą w malakserze. Starajmy się używać wątróbki bez żyłek, będzie nam później łatwiej wycinać paszteciki. Na koniec dodajemy starty burak i miksujemy jeszcze chwilę, aż powstanie jednolita masa.
  2. Na stolnicę wysypujemy mąkę i żurawinę. Dodajemy masę i wyrabiamy ciasto. Powinno być gładkie i bardzo elastyczne. Jeżeli klei się do rąk, podsypujemy delikatnie mąką.
  3. Ciasto dzielimy na 4 części i każdą wałkujemy na papierze do pieczenia, żeby nie przywierała do stolnicy/blatu. Ciasto powinno mieć grubość około 3 mm. W jednym miejscu (lub w dwóch- zależnie od wielkości rozwałkowanego placka) rozkładami wszerz liście szpinaku. Następnie całość zwijamy, jak naleśnik. Otrzymaną roladę delikatnie wałkujemy, by otrzymać nieco spłaszczony kształt i tniemy ostrym i cienkim nożem na plasterki o grubości 1 cm.
Układamy na papierze do pieczenia, smarujemy rozbełtanym jajkiem i pieczemy przez 12 minut w temperaturze 175 stopni.
Smacznego psiaki!


O bieganiu po wybiegu w kuchni, czyli kruche bałwanki

- Ale piękne zdjęcia - westchnęłam nad bajecznie kolorową książką kucharską jednej z moich ulubionych blogerek-kucharek.
- Mmm... Faktycznie. Aż mi ślinka pociekła.

Leżeliśmy wieczorem w łóżku i jak przystało na stare dobre małżeństwo (choć bez obrączek)... czytaliśmy. Ja- książki kucharskie. On- rzeczy bardzo poważne o polityce i historii. Przyglądaliśmy się właśnie wyjątkowo misternej fotografii wyjątkowo misternego dania, a ja nie mogłam rozgryźć, co mi w tej całej konstrukcji nie pasuje.

- Tylko wiesz, co? - zauważył Darek. - Ja bym chyba nie wiedział, jak to zjeść. To wygląda pysznie, ale jest tak pięknie ułożone i w ogóle, że bałbym się, że coś popsuję.

Bingo, pomyślałam i zajrzałam na kolejne strony. Wszystkie potrawy cudownie wykreowane i sfotografowane w taki sposób, że usta same układały się w jedno wielkie łał! I mimo tej misterności wykonania, nic nie zachęcało, by poczłapać do kuchni i z radością przystąpić do gotowania. Bo przecież w domu nikt TAK nie gotuje i nie podaje swoich potraw. Siłą rzeczy pomyślałam o tych biednych modelkach. Chodzą chudzinki po wybiegu w dziwacznych i skrajnie niewygodnych strojach, ale w rzeczywistości przecież nikt o zdrowych zmysłach tak się nie ździabie. I wtedy mnie olśniło. Kuchnia to nie wybieg! Nagle zrozumiałam, dlaczego tak trudno mi znaleźć książkę kucharską, która rzeczywiście byłaby przydatna i dlaczego zaglądanie na popularne blogi kulinarne kończy się załamaniem kuchennym. No przecież tak się nie da gotować. Nie w domu, gdzie oprócz przygotowania obiadu trzeba jeszcze ogarnąć chaos, jakim jest życie ;) Gotowanie powinno być naturalne i proste. I wcale nie chodzi o ilość składników, czy poziom skomplikowania. Chodzi o pozytywne nastawienie i gotowanie dla przyjemności, a nie dla wystrzałowego efektu. Zresztą czasami największy efekt dają rzeczy proste. Ot, na przykład takie kruche bałwanki :)

Kruche bałwanki


Składniki:

  • 180 g roztopionego i ostudzonego masła
  • 200 g cukru pudru (lub odrobinę mniej, jeśli zamierzacie udekorować ciastka czymś bardzo słodkim, np. mleczną czekoladą lub cukrem pudrem)
  • 350 g mąki pszennej
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • kilka kropel zapachu śmietankowego
  • szczypta drobno mielonej soli

Przygotowanie:

  1. Mąkę i sól umieszczamy na stolnicy lub blacie. Wszystkie pozostałe składniki łączymy ze sobą w malakserze na gładką masę. Dodajemy ją do mąki i wyrabiamy ciasto. Gdy będzie już miało jednolitą konsystencję ciastoliny, owijamy je w folie i wkładamy do lodówki na godzinę.
  2. Ciasto dzielimy mniej więcej na 3 części i wałkujemy na papierze do pieczenia aż będzie miało grubość ok 2 mm. Wykrawamy szklanką i przenosimy razem z papierem na blachę. Możemy na każdym ciastku odcisnąć wybrany kształt. Można to zrobić specjalnym stemplem do ciastek ale również zwykłymi foremkami do wykrawania. W tym drugim przypadku uważajcie, żeby nie nacisnąć zbyt mocno ;)
  3. Pieczemy w temperaturze 180ºC przez około 8 minut. Postarajcie się nie odchodzić zbyt daleko od piekarnika i zaglądajcie do ciastek od czasu do czasu. Nie wolno pozwolić, by zbytnio się zarumieniły. Jeśli uznacie, że 8 minut to za długo, skróćcie czas pieczenia do 6-7 minut.
  4. Po wyjęciu z pieca i ostygnięciu możecie udekorować swoje ciastka w dowolny sposób, np. lukrem lub czekoladą. Nasze ciastka posypaliśmy jedynie cukrem pudrem, żeby przypominały śnieżne kulki.
Smacznego!



piątek, 13 grudnia 2013

O nastroju świątecznym i babeczkach czekoladowych z wiśniami

Już są. Zaprosiliśmy Święta do naszego małego mieszkanka na Pradze Południe. Pojawiły się niespiesznie, trochę bardziej na luzie niż zwykle. W tym roku nie będzie wystawnych i migotliwych dekoracji. Nie będzie też choinki powoli usychającej w kącie. Postanowiliśmy, że tym Świętom damy trochę odpocząć od corocznego blichtru i zamiast wydawać krocie na nowe zestawy bombek i  światełek, zajrzymy do pudeł pochowanych na najwyższej półce w szafie. I co się da, zrobimy sami. Może nawet uda nam się wyczarować symboliczne drzewko? 

Bo przecież kto powiedział, że Święta to coś, co można kupić tylko w sklepie? Za dużo mamy na co dzień tego całego zakupowego szału i supermarketowego zawrotu głowy. Najwyższa pora przypomnieć sobie, jak się szyje i jak się wiąże kokardy :) Wystarczy kawałek koronkowej wstążki, żeby zwykła czerwona poduszka zrobiła się jakaś taka bardziej świąteczna, a domowe rośliny mogą zamienić się w prawdziwe dekoracje świąteczne- wystarczy odrobina szarego papieru i ciut wyobraźni. 

Ale bez względu na to, ile bym zawiązała kokardek i jak wiele zapaliła lampek i świeczek- prawdziwe Święta mam obok siebie. Pracują teraz przy komputerze i zajadają czekoladowe babeczki (przepis na dole). Świąteczny nastrój nie bierze się z ozdób i dekoracji. Nastrój świąteczny to bliskie nam osoby. Ich obecność i ciepło.

Kochani,
tak zawczasu- życzę Wam bardzo ciepłych Świąt. Pełnych przepychu lub skromnych- to nieważne. Ale spędzonych w gronie najbliższych :)  










Czekoladowe babeczki z wiśniami
Składniki:

  • 250 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 125 g cukru
  • 2 łyżki kakao
  • 125 ml mleka
  • 125 ml oleju (użyłam rzepakowego)
  • 2 jaja
  • słoiczek konfitury z wiśni
  • tabliczka pokrojonej w kostkę białej czekolady
  • płatki migdałów do dekoracji

Przygotowanie:

  1. Wszystkie sypkie składniki umieszczamy w misce (mąkę, proszek, cukier i kakao). Dodajemy jaja, mleko i olej i wszystko dokładnie mieszamy. Odstawiamy na chwilę, żeby cukier nieco się rozpuścił w naszej masie.
  2. W tym czasie kroimy w kostkę czekoladę oraz nastawiamy piekarnik na 190 stopni. Formę do muffinek wykładamy papilotkami (niekoniecznie, jeśli mamy formę silikonową).
  3. Dodajemy do ciasta konfiturę i czekoladę i delikatnie mieszamy. Rozkładamy masę do papilotek. Możemy posypać z wierzchu płatkami migdałów dla dekoracji. Pieczemy przez 20 minut.
Babeczki najlepiej smakują następnego dnia, gdy troszkę zmiękną. Smacznego!

wtorek, 10 grudnia 2013

Święta tylko we dwoje, czyli wrzucamy na luz i pieczemy chleb

Czas przedświąteczny zwykle zaczyna się dla mnie wielkim "O matko! Od czego zacząć?" Na lodówce pojawia się obszerna lista zakupów, a w głowie to spędzające sen z powiek przeświadczenie, że jeśli zapomnę o choćby jednej, malutkiej rzeczy, cały świąteczny świat runie w gruzach z głośnym pierdut! Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie odrobinę inaczej. Postanowiliśmy, że święta spędzimy w domu. Tylko we dwoje. I dwa psy.

Gdy pomyślę o całej rodzinie, która spotka się przy wigilijnym stole, robi mi się smutno. Dziadek będzie rozśmieszał wszystkich żartami, tato znowu złamie tradycje kulinarne i zrobi swoje pyszne sushi, a pod stołem będzie brykać córeczka mojego brata. I choć bardzo chcielibyśmy być przynajmniej na ten jeden wieczór razem z nimi... No cóż- czasami po prostu nie ma wyjścia. A życie, jak to życie. Zaskakuje nas natłokiem spraw właśnie wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

Z drugiej strony, ten czas może się okazać jednym z bardziej magicznych w naszej 3 letniej historii. Nasze pierwsze "własne" święta. Właściwie to nie pierwsze. Już raz zdarzyło nam się zostać pod koniec grudnia w Warszawie, ale wtedy do łóżek przykuła nas choroba. Trudno mówić o świętowaniu, gdy leży się pod stosem chusteczek, a zamiast pierogów i makowczyka na stole leżą leki ;)

Tak więc w tym roku wrzucamy na luz. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie planowała choć odrobiny czarów i marów w kuchni :)

A tymczasem nastawiony przeze mnie zakwas jest już gotowy, choć bardzo młody. Pierwszy raz zrobiłam go krok po kroku, samodzielnie. I kolejny raz okazało się, że nie taki diabeł straszny... Przygotowanie zakwasu jest proste, a jedyną trudnością okazało się pamiętanie, o dokarmianiu go. Zdarzyło mi się o tym raz zapomnieć, a bakterie i tak przeżyły. W końcu to najtwardsze bestie na tej planecie. Są wszędzie i wystarczy im niewiele, tylko odrobina ciepła i pokarmu, by rozwijać się w zaskakująco szybkim tempie. Przygotowywanie zakwasu przypomina nieco uprawianie małej roślinki w słoiczku, zupełnie jak na zajęciach z przyrody w podstawówce. Wystarczy tylko podlewać regularnie. A gdy zakwas jest już gotowy, możemy dożywotnio cieszyć się własnym pieczywem, jak z piekarni. Chlebem, który radośnie chrupie i przepysznie pachnie. A w skórkę można popukać palcami :)

* poniżej podaję sposób na zakwas chlebowy mieszany (pszenno-żytni). Właśnie od tego zakwasu rozpoczynam swoją zabawę z własnym pieczywem. Możecie jednak wypróbować inne opcje. Bez względu jednak, z jakiej mąki i jaką metodą postanowicie zrobić zakwas, pamiętajcie tylko o 2 zasadach. By dokarmiać taką samą ilością mąki i wody, oraz żeby robić to w regularnych odstępach czasu. Więcej o zakwasie możecie poczytać na blogu Elizy Morawskiej.


Zakwas:

  1. Przygotujcie słoiczek minimum półlitrowy. W miarce odmierzcie 125 ml wody, przelejcie do słoiczka i zaznaczcie flamastrem poziom, do którego sięga woda. Będziecie później odlewać nadmiar zakwasu według tego poziomu.
  2. Do słoiczka wsypcie 10 łyżek mąki razowej żytniej i zalejcie je szklanką ciepłej (nie gorącej) wody. Woda nie może być z kranu, bo ta zawiera szkodliwy dla naszych bakterii chlor. Ja użyłam przegotowanej wody. Wszystko dokładnie wymieszajcie. Papka, która powstanie powinna mieć konsystencję jogurtu. Słoiczek zakręćcie i zostawcie w ciepłym i zacienionym miejscu. Zimą proponuję łazienkę, blisko kaloryfera.
  3. Zapamiętajcie porę dnia, w jakiej zaczęliście swoją przygodę z zakwasem. Od tej pory będziecie się o niego troszczyć regularnie każdego dnia. Bez obaw, wejdzie Wam to w nawyk ;)
  4. W sporym pojemniku lub słoju przygotujcie mieszankę, którą będziecie karmić zakwas, zaczynając od dnia następnego. Zmieszajcie razem 1 kg mąki pszennej oraz szklankę mąki pszennej pełnoziarnistej oraz szklankę mąki żytniej razowej.
  5. Zaczynając od dnia następnego powtarzajcie codziennie ten sam proces:
        1. zamieszajcie zakwas
        2. odlejcie nadmiar do poziomu 125ml
        3. dodajcie 5 łyżek pokarmu oraz 5 łyżek wody
        4. zamieszajcie energicznie
        5. odstawcie w ciepłe i ciemne miejsce
  6. Po tygodniu zakwas jest już gotowy by upiec na nim pierwszy chleb. Pamiętajcie, że zakwasu można użyć po minimum 12 godzinach od karmienia, czyli jeśli dokarmialiście go rano, pieczenie jest możliwe dopiero wieczorem. zakwas, z którego nieco uszczknęliście do pieczenia nakarmcie jeszcze raz i odstawcie na 12 godzin. Po upływie tego czasu możecie go przechowywać w lodówce bez karmienia. Gdy zechcecie znów go użyć wystarczy, że wyjmiecie go z lodówki na 2 dni wcześniej i przeprowadzicie 2dniowy proces karmienia, by rozbudzić bakterie :)
Mój pierwszy chleb 


Składniki
  • 500 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 g wody
  • 150 g zakwasu żytniego lub mieszanego 
  • szczypta suszonych drożdży (dla pewności, że chleb wyrośnie, gdy używamy młodego, dopiero co zrobionego zakwasu)

Przygotowanie:

  1. Wszystkie składniki umieszczamy w misce (najpierw suche, później mokre) i mieszamy mikserem z końcówkami do wyrabiania ciasta.
  2. Odstawiamy na godzinę do wyrośnięcia pod przykryciem.
  3. Przekładamy do dowolnej formy oprószonej mąką pszenną (użyłam naczynia żaroodpornego) i pozwalamy wyrastać jeszcze przez godzinę.
  4. Nastawiamy piekarnik na 200 stopni z termoobiegiem (lub 210- bez termoobiegu). Pieczemy 40 minut.
Smacznego!

sobota, 7 grudnia 2013

O pisaniu scenariuszy i najlepszej kawie w mieście

Moja przygoda z blogiem zaczyna przeradzać się w coś "na poważnie". Nie ukrywam, marzyłam o przeistoczeniu się bloga ze sposobu na czas wolny w sposób na życie. Ale nigdy nie przyszło mi go głowy, że punktem zwrotnym okaże się dzień, w którym zamieściłam na blogu przepis na banalnie proste psie ciastka z wątróbką. Szczerze mówiąc liczyłam na to, że blog otworzy mi drogę do hermetycznego świata wydawnictw i umożliwi zrealizowanie największego marzenia. Wydanie książki. A tymczasem, psie ciastka opatrzone naszym logiem pojawiły się właśnie na Powiślu w bardzo przyjaznym miejscu.

Nie, to nie my piszemy scenariusze. Kimkolwiek jest ten główny scenarzysta, siedzi teraz w swoim fotelu przy kawie i już kombinuje, czym by nas tu jeszcze zaskoczyć.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przystać na jego propozycje i z oferowanych mi możliwości wycisnąć, ile się da.

- A pieczesz też ciastka dla kotów? - spytała Iza, gdy ustawiałyśmy słoiczek z psimi krakersami na ladzie.
- Jeszcze nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, a po mojej głowie fruwały tysiące stron zapamiętanych ze starych książek kucharskich. Przepisy na smakołyki, które dałoby się przerobić w kocie smaczki latały mi po głowie niczym kolorowe piłeczki w bębnie maszyny losującej. I zanim odezwałam się ponownie, już wiedziałam, że chcę spróbować. - Nigdy nie próbowałam, ale czemu nie...

Od słowa do słowa okazało się, że gdybym faktycznie upiekła coś dla kociaka, posypałyby się zamówienia. Kolejna nowość w scenariuszu. Słowo daję, nic mnie już nie zdziwi :)

A tymczasem zapraszam wszystkich psiarzy do kawiarni Kafka na Powiślu, gdzie podają absolutnie najlepszą kawę w mieście. Przez cały grudzień psiaki będą mogły spróbować naszych domowych wypieków. Ciacha są atestowane przez Maję i Bubę ;)

A co dalej? Nie mam bladego pojęcia. To nie ja tu piszę scenariusze. Ale wiecie, co? Już nie mogę się doczekać dalszego ciągu :)





piątek, 6 grudnia 2013

O zamartwianiu się i kwitnących ziemniakach, czyli korzenne babeczki z jabłkiem

Zaczęło się. Razem ze śniegiem spadło na mnie tysiące ciepłych wspomnień. Wspomnień ciasta drożdżowego pieczonego przez moją babcię i tego wyjątkowego drożdżowo-pomarańczowego zapachu, który roznosił się po całym domu i witał wszystkich już od progu. Wspomnień chrupiącego, czerstwego chleba maczanego w tranie, którego nie znosiłam i chowałam się pod łóżko, gdy tylko tato wyjmował z szafki zieloną buteleczkę. Wspomnień tych wszystkich dziwacznych pomysłów, na które wpadaliśmy z bratem, gdy śnieżna zawierucha za oknem uniemożliwiała wyjście na podwórko. Do dziś na przykład nie wiem, co konkretnie chcieliśmy osiągnąć wtykając pod łóżko ziemniaki. Może liczyliśmy na to, że na wiosnę wyrosną. W rezultacie dowiedliśmy tylko jednego. Że mamy krótką pamięć. O ziemniakach oczywiście zapomnieliśmy, a one zamiast wyrosnąć- zgniły. I wcale nie trzeba było czekać do wiosny. Mina mamy, gdy znalazła pod łóżkiem nasze "sadzonki"... bezcenna.

Gdy Darek pojechał na spotkanie z klientem, stanęłam w kuchni przed oknem i zapatrzona w pierwszy śnieg, zaczęłam się zamartwiać. Takie zamartwianie się przy kuchennym oknie jest u nas rodzinne. Tak robiła moja babcia wyglądając, czy dziadek wysiada z tramwaju. Tak samo robiła moja mama, zerkając przez okno, czy nie dzieje się nam żadna krzywda podczas zabawy. Dzisiaj ja też tak robię, choć ze swojego okna widzę tylko dachy praskich osiedli. Ale to nie na szare budynki patrzę. Oczami wyobraźni widzę jego, jak jedzie po zwariowanych, warszawskich ulicach. Widzę, jak się gdzieś spieszy i klnie pod nosem, że nie zdąży. Widzę, jak wraca do domu głodny, jak wilk i zmarznięty. I zamartwiam się, jak potrafi tylko kobieta, która kocha. Mimo chodem wrzuciłam do miski kilka rzeczy. Szklankę tego, łyżeczkę tamtego... I gdy kolejne podmuchy nadchodzącej zimy tańczyły za oknem, w piekarniku rosły już babeczki. Proste i szybkie, jak myśli biegające po głowie.

Uwielbiam ten przepis, bo przypomina mi moją mamę. Ona też robi wszystko ot tak, mimo chodem. I ni stąd, ni zowąd wyczarowuje coś pysznego. Tu zamiesza, tam coś podsypie... I babeczki korzenne z jabłkiem gotowe. A w domu zaczyna już pachnieć zimą i cynamonem :)

A gdy wrócił do domu głodny, jak wilk i zmarznięty, zjadł od razu cztery. A ja ugryzłam się w język, bo te babeczki miały być przecież na prezent mikołajkowy ;)

Korzenne babeczki z jabłkiem


Składniki:
  • 250 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 125 g cukru trzcinowego
  • ulubione przyprawy (ja dodałam łyżeczkę cynamonu, szczyptę mielonego imbiru, łyżeczkę kardamonu i 3 utarte ziarenka anyżku)
  • 125 ml mleka
  • 125 ml oleju (użyłam rzepakowego)
  • 2 jaja
  • 2 pokrojone w kostkę jabłka (użyłam jabłek ligol)
  • 100 g pokrojonej w kostkę mlecznej czekolady
  • cukier gruboziarnisty do dekoracji
Przygotowanie:
  1. Wszystkie sypkie składniki umieszczamy w misce (mąkę, proszek, cukier i przyprawy). Dodajemy jaja, mleko i olej i wszystko dokładnie mieszamy. Odstawiamy na chwilę, żeby cukier nieco się rozpuścił w naszej masie.
  2. W tym czasie kroimy w kostkę jabłka i czekoladę oraz nastawiamy piekarnik na 200 stopni. Formę do muffinek wykładamy papilotkami (niekoniecznie, jeśli mamy formę silikonową).
  3. Dodajemy do ciasta jabłka i czekoladę i delikatnie mieszamy. Rozkładamy masę do papilotek. Możemy posypać z wierzchu cukrem dla dekoracji. Pieczemy przez 20 minut.
Prawda, że mimo chodem? :) Smacznego!


środa, 4 grudnia 2013

O połączeniu, z którego coś wynikło, czyli owsiane ciasteczka z żurawiną

Od czasu do czasu wydarza się coś, co sprawia, że mimowolnie zaczynam się uśmiechać. Jakiś szczegół, mały zbieg okoliczności, przypadkowe spotkanie... Zwykły drobiazg. I przez to małe wydarzenie kilka innych szczegółów w naszym życiu zaczyna nagle do siebie pasować, choć wcześniej nigdy byśmy nie pomyśleli, że cokolwiek z tego połączenia wyniknie. Cokolwiek dobrego. 

I tak oto powoli staję się piekarką, choć nigdy wcześniej o tym nie myślałam. Lubię piec. Lubię robić wszystko, co tylko można robić w kuchni (oprócz zmywania). Ale żeby piec i swoje wypieki sprzedawać... To nie przyszło mi do głowy. Wystarczył tylko mały szczegół, zbieg okoliczności.

- A nie pieczesz przypadkiem też czegoś dla ludzi? - spytała któregoś razu Kinga. Od tygodnia moje psie ciacha stały na ladzie jej kawiarni, jako darmowy poczęstunek dla klientów- wielbicieli psów. Bycie blogerem to w dużej mierze praca charytatywna, zwłaszcza w fazie rozruchu. A ja próbuję się rozruszać z całych sił. To tu, to tam.
- Piekę... - odpowiedziałam zastanawiając się, co powiedzieć dalej. 
- A co na przykład? - spytała mimochodem Kinga. Powoli zaczynałam zdawać sobie sprawę, że ta przecudowna i zajęta 24 godziny na dobę duszyczka prawdopodobnie nigdy nie zajrzała na bloga. Czasami zdecydowanie przeceniam istotność tego, co robię. Przecież adres bloga wysyłałam jej tylko jakieś sto razy :)
- Ciasta, ciasteczka, kruche, drożdżowe, wilgotne i suche - zaczęłam recytować, trochę dla zgrywu. - I jakiegoś kuraka czasem też upiekę.

I tak od słowa do słowa i od żartu do żartu, stanęło w końcu na tym, że coś upiekę. Coś małego na początek, co można po prostu wziąć w rękę. I coś zimowego. Ciasteczka owsiane z żurawiną.

Ciasteczka owsiane z żurawiną


Składniki:
  • szklanka płatków owsianych
  • 150 g masła
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g cukru trzcinowego (lub mniej, jeśli chcemy upiec ciastka w wersji fit)
  • 3 żółtka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • pół szklanki suszonej żurawiny
Przygotowanie:
  1. Masło rozpuszczamy w rondelku. Jeśli mamy czas, możemy utrzeć je z cukrem. Ciastka będą miały dzięki temu bardziej jednolitą konsystencję i drobinki cukru nie będą wyczuwalne. Ja poszłam na łatwiznę i darowałam sobie mozolne ucieranie ;)
  2. Płatki rozdrabniamy w malakserze. Nie jest to konieczne, ale znacznie ułatwia późniejsze formowanie ciasteczek. Podobnie łatwiej będzie nam formować ciastka, jeśli delikatnie poszatkujemy żurawinę.
  3. Do miski wsypujemy mąkę, płatki, proszek do pieczenia oraz cukier (chyba, że wcześniej utarliśmy go z masłem) i wszystko lekko mieszamy. Dodajemy masło i żółtka. Ugniatamy. Najwygodniej i najszybciej robi się to ręką. Na koniec dodajemy żurawinę i ugniatamy, aż wszystkie składniki się połączą.
  4. Moja mama roluje ciasto i wkłada je do lodówki na godzinę. Wyjmuje je zupełnie twarde i kroi ostrym nożem na cienkie plasterki. W ten sposób ciasteczka mają podobny kształt i podobną grubość. Ja lubię, gdy po ciasteczkach widać na pierwszy rzut oka, że zostały ręcznie zrobione. Niewielkie kuleczki rozpłaszczam na dłoni i układam na papierze. Jest z tym troszkę więcej pracy, ale za to nie trzeba ciasta schładzać w lodówce. Pieczemy około 15 minut w 175 stopniach. Jeżeli ciasteczka są malutkie, możemy odpowiednio skrócić ten czas o 2-3 minuty. Po wyjęciu z piecyka ciastka muszą chwilę poleżeć- dopiero po ostygnięciu stwardnieją.
Smacznego!



poniedziałek, 2 grudnia 2013

Zapach zimy, czyli cynamonowe bułeczki z jabłkiem

Powoli ogarnia mnie ten zimowy nastrój. W domu coraz częściej pachnie przyprawami korzennymi, w radio grają już świąteczne hity, a moim ulubionym zajęciem stało się planowanie, co też pysznego upiekę i ugotuję tej zimy :) Faktycznie, o tej porze roku siedzenie w kuchni i patrzenie, jak coś radośnie pyrka w garnku sprawia mi największą przyjemność. Serce się raduje od rana na samą myśl o tych wszystkich aromatycznych pysznościach, które przez najbliższy czas będą nam umilać życie i rozgrzewać nas po powrocie z mroźnych spacerów z psem. I jeśli miałabym urządzić konkurs na najbardziej zimowy smak na świecie, to bezapelacyjnie wygrałby smak jabłek z cynamonem. W absolutnie każdej postaci :) Nic więc dziwnego, że gdy tylko razem ze wszystkimi Andrzejami pożegnaliśmy listopad, pomaszerowałam o świcie do kuchni, by wyrobić ciasto drożdżowe. I gdy ciasto rosło sobie jeszcze cały ranek pod ściereczką, ja wskoczyłam pod kołdrę, żeby ukraść sobie jeszcze trochę snu. 

Cynamonowe bułeczki z jabłkiem


Składniki:
  • 80 g masła
  • 50 ml mleka
  • 25 g świeżych drożdży (ćwiartka kostki)
  • 250 g mąki (mniej więcej pełna szklanka i 8 łyżek)
  • 5 łyżek cukru
  • szczypta soli
  • 2 jaja
  • 3 łyżki śmietanki kremówki 30%
  • aromat waniliowy (kilka kropel)
  • 1 małe jabłko lub połowa dużego pokrojonego w drobną kosteczkę
  • 2 łyżki masła
  • cukier trzcinowy
  • cynamon
Przygotowanie:
  1. 80 g masła rozpuszczamy w mleku i odstawiamy do przestudzenia. 
  2. W tym czasie roztrzepujemy 1 jajko w szklaneczce razem ze śmietanką. Do większej miski wsypujemy mąkę, cukier i szczyptę soli. Możemy dodać łyżkę cukru waniliowego, jeśli mamy ochotę na nieco słodsze bułeczki. Do przestudzonego (powinno być ciepłe ale nie gorące) masła z mlekiem wkruszamy drożdże i łyżeczką delikatnie rozbełtujemy. 
  3. Przelewamy całość do miski, dodajemy śmietankę z jajkiem i wyrabiamy ręką lub mikserem z końcówkami do wyrabiania ciasta drożdżowego. Podczas wyrabiania dodajemy kilka kropel aromatu. Ciasto powinno mieć luźną konsystencję, ale powinno odklejać się od ścianek miski. Jeśli uznacie, że jest zdecydowanie zbyt kleiste (ciągnie się, jak rozpuszczony ser przy próbie odklejenia od miski lub rąk), dodajcie łyżkę mąki i wyrabiajcie jeszcze, aż stanie się jednolite. Miskę przykrywamy folią lub ściereczką i zostawiamy na godzinę do wyrośnięcia.
  4. Po upływie tego czasu roztapiamy w rondelku 2 łyżki masła, obieramy i kroimy w drobna kostkę jabłko oraz wyrabiamy jeszcze raz ciasto ręką dosłownie chwilę, żeby nabrało bardziej jędrnej konsystencji. Tortownicę lub formę do tart wykładamy papierem do pieczenia. Nie przykładajcie się do tego za bardzo- nie musi być równo ;) Stolnicę lub blat kuchenny oprószamy mąką, delikatnie natłuszczamy masłem wałek i rozwałkowujemy nasze ciasto. Postarajcie się rozwałkować je w formie prostokąta o grubości maksymalnie pół centymetra. 
  5. Rozwałkowane ciasto smarujemy przestudzonym masłem (najwygodniej jest użyć pędzelka). Na wierzch rozsypujemy cukier trzcinowy i oprószamy cynamonem. Rozsypujemy też jabłko. Na koniec zwijamy ciasto w roladę, zaczynając od dłuższego boku i tniemy ją najpierw na pół, a potem na kolejne mniejsze części. Powinno nam wyjść przynajmniej 6 bułeczek. Przełóżcie je do formy w układzie stokrotki. Końcówki zwykle odcinam i upycham gdzieś w wolne miejsca pomiędzy większymi bułeczkami. Możecie włożyć je od razu do piekarnika nagrzanego do 170 stopni, ale wyrosną ładniej i będą bardziej puszyste, jeśli dacie im jeszcze z godzinę porosnąć ;) Przed samym włożeniem do piekarnika posmarujcie je na wierzchu rozbełtanym jajkiem. Możecie też posypać dla dekoracji grubym cukrem, migdałami lub pokruszonymi orzechami :) Czas pieczenia zależy od wielkości formy. Im mniejsza, tym bułeczki ściślej leżą i wyżej wyrastają. Potrzebują też wtedy kilku dodatkowych minut. Zwykle nastawiam pieczenie na 35 minut i po upływie tego czasu patrzę, czy bułeczki są ładnie zarumienione. Możecie też sprawdzić patyczkiem. Jeśli uznacie, że potrzebują jeszcze chwili, wyłączcie grzałkę w piekarniku i pozostawcie w nim bułeczki na kolejne 5 do 7 minut.
Smacznego!

* na blogu znajdziecie też przepis na cynamonowe bułeczki, tak zwane kanelbullar. Jest tutaj.